poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.12 - Niespodziewane spotkanie

Liny były nadgniłe. Zawieszone na nich ciała leniwie obracały się wokół własnej osi, puste oczodoły wbijały martwe spojrzenia w ziemię. Na przetrąconych karkach bezwładnie zwisały głowy, wnętrzności wysypywały się z rozszarpanych jam brzusznych. Wiły się na nich białe robaki, a wokół rozkładających się włosów latały z cichym bzyczeniem muchy.
Ellen nie mogła oderwać od tego spojrzenia. To nawet nie tak, że chciało jej się wymiotować, gdy na to patrzyła. Całe jej ciało ogarnęło odrętwienie.
— Chyba idziemy w dobrym kierunku, co? — spytał Daveth.
Milczenie ciążyło niczym głaz u szyi.
— Powiedzmy, że to takie moje przeczucie. Zwykle u celu mamy kłopoty, a to nie wygląda jak zaproszenie na herbatkę — wyjaśnił i ruszył przed siebie, jakby widok gnijących ciał niezbyt go obrzydził.
Ellen wbiła wzrok w jego plecy, trochę licząc, że to pociągnie ją jego śladem – ale ani jeden mięsień nawet nie drgnął. Widziała, że sir Jory podjął marsz, a w końcu także Alistair. Ominęli wisielców szerokim łukiem, chyba próbując na nich nie patrzeć. Jak im się to udawało? Ona nie mogła oderwać spojrzenia. Nie wiedziała, czego się spodziewała. To na pewno nie byli członkowie zwiadu. Za długo tu wisieli.
Jej oczy się zaszkliły. Nie rozumiała – przecież nie patrzyła na Fergusa. Żaden z tych obrzydliwych, cuchnących trupów nie był Fergusem. Jednak za parę dni… albo tygodni. W końcu i jego ciało zacznie się rozkładać. Rozpełzną się po nim robaki. Smród będzie tak odpychający, że nikt się do niego nie zbliży, nawet padlinożercy. Tyle z niego zostanie. Tylko sterta gnijącego mięsa.
Jej usta wypełniła żółć. Chciała zwymiotować, chciała to z siebie wypluć, ale nie miała czego wyrzucić z żołądka. Mogłaby pluć najwyżej śliną. Strata czasu. Nie zrobi jej się od tego lepiej. Wciągnęła powietrze przez nos.
Nie żył. Na pewno nie żył. Stwórca by się nie zlitował. Nigdy. Nie nad nią.
— Ellen? — usłyszała jakby z oddali.
Nie mogła się ruszyć. Nie chciała się ruszać. Gdyby padła tu na kolana, zanosząc się płaczem, może by jej ulżyło. Może poczułaby się na chwilę silniejszą. A potem by umarła – bo dlaczego by nie?
— Wszystko w porządku?
Nie, nic nie było w porządku. Nie widać?
Zamrugała szybko, żeby pozbyć się łez z oczu, ale przez to skapnęły na jej policzki. Syknęła przez zęby, nerwowo ocierając twarz. Nie potrzebowała tego. Nie mogła płakać.
— Tak — wychrypiała.
Poczuła, że ktoś ujął jej ramię. Zesztywniała, powoli opuszczając uniesioną rękę. Nawet się nie zdziwiła, widząc Alistaira. Przecież kto inny mógłby po nią wrócić, kiedy zachowywała się jak ostatni gówniarz? Wyglądał na zakłopotanego. Nic dziwnego. Płaczący ludzie byli okropni.
— Nic na to nie poradzisz. Chodźmy stąd, nie patrz na to — mruknął, popychając ją w przód, żeby wreszcie ruszyła.
Jej ciało zareagowało samo, jakby bez udziału jej woli. Postawiła kilka pierwszych kroków i zaraz maszerowała przed siebie, sztywno, ale dość energicznie. Wyminęli wisielców – Alistair szedł tak, żeby ich zasłonić własnym ciałem.  
— Co znowu? — Daveth obrócił się w ich stronę, marszcząc czoło.
Nic. Udław się.
— Idziemy, szkoda czasu. — Alistair machnął ręką i posłał obu rekrutom pogodny, zachęcający uśmiech. — Zmarzłem już.
— To co dopiero nasz promyczek — skomentował pod nosem Daveth, ale posłusznie dołączył do czekającego kawałek dalej sir Jory’ego.
Gówno cię to obchodzi, doprawdy.
— Zimno ci? — Alistair obrócił do niej głowę, przypatrując się jej uważnie.
Spojrzała na niego zdumiona. Przejął się? Na oddech Stwórcy, naprawdę nie miał ważniejszych problemów?
Jej wzrok chyba go speszył, bo popatrzył w bok i przeczesał włosy palcami. Otworzył usta tylko po to, żeby zaraz je zamknąć. Ellen obserwowała go mimowolnie, nie mogąc w to uwierzyć. Jego priorytety pozostawiały wiele do życzenia.
— Dwa razy się skąpałaś — przypomniał, jakby na swoje usprawiedliwienie.
— Nic mi nie jest — mruknęła. — Nie przejmuj się.
Nie chciała, żeby to zabrzmiało tak oschle, ale nie zapanowała nad głosem. Zauważyła, że Alistair spojrzał w ziemię, uśmiechając się krzywo do siebie. Przesadziła. Powinna przeprosić. Przecież to nic złego, że się o nich troszczył. Musiał i najwyraźniej chciał. Ona po prostu… nie nadawała się.
Nie powiedziała jednak niczego. Odwróciła wzrok, mimowolnie obejmując się ramionami. Oby jak najszybciej znaleźli to archiwum.
Całą grupą ruszyli między rozsianymi wokół fragmentami ruin. Ellen przypatrywała się wyrastającym z ziemi ścianom, częściowo zapadniętym wieżom, zwieńczeniom murów obronnych, ale nic z tego nie potrafiło na dłużej zająć jej myśli. Wypatrywała poruszenia wśród cieni – jednak nie pomiotów. Ta nadzieja była zgubna, była uzależniająca, z pewnością ją zniszczy. Tylko nie umiała przestać wierzyć, że Fergus zaraz przyjdzie.
— Stać — rzucił Alistair.
Wszyscy odruchowo wykonali rozkaz. Ellen przeniosła na niego czujny wzrok, mimowolnie sięgając do rękojeści sztyletu. Przesunęła palcami po głowicy, przypatrując się ciemnej, ponurej Głuszy. Nie widziała niczego groźnego. Żadnego poruszenia. Nie czuła też nic poza rozmywającym się na lekkim wietrze smrodem rozkładu.
— Pomioty — mruknął Alistair, dobywając broni. — Niewielki oddział. Blisko.
— O, świetnie — westchnął Daveth.
— Dlaczego nie atakują? — Sir Jory popatrzył na Alistaira, nieco gniewnie marszcząc brwi, jakby uważał, że to była jego wina.
Alistair nie odpowiadał przez chwilę.
— To może być pułapka — przyznał wreszcie, dość niechętnie.
— Nie żartuj. — Sir Jory potrząsnął głową. — Pomioty nie potrafią…
— Łucznik — rzuciła Ellen, przerywając tę jałową dyskusję.
Poczuła się lepiej z tym, że przynajmniej tak pomogła Alistairowi. Serdecznie nie obchodziło jej to, czy pomioty były choć trochę inteligentne, czy skrajnie bezmyślne. Wiedziała tylko, że powinna się Alistairowi odwdzięczyć za całą dobroć, którą jej okazał. Chociażby w taki sposób.
— Szlag — syknął przez zęby Daveth, pośpiesznie przygotowując łuk.
Na prowizorycznej, ledwo trzymającej się kładce przerzuconej nad wąskim strumieniem mętnej wody stał krępy genlok. Trzymał naciągniętą cięciwę, celując prosto w nich, Ellen prawie słyszała jego zadowolone powarkiwania. Zacisnęła dłoń na głowicy sztyletu, ale nie zdecydowała się na wyjęcie go.
— Spokojnie — odezwał się Alistair. — Są beznadziejnymi łucznikami.
Strzały zabębniły o wilgotną ziemię, nie czyniąc nikomu krzywdy. Jedna, druga, trzecia. Następne nie nadeszły. Ellen zauważyła, że pomiot, szczerząc paskudne kły, przygotowywał się do kolejnej salwy. Może nie był celny, ale miał dobre tempo.
— Ruszamy — zdecydował Alistair.
Uniósł tarczę, by mogli się za nią schować, i poszedł przodem. Ellen wreszcie wyszarpnęła sztylety z osłonek, czujnie zerkając zza Alistaira. Nie chciała zostać odcięta od potyczki. To, że nie widziała pomiota, nagle bardzo jej przeszkadzało. Wolałaby pobiec szybko i załatwić to do razu – zdenerwowanie uginało pod nią kolana i im dłużej czekała, tym mniej pewna siebie się stawała.
— Dokąd on…?
Słysząc zdumienie w głosie Davetha, wyszła zza Alistaira, wydostając się spod tarczy. Zobaczyła, jak genlok zbiegał z kładki na drugi brzeg, zupełnie jakby… przestraszył się ich? Zmarszczyła czoło. Pozwolą mu uciec, czy ruszą w pościg? Jeden pomiot w tę czy we w tę niczego nie zmieniał, ale to zawsze jeden pomiot mniej. Popatrzyła na Alistaira, który nieco opuścił tarczę, mrużąc oczy.
— Coś mi się tu nie… — zaczął pod nosem.
Ellen oślepił intensywny zielony blask. Osłoniła twarz ramieniem, cofając się chwiejnie, jej uszy wypełnił przestraszony okrzyk Davetha. Zachwiała się, zdeptawszy kamyk, prawie się przez to wywróciła. Rozległo się przekleństwo Alistaira. Na oddech Stwórcy, co tu się działo?
— Trzymajcie się w tyle! — padł kolejny rozkaz.
Ellen opuściła rękę i zamrugała szybko, by przyzwyczaić oczy do półmroku Głuszy. Daveth siedział kawałek dalej, nerwowo próbując odszukać swój łuk. Sir Jory wpatrywał się w dymiącą dziurę w ziemi. Nie było jej przed chwilą.
Coś ścisnęło Ellen w piersi, sprawiając, że popatrzyła w ślad za Alistairem. Na drugim brzegu stał hurlok – musiał dołączyć do tamtego genloka. Tylko… wyglądał zupełnie inaczej niż napotkane hurloki. Miał dziwny pancerz, a przede wszystkim – w łapie trzymał coś, co przypominało kostur. Ellen widziała, jak magowie w Ostagarze posługiwali się podobnymi. Bardziej eleganckimi, ale…
Zapatrzyła się na wirujące wokół broni wiązki magii. Czerwone iskierki powoli przemieniały się w małe płomyki. Hurlok szykował się do ataku.
Jak walczyło się z magami?
— Strzelaj wreszcie! — krzyknęła na Davetha.
Alistair był templariuszem, na pewno najlepiej z nich wszystkich wiedział, jak sobie poradzić, ale przecież nie mogli tylko stać i patrzeć!
Daveth warknął na nią, naciągając cięciwę. Zmrużył oczy tak mocno, że aż zmarszczył mu się nos. Nie rozumiała, na co czekał. Przecież Alistair potrzebował wsparcia!
— Nie mam czystego strzału! — warknął Daveth.
Niech cię cholera weźmie.
Ellen ruszyła. Nie dbała już o to, czy sir Jory podąży jej śladem, czy Daveth strzeli. Nie mieli czasu na te przepychanki. Kostur hurloka jaśniał coraz mocniej, a tuż za nim czaił się gotowy do strzału genlok. Alistair nie mógł walczyć sam. Nie z magiem.
W biegu zrobiła jedyną rzecz, która przyszła jej do głowy. Trochę na oślep rzuciła sztyletem – broń świsnęła w powietrzu, obracając się, ale nie trafiła hurloka. Pomiot się uchylił, przerywając plecenie zaklęcia. Ostrze zatopiło się we łbie genloka.
To wystarczyło, by Alistair zaatakował. Płynnie wraził miecz poniżej kostura, zahaczając sztychem o bok hurloka. Rozległ się wściekły skrzek, jednak pomiot nie zdążył wyprowadzić kontry. Alistair uderzył w niego tarczą. Rozpędzona Ellen przesadziła martwego genloka, chwytając sztylet, i zahamowała, ślizgając się na wilgotnej ziemi.
Drugą broń wepchnęła prosto między łopatki hurloka. Zobaczyła, że Alistair silnym cięciem rozpłatał jego pierś – kostur upadł z głuchym stuknięciem na ziemię i zmatowiał, jakby umarł wraz z właścicielem. Pomiot osunął się na kolana, jeszcze charcząc wściekle, a potem runął w błoto i wreszcie znieruchomiał.
Ellen zapatrzyła się na ubabrany ciemną krwią sztylet, nie potrafiąc się zmusić, żeby go wyrwać z cielska.
— Wszyscy cali? — spytał Alistair, oglądając się przez ramię.
— Jasne — odparł Daveth. — Pan rycerz chyba zrobił w gacie, ale żyjemy.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści, a potem je rozluźniła. Rzuciwszy krótkie spojrzenie w stronę nadchodzących towarzyszy, zauważyła, jak sir Jory wywrócił oczami. Szybko znów zapatrzyła się w sztylet.
To było obrzydliwe. Zabijanie było obrzydliwe. Nieważne, czy dotyczyło pomiotów, czy ludzi, czy zwierząt. Nie rozumiała, dlaczego książki opisywały śmierć jako coś estetycznego, romantycznego, pięknego. Widziała tu tylko mnóstwo krwi, śliny, śluzu, czasami kawałki ciała.
— Powinnaś szybko je czyścić — odezwał się Alistair, wyrywając sztylet z nieruchomego cielska. — Ta krew niszczy nawet najlepszą stal. — Podał jej broń.
— Dzięki — mruknęła.
Im dłużej byli w Głuszy, tym przyjemniejsze wieści słyszała. Z westchnieniem przykucnęła, by otrzeć ostrza z prawie czarnej posoki.
— Jesteśmy u stóp wzgórza — mruknął w zamyśleniu Alistair.
Zerknęła na niego krótko. Ta krew nie chciała puścić. Mocniej docisnęła sztylet do wilgotnej trawy i zmarszczyła czoło. Jak się tego pozbyć bez dotykania?
— Odkrywcze — skomentował Daveth. — Co ty robisz, promyczku?
Nie odpowiedziała. Nie miała najmniejszej ochoty na przepychanki. Jeszcze mocniej zmarszczyła czoło – może przynajmniej będzie groźnie wyglądała i dadzą jej spokój. Potrzebowała spokoju. Oraz czystych sztyletów.
— Możliwe, że to nasze archiwum — westchnął Alistair. — Musimy to sprawdzić.
Bardziej poczuła, niż zobaczyła, że zwrócił na nią spojrzenie. Wypuściła powietrze przez nos, bezradnie wbijając palce w grząską ziemię.
— Pozwól — mruknął sir Jory.
Zabrał jej sztylety, zanim nawet się żachnęła. Przetarł je wierzchem ciężkiej, skórzanej rękawicy – już i tak nasiąkła krwią z poprzednich walk. Ellen obserwowała, jak posoka znikała z metalu.
— Popraw to po powrocie — poradził jej, oddając broń.
Ellen skinęła głową.
— Chodźmy do tych ruin — westchnęła.
Alistair odpowiedział uśmiechem. Wyglądał, jakby cała ta wyprawa nawet go nie zmęczyła. Może Szarzy Strażnicy lepiej znosili walki, mordowanie i podróżowanie. Może tajemnicze Dołączenie sprawiało, że stawali się lepszymi ludźmi.
Ellen wcisnęła broń do osłonek i dźwignęła się z klęczek.
Jej już nic nie mogło pomóc.

***

U podnóża ruin leżały zapomniane przez czas i Stwórcę posągi. Ellen przypatrywała się ich rozmytym przez deszcz twarzom, nie dostrzegając w nich niczego znajomego – tylko po antropomorficznym kształcie mogła się domyślać, co przedstawiały. Niektóre miały lekko uniesione ręce, jakby niegdyś coś trzymały. Pewnie broń. Chociaż Tevinter nie czcił wojowników… więc może kostury? Może patrzyła na starożytnych magistrów?
Kiedy zbliżyli się do pozostałości wieży, Ellen poczuła się tak mała jak jeszcze w Ostagarze. Mimowolnie zadarła głowę, spoglądając na ciemne mury urywające się gdzieś na wysokości trzeciej albo czwartej kondygnacji. Pojedyncze kamienie wciąż trzymające się zaprawy sterczały w niebo, jakby błagały o pomoc. Wszystko w każdej chwili mogło się zawalić, ale Ellen nie poczuła strachu. Skoro stało tu tysiące lat, dlaczego miałoby się poddać akurat teraz?
W milczeniu przedzierali się przez wysoką trawę. Ellen czuła słodki zapach kwiatów, chociaż nie widziała w pobliżu ani jednego. Przyjrzała się rozciągającym się u stóp wzgórza zaroślom – krzewy rosły tak gęsto, że nie dostrzegała brzegu bagna. Dopiero dalej była lustrzana, nieruchoma tafla wody, z której wystawały pojedyncze ramiona lub tułowia posągów. Jak ogromna była forteca w Ostagarze? Patrzyli na nią czy na zupełnie inną budowlę, bez imienia, bo zaginęło wśród dziejów?
— Wiemy, gdzie mogą być schowane te dokumenty? Tak dokładnie? — odezwał się sir Jory, kiedy zbliżyli się do wejścia do przyziemia wieży.
— W dawnym archiwum — odpowiedział Alistair.
Ellen zerknęła na niego z ukosa i zauważyła, że uśmiechnął się przy tym krzywo. Sam już nie wierzył w te słabe żarty.
— Na pewno są bezpieczne — dodał, westchnąwszy ciężko.
— Na przykład w kufrze? — podsunął Daveth, zatrzymując się między gruzami.
— Na przykład. — Alistair wzruszył ramionami.
— Ten może być?
Ellen obróciła do nich głowę, czując, jak serce w ekscytacji gubiło kilka uderzeń. To niemożliwe. Znaleźli to miejsce? Wreszcie, po tylu godzinach? Nabrała wdechu, przyśpieszając kroku.
— Zdecydowanie — westchnął Alistair.
— Dzięki niech będą Stwórcy — mruknął sir Jory.
Ellen przeszła między nimi, uważając, żeby żadnego nawet nie dotknąć, i skierowała się do wypatrzonego w cieniu kufra. Szybko zauważyła, że wieko zostało połamane. Zmarszczyła czoło, zwalniając kroku. Była też wybita dziura w jednej ściance. To nie wyglądało najlepiej. I nie wróżyło dokumentom najlepiej.
— Jest uszkodzony — rzuciła w przestrzeń.
Podeszła do kufra i opadła na jedno kolano. Dostanie się do środka wymagało odrobiny sprytu – nie chciała przypadkiem zniszczyć cennych papierów, szarpiąc się z odłamkami grubego drewna. Usłyszała za plecami kroki, ale je zignorowała.
— I co? — odezwał się Alistair.
— Daj mi chwilę — odparła, nie kryjąc irytacji.
Jeśli traktatów tu nie będzie, co zrobią? Będą udawali, że to nie ta wieża? Że pomylili archiwa? Kto w ogóle zostawiał coś tak ważnego na końcu świata, w dziczy, zabezpieczone tylko… czymś takim? Wypuściła powietrze przez nos i wreszcie wcisnęła rękę aż po ramię do środka kufra.
Przesunęła palcami po szorstkim dnie, odrzuciła parę drobnych odłamków drewna. Nic. Nie wyczuła niczego. Zmarszczyła czoło, czując, jak oddech wiązł jej w gardle. To niemożliwe. Stwórca nie mógł im tego zrobić.
— Szlag — szepnęła na wydechu.
— Co? — Alistair postąpił krok w przód.
— Nie mogę… — zaczęła, wyrwawszy rękę z kufra.
— No-no-no… — rozległo się dokoła.
Ellen poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Głos był kobiecy. I nie należał do niej.
Obróciła się gwałtownie, podrywając się na równe nogi. Wśród półmroku niewiele dało się dostrzec – Głusza pociemniała, jakby zapadła się w sobie, zawisając ponad tą zniszczoną, zapomnianą wieżą, w której utknęli. Z cieni wyłoniła się postać, zupełnie Ellen nieznana, obchodząc ich jak drapieżnik szykujący się do ataku.
To była kobieta. Z ustaleniem tego Ellen nie miała najmniejszych trudności. Smukła, o bladej skórze, jakby nigdy nie widziała słońca, i włosach czarnych jak noc. Miała ostre rysy, ale nie to zwróciło uwagę Ellen. Skupiła spojrzenie na jej skórzanym, dziwnym stroju, bardzo luźnej koszuli zwisającej głębokim dekoltem na piersiach, a wreszcie – na trzymanym w ręku kosturze. Wyglądał jak zwyczajny konar, taki jakich wiele w Głuszy. Tylko Ellen nie była aż tak głupia.
Cofnęła się bliżej Alistaira, czując na sobie czujne, przeszywające spojrzenie kobiety. Miała wrażenie, jakby zaczynała od niego płonąć skóra. Chciała zniknąć. Rozpłynąć się. Mimo to lekko uniosła głowę i odpowiedziała na wzrok.
Nie była pewna, ale wydawało jej się, że gdzieś już widziała te oczy. Jasne, przenikliwe, trochę nawet zwierzęce.
— Co my tu mamy? — rzuciła zimno kobieta, zatrzymując się przed nimi. — Tak sobie myślę… czy nie jesteście sępami rozgrzebującymi szczątki ofiary, które już dawno rozwiał wiatr? A może intruzami, którzy zapuścili się w pełną mrocznych pomiotów Głuszę? Co wy za jedni? Rabusie czy intruzi?
Chociaż zwracała się do wszystkich, jej spojrzenie wwiercało się w Ellen. Postąpienie kroku do przodu było impulsem – pożałowała tego o chwilę za późno.
— Ani jednymi, ani drugimi — odparła lodowatym głosem, starając się zabrzmieć równie nieprzyjemnie co kobieta. — Kiedyś ta wieża należała do Szarej Straży.
— Nie ma już tej wieży — prychnęła, z gracją potrząsnąwszy głową. — Głusza pochłonęła jej uschłe szczątki. — Uśmiechnęła się kpiąco, prawie ostro, jakby chciała im sprawić tym ból. — Obserwuję was od pewnego czasu.
Zabrzmiało to jak oskarżenie. Nikt nawet nie drgnął, kiedy nieznajoma ruszyła, wymijając ich, i zbliżyła się do wyjścia na dawny taras. Wsparła się ramieniem na kruszącej się kolumnie, spoglądając na Głuszę. Ellen z trudem powstrzymała się od sięgnięcia po broń.
— „Dokąd pójdą?”, myślałam. „Po co tu przyszli?” — zamruczała kobieta i obejrzała się przez ramię, przypatrując się każdemu z nich.
— Nie odpowiadaj — warknął Alistair, chwytając łokieć Ellen. — Wygląda na Chasyndkę. W pobliżu może być reszta.
Chasyndzi? Jeszcze tego im brakowało.
Ellen zmarszczyła czoło, ale zanim uformowała jakąkolwiek przydatną myśl, zdekoncentrował ją pełen szyderstwa głos kobiety:
— Boicie się, że napadną was dzikusy? — Uniosła ręce z palcami wygiętymi na kształt szponów.
— Nie lubimy napadów — burknął Alistair.
Ellen wypuściła powietrze przez zęby. Ta rozmowa była bezsensowna. Jeśli zamierzali przerzucać się takimi pustymi frazesami…
— Mówię wam, to Wiedźma z Głuszy! — rozległ się drżący głos Davetha. — Pozamienia nas w żaby!
Ellen popatrzyła na niego zdumiona. Wyglądał, jakby naprawdę wierzył w to, co powiedział. Przecież to była opowieść dla niegrzecznych dzieci? Niania kiedyś jej przytoczyła jedną z mniej przyjemnych wersji, żeby oduczyć chodzenia nocą po blankach. Niczego to nie dało.
— Łgarstwa i fantazje, bajki i legendy — parsknęła kobieta, podpierając się pod boki. — Nie macie własnego rozumu? Ty tam.
Ellen zdrętwiała, kiedy wycelowała w nią palcem. Popatrzyła na nią, z trudem przełykając ślinę. Było w nieznajomej coś takiego, co zaciskało się na jej żołądku metalową obręczą, utrudniając oddychanie. Jednocześnie otulał ją chłodny spokój. To wydawało się głupie, że czuła się bezpiecznie tylko dzięki obecności swoich towarzyszy.
— Kobiety nie boją się jak mali chłopcy. Zdradź mi swoje imię, a ja powiem ci moje — zaproponowała nieznajoma, zadzierając brodę.
— Możesz mi mówić Ellen — mruknęła.
Nieznajoma uniosła brwi, na krótką chwilę pokazując po sobie zaskoczenie. Zaraz na jej twarz powrócił zacięty wyraz.
— A ty możesz nazywać mnie Morrigan, jeśli chcesz — odparła. — Teraz pozwólcie, że odgadnę wasze zamiary. Szukaliście w tej skrzyni czegoś, czego już tam nie ma.
O, to dopiero było odkrywcze.
— „Już nie ma”? — powtórzył Alistair, stając ramię w ramię z Ellen. — Ukradłaś je, co? Ty chytra… złodziejska… wiedźmo!
Ellen naprawdę mocno zacisnęła usta, żeby nie parsknąć. Musiał zachowywać się jak ucieleśnienie dobroci akurat wtedy, kiedy powinni być trochę groźni? Popatrzyła na niego z ukosa, lekko kręcąc głową.
— Co za elokwencja — mruknęła Morrigan. — Jak można okraść zmarłych?
— Wygląda na to, że bardzo łatwo — oznajmił chłodnym głosem. — Te dokumenty stanowią własność Szarej Straży i radzę ci je oddać.
— Nie zrobię tego, bo to nie ja je zabrałam — stwierdziła zirytowana. — Możesz się powoływać na nazwy, które już nic tu nie znaczą. Nie boję się.
Ellen westchnęła, z trudem panując nad frustracją. O co tu, do cholery, chodziło? Morrigan, Chasyndka czy nie, przyszła tutaj, żeby prezentować przed nimi swoją niezłomność, cięty język albo może niezbyt dokładnie zakryty biust? Dalsza dyskusja nie miała najmniejszego sensu, jeśli nie uzyskają konkretnych informacji.
— Kto zatem je zabrał? — spytała twardo.
— Prawdę mówiąc, zrobiła to moja matka — przyznała Morrigan.
— Twoja matka?
To nie mogło dziać się naprawdę.
— Tak, matka — powtórzyła poirytowana Morrigan. — A co, myślałaś, że zrodziła mnie kłoda drewna?
— Pewnie jakaś złodziejska, dziwnie gadająca kłoda — burknął pod nosem Alistair.
Ellen popatrzyła na niego zdumiona, nie powstrzymawszy lekkiego uśmiechu cisnącego się na usta. Chyba pokazał się właśnie ze swojej najgorszej strony.
— Nie same potwory żyją w Głuszy — mruknęła Morrigan. — Są tu kwiaty i… ropuchy. Mogę zaprowadzić was do mojej matki — uznała. — To niedaleko stąd. Sami będziecie mieli okazję poprosić o te wasze papiery.
Ellen podłapała spojrzenie Alistaira. Wyglądał na zaniepokojonego – marszczył czoło, wpatrując się w nią tak intensywnie, jakby od niej zależała ich przyszłość. Poczuła na plecach nieprzyjemny dreszcz.
Nie chciała odpowiedzialności. Żadnej. Wystarczyło, że zawiodła w Wysokożu. Mogła być czyjąś marionetką, ale nie zamierzała stawać się ważna. Nigdy więcej.
Nie zdołała odwrócić wzroku. Alistair zacisnął dłoń na jej ramieniu.
Powinniśmy zabrać te traktaty, ale nie podoba mi się to — mruknął. — Ta dziewczyna… to nie przypadek.
— Jestem za tym, żeby pójść z nią — odparła. — Innego sposobu na odzyskanie dokumentów nie mamy.
— Jeszcze zobaczycie, wszyscy wylądujemy w kotle — jęknął Daveth.
— Jeśli w kotle jest cieplej niż w tym lesie, byłaby to miła odmiana — zauważył sir Jory.
Ellen westchnęła ciężko. Najwyraźniej złymi żartami dało się zarazić.
Poczuła, że Alistair puścił jej ramię. Uciekła spojrzeniem w bok, bojąc się, że mógłby zareagować na jej słowa albo spróbować jej podziękować. Na języku zebrała jej się żółć i nie miała pojęcia dlaczego.
— Chodźcie za mną — odezwała się Morrigan.
Zagłębiła się w gęste zarośla, prowadząc ich prosto w nieprzebyte ostępy.

***

Słońce zawisło tuż nad horyzontem, jego promienie ledwie przedzierały się przez gęsty podszyt Głuszy. Kluczyli wśród bagien oraz drzew bez nadziei na bezpieczny powrót do Ostagaru. Ta myśl coraz bardziej niepokoiła Ellen – i chyba nie tylko ją. Za plecami słyszała nerwowe szepty Davetha i sir Jory’ego, ale kiedy się odwracała, milkli. Postanowiła ich ignorować. Tak jak powinna robić od samego początku do końca. Stawiała kroki dokładnymi śladami Alistaira, by uniknąć wdepnięcia w bagno.
Morrigan nie odzywała się do nich. Szła pewnie, szybko, nie czekała i nawet ani razu się nie obejrzała. Wyglądało na to, że nie miała najmniejszej ochoty zabierać ich do matki – a mimo to podjęła się tego. Ellen spojrzała na nią tylko kilka razy podczas wędrówki. Przez większość czasu widziała wyłącznie plecy idącego z przodu Alistaira. To dodawało jej otuchy. Był dość wysoki, miał szerokie ramiona, mogła się za nim bezpiecznie chować.
Jakie to żałosne.
Spośród drzew wyszli na niewielką polanę. Dokoła zrobiło się jakby jaśniej. Ellen dostrzegła staw, którego tafla odbijała promienie zachodzącego słońca. Przeszła jeszcze kilka kroków w przód i zatrzymała się ramię w ramię z Alistairem.
W głębi polany stała chatka. Nieduża, jakby garbata, z dachem pokrytym strzechą i ciemnymi, trochę martwymi oknami. Ellen nigdy by nie powiedziała, że ktoś tu mieszkał. Na ganku jednak dostrzegła cień – tam też skierowała się Morrigan, nawet nie rzuciwszy za siebie spojrzeniem. Może liczyła, że ich zgubiła.
— Matko… — odezwała się. — Przyprowadzam ci Szarych Strażników, którzy…
— Widzę ich, dziecko — rozległ się kobiecy głos.
Z cienia wyłoniła się wątła postać. Zaskrzypiało odsuwane krzesło, zaszeleścił odkładany materiał – i przed chatką stanęła starsza kobieta. Jej ciemnosiwe włosy smętnie opadały wzdłuż twarzy pooranej zmarszczkami. Patykowate palce zacisnęła na brudnym fartuszku. Wszystko wprost krzyczało, że patrzyli na starowinkę.
Ellen nie mogła oderwać spojrzenia od jej oczu. Żółtych jak u wilka, przenikliwych, pełnych wigoru oraz inteligencji. To nie były oczy starego człowieka.
— Mmm — zamruczała. — Tego się spodziewałam.
Ellen poczuła lodowate dreszcze na plecach. Jeśli kogokolwiek powinni się teraz bać – na pewno nie Morrigan.
— Mamy uwierzyć, że nas oczekiwałaś? — spytał zdumiony Alistair.
— Nie musisz robić nic, nawet wierzyć moim słowom — odparła spokojnie. — Zamkniesz oczy czy otworzysz ramiona… — Zachichotała. — I tak się wygłupisz!
Jej spojrzenie wwiercało się w Ellen, tak intensywnie, że nie mogła oddychać. Szydziła z niej. Z niej. Nie skierowała tych słów do Alistaira. Uderzały w nią, była pewna. Jak gdyby doskonale o wszystkim wiedziała. O Wysokożu, o Fergusie, o każdej jej porażce.
Cofnęła się parę kroków, próbując schować się za Alistairem. Jej serce biło tak szybko, tak mocno, jakby zaraz miało pęknąć.
— Mówię wam, to wiedźma! — syknął Daveth. — Nie powinniśmy z nią gadać!
— Cicho, Daveth! — skarcił go sir Jory. — Jeśli to naprawdę wiedźma, chcesz ją rozgniewać?
— Mądry chłopak — pochwaliła go staruszka. — Niestety nie ma znaczenia na dłuższą metę, lecz nie mi o tym decydować. Wierzcie, w co chcecie.
Wzrok drapieżnika przesunął się po całej ich grupie, pełen zadowolenia – tak patrzył kot na ofiarę tuż przed rozpoczęciem uczty. Ellen czuła się jak ta mysz schwycona w pułapkę, której nóżki przytrzymywała silna, ciężka kocia łapa. Nie miała dokąd uciekać. Nie miała jak uciekać. Musiała to na siebie przyjąć.
Spojrzenie staruszki zatrzymało się na niej, nagle jeszcze bardziej intensywne, świdrujące, przenikające aż do wnętrza.
— A co z tobą? — spytała. — Czy twój kobiecy umysł daje ci inną perspektywę? Czy może jesteś tego samego zdania co ci chłopcy?
Ellen przestała oddychać. To nie miało sensu – nie zamierzała upokarzać się przed nią, walcząc z własnym ciałem. Mogła wytrzymać tych parę chwil.
Milczenie się przedłużało. Staruszka czekała. Czekała na przeklętą odpowiedź, której Ellen nie chciała, nie umiała udzielić. Patrzyła na jedno, czuła drugie. To nie miało sensu. Przerażenie pożerało ją od środka, zaciskało się na każdej cząstce ciała, ale przecież stała przed nią zaledwie słaba starowinka. Kobieta, która miała za sobą większość życia. Nie mogła jej niczego zrobić, tak?
Nie była pewna. I chyba właśnie to powoli ją zabijało.
— Nie wiem, w co wierzyć — wychrypiała.
Poczuła, że Alistair przelotnie dotknął jej dłoni, jakby chciał dodać jej otuchy. Zapragnęła zacisnąć na jego ręku palce, przytrzymać go przy sobie, a nawet za niego wskoczyć. Byle uciec przed tym oceniającym spojrzeniem.
Dalej stała sztywno, nie mogąc odwrócić wzroku.
— Zdanie, w którym jest więcej mądrości, niż ci się wydaje — zamruczała staruszka. — Bądź zawsze świadoma… Czy może odwrotnie? Zawsze zapominam. Wokół ciebie jest tyle niepewności… a jednak ci wierzę — zamruczała kojąco. —  Tak? Na to wygląda!
— Więc to jest ta straszna Wiedźma z Głuszy? — wyszeptał Alistair.
Brzmiał na rozbawionego. Naprawdę nie czuł strachu? Czy po prostu udawał, że go nie czuł? Ellen popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Zazdrościła mu każdej z tych możliwości. Ona nawet nie umiała udawać.
— Wiedźma z Głuszy, co? — powtórzyła rozbawiona staruszka. — Na pewno powiedziała wam o tym Morrigan. Ona lubi takie bajki, choć sama nigdy się do tego nie przyzna! Och, jak ona tańczy pod księżycem! — Roześmiała się.
Morrigan skrzywiła się brzydko.
— Oni nie przyszli wysłuchiwać twoich bajek, matko — przypomniała chłodno.
— To prawda, przyszli po traktaty, tak? — Podniosła coś z ganku, co leżało tuż za chybotliwą balustradą.
Przesunęła kościstymi palcami po trzymanych w dłoni dokumentach.
— I powiem od razu, że wasza cenna pieczęć wytarła się dawno temu. Ja je ocaliłam. — Oddała je prosto w ręce Alistaira.
— Ty… och — westchnął zaskoczony, przeglądając je. — Ocaliłaś je?
— A dlaczego nie? — odparła zaczepnie. — Zabierzcie je do waszych Szarych Strażników i powiedzcie, że Plaga jest większym zagrożeniem, niż im się wydaje!
Ellen niepewnie dotknęła traktatów. Całe to zamieszanie o stertę starego papieru. Czuła pod palcami jego ziarnistość. Ile mogły mieć lat?
— Dziękujemy za ich zwrot — wymamrotała odruchowo.
— Co za maniery! — zawołała staruszka. — Zawsze są tam, gdzie się ich nie szuka. Jak pończochy. — Zachichotała. — Och, nie zawracajcie sobie mną głowy. Macie już to, po co przyszliście!
— W takim razie czas na was — stwierdziła Morrigan.
Jej spojrzenie dość znacząco powędrowało w stronę, z której nadeszli.
— Zachowuj się, dziewczyno — skarciła ją staruszka. — To twoi goście.
— No dobrze. — Zerknęła na nią ze złością. — Wyprowadzę was z lasu. Chodźcie za mną — poleciła, ruszając przodem.
Daveth i sir Jory nawet się nie zawahali, żeby podążyć jej śladem. Daveth obejrzał się przez ramię, nie próbując maskować strachu malującego się na twarzy. Ellen zauważyła, że Alistair uśmiechnął się do niego pokrzepiająco. Poszedł za nimi, spoglądając na trzymane traktaty, jakby nie mógł uwierzyć, że je odzyskali.
Ellen nie mogła się ruszyć. Jej nogi jakby przyrosły do wilgotnej ziemi. Kiedy Alistair zniknął z jej pola widzenia, nie obróciła za nim głowy. Staruszka ją obserwowała – spojrzenie tych żółtych oczu zakleszczyło się na ciele Ellen niczym potężne zaklęcie.
Kim ona była? Czy to naprawdę Wiedźma z Głuszy? To przecież niemożliwe, żeby ktoś taki istniał. Musiałaby… musiałaby mieć wiele lat.
— Dopiero kiedy wstaniesz z kolan, dowiesz się, czego jesteś warta — mruknęła staruszka. — Do zobaczenia, dziecinko Bryce’a Couslanda.
Serce zamarło w jej piersi.
— Ellen?
Drgnęła i ruszyła biegiem do Alistaira. Chciała zamknąć oczy, z całej siły zacisnąć powieki, ale wiedziała, że wtedy by się wywróciła. Najważniejsze to nie oglądać się za siebie. Pod żadnym pozorem. Może starowinka zniknie. Może okaże się ledwie majakiem.
Zwolniła obok Alistaira, wpatrując się w ziemię. Jej oddech był bardziej nierówny, niż powinien po takim biegu. Przesłyszała się. Ona nie mogła wiedzieć… nie mogła wiedzieć niczego. To niemożliwe. Uroiła to sobie. Powstrzymała się od przyciśnięcia dłoni do piersi, łapiąc kolejny wdech ustami.
— Wynośmy się stąd — wyszeptała.
Poczuła, jak Alistair delikatnie ujmował jej łokieć, jakby chciał ją pocieszyć. Uniosła spojrzenie – natrafiła na jego łagodny uśmiech.
— Też już mam dość tej przygody — przyznał półgłosem.
Uśmiechnęła się.
Przygody. Tak, mogli to tak nazywać. Przygodą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz