sobota, 26 stycznia 2013

Opowieści awanturnikom ku przestrodze

Wtedy uświadomił sobie, że nie jest już sam. Opuszczone obozowisko przed nim było niewiarygodnie zachęcające, jak pustynny miraż chwytało za serce niczym ciepła dłoń. Przypominało mu to dawne życie, tyle lat temu, kiedy jeszcze był szczęśliwy. Biegał z synkiem po polu słoneczników w pogodny dzień. Leżał koło kominka z piękną żoną w objęciach.
Nagle poczuł w sercu ostre ukłucie. Jego myśli przeniosły go do tego pamiętnego dnia, gdy wszystko się zmieniło. Wszędzie pełno krwi. W ramionach trzymał ciało żony. Dokoła popioły ze spalonego domu padały niczym śnieg. W powietrzu unosił się straszny smród. Śmierdziało pomiotami. Chwycił topór, dotknął lodowatych dłoni swego synka i wyszedł. Zabije je. Zabije je wszystkie. Ból w sercu był nie do zniesienia.
Otworzył oczy i ujrzał drugą najstraszniejszą rzecz w swoim życiu – nad nim unosiło się przejrzyste widmo, wysysając zeń siły. Obóz przestał istnieć, a zastąpił go znajomy, wręcz kojący widok: kości, śmierć i rozpacz. Zastanowił się, czy to wszystko nie było złudzeniem, czy w ogóle miał rodzinę. Przez chwilę poczuł ulgę. Nie można stracić czegoś, czego się nie miało. Bliskość śmierci przywróciła mu jednak jasność umysłu. Wiedział, że to wydarzyło się naprawdę. Złudzeniem była cała reszta. Jego rozdarta twarz pojaśniała od uśmiechu. Od bardzo dawna czekał na tę chwilę. Uniósł swe słabe ręce, ujął demona za twarz i pocałował go. Przypominało całowanie chmury pyłu. Nagle cały smutek opuścił go, razem z resztą życia. Kiedy bezwładne ciało upadło na ziemię, było już po wszystkim.
Nareszcie był wolny.

— fragment Opowieści awanturnikom ku przestrodze, pióra brata Ramosa z Guilherme, 7:94 Burzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz