niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział 1.10 - Pełne fiolki

Gdyby ktoś kiedyś powiedział Ellen, że po ziemi chodziły takie istoty, że czaiły się w mroku, czekając, aż nadarzy się okazja, by wypełznąć na powierzchnię i splugawić wszystko, co żywe, nie uwierzyłaby. Legendy zawsze były legendami – pojawiały się w nich najstraszniejsze potwory, lecz zjawiali się również bohaterowie, którzy je pokonywali. Nigdy nie pomyślałaby, że mogło istnieć coś potworniejszego niż w baśniach i, co najgorsze, że to ona miała zostać bohaterem. Nigdy nie pomyślałaby, że sam widok istoty potrafił sparaliżować, że coś mogło być martwe, że coś mogło rozkładać się, a mimo to wciąż żyć.
Odrętwiała patrzyła, jak Alistair wysuwał się w przód, osłaniał tarczą, by uniknąć wystrzelonych strzał, i ustawiał się w gotowości do walki. Przerażający widok w ogóle go nie poruszył. Próbował ich chronić, bezradnych, zagubionych, bez doświadczenia i motywacji. Robił to, co do niego należało.
Nagle ta myśl zacisnęła się boleśnie na jej sercu, odbierając dech. Poruszyła palcami, by mocniej chwycić sztylety, ale już ich nie trzymała. Leżały gdzieś na ziemi. Upuściła je. Bardzo głupio.
Czy w ogóle jeszcze pamiętała, jak się walczyło? Umiałaby pomóc Alistairowi i podzielić jego obowiązki? Nie użyła broni od spłonięcia Wysokoża. Od zabicia kilkunastu ludzi Howe’a na nikogo ani na nic nie podniosła ręki. Szkolenie sir Gilmore’a nie przygotowało jej na te okropieństwa. Na taplanie się we krwi. Na duszenie się własnymi łzami. Co by powiedział sir Gilmore, gdyby widział ją teraz?
Pewnie podałby jej sztylety i wytłumaczył, co powinna zrobić, żeby sobie poradzić. Podsunąłby, żeby nie myślała o walce jako o ostateczności. Żeby nie skupiała się na tym, co było w niej najgorsze – tylko na tym, co mogła dać dobrego. Brzmiało to tak naiwnie w jej głowie, mimo że kiedy to mówił, starała się go słuchać. Nie rozumiała wtedy. Nie wiedziała.
Jej świat był taki idealny. Taki ciepły, spokojny, bezpieczny. Marzyła o przygodzie, ale chciała zawsze móc wrócić do ukochanego Wysokoża. Przygoda odnalazła ją sama i rozerwała wszystko na strzępy. Rzeczywistość udowodniła swoje okrucieństwo. I co dalej? Położyć się i płakać? Czy spróbować zmierzyć się z tym, do czego ją zmuszano?
Mroczne pomioty były tym, co zniszczyło całe jej życie. To, co znała, co kochała, czemu ufała. Nadeszły i to wystarczyło, żeby wszystko stanęło w płomieniach. Nie powinna o tym zapominać. Nigdy.
Miała zostać Szarą Strażniczką.
Alistair sparował cios hurloka mieczem i podsunął tarczę pod drugie ostrze, które runęło na niego z boku. Jeszcze nie walczył z grupą mrocznych pomiotów w pojedynkę. Mógł się spodziewać, że rekruci nie poradzą sobie ze strachem – szkoda tylko, że on był jeden. Póki ustawione na wzgórzu genloki chybiały każdy strzał, miał pewne szanse na to, żeby nie stracić głowy. Naprawdę, nigdy nie widział tak beznadziejnych łuczników jak pomioty. Przynajmniej wiedziały, w którą stronę ustawić strzałę, zanim zwolniły cięciwę.
Wepchnął hurloka na jego kompana, zdobywając dla siebie trochę miejsca. Gdyby przesunął całe starcie bliżej bagna, może pomioty by tam po prostu wpadły. Albo on. Zawsze istniało takie ryzyko. Ale nie mógł walczyć z dwoma naraz, jednocześnie starając się osłaniać rekrutów. To trochę go przerastało.
Dlaczego Duncan posłał go samego? Naprawdę nikt nie miał czasu, żeby…?
Coś skoczyło obok niego, prawie zahaczając go ramieniem. Instynktownie się odsunął, marszcząc czoło. Na oddech Stwórcy, co to było? Raczej żaden pomiot, w tej grupie nie było wrzeszczotów, więc…
Zmarnował kilka cennych chwil, wpatrując się w Ellen. Przemknęła pod mieczem hurloka w pełnym pędzie i uderzyła w niego z całym impetem, aż cofnął się na chwiejnych nogach. Na oślep machnęła sztyletem, ostrze przeszyło odsłonięte ramię. Nie zwolniła. Była taka mała i od razu narobiła takiego zamieszania. Niesamowite.
Skupił na sobie uwagę drugiego hurloka, kątem oka starając się Ellen pilnować. Zupełnie jej nie poznawał. Dlaczego nie podjęła walki z wilkami? Zablokował cios ciężkiego miecza na własnej klindze, obserwując, jak Ellen uskakiwała przed atakiem, nabierając płytkiego wdechu. Wyglądała na kompletnie zagubioną. Skąd Duncan ją wytrzasnął?
Na jego oczach cięła w żebra hurloka, a prowizoryczna zbroja zatrzeszczała żałośnie i pękła, sypiąc dokoła kawałkami rzemyków. Ostrze weszło głęboko w ciało, ciemna posoka popłynęła po boku. Dokoła potoczył się bolesny, skrzekliwy ryk, który aż zabolał Alistaira w zęby. Miecz hurloka świsnął w stronę Ellen. Alistair skoczył w bok, przygotowując tarczę, by ją osłonić, ale nie zdążył.
Cofnęła się, unikając ataku, i prawie w niego wpadła. Udało jej się odbić ostrze drugim sztyletem – wyglądała na szczerze zaskoczoną, że to zrobiła. Zakażona krew wylała się z rozerwanego boku hurloka, wypalając ziemię tam, gdzie trysnęła.
— Z dala od posoki! — sapnął Alistair.
Ellen nawet na niego nie spojrzała. Miał nadzieję, że to usłyszała, inaczej mogliby wpaść w tarapaty. Spróbował trzymać się blisko niej, ale drugi hurlok uparcie atakował. Kilka strzał świsnęło w powietrzu i zabębniło o wilgotną glebę.
Ellen natarła znowu. Niczym burza ruszyła na pomiota, by nagle gwałtownie zahamować. Alistair prawie przygryzł sobie język ze strachu – ona jednak obróciła się na nodze i z całym impetem wbiła ostrze sztyletu w szyję potwora. Posoka siknęła wąskim strumieniem, zalewając ziemię. Ellen odtrąciła hurloka celnym kopnięciem, cofnęła się chwiejnie i nabrała wdechu. Wyglądało na to, że przez chwilę nie zamierzała się ruszać. Pomiot u jej stóp podrygiwał w przedśmiertnych konwulsjach.
Alistair bez trudu przeszył ciężkie cielsko swojego przeciwnika i szarpnął mieczem, by strącić truchło na ziemię. Zmarszczył czoło, kiedy hurlok nie zsunął się z ostrza. Uderzył w niego tarczą – a potem drugi raz, bo niczego to nie dało. Zwłoki wreszcie runęły z głuchym tąpnięciem i Alistair mógł się spokojnie cofnąć. Strzepnął broń, chcąc się pozbyć ciemnej krwi pomiotów. Zerknął przy tym na Ellen, zaniepokojony, czy nie została ranna.
Wyglądała chyba… dobrze? Stała na szeroko rozstawionych nogach, dysząc ciężko. Na jej twarzy malowało się szczere przerażenie – jakby jeszcze nigdy niczego nie zamordowała i nie wiedziała, co się stało. Alistair zacisnął usta i zerknął przez ramię na sir Jory’ego i Davetha. Im nic nie było. To dobrze. Jeden problem z głowy.
— Zbierajcie się — polecił. — Jeszcze…
Poderwał tarczę. Poczuł, jak jedna albo dwie strzały się w nią wbiły, aż lekko szarpnęło jego ręką. Cholerne genloki. Powinni…
— Uważaj! — warknął.
Ellen popatrzyła na niego zdumiona. Nie zrozumiała. Bez zastanowienia skoczył w jej stronę i gwałtownie ją popchnął. Nie zmieściliby się. Musiała się skurczyć. Natychmiast. Zabolało go ramię, ale mocniej wparł się dłonią w ziemię, na drugiej ręce unosząc tarczę. Zabębniły o nią kolejne strzały.
Alistair popatrzył na przypatrującą się mu wielkimi oczami Ellen. Trochę na niej usiadł, szlag by to. Ellen odchrząknęła.
— Miażdżysz mi kolano — poinformowała.
Pośpiesznie odepchnął się od ziemi i dźwignął się na równe nogi. Przyjrzał się sterczącym z tarczy strzałom – odłamał drzewce jednej, po czym obrócił w palcach. Za każdym razem zdumiewało go to, jak bardzo pomioty nie dbały o swoją broń.
Odrzucił strzałę na ziemię i popatrzył na porykujące ze wzgórza genloki. Musieli je zdjąć szybko. Najlepiej, gdyby Ellen…
Zobaczył, jak ruszyła biegiem, zupełnie bez zastanowienia. To nie mogło się skończyć dobrze. To musiało się skończyć tragicznie.
— Ellen, tarcza! — zawołał za nią.
Nigdy nie walczyła z łucznikami? Przecież oni strzelali. Na odległość. Co za…
— Widziałeś to? — wykrztusił Daveth.
Odprowadził Alistaira i Ellen zdumionym spojrzeniem.
— Właśnie nie. To się po prostu… stało — odparł zachrypniętym głosem sir Jory.
— Pośpieszmy się, zanim nas tu zostawią — zaproponował Daveth, krótkim szarpnięciem sprawdzając cięciwę łuku.
Sir Jory skinął głową. Podniósł upuszczony chwilę temu miecz i ruszył śladem Ellen oraz Alistaira, uważając, by nie znaleźć się na linii strzału.
Ellen wspięła się na łagodne zbocze i z rozpędu wbiła sztylet w pierś najbliżej stojącego pomiota. Potwór zacharczał, chwiejąc się pod impetem, ale zanim dobył broni, Ellen odskoczyła. Nie miała – oczywiście – żadnego planu. Wydawało jej się, że jeśli pozabija te stwory, to wyjdzie im to na dobre. Natarła znowu, tym razem wrażając w tors pomiota oba sztylety. Mocno napięła mięśnie i szarpnęła cuchnącym cielskiem w bok, zrzucając je ze skarpy. Usłyszała nieprzyjemny trzask łamanych kości, od którego po plecach przebiegł jej zimny dreszcz.
Nie zdążyła zareagować – na jej ramię spadł cios i z trudem odbiła wrogą klingę jednym ze sztyletów. Zatoczyła się w tył, drobiąc nogami, żeby utrzymać równowagę. Nie mogła znaleźć oparcia, ślizgała się na wilgotnej trawie. Jeszcze moment, a po prostu stoczy się z tego wzgórza i…
Alistair wpadł między nią i pomiota. Z głuchym hukiem uderzył w niego tarczą, odtrącając od niej. Nawet nie zerknął w jej stronę, skupiony na przeciwniku. Ellen złapała głębszy oddech, osunąwszy się nieco niżej na mokrej ziemi. Minął ją sir Jory i zaatakował drugiego potwora. Nagle wokół zrobiło się tak dużo przestrzeni. Mogła oddychać, poczuła na skórze ziąb i dreszcze. Prawie czarna posoka lała się ze splugawionych ciał, wypalając trawę aż do gołej gleby. Smród mieszał się z orzeźwiającym zapachem lasu.
Ellen pozwoliła ciału popaść w odrętwienie – i to był błąd. Zrozumiała to, kiedy jeden z niskich pomiotów wysunął się zza sir Jory’ego i runął na nią, unosząc miecz. Ellen cofnęła się, czując, jak rozjeżdżały się jej nogi. Zacisnęła dłonie na rękojeściach sztyletów, przez potwornie długą chwilę nie pamiętając, jak ich użyć. To było żałosne. Przed chwilą walczyła jakby nigdy nic, a teraz?
W sam środek jego groteskowo wykrzywionego pyska wbiła się strzała. Krew pociekła po czole, rozstępując się powyżej wąskich nozdrzy, rybie oczy przewróciły się w głąb czaszki. Potwór runął na ziemię u stóp Ellen, wydając z siebie gardłowe rzężenie.
Ellen cofnęła się parę kroków, czując, jak nogi miękły pod ciężarem ciała. Kolana już dawno tak mocno jej nie drżały. Przed oczami zobaczyła czarne plamy – tylko dlaczego? Aż tak zmęczyła ją walka? Może była zbyt intensywna. Może powinna się położyć i odpocząć. Tylko chwilę. Najwyżej stoczy się ze wzgórza, trudno.
Poczuła, że ktoś podparł jej plecy i delikatnie pomógł usiąść. Nie miała siły unieść powiek – dokoła zalegało mnóstwo dziwnej krwi, kawałek dalej leżały truchła pomiotów. Idealne miejsce, by odpoczywać. Mimo to położyła się na wilgotnej trawie, wypuszczając z piersi powietrze. Wreszcie koniec. Nie musiała więcej walczyć. Przynajmniej przez chwilę.
Wykrzywiła usta w czymś podobnym do uśmiechu.
Od dawna nie czuła takiego zmęczenia.
— Nie żebyś była ciężka, ale trochę mi niewygodnie — usłyszała.
Ellen podparła się na łokciu, wyginając plecy. Poczuła, że uwierającą ją ręka zniknęła, i dopiero wtedy otworzyła oczy. Popatrzyła na siedzącego obok Alistaira, który od razu posłał jej uśmiech. Wyglądał tak zwyczajnie. Chociaż na jego zbroi zauważyła plamy krwi, nagle nie przeszkadzały jej aż tak.
Sama również spróbowała się uśmiechnąć. Należało mu się od niej chociaż tyle.
— Co to było? — wychrypiała.
Alistair przeniósł wzrok na sir Jory’ego czyszczącego ubabrany miecz z posoki. Uśmiechał się lekko.
— Mroczne pomioty. Jak pewnie się zorientowałaś. — Na chwilę wyszczerzył zęby. — Te wysokie to hurloki. Niższe to genloki. Jeśli cię to interesuje.
Ellen wypuściła powietrze ustami. Kiedy spojrzała w górę, niczego nie widziała poza gęsto splecionymi gałęziami drzew. Ciekawe, jak długo tu już byli.
— Nie wiem — mruknęła. — Chyba tak.
Alistair przyjrzał się jej. Uniósł dłoń, odpowiadając wspinającemu się do nich Davethowi, ale nie oderwał od niej spojrzenia.
— To było dość spektakularne — stwierdził. — Zerwałaś się do walki jak szalona. Często tak trzymasz w niepewności do ostatniej chwili?
Ellen wywróciła oczami. On chyba nawet się nie starał, te słabe żarty same mu wychodziły, jak pod wpływem natchnienia. Gorzej, że całkiem ją śmieszyły.
— Czasami — westchnęła. — Siebie też zaskoczyłam.
— Obyś nie przestała zaskakiwać. Przydałaś mi się wtedy. Hurloki jakoś nie chciały odpuścić. — Wymownie rozmasował rękę, w której podczas walki trzymał tarczę.
Ellen uśmiechnęła się lekko.
Jeśli ona nadal żyła, Fergus na pewno też. Walczył o wiele lepiej od niej. Pomioty nie mogły go zabić. Może wyrwał się szponom śmierci, uciekł, cokolwiek.
Zamknęła oczy, słuchając niezadowolonego pomrukiwania Davetha. Chyba usiadł gdzieś obok nich, jego skórzana zbroja zatrzeszczała. Ellen postanowiła udawać, że jej nie było. Potrzebowała spokoju. Potrzebowała wiedzieć, gdzie znajdował się Fergus.
— Czyli to są mroczne pomioty — stwierdził Daveth.
Alistair milczał przez chwilę.
— Nie inaczej.
— Przerąbane.
— Z tym zmagają się Szarzy Strażnicy, tak? — zainteresował się sir Jory.
Jego głos dobiegał zza jej pleców. Musiał nadejść ze szczytu wzgórza. Pewnie już skończył czyścić miecz. Powinna zająć się swoimi sztyletami albo chociaż pozbierać się, przygotować do dalszej drogi. Przynajmniej trochę przeschła od tego biegania.
— Mniej więcej — przyznał Alistair. — Zwykli ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że pomioty stanowią zagrożenie również bez Plagi. Dbamy o to, żeby nikt ich nie widział, kiedy zabłądzą na powierzchnię.
— Ale to nie jest normalne? — Daveth brzmiał na niepewnego. — Z tego, co wiem, wyłażą tylko podczas Plagi?
Alistair westchnął ciężko.
— Świadomie – tak. Jeśli można tak powiedzieć — poinformował. — Arcydemon wzywa je, by wypełzły na światło dzienne. W sumie trudno stwierdzić, co chcą osiągnąć. Nigdy im się nie udało splugawić świata, chociaż stanowczo podejmowały próby.
Ellen usłyszała prychnięcie sir Jory’ego.
— Chyba nie szukasz logiki w ich postępowaniu? — obruszył się. — To tylko bezmyślne kreatury.
Cisza panowała nieco dłużej niż wcześniej. Ellen wydało się, że to był moment, w którym powinna otworzyć oczy i stanąć po stronie Alistaira, chociaż nie wiedziała, dlaczego wpadło jej to do głowy. Nie ruszyła się.
— Jasne, że nie. Tak tylko rzuciłem — mruknął Alistair.
— Szlag, nieźle przesrane — westchnął Daveth.
Ellen wykrzywiła usta. Cóż za subtelny komentarz.
Złapała się na tym, że takie słownictwo trochę drażniło jej uszy. Nawet nie wiedziała, że przywykła do eleganckich zwrotów na co dzień towarzyszących szlachcie. Jeszcze niecały rok temu robiłaby wszystko, żeby udawać, że bliżej jej było do prostego ludu. Teraz stała przed przepaścią, której nawet nie rozumiała. Kiedy ona się tam pojawiła?
— Ile było osób w zwiadzie? — odezwała się, otwierając oczy.
— Gdzie? — prychnął Daveth.
Ellen zwróciła spojrzenie na Alistaira.
— Ile?
Alistair zmarszczył czoło, przyjrzawszy się jej czujnie. Wyglądał na zdezorientowanego pytaniem – najpierw wzruszył ramionami, ale potem uniósł spojrzenie na korony drzew. Może liczył.
— Nie jestem pewien — przyznał. — Ponad tuzin, tak myślę.
Ellen skinęła głową. Nie pamiętała, ile ciał zostawili poniżej. Dziesięć? Może więcej? Jeden żołnierz zawrócił do Ostagaru.
— Dlaczego pytasz? — Alistair przekrzywił głowę, przypatrując się jej.
Ellen zacisnęła usta. Nie mogła – i nie zamierzała mu mówić. Sfrustrowana wzruszyła ramionami. To przecież nieważne. Fergus niczego dla nich nie znaczył. Nie musieli wiedzieć, że zgubiła brata. Nie musieli niczego o niej wiedzieć.
— Tak tylko — burknęła.
— Właściwie to co z tą krwią, którą mieliśmy zdobyć? — odezwał się sir Jory.
— Z krwią? — powtórzył Alistair. — O nie. Krew.
Zerwał się na równe nogi tak gwałtownie, że Ellen mimowolnie drgnęła. Rzucił się ku leżącym nieruchomo truchłom, nerwowo grzebiąc w przytroczonej do pasa sakwie. Pewnie trzymał tam fiolki, które mieli napełnić. Ellen uśmiechnęła się blado, patrząc, jak opadał na kolana, drżącymi rękoma je odkorkowując.
— Ciekawe, czy wszystko już wsiąkło, czy jeszcze nie — mruknął Daveth, nie kryjąc złośliwości w głosie.
Ellen oderwała spojrzenie od pleców Alistaira i raz jeszcze przyjrzała się Głuszy Korcari. Znajdowali się na niewielkim wzgórzu, a drzewa nad nimi zamykały się niczym sklepienie wielkiej klatki, gałęzie przeplatały się jak pręty. Nie dostrzegła więcej mgły – zupełnie jakby rozwiała się pomiędzy bagnami oraz miejscem, w którym odpoczywali. Wśród ostępów królował ciemnozielony półmrok. Zdawało się, jakby puszcza nie miała końca, jakby ciągnęła się w siną dal. Ellen westchnęła, wsparła się na ręku i powoli wstała.
Wśród burych krzewów oraz butwiejących pni dostrzegła smugę jasności. Zerknąwszy przez ramię na zajętego trupami pomiotów Alistaira, bez pośpiechu skierowała się w tamtą stronę. Kiedy podeszła bliżej, zorientowała się, że patrzyła na pojedynczy kwiat. Śliczny, ale zupełnie samotny wśród chłodnych ostępów Głuszy Korcari. Pochylając się nad nim, mimowolnie zerknęła dokoła. Nie zauważyła już ani jednego.
Kremowe płatki pachniały przyjemną słodyczą. Ellen przymknęła oczy, rozkoszując się cudownym zapachem – przy odrobinie wysiłku mogła zapomnieć, jak cuchnęły mroczne pomioty. Mimowolnie pogłaskała miękkie płatki opuszkami palców, uśmiechając się lekko. Podobne kwiaty rodzice lubili trzymać w sypialni. Zawsze pachniało w niej świeżością. Zwłaszcza o poranku.
— Ten kwiat… — usłyszała za sobą.
Drgnęła i sztywno obejrzała się przez ramię, napinając mięśnie. Obok niej zatrzymał się Daveth, marszcząc czoło. Przypatrywał się roślinie, nie jej, i Ellen nie była pewna, czy w ogóle zwracał się do niej.
— Biały z czerwonym środkiem — dodał w zamyśleniu. — Nadzorca psiarni w Ostagarze wspominał o takich właśnie kwiatach.
Ellen przyjrzała się roślinie. Wyglądała zupełnie niewinnie.
— Wiesz może, po co mu one? — spytała.
— Mówił, że taki kwiat może pomóc psom, które rozchorowały się po zetknięciu z mrocznymi pomiotami — przypomniał sobie i wzruszył ramionami. — Tak czy siak, oferował nagrodę temu, kto zapuści się w Głuszę i przyniesie taki kwiat. Może warto się nad tym zastanowić, to wszystko.
Ellen powoli pokiwała głową. Strażnik na moście wspominał coś o tym, że niektóre ogary po bitwie źle się czuły.
— W drogę! — rozległ się naglący głos sir Jory’ego. — Mamy krew!
Daveth uniósł rękę, dając znać, że już wracali, zerknął na Ellen, po czym bez słowa ruszył. Ellen nie podążyła za nim, intensywnie wpatrując się w kwiat. Zerwanie go nie kosztowało jej żadnego wysiłku, a skoro mógł pomóc tym biednym psom… Westchnęła, delikatnie ujęła łodygę przy samej ziemi i oderwała ją.
Zawracając, spróbowała ułożyć kwiat na dnie sakwy noszonej przy pasie. Nie miała tam niczego poza znalezionym przy zwłokach liście. Idealne miejsce na taką delikatną roślinę. Dotarła do pozostałych i ustawiła się na uboczu, krzyżując ręce na piersi.
— Starczy nam tej krwi — poinformował Alistair, uśmiechając się do nich. — Duncan powinien być zadowolony. — Uniósł trzy fiolki.
Ellen zapatrzyła się na przelewającą się za szklanymi ściankami prawie czarną posokę. Było w niej coś hipnotyzującego. Z trudem oderwała wzrok, wbijając paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.
— Teraz pozostaje nam znaleźć traktaty… i się nie zgubić — dodał pogodnie, chowając fiolki.
— Co? — wyrwało się Davethowi.
Ellen posłała Alistairowi przeszywające spojrzenie.
— Nie znasz drogi powrotnej do Ostagaru? — spytała nieco ostrzej, niż powinna. — Będziemy się tu wałęsać, póki nas śmierć nie zastanie?
— Albo szlag trafi — dopowiedział pod nosem Daveth.
Alistair wzruszył ramionami.
— Najpierw musimy znaleźć stare archiwum — przypomniał. — Jak długo nie będziemy wracać, w końcu zaczną nas szukać, prawda?
Ellen nie znalazła na to żadnego komentarza. Nie była pewna, czy Alistair nadal żartował, czy mówił zupełnie poważne.
— Żadne krzaki nie wyglądają zachęcająco. — Daveth wzruszył ramionami.
Ellen z westchnieniem potoczyła spojrzeniem dokoła. Na pewno powinni iść przynajmniej przed siebie, w przeciwną do Ostagaru stronę. Ale co dalej? Jaki klucz obrać, żeby całkiem się nie zgubić?
Jej wzrok padł na ciemny kształt na szczycie wzgórza. Zmrużyła oczy.
— Widzicie? — mruknęła.
Podeszła parę kroków w przód, niedbale wskazując to, co dostrzegła. O ile się nie myliła, patrzyła na zwalone drzewo. Wisiało częściowo w powietrzu, zupełnie jak most. O czym pisał w swoim liście misjonarz Zakonu.
— Możemy pójść za znakami zostawionymi przez Rigby’ego — zaproponowała.
— To nie jest beznadziejny pomysł — uznał Alistair. — Ruszajmy więc.
Całą grupą skierowali się w dół zbocza, by od bezpiecznej strony dotrzeć do miejsca, gdzie między wzgórzami wisiał pień. Ellen zupełnie się nie spodziewała, że za kilkanaście metrów znajdą się wśród bardzo bagnistych terenów – stałe podłoże uciekało im spod nóg, a woda chlupotała głośno w dzwoniącej w uszach ciszy.
— Spójrzcie tam — poprosił grobowym głosem Alistair.
Ellen od razu poderwała głowę, przesuwając wzrok w stronę, którą wskazywał. Poczuła, jak jej gardło nieprzyjemnie się zaciskało. Nie mogła nabrać tchu. Zatrzymała się – a przy niej stanęli też Daveth i sir Jory.
Pod potężnym pniem kołysali się wisielcy. Ciała ledwie się poruszały, popychane chłodnym wiatrem ciągnącym od bagien. Dokoła jednak nie unosił się smród. Ich twarze były rozdrapane, nie do rozpoznania. Mogli należeć do królewskiego zwiadu. Może nikt nie uciekł przed pomiotami. Może Ellen patrzyła na swojego brata.
Bezradnie zacisnęła dłonie w pięści, nabierając świszczącego wdechu.
— Biedacy. To już przesada — usłyszała zduszony głos Alistaira.
Przesada? Delikatnie powiedziane. Bestialstwo w najczystszej postaci.
— Czujecie? — odezwał się Daveth. — Jakby…
— Pomioty — dokończył Alistair. — Niedużo, na sąsiednim wzgórzu.
Ruszyli za nim. Starcie prawdopodobnie było nieuniknione. Poza tym – czy Ellen chciałaby go unikać? Miała zostać Szarą Strażniczką. To pomioty rozbiły oddział zwiadowczy, może zabiły jej brata. To przez nie Howe zwietrzył okazję do ataku na Wysokoże. Istniało tyle powodów, dla których mogła nienawidzić tych stworzeń, dla których mogła je zabijać. Byle tylko nie poddała się przerażeniu.
Stały na łagodnym zboczu kolejnego wzgórza. Trzymały poszczerbione miecze, wybałuszały rybie ślepia, ich natarczywe murmurando to wznosiło się, to opadało wśród ciszy, wąskie nozdrza drżały. Wyglądały jak ucieleśnienie najgorszych koszmarów, jak obleczone ciałem ludzkie grzechy zebrane przez tysiące lat egzystencji ich rasy. Zupełnie jakby Stwórca zapragnął ich ukarać za wszystko, czego kiedykolwiek się dopuścili.
Ellen już się nauczyła, że Stwórca był najbardziej niesprawiedliwym bytem spośród pozostałych bóstw.
Nie poczuła strachu. Na rozkaz Alistaira po prostu zaatakowała – skoczyła ku pomiotom, wypatrując luk w ich obronie. To tylko bezmyślne stwory. Zbyt głupie, by poradzić sobie z wyszkolonym wojownikiem. Nawet z nią. Musiała po prostu robić swoje. To na pewno wystarczy. Pewnego dnia.
Czarna posoka chlusnęła na ziemię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz