poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.13 - Dołączenie

Powrót do Ostagaru przyniósł Ellen ulgę, której nawet nie umiała opisać. Nic nie łączyło jej z tym miejscem – mimo to serce wypełniło się nieśmiałą radością. Będzie mogła rozluźnić mięśnie, głęboko odetchnąć, odpocząć parę chwil, nie przejmując się walką. Wydawało się, jakby minęły całe lata, nie tylko godziny, od kiedy wyruszyli do Głuszy Korcari. Wchodząc między ponure drzewa, nie była w stanie zabić niczego. A teraz? Zacisnęła dłonie w pięści, czując nieprzyjemne mrowienie.
Teraz została mordercą. Wojownikiem. Najwyraźniej nie istniała różnica między tymi dwoma słowami.
Nie rozmawiali podczas wędrówki. Daveth darował sobie cięte komentarze, marudzenie sir Jory’ego ucichło niczym za sprawą zaklęcia i nawet Alistair wydawał się dziwnie odległy. Poświęciła mu parę chwil ukradkowej obserwacji, czując się niezręcznie, kiedy tak zapadł się w sobie. Nie znała go najlepiej, ale szybko przywykła do jego uśmiechu. To głupie. Chyba już się zorientowała, że nie powinna się do niczego przyzwyczajać?
Morrigan zniknęła niczym sen, gdy tylko zbliżyli się do Ostagaru. W jednej chwili prowadziła ich ledwo widocznymi w podszycie ścieżkami, w drugiej dosłownie się rozpłynęła. Ellen rozglądała się za nią, kiedy Alistair przejął dowodzenie i ruszył przodem ku górującym nad nimi ruinom. Po Morrigan nie było śladu i Ellen sama nie wiedziała, czy ją to cieszyło, czy bardziej przerażało.
Ostagar powitał ich gwarem zaaferowanych żołnierzy. Trwały przygotowania do bitwy i chociaż słońce znikało już za horyzontem, obozowisko nie cichło. Ellen, wkraczając między znajome mury, dała się temu przytłoczyć. Wydawało jej się, że ruch był jeszcze większy niż wcześniej – albo to ona tak szybko doceniła martwy spokój Głuszy. Wdychając pachnące igliwiem i dymem powietrze, spróbowała nie zostać za bardzo w tyle grupy. Alistair stanowczym krokiem zmierzał ku namiotowi Szarej Straży. Musieli przecież zdać raport Duncanowi, oddać wszystkie ważne przedmioty i…
Jej wzrok padł na psiarnie. Słyszała ujadanie ogarów, przy stanowiskach kręciło się kilku mężczyzn. Pewnie je karmili. Albo doglądali? Skoro źle się czuły po poprzedniej bitwie, na pewno potrzebowały mnóstwa opieki. Shegar zawsze robił się nieznośny, kiedy tylko miał gorsze samopoczucie. Zupełnie jak mały szczeniak.
Zmarszczyła czoło. Zapomniała o zerwanym w Głuszy kwiecie!
Przyśpieszyła kroku, prześlizgnęła się między sir Jory’m i Davethem, aż wreszcie zacisnęła dłoń na łokciu Alistaira. Od razu się zatrzymał, tak gwałtownie, że prawie na niego wpadła. Sapnęła, szybko nabierając dystansu.
Przypatrywał jej się czujnie, lekko mrużąc oczy. Widziała w jego spojrzeniu cień, którego wcześniej tam nie było. Przełknęła ślinę, próbując zignorować niepokój wpełzający pod skórę. Jego stan w ogóle nie powinien jej przejmować.
— Muszę znaleźć naczelnego psiarza — mruknęła. — Poczekacie na mnie?
Naprawdę chciała zabrzmieć możliwie przyjaźnie – ale na twarzy Alistaira nie pojawił się nawet cień uśmiechu. Zmarszczył czoło, na chwilę spuszczając wzrok.
— Tylko się pośpiesz. Duncan na pewno już czeka. Późno się zrobiło — odparł, lekko wzruszając ramionami.
Zorientowała się, że nadal trzymała jego łokieć, więc szybko zsunęła z niego rękę. Skinęła głową, nie widząc powodu, by mówić cokolwiek więcej. Przecież musiała oddać wyłącznie jeden mały kwiatek. To nie mogło zająć długo.
Unikając spojrzeniem Davetha i sir Jory’ego, skierowała się w odpowiednią stronę. Wystarczyło przejść parę kroków, żeby poczuć charakterystyczny zapach psów. Wykrzywiła usta w bladym, mało przekonującym uśmiechu. Niektórzy powtarzali, że mabari cuchnęły, ale jej ta woń zawsze kojarzyła się z domem.
Naczelny psiarz nalewał do drewnianych mis jedzenie dla psów. Odetchnęła na jego widok i od razu sięgnęła do sakwy, by wydobyć z niej kwiat. Musiała się trochę nagimnastykować przy godzeniu interesów kasetki Jetty oraz rośliny, ale chyba się udało. Kwiat nie wyglądał najgorzej, kiedy go wyjęła.
— Dobry wieczór — rzuciła.
Psiarz drgnął, rozlewając trochę brei, i spojrzał na nią zdumiony.
— Witaj — odpowiedział niepewnie, marszcząc czoło.
Ellen otworzyła usta, by wyjaśnić jego wątpliwości, ale nawet nie zdążyła. Nagle jego twarz rozjaśnił wyraz zrozumienia. Uśmiechnął się, odkładając chochlę.
— Czy należysz do Szarych Strażników, którzy byli w Głuszy? — spytał z nadzieją. — Widziałaś może jakieś białe kwiaty?
Kremowe, przebiegło jej przez myśl. To naprawdę takie trudne dla mężczyzn?
— Tak się składa, że mam jeden przy sobie — oznajmiła.
Wyciągnęła do niego nieco oklapły, ale jeszcze żywy kwiat. Ujął go delikatnie, na jego ustach pojawił się szerszy uśmiech. Skinął głową, nie kryjąc zadowolenia.
— Nie mam pewności, czy kwiat pomoże moim biednym ogarom, ale warto spróbować — stwierdził pod nosem.
Odłożył kwiat na skrzynkę obok ciemnego gara i sięgnął do własnej sakwy. Ellen zmarszczyła czoło, obserwując go podejrzliwie.
— Mam tutaj… zobaczmy… dwadzieścia srebrników, które mogę ci zaoferować w charakterze nagrody. — Podsunął jej monety pod nos.
Cofnęła się gwałtownie, czując, jak coś przewracało jej się w żołądku. Chciał jej płacić? Za coś takiego? Jak… zwykłemu najemnikowi? Nie wiedziała, czy to zagubienie, czy szlachecka duma ukąsiła ją w samo serce, ale zabolało.
— Nie będzie to konieczne — poinformowała chyba trochę zbyt oschle.
— Jesteś bardzo wspaniałomyślna — ucieszył się, posławszy jej niepewne spojrzenie. — Dziękuję ci za pomoc. Być może utracimy dziś mniej ogarów, niż się spodziewałem.
Ellen skinęła głową. Nie miała czasu na uprzejmości, pozostali na nią czekali. Uniosła dłoń w mało wylewnym pożegnaniu i sztywno zawróciła. Nie potrzebowała zaprzątać myśli większą ilością śmierci. Musiała teraz przejść Dołączenie. Czymkolwiek było.
Nikt nie komentował powstałej przez nią zwłoki. Kiedy do nich dołączyła, Alistair po prostu ruszył do celu, ledwo na nią spojrzawszy. Poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Denerwowało ją to, że jego zachowanie miało na nią jakikolwiek wpływ. Najwyraźniej ogrom dobroci nawet u niego się kiedyś kończył. Albo tylko udawał tak łagodnego człowieka. Prawdopodobnie nigdy się nie dowie, bo nigdy go nie spyta.
Przed namiotem Szarej Straży powitał ją Shegar. Zerwał się sprzed ogniska, gdzie w najlepsze się wygrzewał, zamerdał ogonem i pomknął do Ellen. Zdążyła tylko przyklęknąć i rozłożyć ramiona, zanim z całym impetem na nią wpadł, przytulając się. Chciała go pogłaskać, ale zwyczajnie się nie dało. Skomlił jak mały psiak i ciągle próbował lizać ją po twarzy, chociaż wiedział, że tego nie lubiła.
Mocno go objęła, trochę tym uspokajając. Wtuliła twarz w jasną sierść, czując, jak coś zaciskało się na jej żołądku. Strach i ulga, jak sobie uświadomiła. Shegar może był bardziej bezpieczny w obozie niż w Głuszy Korcari, ale tęskniła za nim. Teraz miała już tylko jego.
— Ellen — usłyszała zmęczony głos Alistaira.
Szybko się wyprostowała, unikając go spojrzeniem. Bez słowa wstała, klepnęła się w nogę, by przywołać podekscytowanego Shegara do porządku, i dołączyła do czekającej grupy. Odszukała wśród cieni wyrazistą postać Duncana. Alistair stanął obok niego, ze wzrokiem wbitym w ziemię, z lekko pochylonymi ramionami. Nie wyglądał najlepiej.
— A więc wróciliście z Głuszy — odezwał się Duncan.
Ellen oderwała spojrzenie od Alistaira i skupiła się na Duncanie. To głupie, żeby przejmować się kimś, kogo wcale nie znała.
— Jak wam poszło? — spytał Duncan, zauważywszy, że nikt nie kwapił się do udzielenia mu odpowiedzi.
Ellen zerknęła na Davetha i sir Jory’ego. Stali obok siebie jak trusie, zdecydowanie mniej wygadani niż jeszcze godzinę temu. Lekko uniosła brew. No doprawdy.
— Zdobyliśmy wszystko — odparła, obracając głowę do Duncana.
— To dobrze — pochwalił zdawkowo. — Poleciłem magom z Kręgu, by rozpoczęli przygotowania. Udało się wam zdobyć krew mrocznych pomiotów, więc możemy natychmiast przystąpić do rytuału Dołączenia. — Wziął podawane przez Alistaira fiolki.
Poruszył nimi, jakby sprawdzał, czy krew się tam znajdowała, ale zanim Ellen skupiła na nich spojrzenie, schował je do sakwy.
— Jestem gotowa — westchnęła.
Chciała to już mieć za sobą. Odpocząć. Przejść do kolejnego etapu tego – pożal się Stwórco – życia.
— Doskonale. — Duncan uśmiechnął się lekko. — Odwaga pomoże ci stawić czoła wyzwaniu.
— Odwaga? — wtrącił Daveth. — Co nam grozi?
— Nie będę was okłamywał — westchnął.
Odwrócił się do nich plecami, spoglądając prosto w buzujące płomienie. Ellen wydało się, jakby uderzył ją pięścią w brzuch. Straciła na moment dech.
Czyli co? Czyli będzie żądał więcej? Utrata rodziny, domu, przyszłości, wszystkiego to nie było wystarczająco?
— My, członkowie Szarej Straży, płacimy wysoką cenę za to, by wstąpić w jej szeregi. Być może przyjdzie wam zapłacić tę cenę już teraz — poinformował spokojnym, prawie bezbarwnym głosem.
Niech nie mówi jej o płaceniu jakiejkolwiek ceny.
Zacisnęła zęby, czując, jak znajomy jad rozlewał się w piersi.
— To dlatego Dołączenie okryte jest taką tajemnicą? — spytała przez zęby.
— Zgadza się. — Obrócił się do nich, sztywno wyprostowany i odległy. — Nie byłoby tak, gdyby inni zrozumieli nasze poświęcenie. Niestety takie czasy nigdy nie nadejdą.
— Chodźmy więc — zaproponował Daveth i posłał im niezbyt mądry uśmiech. — Chciałbym wreszcie przekonać się, jak wygląda ten rytuał.
— Zgadzam się — wtrącił sir Jory. — Do dzieła.
— Dobrze! — Duncan jakby trochę się rozpogodził, widząc, że nikt otwarcie nie wyraził strachu. — Alistairze, zabierz ich do starej świątyni.
Nie czekał na odpowiedź. Skinąwszy im głową, posławszy Alistairowi jeszcze jedno czujne spojrzenie, skierował się we własną stronę. Znów zostali sami.
Ellen skupiła wzrok na Alistairze. Jego mina była bardziej ponura niż wcześniej. Nie patrzył na nikogo, obserwował rozgardiasz obozowiska. Nie podobało jej się to. Z każdą chwilą coraz mocniej wątpiła – ale co innego jej pozostało? Nie miała wyboru. Żadnego. Duncan o to zadbał.
Odwróciła spojrzenie. Może zrobił to dla niej. Może próbował jej pomóc, jednocześnie dbając o swoje bractwo. Co to jednak zmieniało?
— Ruszajmy — mruknął Alistair.
Przepuścił sir Jory’ego i Davetha przodem. Ellen powiodła za nimi wzrokiem, czując, jak niepokój zakleszczał się na jej nogach. Mieli iść do starej świątyni. Gdzie to dokładnie było? Dlaczego akurat tam?
Wszyscy — usłyszała jego głos.
Popatrzyła na niego, trochę zaskoczona. Brzmiał inaczej. Bardziej gardłowo. Chyba się zdenerwował. Westchnęła, przechodząc parę kroków w przód, ale zaraz się zatrzymała. Może po prostu go zapytać? Może to byłoby najlepsze w tej sytuacji?
— Alistairze… — zaczęła.
— Nie opóźniaj rekrutów — przerwał jej zupełnie bezbarwnym głosem.
Nie wiedziała dlaczego, jednak poczuła ukłucie w piersi. Odwróciła wzrok i położyła dłoń na szerokim łbie Shegara. Wszystko było w porządku. W jak najlepszym.
— Tak jest — rzuciła oschle.
Ruszyła śladem sir Jory’ego i Davetha, nawet się nie oglądając.

***

Stara świątynia okazała się ogromną salą, w której Ellen znalazła Alistaira. Kiedy weszła do niewielkiej, pozbawionej zadaszenia komnaty, sir Jory i Daveth już tam byli. Ustawiła się pod jedną ze ścian, przypatrując się im ukradkiem, chociaż starała się nie unosić spojrzenia z ubitej ziemi. Zauważyła, że za Davethem znajdował się marmurowy stół. Kto robił marmurowe stoły? To zupełnie bez sensu.
Sir Jory krążył niespokojnie po komnacie, kręcąc głową. Jego ciężkie buty stukały głucho na kamieniach, przyprawiając Ellen o nieprzyjemne ciarki. Czym się denerwował? Przecież nic takiego się nie działo. Dołączenie brzmiało nieco straszniej niż na początku, ale to nie powód, żeby siać panikę. Objęła się ramionami, wpatrując się w porośniętą mchem posadzkę. Shegar usiadł przy niej, oddychając głośno.
— Im więcej wiem o Dołączeniu, tym mniej mi się ono podoba — jęknął sir Jory.
Ellen wzruszyła ramionami. Chyba żadnemu z nich się to nie podobało. Ona nawet nie chciała tu być. Czego od niej oczekiwał? Że razem zaplanują ucieczkę? I co potem?
Przeniosła wzrok na wchodzącego do komnaty Alistaira. Wyminął ich, nie zerkając na nich, i ustawił się obok stolika. Milczał. To było jeszcze bardziej frustrujące niż maszerujący bez sensu sir Jory.
— Znowu biadolisz? — warknął Daveth.
Sir Jory popatrzył na niego zdenerwowany.
— Po co te wszystkie testy? Nie dowiodłem już swej przydatności? — Przesunął spojrzeniem od Davetha do Alistaira, ale od niego nie doczekał się reakcji.
— Może to taka tradycja — zasugerował zniecierpliwiony Daveth. — Albo próbują cię po prostu rozdrażnić.
Ellen westchnęła.
— Uspokój się — mruknęła. — W tej chwili nic na to nie poradzimy.
Daveth pokiwał głową, zgadzając się z nią.
— Wiem tylko tyle, że moja brzemienna żona jest w Wysokożu — burknął sir Jory.
Ellen drgnęła. Nie chciała, by coś tak gwałtownie zacisnęło się na jej gardle, ale nie zdołała nad sobą zapanować. Popatrzyła na sir Jory’ego, próbując na nowo skojarzyć jego twarz. Znali się? Był kiedyś w jej domu? Nie służył dla jej ojca, to na pewno. Zresztą czy nie wspominał, że zwerbowano go w Redcliffe?
Serce biło jej tak szybko. To zupełnie niesprawiedliwe. Już nikt nie będzie mógł wypowiedzieć przy niej tej nazwy, żeby nie bolało? To żałosne. Odwróciła wzrok, kuląc ramiona. Ułożyła dłoń na ciepłej sierści Shegara, udając, że to by pomogło.
— Gdyby mnie ostrzegli… To nie wydaje mi się w porządku. — Sir Jory nadal wyrzucał z siebie nerwowe zdania, nabierając świszczących wdechów.
— A przybyłbyś tutaj, gdyby cię ostrzegli? — prychnął Daveth.
Na moment zapadła cisza. Ellen i tak nie zamierzała podnosić spojrzenia. Przyjrzała się tarmoszonemu uchu Shegara. Było takie miękkie.
— Może dlatego właśnie tak nie postąpili — skwitował Daveth, jakby milczenie wystarczyło mu za odpowiedź. — Strażnicy robią to, co muszą, mam rację?
Tych słów raczej nie kierował do sir Jory’ego. Alistair jednak się nie odezwał.
— Łącznie z poświęceniem nas? — burknął sir Jory.
— Poświeciłbym dużo więcej, gdybym miał pewność, że oznaczałoby to koniec Plagi — wysyczał Daveth.
Ellen fuknęła wściekle, unosząc głowę. Natrafiła spojrzeniem na dwóch gniewnie wpatrujących się w siebie mężczyzn – wyglądali jednak bardziej jak zacietrzewione koguty niż groźni wojownicy, którzy wyszli cało z Głuszy Korcari.
— Zamkniecie się w końcu? — warknęła.
Odstąpili od siebie jak skarcone dzieci. Posłali sobie jeszcze po jednym ponurym spojrzeniu, odchodząc w przeciwne części komnaty. Ellen pokręciła głową.
— Taa, panie rycerzu, postaraj się nie zmoczyć spodni przed rozpoczęciem rytuału — rzucił złośliwie Daveth, krzyżując ramiona na torsie.
— Nie walczyłem jeszcze z przeciwnikiem, którego miecz nie zdołałby pokonać — stwierdził obronnym tonem sir Jory, odwróciwszy wzrok.
Zapadła cisza. Ellen odetchnęła z ulgą i wróciła do obserwowania Shegara. Wydawał się zupełnie nieporuszony tym, co się działo. Jego życie było pozbawione zmartwień. Ciekawe, czy tęsknił za Wysokożem? A może jego dom znajdował się tam gdzie ona? Uśmiechnęła się lekko. Czyli oboje byli bezdomni.
Przeniosła wzrok na milczącego Alistaira. Właściwie chyba niedługo domem zacznie nazywać siedzibę Szarej Straży. Istniała tak w ogóle? Czy całe bractwo tułało się bezradnie z kąta w kąt? Miała kilka pytań, które z chęcią by zadała, ale na pewno nie jemu. Nie teraz. Nie kiedy robił tak odpychającą, pełną zacięcia minę. Nie wiedziała, co w niego wstąpiło. Może taki po prostu był? Zupełnie go nie znała. Sir Jory i Daveth zachowywali się dość przewidywalnie. Może trochę za bardzo. Wykrzywiła usta w bladym uśmiechu.
Przynajmniej się nie pobili.
— Zaczynamy rytuał Dołączenia.
Głos Duncana wywołał dreszcze na plecach Ellen. Od razu na niego popatrzyła – spokojnym krokiem przeszedł przez próg komnaty, niosąc wielki kryształowy kielich. Wyminął ich z nieprzeniknioną miną i zatrzymał się dopiero przy stole. Postawił na nim kielich – jego ścianki błyszczały lekko w mdłym świetle wschodzącego księżyca.
Wyglądał pięknie, ale było w nim coś przerażającego. Ellen przełknęła ślinę i przeniosła wzrok na wyprostowanego Duncana. Sprawiał wrażenie zupełnie nieporuszonego. Silnego. Nagle zapragnęła być taka sama jak on.
— Szara Straż powstała podczas pierwszej Plagi, kiedy ludzkość stanęła na krawędzi zagłady — odezwał się Duncan.
Przesunął wzrokiem po każdym z nich – najpierw przyjrzał się Davethowi, sir Jory’emu, wreszcie jej. Oddech na moment uwiązł jej w gardle.
— Pierwszy Szary Strażnik wypił wówczas krew mrocznego pomiota i opanował zarazę — dokończył Duncan, splatając ręce za plecami.
Żołądek Ellen zawiązał się w duszący supeł.
Trzy fiolki krwi. Tyle mieli zdobyć. Fiolka dla każdego z nich. Naprawdę? Czekało ich coś takiego? Alistair ciągle powtarzał, żeby uważała na posokę pomiotów, żeby broń Stwórco jej nie łyknęła! I nagle zmieniali zdanie?
Popatrzyła na niego, nie kryjąc przerażenia ani złości. Poczuła się oszukana. Zdradzona? W każdym razie bolało. Alistair odpowiedział na jej wzrok. W jego oczach dostrzegła… smutek. Najzwyczajniejszy w świecie smutek.
Poczuła, że gardło coraz mocniej się jej zaciskało.
— Mamy… — zaczął sir Jory. — …wypić krew tych… tych istot?
— Podobnie jak pierwsi Szarzy Strażnicy przed wami — przytaknął Duncan. — To jest właśnie źródło naszej potęgi oraz naszego zwycięstwa. — Podniósł kielich.
Ciemna ciecz za kryształowymi ściankami zakołysała się, oblewając je prawie czarną barwą. Ellen nie mogła oderwać od tego spojrzenia.
Miała wypić krew mrocznych pomiotów. Krew tych rozkładających się potworów.
— Szarzy Strażnicy są odporni na zarazę — wtrącił cicho Alistair. — Potrafią wyczuwać ją w mrocznych pomiotach i wykorzystać, by pokonać arcydemona.
Ellen wbiła w niego wzrok. Też musiał przez to przejść. Każdy Strażnik przez to przechodził. Może dlatego bractwo było tak nieliczne? Nikt nie chciał się taplać w takim świństwie. Nie powstrzymała dreszczu obrzydzenia przebiegającego po plecach.
Jaki miała wybór? Żaden. Co jej zresztą za różnica? I tak należała do Duncana. Nic gorszego nie mogło się już stać.
— A więc do dzieła — westchnęła cicho.
— Słowa, które tu padają, powtarzane są od początku istnienia Szarej Straży — oznajmił Duncan. — Alistairze? — Jego głos jakby złagodniał.
Alistair nabrał głębokiego wdechu, zwiesiwszy głowę. Wydawał się przytłoczony prośbą Duncana, ale nie zaprotestował.
Przyłączcie się do nas, bracia i siostry — mruknął. — Przyłączcie się do nas, ukrytych w cieniu. Przyłączcie się do nas, pełniących wieczną służbę. A jeśli zginiecie, wiedzcie, że kiedyś do was dołączymy.
Zapadła cisza. Ellen miała wrażenie, jakby jego ciche słowa odbijały się echem w jej głowie, odciskając na skórze ciarki. To brzmiało jak przysięga, o której marzyła w dzieciństwie. Którą wypowiedziałaby z dumą, gdyby nie to, że jej dzieciństwo leżało w gruzach i nie chciała o nim pamiętać.
Alistair spojrzał na Duncana i lekko skinął głową. To było jak znak – Duncan odpowiedział podobnie, ruszając w stronę stojącego nieruchomo Davetha.
— Wystąp, Daveth — rozkazał.
Posłusznie postąpił krok w przód. Na jego twarzy malowało się zacięcie, gdy brał do rąk podawany mu kielich. Zajrzał do środka – i zastygł. Ellen nawet z odległości czuła duszący, nieprzyjemnie znajomy smród pomiotów. Jak ktokolwiek mógł się tego napić i nie zwymiotować? Zacisnęła usta.
Daveth odetchnął głęboko, zamykając oczy. Ellen w napięciu obserwowała, jak unosił kielich, przytykał jego krawędź do warg, a potem upijał spory łyk. Przez jego twarz przemknął skurcz, wykrzywił się w obrzydzeniu, ale zanim upuścił naczynie, Duncan stanowczo mu je odebrał.
Przełknął. Ellen widziała, jak poruszyła się jego grdyka.
I już? Oto stał przed nimi nowy Szary Strażnik? To wszystko?
Daveth nagle zacharczał głucho. Zachwiał się, szukając równowagi, przycisnął drżącą dłoń do gardła. Z jego piersi wyrwał się przejmujący jęk. Ellen cofnęła się gwałtownie, kiedy zatoczył się w jej stronę. Co się z nim, na oddech Stwórcy, działo?
Jego oczy zasnuła dziwna mgiełka. Rzęził, próbując coś powiedzieć, rozpaczliwie wyciągnął przed siebie rękę. Potrzebował pomocy. Coś się stało. Ellen bez zastanowienia postąpiła krok w jego stronę, chcąc go przytrzymać – uniosła ramiona, nabierając wdechu, żeby się odezwać.
Daveth padł przed nią na kolana, zakołysał się w przód i w tył, a potem runął na ziemię. Znieruchomiał.
— Na oddech Stwórcy — wyszeptał sir Jory.
Ellen wbiła w niego puste spojrzenie, czekając, aż się podniesie. To w ogóle nie było śmieszne. Jego żarty wydawały się teraz jeszcze głupsze niż Alistaira.
— Daveth? — wychrypiała.
— Przykro mi, Daveth — szepnął Duncan.
Przykro? Jak to – przykro?
— Nie — jęknęła.
To nie mogło go zabić. Przecież to tylko trochę krwi. Kogo zabiłaby odrobina krwi? To niedorzeczne. Głupie. Przerażające.
Ruszyła do niego – musiała postawić ledwie parę kroków, żeby znaleźć się tuż obok. Ktoś chwycił jej łokieć i pociągnął w tył. Powinna się szarpnąć, spróbować wyrwać, cokolwiek. Popatrzyła na Alistaira, nie rozumiejąc.
Daveth… nie żył?
Alistair lekko pokręcił głową. Miał szkliste oczy, jego palce boleśnie wpijały się w jej ciało. Widziała. Daveth nie żył.
Lodowaty dreszcz wstrząsnął jej ciałem.
— Wystąp, Jory — rozległ się spokojny, mocny głos Duncana.
Ellen odwróciła na nich spojrzenie. Serce zgubiło kilka uderzeń, kiedy sztywniała, napinając mięśnie. A jeśli ich wszystkich to zabije?
— Ale… — Sir Jory wycofał się na ugiętych nogach. — Ja mam żonę… i dziecko… Gdybym wiedział…
— Nie ma już odwrotu — przerwał mu zimnym głosem Duncan.
Sięgnął do rękojeści miecza. Wolnym, płynnym ruchem, jakby tylko ostrzegał, tylko przypominał, że sir Jory musiał poddać się jego woli. Ellen wpatrywała się w jego dłoń jak zahipnotyzowana, z trudem oddychając.
To się nie mogło dziać. To nie mogło się dziać.
— Prosicie o zbyt wiele! — zawołał sir Jory. — Nie ma w tym chwały.
Bez zawahania dobył swój dwuręczny miecz i skierował sztych na Duncana. Jak skończony szaleniec. Dlaczego to zrobił? Dlaczego…?
Duncan zmrużył oczy. Spokój na jego twarzy ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu, bardziej bezwzględnemu. Lekko przesunął nogę. Ellen znała ten ruch – robiła tak samo, zanim atakowała z ukosa. Zachłysnęła się powietrzem.
— Jory! — jęknęła. — Nie rób tego!
Jej głos odbił się echem od kamiennych ścian.
Miecz sir Jory’ego runął od góry na ramię Duncana – i bez trudu został odtrącony. Klingi zazgrzytały, aż zabolały Ellen zęby. Postąpiła pół kroku w przód, jakby mogła jeszcze cokolwiek zmienić. To było bez sensu. Dlaczego walczył?
Duncan przeszedł w bok i stanowczym pchnięciem wraził ostrze w brzuch sir Jory’ego. Ellen usłyszała własny zduszony okrzyk. Patrzyła, jak krew skapywała na kamienie, zostawiając na nich ciemnoczerwone plamy, jak sir Jory bladł, szeroko otwierając oczy. Zachwiał się, wspierając się na silnym ramieniu Duncana.
Duncan wyszarpnął miecz i cofnął się o krok. Sir Jory runął na posadzkę, rzężąc głucho. Z jego ust wyciekło jeszcze więcej krwi.
— Przykro mi, Jory — powiedział cicho Duncan, stojąc nad nim niczym kat.
Ellen wcisnęła się plecami w tkwiącego za nią Alistaira, czując, jak w oczach wzbierały jej łzy. Zamrugała szybko – nie mogła oderwać spojrzenia od krwawiącego ciała. Sir Jory jeszcze przed chwilą tu był. Słyszała jego głos. I… przepadł. Duncan go zabił. Tak po prostu. Kolejny człowiek umarł na jej oczach.
Alistair mocno otoczył ją ramionami, usłyszała, jak nabrał świszczącego wdechu. Bał się. Bał się tak samo jak ona. I wiedział. Od samego początku. Może dlatego tak się dziwnie zachowywał? Może pomyślał, że wszyscy skończą w ten sposób. We własnej krwi, zadławiwszy się posoką pomiotów. Zrobiło jej się niedobrze.
Bezpieczne objęcia zniknęły i nagle została zupełnie sama. Próbując pozbyć się łez z oczu, obróciła głowę za Alistairem. Wycofał się. Nie patrzył na nią. Na tyle mogła liczyć – na krótkie pocieszenie. Żołądek zwinął jej się w supeł. Tylko nie szlochaj na głos. Wszystko, tylko nie to.
— Rytuał nie dobiegł jeszcze końca — usłyszała głos Duncana.
Powiodła do niego spojrzeniem. Wpatrywał się w nią przeszywającym wzrokiem, wyprostowany, trzymając przeklęty kryształowy kielich. Widziała ciemną krew czekającą, aż zanurzy w niej usta. Gardło ścisnęło się jeszcze mocniej. Miała to wypić i umrzeć?
Duncan podszedł do niej parę kroków. Wyciągnął do niej kielich – a ona jak bezwolna kukła go od niego wzięła. Ręce tak bardzo jej drżały. Wbiła paznokcie w kryształowe ścianki, bojąc się, że go upuści. Krew potwornie cuchnęła.
I co? Oczekiwał, że się tego napije? Że dobrowolnie przyjmie śmierć?
Serce zabiło jej szybciej. Mogła rzucić tym kielichem prosto w jego twarz. Powiedzieć, że nie będzie słuchała mordercy. Że nie ocalił jej matki, więc ich umowa była nieważna. Że miała to wszystko gdzieś.
Zacisnęła usta, próbując zapanować nad drżeniem. Łzy rozmazywały kontury kielicha, sprawiając, że jasne ścianki prawie zlewały się z czarną krwią.
— Zostałaś wezwana, by poddać się zarazie dla wyższego dobra — rozległ się spokojny, mocny głos Duncana.
Puste słowa. Nie istniało coś takiego jak wyższe dobro. Wyższe dobro oznaczało tylko więcej krwi, śmierci i cierpienia. Miała się na to zgadzać?
Ale każdy robił to, co do niego należało.
Nie oddychała, kiedy przykładała kielich do ust i upijała dwa duże łyki. Posoka cuchnęła, smród zgnilizny buchnął jej w twarz – zacisnęła powieki, zmuszając się, by przełknąć. Krew była gorzka, drapała w język i w gardło, jakby powoli przeżerała ciało. Wydawało jej się, że przepchnęła ją przez przełyk tylko siłą woli.
Duncan wyjął jej z rąk kielich. Zapadła cisza.
Ellen czekała na ból. Język jej zdrętwiał, ale to wydawało się zupełnie niegroźne. Poczuła zbierającą w ustach żółć. Czy było dopuszczalne wymiotowanie? Czy może Duncan za to też musiał zabijać rekrutów?
— Od teraz jesteś Szarą Strażniczką — odezwał się Duncan.
Otworzyła oczy i popatrzyła na niego zdumiona.
To już?
W jej wnętrzu zapłonął ogień. Krzyknęła przestraszona, wbijając pięści w brzuch, jakby to mogło pomóc. Rwanie chyba każdego, najmniejszego nawet mięśnia szarpnęło nią tak gwałtownie, że się zatoczyła. Kontury się rozmyły. W uszach piszczało, wysoki, intensywny głos wżerający się w umysł. Co to, na miłościwego Stwórcę, było?
Nogi się pod nią ugięły i osunęła się na kolana. Nie mogła utrzymać równowagi. Jej ciało słabło, żeby nagle spiąć się w bolesnym skurczu. Nie rozumiała. To właśnie przeżywał Daveth, kiedy umierał?
Nabrała chrapliwego wdechu, wspierając się rękoma na posadzce.
Połknęła ją aksamitna, kojąca ciemność.

***

Ziemia była czarna. Pokrywało ją coś lepkiego, miękkiego, cuchnącego. Ellen przestąpiła z nogi na nogę, z trudem uwalniając z tego stopy. Zasysało. Jak błoto. Jak bagno. Jej pierś wypełniał potworny odór zgnilizny. Uniosła głowę, tocząc dokoła spojrzeniem. Gdzieś musiał być skrawek normalnego gruntu. Gdziekolwiek. Chociaż odrobina.
Widziała tylko czarną ziemię i ciągnące się aż po horyzont zielonkawe niebo. Nie było niczego więcej. Zupełnie jakby świat skurczył się, zapadł w sobie i rozsypał, zostawiając jedynie cuchnący osad. Spróbowała przejść w przód, ale nie mogła uwolnić nóg. Grunt trzymał ją tak mocno, jakby powoli zasysał do swojego wnętrza. Brzydziła się tego. Nawet nie smrodu – nie chciała stać się częścią tego… czegoś.
Nagle zerwał się cuchnący wiatr. Uderzył w nią z taką siłą, że runęła na kolana, zanurzając ręce w obrzydliwej czerni. Wstrząsnął nią dreszcz. Wśród dzwoniącej w uszach ciszy poniósł się głuchy, rytmiczny łopot, który zmusił ją do poderwania głowy. Na zielonkawym tle nie zauważyła niczego niezwykłego. Chmury kłębiły się niczym złowieszczy dym. To nie one łopotały.
Tuż przed nią na ziemię runął olbrzymi smok. Znieruchomiała, szeroko otwierając oczy, przestała nawet oddychać. Czuła, jak czerń pokrywająca wszystko wokół powoli wpełzała po jej nogach i rękach coraz wyżej, ale ona nie mogła oderwać spojrzenia od bestii.
Wyglądał jak smok – i jednocześnie jak mroczny pomiot. Nie miał tak do końca łusek, skóra odrywała się od jego ciała całymi płatami. Nie przypominał gładkich stworzeń z rycin, które dawniej oglądała w książkach. Jego grzbiet naszpikowany był kolcami, podłużny pysk wydawał się bardziej płaski, spod popękanych warg wystawały powykrzywiane, sczerniałe kły. Wyszczerzył zębiska, rozwierając potężną paszczę.
Owiał ją ciężki, duszący odór jego oddechu. Mógł ją pożreć jednym kłapnięciem. Musiała się wycofać, póki nie zwracał na nią uwagi. Szarpnęła się, walcząc z czarną mazią, zaciskając zęby i próbując nie wciągać zbyt głośno powietrza. Wszystko na nic. Była uwięziona. Zdana na łaskę tego potwora.
Smok zaryczał. Jego gromki ryk wstrząsnął jej ciałem, przeniknął na wskroś, wycisnął na skórze lodowaty pot. Zupełnie jakby zaraz miały popękać jej wszystkie kości, a głowa eksplodować. Skuliła się, czując spływające po policzkach łzy.
Niech to się już skończy.
Ucichł. Smok obrócił do niej łeb, obniżając go na tyle, by mieć ją na wysokości swoich ślepi – rybich, zasnutych mleczną mgłą ślepi. Niewidomych.
Wstrzymała oddech.
Ale on ją zobaczył.

***

— Dokonało się.
Głos był znajomy. Na tyle mocny, żeby nie mogła go zignorować.
Z trudem uniosła powieki. Wokół panował przyjazny mrok, który nie ukąsił oczu. Zmarszczyła czoło, bezmyślnie wpatrując się w ciemnogranatowe niebo. Wydawało się takie odległe. Zupełnie nie jak w Wysokożu. Zawsze myślała, że wystarczyłoby wspiąć się na najwyższą basztę, żeby sięgnąć samych gwiazd.
Leżała na czymś twardym i zimnym. To na pewno nie było jej łóżko. Poruszyła się, lekko się krzywiąc, spróbowała podeprzeć się na łokciu. Jej spojrzenie ześlizgnęło się z nieba na poszarpane, tonące w ciemności mury starej budowli. Potem zauważyła pochylających się nad nią ludzi. Serce zatrzepotało w piersi, wskakując chyba do samego gardła.
To nie było Wysokoże.
Wspomnienia wróciły. Uderzyły w nią z siłą tarana, odbierając dech. Pozwoliła chwycić się za ramię, a potem pociągnąć na równe nogi, chociaż kolana zdradliwie jej drżały. Wsparła się na obejmującym ją Alistairze, walcząc z pulsującym bólem głowy.
— Witaj — usłyszała zaskakująco łagodny głos Duncana.
Przeniosła na niego zamglone spojrzenie. Trwał rytuał Dołączenia, prawda? A Daveth i sir Jory…
— Dwie kolejne ofiary — westchnął Alistair, puszczając ją. — Podczas mojego Dołączenia nie było tak źle. Dobrze, że choć jedno z was przeżyło.
Ellen popatrzyła na niego, nawet nie próbując ukryć przerażenia. Mimowolnie objęła się ramionami – nagle Ostagar wydał się przenikliwie zimnym miejscem. Powstrzymała szczękające zęby i uciekła wzrokiem w bok.
Czyli tak to wyglądało. Ludzie ginęli, by wstąpić do Szarej Straży.
Dlaczego ona przeżyła?
— Jak się czujesz? — spytał Duncan.
Zacisnęła usta. Jak miała się czuć? Daveth i sir Jory zginęli. Jedyne osoby, które tutaj bliżej poznała, odeszły. Coś lodowatego rozlało się w jej piersi.
Wiedziała, że Duncan nie pytał o to. Przywykł do płacenia najwyższej ceny za swoją powinność. Nabrała wdechu, skupiając myśli na czymś bardziej praktycznym. Chodziło mu przecież o Dołączenie, nie o to, że bała się zostać zupełnie sama.
— Ten ból… — wydusiła. — Był niewiarygodny.
— Nie ma innego sposobu, by wstąpić w szeregi Szarej Straży — stwierdził spokojnym, mocnym głosem.
Skinęła głową. Co innego mogła zrobić? Już po wszystkim. Spełniła swój obowiązek, życzenie Duncana i rodziców. Dokonała więcej, niż się spodziewała.
— Śniło ci się coś? — zagadnął Alistair. — Ja po Dołączeniu miałem koszmary.
Zająknęła się. Rzeczywiście – przypominała sobie dziwne, groteskowe obrazy. Mnóstwo czerni i zieleni. Poczucie zagrożenia. Śmiertelnego. Pułapka. Zmarszczyła czoło, czując wstrząsający nią dreszcz.
— Tego typu sny pojawiają się, gdy zaczynasz wyczuwać obecność mrocznych pomiotów — oznajmił Duncan. — W nadchodzących miesiącach doświadczysz jeszcze wielu rzeczy, których znaczenie trzeba ci będzie objaśnić.
Znów skinęła głową. Cudownie. Tego właśnie potrzebowała. Więcej powodów, by źle sypiać w nocy. I więcej problemów na co dzień. Zamknęła oczy, przygryzając wargę.
Żałowała, że Dołączenie jej nie zabiło.
— A, zanim zapomnę, jest jeszcze jeden element Dołączenia — mruknął Alistair.
Zmusiła się, żeby na niego spojrzeć. Sięgnął do blatu przeklętego marmurowego stołu – i wzrok Ellen ześlizgnął się na brzydki cień na posadzce. To tutaj sir Jory się wykrwawił. Zginął z ręki Duncana. Musieli coś z robić z… z nimi, kiedy była nieprzytomna.
Przed jej oczami zakołysało się coś srebrnego. Zamrugała, ogniskując spojrzenie na Alistairze, podchwyciła jego blady uśmiech. Trzymał w ręku naszyjnik. W środku srebrnej oprawy znajdowała się ciemna, prawie czarna ozdoba. Chyba nie kamień. Wyglądało jak…
— Część tej krwi umieszczamy wewnątrz wisiora — stwierdził.
Coś lodowatego przewróciło się w żołądku Ellen.
— Przypomina nam o tych, którzy nie dożyli dzisiejszego dnia — dodał ciszej, jakby te słowa trudniej przechodziły mu przez gardło.
Ellen nie odpowiedziała. Patrzyła, jak rozpinał łańcuszek, zerkając na nią niepewnie. Nie mogła tego nie przyjąć. Czuła, jakby była to winna Davethowi i sir Jory’emu. Westchnęła cicho, obracając się plecami do Alistaira.
Srebro było zimne. Drgnęła, kiedy naszyjnik dotknął jej ciepłej skóry. Alistair zapiął łańcuszek bez problemu, nawet nie odgarniał jej włosów. Od ostatniego podcinania trochę urosły. Najwyraźniej nie na tyle, żeby sięgać poniżej karku. Westchnęła.
Jeszcze żadna biżuteria tak jej nie ciążyła.
— Odpocznij trochę — odezwał się Duncan, kiedy Alistair odsunął się od niej. — Gdy będziesz gotowa, chciałbym, abyś towarzyszyła mi podczas spotkania z królem.
Zmarszczyła czoło.
— Cóż to za spotkanie? — mruknęła.
— Król omawia strategię przed nadchodzącą bitwą. Nie jestem pewien, dlaczego zażyczył sobie twojej obecności. — Wzruszył ramionami. — Spotkanie odbywa się na zachód stąd, schodami w dół.
Zawrócił bez słowa pożegnania i ruszył w odpowiednią stronę. Ellen powiodła za nim spojrzeniem. Była życzeniem króla? Dziwne miał zachcianki ich władca.
Duncan przystanął, oglądając się na nią przez ramię.
— Idź tam szybko! — dodał, pozwoliwszy sobie na blady uśmiech.
Odprowadziła go spojrzeniem. Nie miała ochoty nigdzie iść.
Wsparła się na zimnym blacie stołu i ukryła twarz w dłoniach. Udało jej się. Jako jedyna przeżyła Dołączenie. I co dalej? Chwała jak w bajkach dla dzieci czy wieczne zapomnienie? Nie potrzebowała tego wszystkiego. Problemów, wyzwań, strachu.
— Daje kopa, co? — usłyszała.
Opuściła ręce. Alistair dalej tu stał, przypatrując się jej niepewnie. Jego uśmiech pełen był zakłopotania. To chyba najgorszy możliwy sposób, żeby zacząć rozmowę.
— Chodziło mi o… — zaczął, widząc, że nie odpowiadała. — Zresztą nieważne.
Odwróciła wzrok. Nie chciała mu tego utrudniać. Po prostu… jak mogła sobie z tym poradzić? Z tym wszystkim? Nic jej nie zostało. Nawet ledwo poznanych znajomych traciła już po paru godzinach.
Stwórca był okrutny.
— Jak długo…? — westchnęła.
— …spałaś? — dokończył za nią. — Kilka godzin. Dość krótko.
Skinęła głową.
— Dziękuję — wymamrotała.
Podłapała zdezorientowane spojrzenie Alistaira. To też nie była najlepsza rzecz do powiedzenia w ich sytuacji.
— Właściwie to przepraszam? — Uniosła głowę, odpowiadając na jego wzrok. — Nie wiem. To… trudne.
Alistair uśmiechnął się. Na jego twarzy pojawiło się coś łagodnego, pełnego zrozumienia. Spojrzenie jakby mu zmiękło. Naprawdę tyle wystarczyło, by wybaczył wszelkie nieprzyjemności? Jednak był nieprawdopodobnie dobrym człowiekiem.
— Nie musisz mi tego mówić — stwierdził lekkim tonem. — Mnie przerasta prawie wszystko. Łącznie z czesaniem się co rano.
— Widać — mruknęła, zanim ugryzła się w język.
Popatrzyła na Alistaira przestraszona. Nie chciała go urazić! Na oddech Stwórcy, była zupełnie beznadziejna.
Zobaczyła na jego twarzy uśmiech.
— Czyli jednak jesteś po prostu paskudna. Dobrze wiedzieć — rzucił wesoło.
— Nie chciałam… — zaczęła bezradnie.
Alistair machnął ręką. Nadal się uśmiechał, jakby go naprawdę rozbawiła.
— Daj spokój. Kiedyś się odwdzięczę. — Wzruszył ramionami. — Ale na pewno czujesz się już dobrze? — Posłał jej bardziej troskliwe spojrzenie.
Odpowiedziała bladym uśmiechem. Na więcej nie było jej stać.
— O ile można się czuć dobrze po tym wszystkim — westchnęła.
— No tak. Racja. — Odwrócił wzrok. — I twój pies się o ciebie martwił. Duncan zabrał go do namiotu Straży, żeby się tu nie kręcił. Jak ma na imię?
Ellen poczuła, jak jej serce zaczynało szybciej bić. To dobrze, że ktoś się zatroszczył o Shegara. Musiał się naprawdę przestraszyć, kiedy upadła. Ale że posłuchał Duncana? Ten człowiek miał dar przekonywania. W ten czy inny sposób.
— Shegar — odpowiedziała, pozwalając sobie na kolejny uśmiech.
— Mocne imię. Dość fereldeńskie. — Odchylił głowę, spoglądając w ciemne niebo. — Fereldeńskie imię dla fereldeńskiego mabari.
— Żyjącego w Fereldenie — dodała, uniósłszy wyżej kącik ust. — Moglibyśmy tym wykończyć jednego albo dwóch Orlesian.
Alistair zaśmiał się cicho. Miał przyjemny śmiech. Ellen popatrzyła na niego, z rozbawieniem przymrużając oczy. Nie wiedziała, jak to robił, że czuła się choć trochę lepiej.
— Szkoda, że musimy walczyć z pomiotami. Nie mam na nie dobrego sposobu — westchnął, zerkając na nią.
— Zawsze można dźgać tak długo, aż przestaną się ruszać. Chyba działa.
Alistair odpowiedział uśmiechem. Ellen podłapała kontakt wzrokowy na chwilę, ale równie szybko spojrzała w bok.
Może to i lepiej, że tu z nią został. Przyjemniej odpoczywało się w towarzystwie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz