środa, 23 stycznia 2013

Rozdział 1.1 - Szary Strażnik

Na północy nieprzystępnego Fereldenu znajdowało się Wysokoże – pokaźnych rozmiarów miasto dzielnie wypinające pierś na chłostające je wiatry, na chłód, wilgoć oraz niewygodę, na którą narzekali przyjezdni. Zwłaszcza Orlesianie. Kilka dni temu teyrn Wysokoża, Bryce Cousland, otrzymał wiadomość o szerzącej się na południu zarazie. Zakażenie tego typu rozsiewały tylko jedne istoty, które plugawiły olbrzymie połacie terenu Thedas. Mroczne pomioty.
Wezwanie pochodziło od samego króla Cailana – z prośba dotyczyła przysłania posiłków do twierdzy, czy raczej jej ruin znajdujących się na samym skraju Głuszy Korcari. Bryce Cousland bez wahania zadeklarował pomoc i zmobilizował swoje siły. Razem z jego wojskami wyruszyć miały również oddziały arla Amarantu, niedużej prowincji na wschód od Wysokoża. Arl Howe zjawił się w posiadłości teyrna, by omówić szczegóły wyprawy.
W wielkiej kamiennej sali przebywali tylko Bryce Cousland i Rendon Howe, nie licząc gwardzistów. Dwóch przybocznych stało tuż za arlem, rozglądając się dokoła od niechcenia. Rendon Howe uporczywie wpatrywał się w plecy teyrna zwróconego do płonącego paleniska. Wieść, że wojska Howe’a nie dotrą na czas, zasmuciła Bryce’a. Na jego poznaczonym zmarszczkami doświadczenia obliczu malowała się troska, gdy spoglądał na ogień. Ręce splótł na plecach, wzrok jasnoniebieskich oczu stał się odległy.
Nie powinien obwiniać Rendona za zwłokę. Dostali wezwanie nieoczekiwanie. Uśmiechnął się krzywo, odetchnął i stanął przodem do arla. Spojrzał na niego spokojnie, na jego przygarbione ramiona i rozbiegane brązowe oczy.
— Najstarszego syna wyślę z żołnierzami — zdecydował po chwili wahania.
Na jego twarzy wymalowała się bezradność, gdy uzmysłowił sobie, jak wiele ryzykował przez zwłokę ludzi Rendona. Czułby się lepiej, będąc przy Fergusie podczas morderczej wędrówki.
— My wyruszymy rano, jak za dawnych dobrych czasów — dodał pojednawczo, unosząc w przyjacielskim geście dłoń.
— Znów będziemy walczyć ramię w ramię, jednak tym razem nie z uzurpatorem, a potworami — przytaknął Rendon.
Bryce uśmiechnął się pogodnie.
— Przynajmniej zapach będzie taki sam — rzucił ze śmiechem.
Rendon rozciągnął wąskie usta w uśmiechu.
Bryce usłyszał skrzypnięcie bocznych drzwi i kroki na kamiennej posadzce. Od razu domyślił się, kto nadszedł.
— Wybacz mi, dziecinko, nie zauważyłem cię — zwrócił się do zbliżającej się do nich córki.
Posłał jej pełne ciepła spojrzenie, zatroskanym wzrokiem ogarniając jej niedużą postać. Była niewysoka, zupełnie jak babka, jednak zacięcie w oczach odziedziczyła po matce. Na słowa Bryce’a zacisnęła usta, robiąc pochmurną minę. Nie lubiła, kiedy nazywał ją w ten sposób przy gościach, ale nigdy nie potrafił sobie tego odmówić. Uśmiechnął się, odpowiadając na jej buntowniczy wzrok.
Zatrzymała się przy nim i Rendonie, nie spuszczając z nich spojrzenia.
— Howe, pamiętasz moją córkę? — spytał Bryce.
— Widzę, że wyrosła na silną młodą kobietę. Miło znów cię widzieć, Ellen — stwierdził, patrząc na nią nieprzeniknionym wzrokiem.
Bryce zauważył, że komplementy z ust Rendona nie sprawiały jej przyjemności.
— I wzajemnie, arlu Howe — odparła, tylko na krótką chwilę zerknąwszy na ojca w nadziei, że znajdzie u niego ratunek.
Bryce lekko skinął głową, aprobując grzeczne zachowanie córki. Kiedy zapraszał ją do rozmów z innymi szlachcicami, zawsze w głębi serca bał się, że Ellen powie kilka słów za dużo. Zdarzało jej się to bardzo często – wyrażała poglądy nierozsądnie i z przesadną śmiałością, gotowa pokłócić się na każdy temat. Musiała wreszcie dorosnąć.
— Mój syn, Thomas, wypytywał o ciebie — mruknął Rendon, posyłając chmurnej Ellen sympatyczny uśmiech. — Może następnym razem powinienem zabrać go ze sobą.
Ellen zacisnęła zęby, jakby walcząc z niewyparzonym językiem.
— Nie interesuje mnie zaaranżowane małżeństwo — oznajmiła chłodno, ale wciąż uprzejmie, powoli cedząc każde słowo.
— Widzisz, z czym mam tu do czynienia, Howe? — spytał rozbawiony Bryce, westchnąwszy niby to ciężko. — Mej zawziętej córce niczego już nie można powiedzieć, niechaj jej Stwórca błogosławi.
— Z pewnością ma talent — stwierdził Rendon. — Trzeba jej się bacznie przyjrzeć.
Ellen rzuciła mu czujne spojrzenie. Bryce dostrzegł na jej twarzy ciekawość, która mogła lada moment doprowadzić do kłótni. Odchrząknął, zanim Ellen się odezwała, przykuwając jej uwagę.
— Tak czy siak, dziecinko, wezwałem cię nie bez powodu — zmienił temat. — Ponieważ twój brat i ja wyjeżdżamy, zostawiam zamek pod twoją kuratelą — obwieścił zadowolony, przekonany, że Ellen ucieszy się z okazji do udowodnienia swojej zaradności.
Doskonale wiedział, że nie interesowała jej przyszłość w roli potulnej żony szlachcica. Ktokolwiek zdecydowałby się z nią związać, musiał liczyć się z temperamentną, upartą kobietą. Bryce liczył, że zdobycie praktyki w rządzeniu nieco utemperowałoby jej wybuchowy charakter.
Nie spodziewał się, że spojrzy na niego zdruzgotana.
— Co takiego? — prawie jęknęła. — Dlaczego nie mogę wyruszyć na wojnę z tobą i Fergusem?
— Jestem pewien, że dowiodłabyś swoich umiejętności, ale nie chciałbym mieć do czynienia z twoją matką, gdybyś wyruszyła na wojnę — wyjaśnił skruszony; zupełnie nie przygotował się na odpieranie tego typu zarzutów. — Gdybym cię puścił, chyba by mnie zabiła. Już i tak strasznie się niepokoi, że Fergus i ja wyjeżdżamy.
— Dobrze więc — mruknęła, spoglądając na niego zła.
Bryce odetchnął w duchu. Ilekroć chował się za autorytetem żony, Ellen i Fergus odpuszczali, bojąc się trudniejszego starcia z matką. Eleonora była cudowną kobietą, ale bardziej charakterną od swoich dzieci. Nikt nie chciał z nią zwady.
— Zrobię to, co według ciebie będzie najlepsze — dodała grymaśnie Ellen, nadal posyłając mu takie spojrzenia, że nie mógł wziąć tych słów na poważnie.
Polityka jednak polegała na robieniu dobrej miny do złej gry. Udając, że w ogóle nie wychwycił zgryźliwości, uśmiechnął się zadowolony.
— To mi się podoba — pochwalił ją. — Pozostaje tutaj tylko symboliczna liczba strażników, a w regionie należy utrzymać spokój. Wiesz, co mówią o myszach, które zostają bez nadzoru kota, prawda? — spytał, puszczając do niej oko.
Udało mu się sprowokować na twarzy Ellen lekki uśmiech. Wypuścił powietrze przez nos, marnując kilka chwil na przyglądanie się jej z nieskrywaną dumą.
— Jeszcze kogoś musisz poznać — stwierdził po dłużącym się milczeniu. — Proszę… wprowadźcie Duncana. — Przeniósł wzrok na jednego ze strażników pilnujących bocznych drzwi głównej sali.
— Tak jest! — zawołał mężczyzna, uderzył pięścią w pierś i odmaszerował.
Ellen przekrzywiła głowę, odprowadzając go spojrzeniem. Bryce pozwolił sobie na powściągliwy, dość tajemniczy uśmiech – kątem oka obserwował córkę, ciekaw jej reakcji na gościa. Polityka nigdy jej nie fascynowała, ale niestworzone historie, legendy o potężnych herosach i opowieści o starożytnych bractwach zawsze przykuwały jej uwagę. Liczył, że to niespodziewane spotkanie sprawi jej radość.
Do głównej sali wkroczył wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o śniadej skórze. Jego twarz pokrywał ciemny zarost – broda lekko sterczała, zmieniając kształt podbródka i dodając rysom surowości. Prawie czarne włosy spięte miał rzemieniem, jego jaśniejsze brązowe oczy przesunęły się po obliczach zebranych. Kiedy podszedł bliżej, Ellen cofnęła się pół kroku, jakby przestraszona jego ogromem.
Duncan rzeczywiście robił piorunujące wrażenie. Prawdopodobnie wynikało to z rynsztunku, w którym wkroczył do komnaty – Bryce proponował, by zostawił wszystko w przydzielonej mu komnacie, ale usłyszał uprzejmą odmowę. Teraz prezentował się w pełnej okazałości, z pomarańczową tuniką pod metalowym napierśnikiem i koralikami przyczepionymi do szerokiego pasa na broń. Wyglądał, jakby wymaszerował z heroicznych opowieści snutych dzieciom na dobranoc.
— To zaszczyt móc gościć w twoim zamku, teyrnie Couslandzie — odezwał się Duncan; jego głos był ciepły, zupełnie inaczej niż ostre spojrzenie.
— Wasza Lordowska Mość, nie wspominałeś, że obecny będzie Szary Strażnik — wtrącił zdenerwowany Howe.
Bryce spojrzał na niego zaskoczony – podobnie jak Ellen. W następnej chwili poczuł wzrok córki na sobie. Odpowiedział na niego przelotnie, czując łaskoczące w gardło rozbawienie na widok jej zdruzgotanej miny. Najwyraźniej nie spodziewała się, że pozna tego dnia wojownika z legendarnego bractwa.
— Duncan przybył niedawno, bez zapowiedzi — odparł, lekko unosząc brwi. — To jakiś problem?
— Nie… — zająknął się Rendon, zerkając na Duncana – istną oazę spokoju. — Oczywiście, że nie. Proszę o wybaczenie. Byłem po prostu zaskoczony.
— Rzadko mamy przyjemność oglądać ich na własne oczy, to prawda. Dziecinko, mam nadzieję, że brat Aldous wyjaśnił ci, kim są Szarzy Strażnicy? — zwrócił się znów do Ellen, posyłając jej zachęcający uśmiech.
Ellen milczała długo, wpatrując się w Duncana z nietypową dla niej nieśmiałością. Strażnik nie wyglądał na przejętego jej zachowaniem, obdarzał każdego z zebranych podobnie przeszywającym wzrokiem. Bryce z czystym sumieniem mógł sobie pogratulować udanego zaskoczenia córki. Dla tak młodych osób opowieści o mrocznych pomiotach oraz Plagach brzmiały jak zwykłe bajeczki podsuwane niegrzecznym dzieciom – mało kiedy pamiętano, że to była część historii Thedas, przeszłości wszystkich jego mieszkańców.
— To zakon wspaniałych wojowników — wydusiła wreszcie Ellen.
Bryce pokiwał głową. W dużym uproszczeniu – miała rację. Chyba zaskoczył ją trochę za bardzo, żeby teraz przepytywać z historii, której nienawidziła, i spodziewać się dobrych rezultatów.
— To legendarni bohaterowie, położyli kres Pladze i ocalili nas wszystkich — uzupełnił. — Duncan zajmuje się poszukiwaniem rekrutów, nim razem z nami dołączy do pozostałych Strażników na południu. Wydaje mi się, że ma na oku sir Gilmore’a — mruknął konspiracyjnie do Ellen.
Sir Gilmore był młodym i ambitnym dowódcą wysokorskiej straży. Bryce wiedział, że przyjaźnił się z Ellen, uznał więc, że przekazanie jej tych wieści byłoby na miejscu. Uśmiechnął się do niej, kiedy popatrzyła na niego szerzej otwartymi oczami – tego najpewniej również się nie spodziewała. Miał dziś dobrą passę.
— Jeśli mogę pozwolić sobie na śmiałość, chciałbym zwrócić uwagę, że twoja córka także byłaby doskonałą kandydatką — odezwał się Duncan.
A tego za to nie spodziewał się Bryce.
Oboje z Ellen popatrzyli na niego zdumieni. Duncan wytrzymał napór ich spojrzeń, na widok zdezorientowanej miny Ellen nawet lekko się uśmiechnął. Bryce otrząsnął się z szoku szybciej od córki – postąpił pół kroku w przód, ustawiając się tak, że Ellen znalazła się częściowo za jego ramieniem. Usłyszał jej niespokojne sapnięcie.
— Choć byłby to wielki zaszczyt, to mówimy tutaj o mojej córce — przypomniał.
Ellen była porywcza, chętna do walki, marząca o chwale oraz wielkich bitwach. Tak nierozsądnie rzucane propozycje mogły tylko podsycić w niej łaknienie przygody, które Bryce wraz z Eleonorą próbowali delikatnie ugasić przez lata wychowywania. Ellen nie została stworzona do poniewierki, jej miejsce było w Wysokożu.
— Nie interesuje mnie służba w szeregach Szarej Straży — odezwała się zaskakująco spokojnie Ellen.
— Słyszałeś, Duncanie? — podchwycił Bryce, przelotnie na nią zerknąwszy, nie miał jednak czasu, by dziwić się jej niecodziennym zachowaniem. — Ellen nie jest zainteresowana. Tak więc jeśli nie zamierzasz powołać się na Prawo Werbunku…
Oczywiście, że nie zamierzał, jednak słowa Bryce’a zawisły w ciszy niczym ponure ostrzeżenie. Szanował Duncana, tak samo jak szanował Szarych Strażników, ale nie zamierzał oddawać własnego dziecka na beznadziejną walkę dobra ze złem.
— Nie obawiaj się — uspokoił go Duncan. — Mimo że przyda nam się każdy dobry rekrut, nie zamierzam naciskać. — Lekko się ukłonił.
Bryce wypuścił powietrze przez nos. Szarzy Strażnicy, chociaż mogli żądać, czego tylko potrzebowali, gdy nadciągała Plaga, rzadko powoływali się na Prawo Werbunku. Żaden rozsądny komendant nie paliłby za sobą mostów, mając świadomość, że wsparcie ze strony oddziałów poszczególnych szlachciców mogło decydująco wpłynąć na przyszłe walki.
— Dziecinko, dopilnujesz, by pod moją nieobecność wypełniane były wszystkie prośby Duncana? — spytał, woląc zmienić temat, zanim Ellen pociągnie ten cokolwiek niezręczny wątek.
Ellen przestąpiła z nogi na nogę.
— Oczywiście.
— Tymczasem odszukaj Fergusa i przekaż mu, by wyruszył pierwszy i poprowadził wojska do Ostagaru, dobrze? — Bryce posłał jej uśmiech.
— Gdzie on jest? — spytała powoli, jakby ważyła każde słowo.
Kombinowała coś. Bryce lekko pokręcił głową, powstrzymując cisnące się na usta westchnienie. Dobrze, że Stwórca pobłogosławił go tylko dwojgiem potomstwa.
— Bez wątpienia na górze, w swych komnatach — stwierdził. — Spędza ostatnie chwile z żoną i moim wnukiem. Bądź dobrą dziewczynką i zrób, o co proszę. Wkrótce porozmawiamy.
Ellen powoli skinęła głową i obejrzała się przez ramię na drzwi. Bryce przyjrzał się jej pobłażliwie – widać było jak na dłoni, że nie chciała wychodzić. Jej spojrzenie powędrowało z powrotem do Duncana. Lekko przygryzła wargę, trochę ze sobą walcząc. Bryce westchnął, postanawiając jej nie karcić. Jeśli chciała, mogła porozmawiać ze Strażnikiem, nikt nie zamierzał jej zabraniać.
Już otworzyła usta, ale Duncan odezwał się pierwszy:
— Wybacz, ale wydaje mi się, że twój ojciec pragnie pomówić z arlem i ze mną na osobności — stwierdził, zanim zdążyła cokolwiek z siebie wydusić.
Bryce uniósł brwi, trochę zaskoczony. Upominający ton Duncana zniechęciłby każdego do prób podjęcia rozmowy – ale, oczywiście, nie jego córkę. Chociaż Ellen skuliła ramiona, słusznie dając się skarcić, wyzywająco uniosła brodę.
— Miałam nadzieję, że odpowiesz mi na jedno czy dwa krótkie pytania — stwierdziła nieco drżącym głosem, co starała się nadrobić pewną siebie miną.
— Dobrze. Nie sądzę, by twój ojciec miał coś przeciwko niewielkiemu opóźnieniu — zgodził się cicho, zerknąwszy na Bryce’a.
Bryce tylko skinął głową, potwierdzając jego przypuszczenia. Prawdę mówiąc, sam był ciekaw, jakie pytania zaprzątały myśli Ellen – zwłaszcza że odmówiła propozycji dołączenia do szeregów Szarej Straży.
— W jakim niebezpieczeństwie są Fergus oraz mój ojciec? — zapytała.
— Cóż… — Duncan się zawahał i spojrzał po pozostałych. — Rozumiem, że pierwsze bitwy poszły po naszej myśli — stwierdził ostrożnie.
— W rzeczy samej — wtrącił Howe.
Ellen rzuciła mu krótkie, dość zimne spojrzenie.
— Czy Szarzy Strażnicy są pewni, że mamy do czynienia z Plagą, a nie po prostu z większym najazdem mrocznych pomiotów? — dodał Rendon, nie kryjąc się ze swoim sceptycznym nastawieniem.
— Nie zauważono jeszcze arcydemona, mój panie — odparł Duncan. — Ale w głębi duszy sądzę, że to Plaga.
— Wielka szkoda, że nie wszyscy podzielamy twoją wiarę — mruknął Rendon, unosząc brwi. — Pewnie przekonamy się na własne oczy, kiedy dotrzemy do obozu króla.
— Czy na południu rzeczywiście pojawiły się mroczne pomioty? — spytała Ellen nieco ostrzejszym głosem, zanim Bryce zdążył cokolwiek wtrącić.
Wydawała się zdenerwowana postawą Rendona – wpatrywała się w niego z niezadowoleniem, zupełnie jakby próbowała bronić Duncana.
— W rzeczy samej — mruknął Strażnik. — Niecałe trzy tygodnie temu spostrzegliśmy hordę gromadzącą się w Głuszy Korcari. Na szczęście król Cailan uwierzył nam na słowo i szybko zmobilizował wojska Fereldenu. Stoczono już pierwsze bitwy. Ja i twój ojciec musimy działać natychmiast.
— Z iloma mrocznymi pomiotami mamy do czynienia? — ciągnęła.
Przygryzła przy tym wargę na chwilę, co rozbawiło Bryce’a. Może nie wybierała się z nimi do Ostagaru, ale z pewnością bardzo przeżywała tę wyprawę.
— Są ich tysiące. — Duncan wzruszył ramionami. — Albo nawet dziesiątki tysięcy. I to tylko w jednej hordzie. Zwykle mroczne pomioty gromadzą się na obszarze Głębokich Ścieżek. Fakt, że aż taka ich liczba zaryzykowała wyjście na powierzchnię, nie wróży niczego dobrego.
Zapadła chwila ciszy. Fatalistyczna wizja roztoczona przez Duncana nawet Bryce’a zniechęciła do dalszego słuchania. Spróbował odszukać spojrzenie Ellen, by milcząco przekazać jej, żeby już się zbierała, ale nie udało mu się.
— Naprawdę przebyłeś całą tę drogę, by spotkać się z sir Gilmorem? — Ellen uniosła wyżej brodę, jakby usiłując pokazać, że w ogóle nie zwracała uwagi na ojca.
— Podczas podróży po Fereldenie znalazłem jedynie kilku odpowiednich kandydatów. Zaprosił mnie tutaj twój ojciec, sugerując, bym przyjrzał się sir Gilmorowi. Jeśli się nie nada, wyruszę na południe i dołączę do króla — odpowiedział cierpliwie Duncan.
— Znasz króla? — zdziwiła się natychmiast, ale równie szybko zarumieniła się ze zdenerwowania.
— Niezbyt dobrze — stwierdził po chwili. — Król Cailan to gorliwy młody człowiek, który okazał wielką mądrość, reagując na zagrożenie ze strony mrocznych pomiotów.
— Słyszałem, że jest oczarowany legendą Szarej Straży i dlatego gotów jest zaspokajać wszelkie potrzeby waszego zakonu — wtrącił Rendon.
— Howe! — wykrzyknął Bryce. — To niegodne ciebie — dodał, spoglądając na niego z niezadowoleniem.
Rendon nigdy nie należał do entuzjastów – czegokolwiek by się nie podejmował. Bryce nie sądził jednak, że mógł się wykazać aż taką ignorancją. Chociaż Szarzy Strażnicy przed wiekami zostali wygnani z Fereldenu, zdołali się zrehabilitować i sam król Maric zaprosił ich z powrotem. Rendon nie powinien tak otwarcie szydzić ze starożytnego bractwa.
— On powtarza tylko to, co wszyscy słyszeliśmy. Niezależnie od tego, jaka jest motywacja króla, przyjmę jego wsparcie — odparł spokojnie Duncan i obdarzył Howe’a znudzonym spojrzeniem. — Naszym głównym celem jest pokonanie mrocznych pomiotów, nim staną się zagrożeniem dla całego Fereldenu.
— I naprawdę zechciałbyś przyjąć mnie do Szarej Straży? — Ellen odezwała się raz jeszcze, dość niepewnie, tym razem zerknąwszy na Bryce’a.
Bryce pokręcił głową. Wiedział, że Ellen prędzej czy później wróci do tej sprawy. Mimo to liczył, że stanie się to później niż prędzej.
— Oczywiście — stwierdził zaskoczony Duncan. — Jesteś młoda, utalentowana i rwiesz się do walki. — Kiedy się skrzywiła, na jego ustach pojawił się łagodny uśmiech. — Tak przynajmniej słyszałem. Szara Straż nie przyjmuje w swoje szeregi byle kogo i nie jest moją intencją schlebiać ci, gdy mówię, że dobrze się zapowiadasz. Dawne umowy pozwalają mi zwerbować cię nawet wbrew życzeniom twego ojca. Nie zamierzam jednak tego robić. Nasz zakon jest zbyt mały, by ryzykować niechęć ze strony szlachty Fereldenu.
— Miło mi to słyszeć — rzucił żartobliwie Bryce.
Nie chciał tego przyznawać nawet przed samym sobą, ale serce zabiło mu trochę szybciej w niepokoju. Ellen w każdej chwili mogła zmienić zdanie i jednak zapragnąć dołączenia do Szarej Straży – a tego by nie przeżył ani on, ani Eleonora.
— To kuszące, Wasza Lordowska Mość — ostrzegł Duncan. — Ale wystarczy mi, jeśli będę mógł obejrzeć innych kandydatów, jakich ma do zaoferowania twój zamek.
Ellen znów przestąpiła z nogi na nogę, lekko wydąwszy usta.
— W takim razie zostawię cię w spokoju — zdecydowała i cofnęła dwa kroki,
Kąciki ust Duncana zadrżały.
— Do następnego spotkania — pożegnał się uprzejmie.
Bryce pozwolił sobie na szybkie skinienie ręką, którym – jak liczył – ponaglił Ellen do opuszczenia komnaty. Miał do omówienia z Rendonem oraz Duncanem jeszcze kilka istotnych spraw, ale Ellen nie musiała niczego o nich wiedzieć. Te kwestie nie powinny zaprzątać jej młodej głowy jeszcze przez kilka następnych lat.
Ellen posłała mu trochę zaczepny uśmiech, jednak posłusznie odwróciła się do drzwi. Bryce nie spuścił z niej rozbawionego spojrzenia, dopóki nie opuściła głównej sali. Szczerze liczył, że dość szybko odszuka brata.
O ile jeszcze pamiętała o jego prośbie.

Ellen, zamknąwszy za sobą drzwi, poczuła się trochę lepiej. Ciężkie spojrzenie arla Howe’a męczyło ją przez całą rozmowę, sprawiając, że nie umiała do końca skupić się na odpowiedziach Duncana. Korciło ją, by zostać dłużej w komnacie – zasypać Strażnika setką pytań i próśb o przytoczenie różnych ciekawych przygód czy opowiedzenie o osiągnięciach. Wiedziała jednak, że były rzeczy ważne i ważniejsze.
Rozejrzała się po drodze prowadzącej między pomieszczeniami wysokorskiej rezydencji. Jeśli chciała odszukać brata, powinna pójść prosto do prywatnych komnat. Pewnie rozmawiał z Oraną. Nie do końca przepadała za jego żoną – a już zwłaszcza wtedy, gdy robili coś typowo małżeńskiego. Może lepiej dać mu trochę czasu?
Na ławce w cieniu jednego z budynków gospodarczych dostrzegła dwóch strażników. Nie mieli jednak na tarczach herbu Wysokoża. Przechyliła głowę, przypatrując im się uważniej. Najpewniej byli to ludzie Howe’a poproszeni o poczekanie za drzwiami, póki ich arl nie opuści głównej sali.
— Witaj, moja pani — odezwał się jeden z nich, podłapawszy jej spojrzenie. — Jesteś córką teyrna, prawda?
— W rzeczy samej, jestem Ellen — odparła powoli.
Nie rozumiała, skąd to pytanie. Spróbowała nie dać po sobie poznać niepewności, ale obawiała się, że odbiła się na jej twarzy lekkim grymasem.
— Dobrze wiedzieć — zamruczał. — Rozumiem, że kiedy wyruszymy, przejmiesz nadzór nad zamkiem swego ojca.
— Jesteś wścibski — ofuknęła go bez zastanowienia, postępując krok w przód.
Była u siebie. Nie zamierzała dać się zaszczuć obcemu strażnikowi, jakby nadal miała mleko pod nosem. Zacisnęła dłonie w pięści, świdrując mężczyznę gniewnym spojrzeniem.
— Proszę o wybaczenie — pokajał się, przygarbiwszy ramiona. — Dobry wieczór, moja pani — pożegnał się.
Ellen potrząsnęła z irytacją głową.
To było za dużo jak na jedną godzinę, musiała ochłonąć. Za najlepsze miejsce na wyciszenie uznawała kapliczkę poświęconą Stwórcy i Andraście. Ich kapłanka, matka Mallol, była miłą kobietą, Ellen nigdy nie gardziła jej słowem, ale nie uważała się za gorliwego wyznawcę andrastianizmu. Chociaż rodzice wychowywali ją w wierze, nie potrafiła bezkrytycznie przyjąć wersetów Pieśni Światła mówiących o Stwórcy, który opuścił swoje dzieci, oraz o jego Oblubienicy, spalonej na stosie Andraście.
Kapliczka nie znajdowała się daleko. Ellen bez wahania otworzyła drzwi i przekroczyła próg. Po bokach sali ciągnęły się skromne drewniane ławy, jasnozielony dywan wiódł wprost pod kazalnicę, przy ścianach ustawiono regały zapełnione księgami. Ellen skierowała się do klęczącej kapłanki i trwających przed nią gwardzistów. Modlili się, więc zdecydowała się chwilę poczekać.
Kiedy wreszcie się podnieśli, Ellen popatrzyła na sędziwą twarz matki Mallol. Przyjrzała się czarnym włosom spiętym w sterczącą kitkę, mądrym brązowym oczom i pomarańczowo-żółtym szatom z wyhaftowanym na piersi zachodzącym słońcem. Przemknęło jej przez myśl, że może to ona ukoi niepokój związany z wyjazdem rodziny.
— Przychodzisz, by pomodlić się za brata i ojca? — spytała cicho matka Mallol. — Z radością będę wraz z tobą prosić Stwórcę o błogosławieństwo.
— Byłabym bardzo wdzięczna, matko Mallol — przyznała.
Spojrzała na nią z udawaną przyganą.
— Proszę, dziecko. Mówi mi „Mallol”. Znamy się przecież, od kiedy byłaś malutkim szkrabem — przypomniała rozbawiona. — Stwórco Nieba, Ziemi i Morza, wysłuchaj Swego ludu, który jest w potrzebie — zaintonowała modlitwę.
Ellen zachowała ciszę. Wolała słuchać, niż ubierać w słowa to, co działo się w jej sercu. Wydawało jej się, że kapłanom o wiele lepiej szło wyrażanie pragnień wiernych.
— Niech nikt nie ma powodu, by obawiać się cienia. Podnieś wszystkich na duchu Swym powrotem. Niechaj tak się stanie.
— Stwórco, wybacz nam wszystkim — szepnęła z ciężkim westchnieniem, zanim nawet zorientowała się, że wypowiedziała to na głos.
Matka Mallol przerwała i spojrzała na nią przenikliwie.
— Organizuję dziś w nocy czuwanie. Jesteś zaproszona — obwieściła i podeszła do kazalnicy, by podnieść otwartą księgę. — Wielu musi otrzymać błogosławieństwo Stwórcy, nim wyruszą w drogę. Pozwolisz mi się tym zająć?
— Dziękuję ci, Mallol — mruknęła Ellen.
— Chociaż tyle mogę zrobić — westchnęła sceptycznie i spojrzała na nią bystrymi oczami. — Moje dziecko, gdyby stało się najgorsze, niechaj ukojenie da ci świadomość, że wola Stwórcy objawia się na wiele sposobów — szepnęła. — Porozmawiamy, kiedy żołnierze wyruszą w drogę.
Ellen uśmiechnęła się blado, zanim ruszyła swobodnym krokiem do drzwi. Tak, nadeszła pora, by znaleźć brata. Wolała nie zawieść ojca w tak ważnym dniu.
Jeśli jej się poszczęści, Wysokoże nie będzie miało dla niej już więcej niespodzianek.

6 komentarzy:

  1. Hej!

    Ja tylko z pytaniem: wzorowanie się na prologu człowieka szlachcica z pierwszej części gry Dragon Age to świadoma decyzja, swoiste nawiązanie czy po prostu nie miałaś lepszego pomysłu na początek?

    Pozdrawiam serdecznie i nie zapraszam do siebie, bo nie ma po co,
    Cyberpunk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie zdarza mi się pisać teksty świadomie - taki był pomysł na cały tekst, nie tylko na pierwszy rozdział. Czy to pomysł zły czy dobry, to już kwestia gustu, ale po tylu latach bynajmniej przepisywać na zupełnie inne kopyto nie zamierzam.
      Również pozdrawiam i, hm, dziękuję, I guess?

      Usuń
    2. Chciałem się jedynie upewnić.

      W takim razie możesz się spodziewać mojej obecności pod poszczególnymi rozdziałami.

      Miłego dnia ; )

      Usuń
    3. Życzę smacznego, czy coś. Z początku trzeba uważać na ciężkostrawne kawałki.

      Usuń
  2. Hej!

    Ja wiem, że ten rozdział był pisany dawno i pewnie nie będzie Ci się chciało zmieniać zbyt wielu rzeczy, ale chciałbym pokazać Ci kilka nielogiczności:
    1. Noszenie zbroi. Fajnie to wygląda, przyjemnie czuć ciężar założonej kolczugi czy płyty, ale tylko przez chwilę. Potem robi się to uciążliwe. Rozchodzi się o to, dlaczego dziewczyna chodziła w zamku w zbroi. Niezależnie od tego, czy to tylko skórzana czy nie, wydaje mi się, że lepiej jednak poruszać się bez zbędnego obciążenia. To samo tyczy się Duncana. Powinien zostać ugoszczony, dostać możliwość wykąpania i przebrania się. Ale to tylko moje zdanie.
    2. Słowa o Ellen. Silna, młoda kobieta. Młoda na pewno, ale czy silna? Przecież jest niska i drobna, prawda? Chyba że silna duchem czy coś w tym stylu.
    3. Noszenie broni. Ja wiem, że w grze wszyscy noszą broń na plecach i nie ma znaczenia jej wielkość. Jednak noszenie miecza na plecach jest najmniej wygodne. Lepiej przypiąć go do pasa. Tym bardziej sztylety, które są zbyt małe. Co prawda, w grze przypominają bardziej krótkie miecze, ale sama napisałaś, że to nieduże sztylety.
    4. W uniwersum Dragon Age religia i wiara w Andrastę jest wielka. Religijnej osobie nie wypada bluźnić słowami "na płonący zadek Andrasty".

    Lubię Dragon Age i fajnie przeczytać dobrze napisane opowiadanie w takich klimatach. Tym bardziej, że jestem ciekawy, czy dodałaś sporo rzeczy od siebie czy pojechałaś po linii najmniejszego oporu i po prostu przepisałaś fabułę gry na bloga.

    Pozdrawiam serdecznie i nie zapraszam do siebie, bo nie ma po co,
    Cyberpunk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział był pisany około siedmiu lat temu, o ile się nie machnęłam w rachunkach. Data publikacji jest zwodząca - przenosiłam tekst z Onetu, gdzie zaczynałam. Więc rzeczywiście, z pewnością nie będę tego przepisywać (bo tego wymaga na ten moment tekst, by być czytable), bo wolę skupić się na swoich ambitniejszych projektach.

      1. Obie kwestie umiałabym wybronić, like, Ellen przed chwilą trenowała albo Duncan ledwo co przybył i był pilnie proszony do Couslanda, ale szczerze mówiąc, nie chce mi się szukać pretekstów. Point taken, tho na tamtym etapie pisania zbyt wiernie chciałam odwzorowywać widoki z gry. Wyrastam z tego po iluśtam rozdziałach.
      2. Jak sam zauważyłeś, to raczej otwarte do interpretacji.
      3. Akurat broń na plecach to nie grzech wyłącznie Dragon Age. Potem już chyba w ogóle nie zwracam na to uwagi, więc mogę sobie z czystym sumieniem wzruszyć ramionami.
      4. Czy taka wielka, to bym szczerze polemizowała. Może w Fereldenie więcej jest wierzących niż niewierzących, ale nie zapominajmy chociażby o całym wielkim Tevinterze na północy. Co więcej, w niektórych rejonach Thedas nawet neguje się wagę Andrasty.
      I jeśli to są słowa Ellen, to są jak najbardziej na miejscu, bo Ellen nie jest religijna. A tego typu teksty padają także kanonicznie w grze, więc tym bardziej nie zamierzam robić tego tekstu uber-religijnego.

      Na początku będzie słabo. Nie radziłam sobie z przekładaniem obrazu na tekst. Siedem lat temu to jednak szmat czasu i niewiele potrafiłam. Ale im dalej w las, tym lepiej, generalnie. W moim skromnym odczuciu.

      Usuń