niedziela, 27 stycznia 2013

Rozdział 1.11 - Szkatułka Jetty

— Znakomicie! Wilki, mroczne pomioty, zdradliwe bagna, walące się na głowę ruiny i jeszcze gigantyczne owady! — warknął Daveth, z plaśnięciem rozgniatając na czole sporych rozmiarów komara.
Ellen uniosła głowę, posyłając mu zirytowane spojrzenie. Narzekał od ładnych paru minut, zamiast wziąć się do roboty i sprawdzić pozostałe skrzynie. Prawdziwy skarb z tego rekruta. Wypuszczając powietrze przez zęby, odrzuciła kilka desek z większą siłą, niż to było konieczne. Podłapała karcący wzrok sir Jory’ego i zupełnie go zignorowała.
— Zamknij się wreszcie — zwróciła się do Davetha, zaglądając do otwartego kufra.
Nic. Pomioty albo wszystko wybebeszyły, albo niczego tam jeszcze nie wcisnęły. Po co tym stworom jakiekolwiek skrzynie, swoją drogą? Rozumiały ideę przechowywania czegokolwiek? Ellen zmarszczyła czoło, czując łaskoczącą gardło irytację.
Niczego się z tego nie dowiedzą. Niczego nie znajdą. Marnowali czas.
Z drugiej strony miała mnóstwo czasu. Całe bezsensowne życie.
Skrzyżowała ręce na piersiach i wściekle spojrzała przed siebie, w ciemną Głuszę Korcari, próbując zapanować nad przyśpieszającym oddechem. Nie mogła myśleć o żołnierzach powieszonych na zwalonym pniu. Nie mogła zastanawiać się, który z nich to jej brat. Nie mogła udawać, że interesowały ją te pieprzone skrzynki.
— Nie mają tu niczego przydatnego — odezwał się sir Jory. — Widzisz Alistaira?
Ellen nie zorientowała się od razu, że pytanie było skierowane do niej. Cisza jednak zaciążyła w powietrzu i sprawiła, że Ellen zwróciła spojrzenie na swoich towarzyszy. Zauważyła, że sir Jory wpatrywał się w nią wyczekująco. Zacisnęła usta.
Co ją to interesowało?
Zmrużyła oczy i znów przyjrzała się rozciągającym się wokół widokom. Mgła przykrywała mleczną pokrywą zdradliwe bagna. Wystające z niej drzewa wyglądały jeszcze bardziej ponuro, pogłębiały skradający się wśród pni mrok. Łatwo było się tu zgubić. Pewnie nawet łatwiej się utopić. Sama to w końcu sprawdziła. Westchnęła sfrustrowana.
Nie, nie widziała Alistaira.
Wzruszyła ramionami. To powinno wystarczyć sir Jory’emu za odpowiedź.
— Pewnie trafił na coś ciekawszego niż my — zamarudził Daveth.
— Albo cieszy się odpoczynkiem od ciebie — mruknął pod nosem sir Jory, zamykając kolejną przejrzaną skrzynię.
To nawet nie tak, żeby pomioty cokolwiek ukradły? Poza pieprzonymi skrzynkami i jednym eleganckim kufrem. Przecież to nie to zabrał ze sobą zwiad. Kogo na tym cholernym końcu świata mogły obrabować? Jak w ogóle rozumiały ideę rabunku? Ellen poczuła, jak gniew rozpalał w jej piersi ogień. Miała tego dość. Chciała wrócić do Ostagaru.
— Skończyliście? — rzucił Daveth.
Nie czekał na odpowiedź.
— Co robimy dalej? Idziemy po niego? Stoimy tu jak słupy?
— Zaczekamy — odparł spokojnie sir Jory. — Takie były przecież rozkazy. Poszedł niedaleko, sprawdzić tylko, dokąd iść.
Ellen zacisnęła usta, mimowolnie zwracając spojrzenie na miejsce, gdzie Alistair zniknął im z oczu. Nie wydawało jej się, żeby mógł sobie poradzić z tą dziczą. Nie wyglądał na kogoś, kto zjadł zęby na tropieniu. Zresztą był chyba w jej wieku. Albo nawet młodszy. W tej sytuacji nie dało się mówić o zjadaniu zębów na czymkolwiek.
Coś zimnego ukłuło jej żołądek. Zirytowana przełknęła ślinę.
— Zaczekamy? — pojękiwał Daveth. — Wrośniemy w tę ziemię. Albo przyjdą pomioty i nas pozabijają. Nie możemy tak stać.
— Jak chcesz, droga wolna, idź — zaproponował sir Jory. — Nikt cię tu nie trzyma.
— Bardzo sprytne. Nie nabiorę się.
Alistair nie wracał trochę za długo jak na spacer na sąsiednie wzgórze. Ellen przeszywała wzrokiem mgłę, ale nie widziała żadnego ruchu. Kiedy szła przez Głuszę, wpadła do bagna zupełnie niespodziewanie, nawet nie zauważyła, że ziemia się kończyła.
Powinien już wracać. Powinien był wrócić dużo dawniej.
— Idę go poszukać — oznajmiła oschle, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
— Kogo? — Daveth powiódł za nią spojrzeniem, kiedy energicznym, nieco sztywnym krokiem ruszyła w dół zbocza.
Ellen wywróciła oczami. Nie odpowiedziała, nie widziała w tym sensu. Poza tym jeśli Alistair faktycznie znalazł się w tarapatach, nie miał dużo czasu. Sam przeciwko temu, co mogło mu zagrozić w tej ogromnej puszczy? Przyśpieszyła kroku, uważając, żeby nie poślizgnąć się na wilgotnej trawie.
— Stój! — usłyszała zaniepokojony głos sir Jory’ego.
Coś było nie tak. Nie obchodziło jej, czy też tak uważali. Musiała sprawdzić.
— Sam sobie stój — warknęła pod nosem.
Drugie wzniesienie okazało się dużo większe. Zbocze porastały nie tylko krzewy, wśród mgły widziała cienie kilku szerokich pni. Dokąd on zawędrował? Ellen nabrała powietrza, żeby go zawołać, ale niczego nie wykrztusiła. To zresztą głupie. Nierozsądne. Mogła zaalarmować pomioty albo inne dzikie zwierzęta. Normalnie chyba powinny wtedy uciec, ale Plaga nie była normalna. Już to widziała. Nie musiała popełniać dwa razy tych samych błędów. Tylko jak znaleźć jednego człowieka w wielkim lesie, we mgle?
Wśród ciszy poniósł się dziwny brzdęk. Ellen zatrzymała się jak wryta, sztywniejąc. Powinna sięgnąć po broń. Powinna przygotować się do walki. Nie mogła się jednak ruszyć. Nasłuchiwała – aż dotarł do niej szczęk metalu. Po plecach przebiegł lodowaty dreszcz. Na oddech Stwórcy, co tam się działo, na szczycie tego wzgórza, za gęstym podszytem?
Usłyszała przekleństwo. Nie była pewna, czy głos zabrzmiał znajomo, ale jej nogi wreszcie ruszyły. Po kilku krokach biegła, nerwowo odgarniając gałęzie, które smagały ją po ciele i twarzy. Może to nie Alistair. Ale na pewno ktoś żywy. A jeśli to Fergus? Jeśli się uratował, jeśli uciekł, jeśli…?
Pewnie nie. Szanse były żałośnie marne. Mimo to serce zabiło jej szybciej.
Zatrzymała się jak wryta w cieniu rzucanym przez zniszczone ruiny. Przed nią toczyła się walka – mroczne pomioty, których smrodu nawet nie poczuła, przemieszczając się z wiatrem, zaciekle broniły się przed rozjuszonymi wilkami. Scena wyglądała zupełnie groteskowo, jak z opowieści straszących niegrzeczne dzieci. Żadne normalne zwierzę nie zaatakowałoby tych stworów. Ona nie miała najmniejszej ochoty ich atakować, a nie kierowała się przede wszystkim instynktem.
Cofnęła się o krok. Mogłaby jeszcze uciec, nikt jej nie zauważył. Gdyby się na nią rzucili, zginęłaby. Nagle ta myśl napawała ją strachem. Nie chciała ginąć. Nie z rąk pomiotów. Nie w Głuszy Korcari, zapomniana przez cały świat. Nikt by nawet nie wspomniał jej imienia. Prawie nikt nie wiedział, że żyła.
Jej spojrzenie padło na szamotaninę na uboczu. Zachłysnęła się powietrzem, w leżącym kształcie rozpoznając Alistaira. Bronił się przed atakującym go wilkiem – zwierzę zacisnęło paszczę na karwaszu jego zbroi. Alistair musiał upuścić miecz, bo drugą ręką macał na oślep, pozwalając kłom szarpać pancerz. Przecież karacen w końcu nie wytrzyma. Zębiska zatopią się w ciele.
Mogłaby więc ruszyć, żeby mu pomóc.
Skoczyła do biegu, sięgając po broń, chociaż nawet nie wiedziała, jak jej użyć. Z całym impetem uderzyła w wilka. Nie zauważył jej, tak skupiony na schwyconej ofierze. Wbiła bark w jego bok, poczuła, jak ciało ustępowało. Alistair jęknął. Musiała go szarpnąć. Albo nadepnąć? Nie miała czasu się zastanawiać. Nogi się pod nią rozjechały, opadła na kolana. Szybko, szybko, szybko.
Kiedy wilk skoczył, zdążyła tylko wystawić przed siebie sztylet. Zwierzę nadziało się na niego, kłapiąc paszczą nieopodal jej twarzy. Cielsko zwiotczało i runęło na ziemię niczym kłoda, przygniatając jej kurczowo zaciśnięte ręce. Nie zdobyła się na to, by wyrwać je spod zwłok, wpatrując się w zabitego wilka szeroko otwartymi oczami.
Chyba trafiła w serce. Musiała trafić w serce, skoro tak szybko zmarł. Przynajmniej nie cierpiał. Przynajmniej tyle dla niego zrobiła.
Poczuła na sobie spojrzenie. Drgnęła nerwowo i poderwała wzrok. Natrafiła na coś ukrytego wśród krzewów, na błyszczące, jasnobrązowe ślepia. Czymkolwiek to było, obserwowało ją. Kolejny wilk? Może jeszcze zdrowy, nieskażony Plagą?
— Ellen — usłyszała stęknięcie Alistaira.
Obróciła się gwałtownie i wyrwała ręce spod cielska wilka. Popatrzyła na krew pokrywającą ostrze, czując, jak coś się w niej kurczyło i umierało. Pomioty chciała zabijać. Zwierzęcia nie chciała zabić. Musiała, ale nie chciała. Jak można było sobie z tym poradzić? Jak żyło się z konsekwencjami mordowania?
— Żyjesz? — wychrypiała.
— Tak jakby. — Alistair dźwignął się na klęczki i przyjrzał się jej czujnie. — A ty?
W jego głosie pobrzmiewała troska. Ellen odwróciła wzrok, przytłoczona tym.
— Jeszcze.
— Gdzie reszta? — rzucił już normalniejszym tonem.
— Nie wiem.
Usłyszała westchnienie. Przez chwilę nawet czuła wyrzuty sumienia, że nie umiała z nim normalnie rozmawiać.
— W porządku — mruknął. — Powinniśmy stąd…
W polu jej widzenia poruszył się zwalisty cień. Obróciła głowę szybko, prawie błyskawicznie, a jej wzrok padł na pomiota. Wysokiego. Hurlok?
— Uważaj! — zawołała.
Alistair zareagował bez zastanowienia. Poderwał odzyskany miecz, blokując atak, chociaż nadal klęczał. Zobaczyła, jak zacisnął zęby z wysiłku. Pomiot napierał z całej siły, rechocząc gardłowo, w najbardziej obrzydliwy sposób, jaki kiedykolwiek słyszała.
Zerwała się na równe nogi i zaatakowała, zanurzając zakrwawiony sztylet w jego boku. Smród był tak intensywny, że prawie poczerniało jej przed oczami. Uszy wypełnił jej rozjuszony, wysoki pisk, od którego aż zabolały zęby. Spróbowała uwolnić się od tej obrzydliwej bliskości, wyszarpując broń. Hurlok zatoczył się w tył i tylko dzięki temu uniknęła szerokiego cięcia mieczem.
Alistair uderzył tarczą w jego tułów, podnosząc się, i zaatakował, spychając go dalej od Ellen. Mogła złapać oddech, pozbierać myśli, spróbować sobie poradzić. Część pomiotów – stąd widziała dwa – nadal walczyła z wilkami. Inne nie. Kolejne dwa skierowały się do nich, powarkując, kiedy patrzyły, jak Alistair przeszywał na wylot brzuch ich hurloka. Ellen postąpiła parę kroków w przód.
Ciekawe, czy rozumiały pojęcie partnerstwa. Czy atakowały instynktownie, czy usiłowały się wzajemnie chronić.
Skoczyła do Alistaira, osłaniając go przed cięciem wrogiego miecza. Zatrzymała broń na ostrzach skrzyżowanych sztyletów, odepchnęła ją i mocno się pochyliła, wyprowadzając kolejny atak. Minęła bok pomiota o centymetry. Musiała przejść na drugą nogę, obrócić się, ale straciła go z oczu. Obróciła się w złą stronę. Sir Gilmore tyle razy mówił jej…
Poczuła bolesne uderzenie w ramię i straciła równowagę. Nie zdążyła podeprzeć się stopą, runęła na ziemię i sturlała się, boleśnie obijając sobie łokcie, kolana, a nawet biodra. Uderzyła w kamień tyłkiem – z tego na pewno będzie imponujący siniak. Z trudem wyhamowała, uniosła się na ręku, szukając spojrzeniem Alistaira, i dostrzegła rosły kształt biegnący w jej stronę. Wilk. Nie zdąży. Nie miała jak…
Jego łeb potoczył się obok niej i zniknął wśród zarośli. Bezgłowe ciało przejechało kawałek po ziemi, zanim zahamowało niedaleko.
Ellen poczuła, jak jej usta zalewała żółć. Zacisnęła powieki, szybko odwracając głowę, i spróbowała nie oddychać. Nie mogła wymiotować. Nie chciała wymiotować. Nie w środku walki, nie w takiej sytuacji, pokonana, żałosna, słaba i bezradna. Na oddech Stwórcy, czy istniał ktoś, kto jeszcze bardziej się nie nadawał do Szarej Straży?
— Wszystko w porządku? — usłyszała głos Davetha.
Przyszli. W porę. Czyli to był miecz sir Jory’ego. Mogła się domyślić.
Popatrzyła na Davetha niechętnie, nie unosząc głowy. Kucał przed nią i pomocnie wyciągał rękę, jakby to było, cholera, najważniejsze. Nawet łuk zostawił na ziemi. Jakby nie wiedział, że powinien zachowywać ciągłą czujność.
Nie przyjęła pomocy. Wstała sama, walcząc z drżącymi kolanami, słabnącymi nogami, wzbierającymi mdłościami. Nie spojrzała na Davetha, nawet kiedy zauważyła, że opuścił ramię. Nie potrzebowała go. Nie potrzebowała jego współczucia, użalania się nad nią, nie potrzebowała niczego.
Na wzgórzu zapanował spokój. W cieniu ruin nie został nikt żywy poza Alistairem oraz sir Jory’m. Wśród traw zalegały ciemne kształty, nieruchome i trochę przerażające. Pomioty oraz wilki. Wszystko martwe. Ellen sztywno wcisnęła sztylety do osłonek, czując, jak drętwiały jej ręce. To miejsce na pewno było opuszczone przez Stwórcę trochę bardziej niż reszta pieprzonego Thedas.
Ruszyła sztywnym krokiem ku kucającemu Alistairowi i sir Jory’emu. Musieli coś znaleźć. Może coś ważnego. Archiwum, na przykład? Nie oglądając się na Davetha – i tak słyszała jego kroki za sobą – spróbowała ominąć wszystkie trupy i nie spojrzeć na nie.
— Znaleźliśmy… — odezwał się sir Jory. — …znaleźliśmy Rigby’ego.
— Misjonarza? — rzucił Daveth.
Sir Jory skinął głową. Ellen zmarszczyła czoło. Nie wyglądał na szczęśliwego. Misjonarz był ranny? Zerknęła na Alistaira, mimowolnie przyśpieszając kroku. Nie widziała dobrze jego twarzy, ale i tak poczuła zimny dreszcz. Bezwiednie dotknęła sakwy, w której bezpiecznie leżał list do Jogby’ego.
— Co z nim? — spytała ostrzej, niż powinna.
Nie otrzymała odpowiedzi. Zatrzymała się przy nich, gotowa wypluć z siebie więcej kąśliwych słów, ale oddech uwiązł jej w gardle.
Rigby – prawdopodobnie on – leżał wśród ruin. Chyba w dawnej kaplicy, wieży widokowej, czy co to właściwie mogło być w samym środku Głuszy Korcari. Na jasnopomarańczowej szacie Zakonu ciągnęły się smugi krwi. Jego krwi. Puste spojrzenie martwych oczu wbijał w korony drzew. Zimny i nieruchomy.
Gula, która pojawiła się w gardle Ellen, nie dawała się przełknąć.
Poczuła, jak osunęła się na kolana. Podparła się rękoma na chłodnej posadzce, wpatrując się w pustą twarz. Nic już nie zostało, tylko ciało. I list do syna. Który też odszedł. Byli przynajmniej razem. Chociaż oni. Zacisnęła usta, żeby nie było widać, jak drżały, i złożyła dłonie na swoich nogach. One też drżały. I ręce. Wszystko drżało. Powinna odwrócić wzrok, ale nie mogła. Coś w niej powoli, boleśnie umierało.
— Znalazłem przy nim to — odezwał się Alistair.
Słyszała jego głos jakby z oddali, ale obróciła do niego głowę, kiedy dotknął jej ramienia. Jej spojrzenie padło na świstek papieru, brudny, poplamiony. Pewnie krwią. Przez chwilę nie potrafiła wziąć go do ręki, czując, jak mdłości i łzy zaciskały się na jej gardle, miażdżyły krtań, osłabiały. W końcu jednak odebrała od Alistaira kartkę i sztywnymi ruchami ją rozłożyła. Wypuściła powietrze przez zęby, przebiegając spojrzeniem po tekście.
Pismo było krzywe, nierówne, trochę nieczytelne. Wyblakło. Kiepski atrament… a może nawet nie atrament, tylko węgiel? Grafit? Nie umiała oszacować. Zmarszczyła czoło, mrugając szybko, by łzy nie przysłoniły widoku. Po chwili zmagań przyzwyczaiła wzrok do kształtu liter. Zaczęła czytać, nie pamiętając o oddychaniu.
Do znalazcy tego listu:
Jest to ostatnia wola i testament misjonarza Rigby’ego, dumnego głosiciela słowa Stwórcy. Przybyłem do Głuszy, by głosić Pieśń, ale obawiam się, że wkrótce zginę z rąk mrocznych pomiotów. — Jej dłonie zacisnęły się na papierze. — Zostawiam wszystko, z czym tu przybyłem, żonie mej, Jetcie. Jeśli czytelnik tego listu jest osobą o szczodrym sercu – mam jedną prośbę. W naszym obozie, w tevinterskich ruinach na zachodzie Głuszy, zakopałem szkatułkę. Proszę, by trafiła ona, wciąż zamknięta, do mej żony, Jetty, w Redcliffe.
Przepraszam żonę i syna, że praca im mnie odebrała, ale wiem, że umieram w służbie Stwórcy.
Rigby”.
Ellen opuściła list, przenosząc wzrok na nieruchome ciało. Pierwsze łzy skapnęły z jej rzęs, więc zacisnęła powieki i odwróciła głowę, przyciskając policzek do własnego ramienia. Nie mogła płakać. Nie mogła. Nie przy nich, nie tutaj, nie teraz. A co, jeśli rozpłacze się i już nie przestanie? Jeśli to ją przerośnie? Wstrzymała powietrze, walcząc ze szlochem.
Nie wiedziała nawet, czy rozpaczała nad tą rodziną, nad Jettą, czy nad samą sobą. Nad samotnością, która otaczała ją zewsząd, prawie dusząc. Nad bezradnością. Nad tym, że zawiodła. Że była tchórzem. Że nic nie mogła zrobić. Że stała się taka sama jak Jetta. I obie też bezsensownie czekały, aż przyjdzie lepszy dzień. Ale ten dzień miał nigdy nie nadejść – i chociaż Ellen to sobie uświadamiała, Jetta tego nie wiedziała. Obie przegrały.
Jej łzy skapnęły na testament i rozmazały podpis. Imię Rigby zniekształciło się od wilgoci, rozmazując się na delikatnym papierze. Ellen, czknąwszy przy próbach zduszenia łkania, spróbowała złożyć kartkę. Ręce drżały jej tak mocno, że nie umiała tego zrobić. Nawet tego. Niech ją szlag jasny…
Ktoś ujął jej dłonie, delikatnie odebrał list i sam go złożył. Łamanie w łamanie, równo, dokładnie. W takiej formie oddał go i zacisnął na nim jej palce. Nabrała urywanego wdechu, przenosząc szkliste spojrzenie na kucającego obok Alistaira. Podłapała jego lekki, nieśmiały uśmiech. Nie umiała na niego odpowiedzieć, więc uciekła wzrokiem w bok.
— Znajdźmy jego szkatułkę. W obozowisku na zachodzie — wychrypiała.
To chyba była prośba, ale nie wiedziała, jak lepiej ubrać ją w słowa. To wydawało się zbyt ważne, żeby tylko o to pytać. Z drugiej strony Ellen nie mogła niczego żądać. Nie znaczyła nic i nie miała żadnej siły sprawczej. Mogła się co najwyżej modlić – a tym już się brzydziła. Więc nie pozostało jej nic.
Chciała jednak znaleźć szkatułkę, znaleźć Jettę, pojechać choćby na drugi koniec świata i oddać jej to. Powiedzieć, że były takie same. Że została sama na świecie. Że tak to bywało. Tak działał Stwórca.
— Dobrze — odparł Alistair.
Spojrzała na niego zdumiona, nawet nie kryjąc podejrzliwości. Zmarszczyła czoło, mocniej zacisnąwszy palce na świstku testamentu.  
— Dobrze — powtórzył, uśmiechając się łagodnie.
— Nasz problem polega na tym, że za cholerę nie mam pojęcia, gdzie tu jest zachód — wtrącił Daveth. — Należałoby wymyślić sposób na trafienie do tego obozu. Inna droga do odzyskania szkatułki jest mi bliżej nieznana.
— Można określić kierunki świata — zauważył sir Jory. — Wiecie, z tym mchem na pniach, że rośnie od północy.
Ellen patrzyła na nich, nie potrafiąc niczego powiedzieć. Tak po prostu się zgodzili? Bez narzekania, bez przypominania, że mieli inne obowiązki? Przycisnęła testament do piersi, czekając, aż się rozmyślą. Na pewno zaraz to zrobią.
— Tak, panie rycerzu. A zwróciłeś uwagę, że w tej przeklętej Głuszy mech obrasta każdy fragment drzewa? — burknął Daveth.
— Nie zaszkodziło spróbować — mruknął sir Jory.
Ellen zmarszczyła czoło. Działo się tu coś naprawdę dziwnego.
Drgnęła, kiedy poczuła na ramieniu dłoń. Popatrzyła na Alistaira, który posłał jej kolejny ciepły uśmiech.
— Nic więcej nie napisał, prawda? — spytał dla pewności.
Ellen pokręciła głową.
— W takim razie proponuję najpierw dotrzeć do miejsca ich spotkania, a potem się zastanawiać, jak daleko jest obóz — zdecydował. — Poprowadzisz? Nie pamiętam wskazówek z listu.
Ellen dźwignęła się z klęczek, odruchowo sięgając do sakwy. Wsunęła do niej testament, a wyjęła mniej dokładnie poskładany list. Ręce nadal jej drżały. Nie wiedziała, jak to ukryć. Odchrząknęła, pozbywając się chrypki, i skinęła głową w odpowiedzi. Nie patrzyła jednak na Alistaira.
— Cofnijmy się pod ten zwalony pień — mruknęła.
Poszła przodem, nie czekając na nikogo. Starała się nie zauważać ścielących się wokół ciał – wpatrywała się przed siebie, w bezmiar cichej Głuszy, skupiając się na każdym kolejnym kroku z osobna. Musiała być uważna, jeśli naprawdę chciała dotrzeć do obozowiska, gdzie ukryto szkatułkę.

***

Wskazówki udzielone przez Rigby’ego wcale nie były proste. Na papierze wszystko wyglądało dobrze, ale kiedy Ellen stanęła w obliczu nieprzebytej, dzikiej Głuszy, okazało się, że połowa otoczenia mniej lub bardziej wpasowywała się w opis z listu. Puszcza była dosłownie upstrzona rozlewiskami, zawalonymi czy zatopionymi wieżami, zniszczonymi arkadami lub pionowymi głazami – często pokrytymi prymitywnymi reliefami. Wytyczne Rigby’ego bladły wśród różnorodności pasujących do nich miejsc.
— Czekaj, jaka to miała być ścieżka? — spytał Alistair.
Chwycił łokieć Ellen, zanim się oddaliła, i ją zatrzymał. Pogubiła przez to parę kroków – łącznie z równowagą – ale zdołała stanąć prosto i nie zrobić z siebie zbyt dużego pośmiewiska. Nie kryjąc irytacji, popatrzyła na niego miażdżąco.
Robiła wszystko, co mogła, żeby znaleźć odpowiednią trasę. Ani Daveth, ani sir Jory, ani nawet on nie kwapili się, by pomóc. Oczywiście, tu nie dało się pomóc. Tu pozostawało się modlić, czego Ellen nie zamierzała robić.
— Pełna kamieni i korzeni — burknęła. — Czyli jak cała Głusza.
Alistair uśmiechnął się do niej, cofając się parę kroków. Wyglądał na zadowolonego. Z czego – Ellen nie miała pojęcia. Patrzyła, jak zatrzymywał się przy karłowatych krzewach i zgarniał ręką ich gęste, krótkie gałęzie.
— A co powiesz na to? — rzucił pogodnie.
Ellen przeszła parę kroków jego śladem. Za krzewami rzeczywiście znajdowało się przejście – o ile można to było tak nazwać. Ponad szklistą taflą bagna splatały się korzenie kilku pobliskich drzew, między nimi tkwiły omszałe głazy. Cała ścieżka prezentowała się mało zachęcająco, a już na pewno niezbyt bezpiecznie. Ellen zmarszczyła czoło.
— Do opisu pasuje… — mruknęła, przenosząc spojrzenie na ściskany list.
Pytanie, jak bardzo dosłowny próbował być Rigby. Naprawdę posyłałby syna na wędrówkę po czymś takim?
— Nie wiem jak tobie, ale mnie to wygląda na dwa wielkie posągi — odezwał się Daveth, pociągnąwszy ją za ramię, żeby odchyliła głowę.
Syknęła, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Wyrwała się z uścisku, ale posłusznie spojrzała we wskazaną stronę. I rzeczywiście – wcześniej pomyliła ciemne kształty z drzewami, jednak to były rzeźby. Częściowo przysłonięte wzgórzem. Warto zaryzykować i spróbować tam dotrzeć.
— Sprawdźmy to więc — zaproponowała, składając list.
— Panie przodem. — Daveth skłonił się przed nią, złośliwie szczerząc zęby.
Ellen zmierzyła go gniewnym spojrzeniem, ale przełknęła wszelkie uszczypliwe komentarze. Dokładnie zamknęła sakwę i ruszyła na zdradliwą drogę. Nie była najlepsza w takich przeprawach. Może i nie stała nad bezdenną przepaścią, jednak połyskujące między korzeniami bagno przyprawiało ją o ucisk w brzuchu. Miała nadzieję, że próby wyleczenia się z lęku wysokości coś dadzą. Jak widać – myliła się.
Zaciskając zęby, wspięła się na pierwszy korzeń i, lekko rozłożywszy ręce, by lepiej utrzymywać równowagę, postawiła następne kroki. Szła powoli, żałośnie powoli, przypatrując się każdemu miejscu, gdzie zamierzała się przemieścić. Słyszała za sobą pozostałych i nagle ich obecność zaczęła ją dusić. Na pewno się na nią wściekali, że zajmowało jej to tak długo. Wypuściła powietrze przez nos, spróbowała oderwać wzrok od bagna i przyśpieszyła kroku.
— Co to?
Głos Davetha zaburzył przyjemną ciszę i sprawił, że na jej gardle zacisnęła się irytacja. Chciała mu coś odwarknąć, posłać wściekłe spojrzenie, cokolwiek.
— Ellen, uważaj! — rzucił Alistair.
Poderwała głowę. Dostrzegła wyłaniającego się z mgły wilka, odruchowo spróbowała się cofnąć, i nagle straciła oparcie pod nogami. Zamachała rękoma, ale na nic nie natrafiła. Osunęła się w pustkę, boleśnie uderzając się w kolano, i runęła do wody.
Zimno oblało jej ciało, połykając ją całą. Odruchowo zacisnęła powieki, na oślep młócąc nogami – nie natrafiła jednak na powierzchnię. Nawet nie wiedziała, gdy była góra, a gdzie dół. Po co zamykała, na Stwórcę, oczy? Wierzgnęła wściekle, intuicyjnie kierując się przed siebie, chyba w dobrą stronę, ale coś schwyciło jej nogę.
Szeroko otworzyła oczy, a brudna woda dosłownie je zalała, oślepiając na kilka chwil. Gardło zaciskało się coraz mocniej – z braku powietrza i przerażenia. Co się działo? Którędy na powierzchnię? Jak długo jeszcze wytrzyma bez oddychania? Spróbowała wyrwać nogę z klinczu, ale pociągnęło ją niżej. Zupełnie jakby…
Na oddech Stwórcy, złapało ją bagno.
Zgięła się w pół, by chwycić za kolano i wyszarpnąć stopę przy pomocy rąk. To jednak nie zadziałało. Poczuła, jakby dno trochę ją wypuściło, tyle że nie uwolniła się całkiem. Nie miała już powietrza. Potrzebowała się wynurzyć. Musiała… Czarne plamy przed oczami ścisnęły jej gardło w panice.
Utopi się tu. Tak po prostu.
Woda poruszyła się niespokojnie. Ellen dostrzegła coś ciemnego, dużego, ale nie była pewna, czy to już nie przywidzenie. Walczyła z potrzebą otwarcia ust – wiedziała, że jeśli to zrobi, przepadnie. Tylko czy w ogóle miała jakiekolwiek szanse? Nie bardzo. Może lepiej się poddać. Może przestać udawać. Może…
Ktoś chwycił jej nogę i nagle uścisk na stopie zniknął. Poczuła oplatające ją w talii ręce – a w następnej chwili wydostała się na powierzchnię. Łapczywie złapała powietrze, aż zakręciło jej się w głowie, rozkaszlała się i poczuła, jak słabły jej mięśnie. Bezpieczne objęcia nie zniknęły – wsparła się na nich, pozwalając się ciągnąć do brzegu. Dając się szarpać jak szmaciana lalka, wypełzła na bezpieczną ziemię i legła na niej, nie mogąc uspokoić tchu.
Powietrze. Powietrze. Słodkie, cudowne, zimne.
— Żyjecie?
Nie rozpoznała głosu od razu i nawet nie miała zamiaru. Z trudem uchyliła nieprawdopodobnie ciężkie powieki – ujrzała nad sobą ciemne sklepienie Głuszy Korcari. Musiała obrócić głowę, żeby zauważyć cień zbliżających się osób.
Alistair. Oczywiście. Tylko on się tu o kogokolwiek martwił.
— Jakoś. Przyssało się do niej bagno — odezwał się ktoś inny.
Zajęło jej to chwilę, zanim zogniskowała wzrok na konkretnym cieniu. Wykrzywiła usta w czymś na kształt mało wylewnego uśmiechu.
Daveth. Kto by pomyślał, że by jej pomógł.
— Dobry refleks — pochwalił trzeci głos.
Sir Jory. Naprawdę, musieli stać nad nią, wymieniając się tymi głupimi uwagami?
— Nikt by nie chciał, żeby nasz promyczek się utopił — odparł Daveth.
Wal się.
— Dasz radę wstać? — W polu jej widzenia pojawił się Alistair.
Nie był już tylko ciemną plamą. Nabrał kolorów, wyraźnych konturów, cieni. Popatrzyła na niego i raz jeszcze się uśmiechnęła, trochę mniej krzywo. Na oddech Stwórcy, co on tu robił, ucieleśnienie dobroci.
— Muszę — wychrypiała.
Wbiła łokcie w ziemię i, sycząc przez zęby, dźwignęła się do siadu. Płuca bolały ją tak bardzo, że każdy kolejny wdech prawie rozrywał jej pierś, gardło – nawet w nosie piekło. Zamrugała szybko, chociaż przed oczami nie widziała ani czarnych plam, ani migotliwych iskierek. Nadal ją szczypały. Co za podły dzień.
— Twarda sztuka — skomentował złośliwie Daveth.
Twardo to mu mogła przypieprzyć w tę niewyparzoną gębę.
— Są tu dwa posągi, o których pisał misjonarz — odezwał się Alistair, odczekawszy, aż Ellen podniosła się na równe nogi.
Milczała, w skupieniu wyciskając wodę z krótkich włosów. Nieprawdopodobnie cuchnęły mułem. Na oddech Stwórcy, kto by pomyślał, że taki dziewiczy las tak śmierdział.
— Oraz kufer — dodał Alistair.
Spojrzała na niego, wykazując jakiekolwiek zainteresowanie. Niewiele im to chyba dawało? Skoro to nie był obóz, którego szukali…
— W środku znaleźliśmy list — poinformował sir Jory. — I bardzo słabej jakości ekwipunek, prawdopodobnie dla syna.
— List? — powtórzyła, strzepując wilgotne dłonie.
Sir Jory skinął głową i uniósł ściskany świstek papieru. Pod ostrzałem zainteresowanych, wyczekujących spojrzeń, rozłożył wiadomość, delikatnie ją przygładził i przebiegł wzrokiem kilka pierwszych linijek.
— Jogby, mój drogi synu — zaczął równym, monotonnym głosem — obawiam się, że to ostatni list, jaki ode mnie otrzymasz. Nie zdołałem dotąd odnaleźć Chasyndów i zanieść im słowa Stwórcy. Natrafiam jednak na ślady ich wędrówki. Zdaje się, że umykali stąd w pośpiechu przed tak zwanymi „mrocznymi pomiotami”, które ponoć zbierają się w Głuszy.
Synu, zostawiłem ci broń i wszystko, czego nie będę potrzebować. Spróbuję cię odszukać, gdy znajdę bezpieczne schronienie. Mam tylko nadzieję, że będziesz zdrów. Jeśli fortuna pozwoli, spotkamy się jeszcze.
Jeśli zobaczysz matkę, przekaż jej, że ją kocham. Opiekuj się rodziną.
Twój kochający ojciec, Rigby — zakończył.
Ellen westchnęła. Czyli Rigby uciekał z Głuszy, kiedy został zamordowany. Szkoda, że tak późno się na to zdecydował. Odwróciła wzrok i przyjrzała się milczącym, bezlitosnym drzewom. Szum liści wypełniał powietrze, tak subtelny i jednostajny, że prawie go nie słyszała, jeśli się na tym nie skupiła.
Nie napisał nic o obozie. Poza większą dawką zupełnie zbędnych emocji, niczego im to nie dało. Co dalej? Nie odnajdą szkatułki Jetty, wyruszą po archiwum Straży, nikt nie zapamięta śmierci nieszczęsnych, idealistycznych misjonarzy. Ellen poczuła, jak rezygnacja osłabiała jej ciało, sprawiając, że gięły się pod nią kolana.
— To nas ani trochę nie przybliżyło do celu — skwitował Daveth.
— Możemy spróbować rozejrzeć się ze wzgórz — zaproponował Alistair, ruszając w odpowiednią stronę, ale nie brzmiał, jakby sam w to wierzył.
Wzniesienia były niewielkie. Mogli zobaczyć co najwyżej drugi brzeg tego przeklętego bagna, nic więcej. Ellen zacisnęła usta, opuszczając ramiona. Może od razu zawrócą, przejdą przez te cholerne korzenie i pójdą w przeciwną stronę?
— Albo inaczej — mruknął nagle Daveth.
Nie czekając na odpowiedź, wyminął Alistaira i pobiegł ku dwóm posągom górującym nad nimi oraz wzgórzami. Ellen odprowadziła go zaskoczonym spojrzeniem, mimowolnie postąpiwszy za nim kilka kroków.
— Co ty robisz? — warknął Alistair.
Daveth wsparł nogę na stopie rzeźby, pewnie chwycił jej nagolennik i obejrzał się na Alistaira, pobłażliwie unosząc brwi. Ellen nagle poczuła się dziwnie abstrakcyjnie. To nie mogło dziać się naprawdę. To wyglądało jak bardzo słaba przygoda w jeszcze słabszej historii awanturniczej.
— Wspinam się, nie widać? — odparł.
W kilka chwil dostał się prawie na wysokość biodra statuy. Od ziemi dzieliło go ładnych parę metrów. Ellen poczuła, jak lodowate ciarki przebiegały przez jej ciało.
Oszalał.
Alistair chyba myślał podobnie, bo ruszył ku rzeźbie stanowczym krokiem, gniewnie marszcząc czoło, zupełnie jak nie on. Zatrzymał go sir Jory, zacisnąwszy rękę na jego łokciu.
— Zostaw. To niezły pomysł, stamtąd będzie dobry widok na Głuszę — zauważył.
Alistair odpuścił, ale zdecydowanie nie podobało mu się to, co widział. Ellen zresztą też. Kto normalny wybierałby takie samobójcze zadanie? Wspinanie się tak wysoko nad ziemię nie było bezpieczne. Przyjemne. Normalne.
— A jeśli spadnie? — sapnął Alistair.
— To się połamie — wymamrotała Ellen.
Na chwilę zapadła cisza. Ellen podchwyciła zdruzgotane spojrzenie Alistaira, które nieco bezmyślnie odwzajemniła. Tam było wysoko. Na pewno się połamie. O ile spadnie. Ona by spadła. Jak nic.
— Jesteście szaleni — westchnął Alistair. — Pewnie, pozabijajcie się przed Dołączeniem. Jak tak dalej pójdzie, nawet ja nie wrócę do Ostagaru.
— Ktoś zacznie cię szukać. Kiedyś — przypomniała, wzruszając ramionami.
Chyba nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Spojrzał na nią z ukosa, chmurnie marszcząc czoło. Ellen udała, że tego nie zauważyła.
— Pieruńsko wysoko! — jęknął Daveth.
Ellen popatrzyła na niego – stał na uszach pieprzonego posągu – i natychmiast odwróciła wzrok. Kto jak kto, Daveth na pewno nie był normalny.
— Sam się tam pakowałeś, niedorajdo! — przypomniał sir Jory. — Widzisz coś?
Przez kilka chwil panowała cisza. Ellen nie zamierzała sprawdzać, czy Daveth walczył o życie, czy może już umarł, czy jednak żył. Na pewno by usłyszała, gdyby działo się coś naprawdę poważnego. Póki co wolała patrzeć na ziemię. Bliską, bezpieczną.
— Tam!
— Gdzie tam?! — odkrzyknął Alistair.
Dogadali się. Czarno widziała całą tę wyprawę.
— Przed nami! Musimy… uch, musimy iść prosto tam o! — oznajmił Daveth.
Instrukcje brzmiały bardzo profesjonalnie. Prawie tak, jakby to Ellen próbowała ich nawigować. Może lepiej nie wspominać, że geografia i kartografia były jej ulubionymi tematami wysokorskich lekcji. Wyglądało na to, że Daveth podzielał jej talent.
— No to teraz złaź — westchnął ciężko Alistair.

***

Musieli zdać się na Davetha i jego orientację w terenie. Ellen z pewnym rozbawieniem odkryła, że nie tylko ona nie wierzyła w powodzenie tej misji – sir Jory przez parę chwil głośno wyrażał wątpliwości, ale nikt nie umiał na nie odpowiedzieć. Byli w kropce i chyba nawet Alistair to zauważył.
Inna sprawa, że gdyby nie zgodzili się na jej głupi kaprys, nie mieliby teraz tego problemu. Ellen nie czuła może wyrzutów sumienia, jednak wiedziała, że powinna przyjąć wszelkie zarzuty, jeśli jakieś padną. Sama teraz nie była pewna, dlaczego tak bardzo chciała iść po tę szkatułkę. Mogła już nigdy nie opuścić Ostagaru, a wtedy cały ten trud i tak poszedłby na marne.
Marsz się przeciągał. Ellen znudzonym spojrzeniem sunęła po ciemnych pniach, zalegającej dokoła mgle, mijanych wzniesieniach czy szklącej się tafli bagna. Głusza Korcari w każdym swoim punkcie wyglądała dokładnie tak samo. Mnóstwo wilgoci, jeszcze więcej kamieni, ogrom drzew, sporadycznie wzgórza.
Obozu nadal nie było.
— Daveth, jesteś pewien, że coś widziałeś? — rzucił Alistair. — Czy może palnąłeś byle co, tylko żeby już zejść?
Ellen uśmiechnęła się blado. Ona na pewno by tak zrobiła. Nikt normalny nie powinien dobrowolnie wspinać się na takie wysokości.
— Prawdy nigdy nie poznasz — odparł. — Ale ta kupa kamieni przypomina mi tevinterskie ruiny. — Wskazał coś przed sobą.
Ellen nieco się ożywiła. Zmrużyła oczy, przebijając wzrokiem mgłę, aż wreszcie to, co wyglądało jak kolejne głazy, zmieniło się w kolumny. W powietrzu zarysował się łuk arkady, krużganki w połowie długości zwalały się prosto do bagna. W takim miejscu miał znajdować się obóz Rigby’ego. Może rzeczywiście…?
Zauważyła rudobrązową płachtę między gruzami. Wyglądało na to, że znaleźli przynajmniej jeden namiot. Jak dla niej, to już wystarczało za obóz. Westchnęła, pozwalając sobie na rozluźnienie ramion.
— Na oddech Stwórcy, wreszcie — stęknął sir Jory.
Ellen przyśpieszyła kroku, śmiało wchodząc między ruiny. Gdzie Rigby mógł schować szkatułkę? Na pewno nie trzymał jej na widoku. Zmarszczyła czoło, obchodząc dokoła prawie nietknięty namiot. Zupełnie jakby żadne zwierzę jeszcze nie zdążyło rozszarpać materiału. To możliwe, że Rigby zginął tak niedawno?
— Ellen — usłyszała za sobą ostrzegawczy głos.
Machnęła ręką. Nie chciała spędzać tu więcej czasu niż to absolutnie konieczne. Może w środku namiotu? To wydawało się dość oczywiste, ale…
— Ellen, uważaj!
Ellen poderwała głowę, chcąc odwrócić się do Alistaira i warknąć, że przecież uważała – a jej spojrzenie padło na stojący w cieniu ruin kształt. Poczuła, jak krew odpływała jej z twarzy, jak drętwiały palce, oddech stawał w gardle. Spróbowała przełknąć ślinę.
Genlok był tak blisko. Widziała jego groteskowo wyszczerzoną paszczę, brodawki na popękanej, śliskiej skórze, wąskie, drgające nozdrza. Wpatrywał się w nią rybimi, zasnutymi mgłą ślepiami. Obrzydliwy, przerażający i cuchnący – gdyby tylko wiatr wiał w jej stronę. Gdyby była trochę bardziej uważna.
Pomiot naciągnął cięciwę łuku, celując prosto w jej czoło.
Ellen odruchowo rzuciła się w bok. Usłyszała tąpnięcie, trzask, rozjuszony skrzek, ale nie miała czasu, żeby oglądać się za siebie. Uniknęła postrzelenia. Z takiej odległości. To było więcej szczęścia niż rozumu. Nie wiedziała, jak jej się to udało. Poderwała się z ziemi i sięgnęła po broń, w panice tocząc dokoła spojrzeniem. Genlok nie mógł być sam. Na pewno nie był. Zaraz…
Z mgły wyłoniły się kolejne kształty. Ellen ogarnął spokój. Tak, teraz wiedziała, czego się spodziewać. Teraz wydawało się jakby normalniej. Zacisnęła dłonie na rękojeściach sztyletów, przygotowując się do walki. Na pewno sobie poradzi. Już sobie radziła. Wystarczyło… wystarczyło ich nienawidzić. Zabijanie przychodziło łatwiej. Mogła wypluć cały gniew, cały żal, całą wściekłość. Ruszyła, skacząc na hurloka.
Cięła na oślep – ale szybko. Trochę precyzyjniej niż pomioty. Treningi jednak się opłacały i Ellen nadal nie potrafiła w to uwierzyć. Bezmyślne walenie w nieruchomego manekina przyniosło rezultaty. Zacisnęła usta i kopnęła hurloka w kolano, przeciągając sztyletem po jego gardle. Ostrze rozpłatało gnijącą skórę, krew siknęła na ziemię i pokryła ją czarnym, cuchnącym osadem.
To nie był dobry moment na mdłości, ale usta Ellen wypełnił posmak żółci. Powstrzymała odruch wymiotny, chwiejnie się cofając, i chciała przycisnąć dłoń do twarzy – zauważyła na niej ciemne plamki. Posoka pomiotów. Wciągnęła powietrze przez nos, czując, jak jej pierś wypełniało obrzydzenie.
Opanuj się. Masz walkę do stoczenia. Musisz…
— Ellen, tarcza!
Ktoś mocno ją objął i pociągnął do ziemi. Jej uszy wypełnił stukot wbijających się w coś twardego strzał. Nawet nie wiedziała, kiedy zamknęła oczy. Szeroko je otwarła i zapatrzyła się w osłaniającą ją tarczę. Dopiero wtedy zorientowała się, że czuła przyjemne ciepło. Obróciła głowę i popatrzyła na kucającego przy niej Alistaira.
— Daveth, do cholery, postaraj się! — ryknął, rzucając komuś spojrzenie ponad jej rozczochraną głową.
Kiedy przeniósł wzrok na nią, uśmiechnął się krzywo. Otarł wierzchem dłoni jej twarz – nawet się nie zorientowała, że krew na nią siknęła.
— Lepiej tego nie łykaj — mruknął. — I uważaj trochę bardziej.
Nie odpowiedziała. Alistair zresztą nie czekał na tę odpowiedź – wstał, ustawiając się trochę przed nią, by dać jej więcej czasu, i przygotował się do walki. Ellen mocno zacisnęła dłonie na swoich sztyletach.
Była małą, beznadziejną panikarą. Musiała pozbierać się do kupy.
Strzały Davetha chwilę później powaliły ostatniego pomiota. W dawnym obozowisku zapanowała dzwoniąca w uszach cisza. Ellen, czując palący gardło wstyd, wytarła broń o trawę. Zabiła jednego. Może. Chyba? Nie umiała powiedzieć.
— To raczej na tyle — odezwał się Alistair. — Co dalej?
Ellen popatrzyła na niego, potem na zbliżającego się Davetha i stojącego znacznie bliżej sir Jory’ego. Obaj wyglądali na nieco poruszonych walką, ale raczej nad sobą panowali. Widziała, że sir Jory zaciskał rękę na głowicy miecza, a Daveth bawił się strzałą, jednak poza tym niczym się nie zdradzali. Ona za to… cóż.
— Szkatułka — mruknęła bez przekonania. — Musimy ją znaleźć.
— No to ma ktoś pomysł, gdzie może być? — rzucił Daveth, zaśmiawszy się nieco nerwowo, ale szybko odchrząknął.
— Nie wiem — westchnął Alistair. — Nigdy nie chowałem szkatułek dla swojej żony. Generalnie dlatego, że żadnej żony nie mam.
Ellen nie powstrzymała parsknięcia. Zły żart, zapomniała już, że Alistair miał ich naprawdę dużo pod ręką. Popatrzyła na niego niedowierzająco i pokręciła głową. Nie wierzyła, że chwilę temu mocnym głosem wykrzykiwał rozkazy.
Rozeszli się po obozie, by rozejrzeć się za szkatułką. Ellen spodziewała się, że utkną w Głuszy do następnego dnia, zważywszy na mnogość kryjówek w tym bezkresie. Uratowała ich jednak niezdarność – sir Jory potknął się o zwęglone drewno i rozsypał popiół. Pod spodem, w środku ogniska, ujrzeli niewielką kasetkę.
Ellen bez wahania otrzepała ją z brudu, chociaż niewiele to dało, i obróciła w dłoniach. Była taka nieduża? Tyle zachodu o coś takiego? Westchnęła i z ulgą spływającą przyjemną falą na jej pierś wsunęła szkatułkę do sakwy. Doprawdy, zmieściła się. Z drobnymi oporami, ale się udało.
Alistair westchnął ciężko i wsparł się ramieniem na dość stabilnej kolumnie.
— Teraz archiwum. Daveth, masz ochotę odwiedzić posągi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz