poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.14 - Rozpoczęta bitwa

— Loghainie, moja decyzja jest ostateczna — zirytował się król Cailan. — Wyruszę do ataku wraz z Szarymi Strażnikami.
Wyglądało na to, że powtarzał to kolejny raz – jego głos nieznacznie zadrżał, jakby łamał się pod frustracją. Emocje, nad którymi panował w mowie, odbijały się w jego pociemniałych oczach. Ellen stanęła bliżej Duncana, próbując schować się za jego ramieniem.
Nie rozumiała, po co była tu potrzebna ani dlaczego król Cailan życzył sobie, żeby przyszła. To Alistair powinien tu stać, nie ona. Ledwo przeszła Dołączenie. Chciała spać. Wszystko wydawało się nie tak. To nie w porządku.
Teyrn Loghain wykrzywił usta.
— Za dużo ryzykujesz, Cailanie — warknął.
Ellen zerknęła na pozostałych obecnych. Nie było tu dużo osób – dostrzegła mężczyznę przypominającego maga z Kręgu i kobietę w szacie Zakonu. Pewnie kapłanka. Skoro znajdowała się tu, może Wielka Kapłanka. Przyjrzała się magowi, przymrużając oczy. Miał na sobie charakterystyczną togę i charakterystycznie łysą głowę, ale nie dostrzegła kostura. Ciekawe, czy to był… szef Kręgu. Jakkolwiek się ta funkcja nazywała.
— Horda mrocznych pomiotów jest zbyt niebezpieczna, byś stawał na pierwszej linii — dodał gniewnie teyrn Loghain, zaciskając szczękę, aż zadrżały mu mięśnie.
— Może zatem powinniśmy zaczekać na siły Orlesian? — prychnął król Cailan.
— Toż to kompletny absurd! — Teyrn Loghain wyrzucił ręce w powietrze i ruszył nerwowym krokiem między stołem i kolumną. — Nie potrzebujemy żadnej pomocy, a zwłaszcza ze strony Orlesian.
— To nie jest wcale absurdalny pomysł! — Król Cailan uderzył pięścią w blat.
Ellen drgnęła mimowolnie. Narada w każdej chwili mogła przemienić się w burdę, jeśli dwóch dowódców zaraz się nie dogada. Zerknęła na Duncana – on jednak spokojnie patrzył na rozłożone przed nim mapy, splatając ręce na plecach. Wydawał się zupełnie niewzruszony. Ellen przełknęła ślinę.
Co by zrobił jej ojciec, gdyby tu był?
— Nasze spory z Orlesianami to przeszłość, a ty pamiętaj, kto tu jest królem! — zawołał do pleców teyrna króla Cailan, celując w niego palcem.
Teyrn Loghain stanął niczym rażony piorunem i zacisnął dłonie w pięści. W jego spojrzeniu pojawiło się coś dziwnego – jakby… zrobiło mu się przykro? Wykrzywił usta, wpatrując się w nieugiętego, podenerwowanego króla Cailana.
— Dobrze, że Maric nie dożył dnia, kiedy jego syn gotów jest oddać Ferelden tym, którzy niewolili go przez całe stulecie — wycedził przez zęby.
Król Cailan cofnął się pół kroku. Cisza dzwoniła w uszach.
Ellen wpatrywała się w teyrna Loghaina, nie wierząc, że naprawdę to powiedział. Nawet jeśli dobrze się z władcą znał… to było okropne. Grało na emocjach. Niepotrzebnie w tej sytuacji – mieli inne problemy niż Orlesianie. Zmarszczyła czoło, rzucając niespokojne spojrzenie na nocne niebo.
Bitwa niedługo się rozpocznie. Osobiste przepychanki w niczym im nie pomogą. Nie pamiętała może czasów okupacji, bo urodziła się w wolnym Fereldenie, ale nie sądziła, by Orlais aktualnie miało w planach jakiekolwiek podboje.
— A więc nasze siły będą musiały wystarczyć, prawda? — rozległ się spokojny, trochę tylko zdławiony głos króla Cailana. — Duncanie, Strażnicy są gotowi do walki?
Ellen drgnęła. Po cichu liczyła, że nie zostaną zauważeni aż do końca narady. Starała się nie patrzeć królowi prosto w twarz.
— Tak, Wasza Wysokość — odparł Duncan, chyląc głowę w ukłonie.
— A to ta młoda dama z Wysokoża, którą spotkaliśmy w drodze? — Spojrzenie króla Cailana padło na nią, chociaż wciąż częściowo chowała się za ramieniem Duncana. — Rozumiem, że należą się gratulacje.
Gratulacje za to, że nie dała się otruć? Powstrzymała się od nieco uszczypliwego uśmiechu, pamiętając, przed kim stała. Odchrząknęła, zanim wydusiła:
— Dziękuję, Wasza Wysokość.
— Potrzebujemy w tej chwili każdego Szarego Strażnika — westchnął król Cailan. — Powinnaś czuć się zaszczycona, że możesz do nich dołączyć.
Ellen wpatrywała się w niego pustym wzrokiem, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Nie miał pojęcia. Nie miał pojęcia, co należało zrobić, by dołączyć do bractwa. Jak wielkim ryzykiem to było. Ani co ona poświęciła, żeby tu stać.
Zacisnęła usta, milcząc. To chyba najlepsza odpowiedź w tej chwili.
— Twoja fascynacja legendami przyniesie nam zgubę, Cailanie — warknął teyrn Loghain, opierając się dłońmi na szerokim blacie. — Musimy być realistami.
— W porządku. — Król wzruszył ramionami i pochylił się nad rozłożoną przed nim mapą. — Przedstaw mi swoją strategię. Ja i Szara Straż sprowokujemy mroczne pomioty do ataku, a wtedy…?
Teyrn Loghain przesunął palcem po mapie. Ellen nie miała pojęcia, którą część ruin wskazywał – musiałaby podejść bliżej, żeby odczytać niewielkie litery. Zresztą to i tak pewnie by jej nie pomogło. Mapy nigdy nie dzieliły się z nią swoimi tajemnicami.
— Rozkażesz zapalić sygnał świetlny na wieży. — Teyrn Loghain postukał palcem w konkretny punkt. — Wtedy moi ludzie zaatakują z ukrycia.
— I oskrzydlą mroczne pomioty, pamiętam. Chodzi o Wieżę Ishal? — upewnił się król Cailan. — Kto zapali ogień sygnałowy?
— Mam tam kilku ludzi — stwierdził zdawkowo teyrn. — Nie jest to niebezpieczne zadanie, ale bardzo odpowiedzialne.
— A więc powinniśmy posłać tam najlepszych — orzekł król i wyprostował się.
Ellen zauważyła, że przypatrywał się wszystkim zebranym, lekko mrużąc oczy. Jego spojrzenie prześlizgiwało się z maga na kapłankę, potem na Duncana, do teyrna Loghaina, aż wreszcie… zatrzymało się na niej.
Nawet się nie zorientowała, że wstrzymała oddech.
— Wyślij Alistaira i nową Szarą Strażniczkę — zdecydował.
Co.
Ellen cofnęła się o krok, czując, jak żołądek zwijał się w ciasną kulkę. Jak to – miała iść na wieżę, zamiast walczyć? Skoro już tu była, skoro już przeżyła cały ten bezsens, nie będzie mogła pomóc Strażnikom?
I właściwie jakim cudem król nie zapamiętał jej imienia, ale doskonale wiedział o Alistairze? Nie słyszała, żeby bliżej się znali.
— Zrobię co w mojej mocy, Wasza Wysokość — wymamrotała, czując, że król Cailan nadal się jej przypatrywał.
— Za bardzo ufasz Szarej Straży — warknął teyrn Loghain, gromiąc go wzrokiem. — Jesteś pewien swoich decyzji?
— Dość tych twoich spiskowych teorii, Loghainie — uciął król Cailan. — Szarzy Strażnicy walczą z Plagą niezależnie od okoliczności.
Z Plagą? Na szczycie bezpiecznej wieży?
Ellen przełknęła irytację, skrzyżowała ramiona na piersi i zapatrzyła się w ciemne niebo. Powoli zasnuwały je gęste, ciężkie chmury. Może to i lepiej, że odsunięto ją od walki. Może się nie nadawała. Może Strażnicy wcale nie potrzebowali każdej pary rąk do pomocy.
— Wasza Wysokość, powinieneś rozważyć możliwość pojawienia się arcydemona — wtrącił spokojnym głosem Duncan.
Arcydemon.
Ellen poczuła ciarki na plecach. Miała wrażenie, że jej płuca wypełnił duszący odór rozkładu – tak jak we śnie. Wzdrygnęła się, odrywając spojrzenie od nieba. Skupiła się na Duncanie. Zupełnie nie panowała nad tym, jak napinały się jej mięśnie.
— W Głuszy nie natrafiliśmy na ślady smoków — oznajmił oschle teyrn Loghain.
— A nie po to są tu twoi ludzie, Duncanie? — spytał ostro król Cailan.
To… było niespodziewane.
— Ja… — zająknął się zaskoczony Duncan. — Tak, Wasza Wysokość.
Temat najwyraźniej został uznany za zamknięty, bo król znów pochylił się nad mapą, uważnie studiując nakreślone tuszem linie. Ellen wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. Nie wiedziała, co bardziej ją zdziwiło – ton, którego użył, czy to, że wystąpił na szkodę Straży. Wydawało się, że zupełnie im ufał.
— Wasza Wysokość, wieża i ogień sygnałowy są zbędne — oznajmił mag, występując w przód. — Krąg Maginów…
— Nie powierzymy życia jakimś magom! — oburzyła się Wielka Kapłanka. — Zachowaj moc na mroczne pomioty!
Ellen powstrzymała się od zgrzytnięcia zębami. Zdecydowanie potrzebowali teraz więcej sporów o nic. O cholerną wieżę.
— Dosyć — uciął teyrn Loghain i odsunął się od stołu. — Ten plan wystarczy. Szara Straż zapali ogień sygnałowy.
— Dziękuję, Loghainie! — Król Cailan uśmiechnął się szeroko. — Nie mogę się już doczekać tej chwalebnej chwili! Szara Straż walcząca u boku króla!
— Tak, Cailanie, będzie to chwalebna chwila dla nas wszystkich — westchnął teyrn Loghain, odwracając się do wyjścia.
Ellen podłapała jego zimne, przeszywające spojrzenie. Zdobyła się na to, by nie odwrócić wzroku, kiedy odmaszerowywał w mrok nocy.

***

— Znacie już plan — stwierdził Duncan.
Ellen musiała mrużyć oczy, kiedy patrzyła na niego, stojącego na tle ogromnego, głucho trzaskającego ogniska. Wśród czarnych chmur kłębiących się nad Ostagarem rozlegały się niskie, ostrzegawcze pomruki zbliżającej się burzy. Powietrze pachniało deszczem. Doskonała pogoda na stoczenie przerażającej, ciężkiej bitwy.
Ellen nie mogła się skupić na słowach Duncana. Miała wrażenie, jakby ktoś jeszcze do niej mówił – i nie chodziło o stojącego obok Alistaira. Kiedy jednak obracała głowę, zerkając kątem oka za siebie, nie dostrzegała niczego. Szept cichł. To prawdopodobnie wina zmęczenia. Pewnie będzie cierpiała na różne dziwne dolegliwości, dopóki porządnie nie odpocznie. Wypuściła powietrze przez nos.
— Macie wejść na Wieżę Ishal i dopilnować, by zapłonął na niej ogień sygnałowy — usłyszała głos Duncana trochę z oddali.
Tak. Najlepszy plan na świecie.
— Co takiego? — Alistair potrząsnął głową. — Nie wezmę udziału w bitwie?
Ellen skupiła na nim spojrzenie. Myślała, że już wiedział. Że Duncan mu powiedział, zanim ich tu zawołał. Nie miała czasu zamienić z nim choćby słowa między naradą a tym spotkaniem. Zacisnęła usta.
Musiał się bardzo cieszyć z tych wieści.
— Takie jest osobiste życzenie króla, Alistairze — oznajmił Duncan.  — Jeśli ogień nie zostanie rozpalony, żołnierze teyrna Loghaina nie będą wiedzieli, kiedy ruszyć do ataku.
— I dlatego dwoje Szarych Strażników ma stanąć na szycie wieży z pochodniami w rękach? — spytał z niedowierzaniem. — Tak na wszelki wypadek?
— Zgadzam się z Alistairem — wtrąciła Ellen. — Powinniśmy brać udział w bitwie.
Skoro zadawali sobie trud, żeby przeprowadzić Dołączenie tego dnia, mogli przynajmniej wykorzystać jej umiejętności w walce, prawda? To chyba powinni robić Szarzy Strażnicy – ścierać się z mrocznymi pomiotami. Szczerze wątpiła, czy jakiekolwiek niebezpieczeństwo będzie na nich czekało na Wieży Ishal.
Popatrzyła na Duncana, lekko pochylając głowę.
— To nie zależy od was. — Duncan spojrzał na nich karcąco. — Jeśli życzeniem króla Cailana jest, by Szara Straż dopilnowała rozpalenia sygnału, to Szara Straż będzie na miejscu. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by zniszczyć mroczne pomioty.
— No dobra — burknął Alistair. — Musisz jednak wiedzieć, że jeśli król poprosi mnie kiedyś, bym założył sukienkę i zatańczył remigolda, to nic z tego. Choćby mroczne pomioty miały padać od tego jak muchy.
Ellen wysoko uniosła brwi i posłała mu zszokowane spojrzenie. Naprawdę? Naprawdę właśnie takie porównanie wpadło mu do głowy? Mimowolnie parsknęła cichym śmiechem, prawie się opluwając. Na oddech Stwórcy, czy ten człowiek bywał kiedykolwiek poważny?
— Chciałabym to zobaczyć — mruknęła kąśliwie.
Podłapała jego zaczepny uśmiech.
— Dla ciebie mógłbym to zrobić. Ale musiałaby to być naprawdę ładna sukienka.
Duncan westchnął ciężko.
— Skupcie się — skarcił ich raz jeszcze. — Po drugiej stronie mostu, patrząc od obozu króla w stronę, z której przybyliśmy. — Wskazał kierunek. — Będziecie musieli przeciąć wąwóz i przejść przez bramę. Za nią znajdziecie wejście do wieży. Z jej szczytu będziecie mieć widok na całą dolinę.
— A gdzie ty się udasz? — spytała Ellen.
— Będę walczył u boku króla razem z pozostałymi Szarymi Strażnikami — oznajmił. — Na jego wyraźne życzenie. Damy wam znać, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. Alistair będzie wiedział, czego wyglądać.
Ellen skinęła głową. Mimowolnie popatrzyła na Alistaira – podłapała jego spojrzenie. Wydawał się taki… spokojny. Zazdrościła mu. Żeby ukryć drżenie własnych rąk, musiała mocno je spleść na piersi.
— A co, jeśli pojawi się arcydemon? — mruknęła.
Słowo dziwnie ciążyło na języku. Prawie się nim zadławiła. Westchnęła, uciekając wzrokiem w bok. Nie miała pojęcia, czym dokładnie była ta bestia, jak wyglądała i co potrafiła. Wiedziała tylko, że dowodziła pomiotami.
— Narobimy w gacie i tyle — odparł Alistair.
— Jeśli tak się stanie, zostawcie go nam — sprostował nieznoszącym sprzeciwu głosem Duncan. — Nie chcę widzieć głupiego bohaterstwa w wykonaniu któregokolwiek z was. — Przyjrzał się im uważnie.
Ellen wzruszyła ramionami. W jej przypadku głupie bohaterstwo nawet nie wchodziło w grę. Nie była jeszcze najlepsza w walce z pomiotami – po prostu chciała przydać się trochę bardziej, niż stojąc bezczynnie na wieży.
— Później będziemy mogli włączyć się do bitwy? — westchnęła.
— Zostańcie z żołnierzami teyrna i strzeżcie wieży. — Duncan pokręcił głową. — Jeśli okażecie się potrzebni, zostaniecie o tym poinformowani.
— To chyba wiem już, co mamy zrobić — mruknęła Ellen.
Alistair pokiwał głową. Nie wyglądał na specjalnie zadowolonego, ale nie pozwolił sobie na kolejne niemądre komentarze.
— W takim razie muszę dołączyć do pozostałych — stwierdził Duncan. — Od tej chwili zdani jesteście sami na siebie. Pamiętajcie, oboje jesteście Szarymi Strażnikami. Oczekuję, że okażecie się warci tego tytułu.
Ellen nie odpowiedziała. Nie widziała żadnej wartości w tych dwóch słowach. Ciekawe, czy czuł tak każdy świeżo przygotowany do służby Strażnik, czy tylko ona tak wybitnie się nie udała.
Duncan obrzucił ich jeszcze jednym czujnym spojrzeniem, zanim wycofał się, zamierzając odejść. Ellen zauważyła, jak Alistair drgnął nerwowo.
— Duncanie… — zaczął niepewnie.
Nagle Ellen poczuła się zupełnie nie na miejscu. Cofnęła się parę kroków, próbując dać Alistairowi więcej przestrzeni. Duncan zatrzymał się i popatrzył na niego uważnie.
— Niechaj czuwa nad tobą Stwórcą — wychrypiał Alistair.
Ellen obserwowała, jak twarz Duncana łagodniała, rozjaśniana ciepłym, pełnym uczucia uśmiechem. Zdecydowanie nie powinno jej tu być. Nie powinna tego słyszeć. Ani widzieć. Tym bardziej w tym uczestniczyć.
— Niechaj czuwa nad nami wszystkimi — odparł i odmaszerował w mrok nocy.
Ponad nimi przetoczył się grzmot, potężny podmuch wiatru szarpnął włosami. Ellen miała na końcu języka ostrzeżenie, że zaraz się rozpada – i pierwsze krople zabębniły o ziemię. Ognisko zasyczało wściekle, gdy z początku lekki deszcz błyskawicznie przemienił się w ulewę. Ellen wcisnęła głowę w ramiona, czując, jak strużki lodowatej wody ściekały jej za kołnierz. Przynajmniej przez szum wody nie słyszała już tego dziwnego szeptu.
Alistair przez parę chwil stał wśród ulewnego deszczu, jakby nawet tego nie zauważał. Wpatrywał się w miejsce, gdzie stracił z oczu Duncana. Ellen wbiła w niego zaniepokojony wzrok, obejmując się ramionami. Zrobiło się naprawdę zimno.
— Chodźmy — westchnął wreszcie. — Czas ruszać.
Ellen przytaknęła. Klepnęła leżącego przy jej nogach Shegara w grzbiet i skierowała się śladem Alistaira, uważając, by nie wdepnąć w żadną kałużę. Usłyszała ciężkie sapnięcie ogara – nie dziwiła mu się. Kto normalny szedłby gdziekolwiek w taką pogodę.
Niebo nad Ostagarem przecięła pierwsza błyskawica.

***

Królewska armia zebrała się pod wielkim mostem. Przerażeni ludzie tłoczyli się jeden przy drugim, ściskając w drżących rękach broń i wypatrując wroga. Deszcz zacinał, krople roztrzaskiwały się na pobladłych twarzach. Panowała atmosfera oczekiwania. Popielni Wojownicy z trudem utrzymywali szarpiące się mabari – ujadanie i warczenie niosło się aż pod Głuszę Korcari. Wśród pierwszych linii oddziałów szła kapłanka Zakonu. Jasnopomarańczowa szata odcinała się od morza ciemnych pancerzy, zawieszone na długim łańcuszku kadzidło kołysało się w rytm kroków, roztaczając dokoła intensywną woń. Zapach miał przypominać, że Stwórca był ze swymi dziećmi na dobre i na złe.
Stwórca nigdy nie istniał i Duncan doskonale o tym wiedział.
Razem z królem Cailanem wszedł na kamienne podwyższenie. Popatrzył na przerażonych żołnierzy, przelotnie zerknął na stojących w cieniu Szarych Strażników. Nie było ich wielu. Stanowczo za mało w obliczu Plagi. Westchnął cicho. Przyjrzał się ponurym drzewom Głuszy, wgryzającym się w czarny firmament ostrym konturem. Deszcz zdołał przemoczyć mu włosy i mocno zwilżyć koszulę pod zbroją. Pogoda była podła. Tak jak całe to parszywe życie.
Uśmiechnął się pod nosem. Co się stało z tym energicznym chłopakiem, który z zadziornym uśmiechem stawał do walki? Który nie cofał się przed przeciwnościami i, przede wszystkim, nie troszczył się o innych? Gardło lekko mu się ścisnęło, ale zdołał przełknąć.
Pewnie umarł wraz z jego królem.
Zadarł głowę, spoglądając w niebo. Chmury przypominały milczącą, zagniewaną widownię. Ciemne kłęby rozjaśniały sporadyczne błyskawice, grożące zebranym niskimi, wibrującymi pomrukami grzmotów. To będzie długa, ciężka noc.
Spojrzał na plecy wyprostowanego króla Cailana. Czujnym wzrokiem omiatał pierwsze linie armii, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Gdyby zmrużyć oczy, Duncan ujrzałby w nim jego ojca. Maric miał nieco inny nos. Inną linię szczęki. Inaczej się czesał. Cailan nie był jego królem – nikt nie mógł go już zastąpić. Jedyne, co mu pozostało, to wiernie służyć wspomnieniom.
— Plan zadziała, Wasza Królewska Mość — odezwał się.
Król Cailan uśmiechnął się szeroko. Strugi deszczu spływały mu po twarzy, ale zdawał się tego nie zauważać.
— Oczywiście, że tak. To koniec Plagi — odparł.
Był zupełnie różny od Marica.
Duncan bez słowa odwrócił wzrok. Obejrzał się na masywne mury Ostagaru – forteca wyglądała na niewzruszoną tym, co się rozgrywało u jej stóp. Wieża Ishal prężyła się prosto w ciemne niebo, jakby próbowała wbić się pomiędzy chmury. Duncan przyjrzał się jej prawie czarnym ścianom, czując, jak spływał na niego spokój.
Dobrze, że król zażyczył sobie odesłania Alistaira.        
Ten chłopak był tak trudny do upilnowania. Duncan nigdy by nie pomyślał, że przyjmował na siebie tak ciężkie zadanie, kiedy obiecywał go chronić za wszelką cenę. Uśmiechnął się do swoich myśli, do deszczu i do wspomnień. Gdyby matka Alistaira go teraz widziała. Nie byłaby może szczęśliwa, że skończył w Szarej Straży, ale alternatywa wydawała się równie odpychająca.
Odetchnął zimnym, świeżym powietrzem, ze spokojem przyjmując podnoszący się z zakątków umysłu szept. Mamrot przerodził się w syk, myślą szarpnęło warknięcie. Duncan mimowolnie zacisnął dłoń na rękojeści miecza, sunąc spojrzeniem po odległej linii drzew Głuszy Korcari. Były tam. Wiedział to. Czuł je całym sobą, całym krążącym w jego żyłach plugastwem. Stali się tacy sami. To tylko kwestia czasu, aż i on ulegnie pieśni.
Tej nocy jednak przeleje jeszcze morze zakażonej krwi.
Pomioty wyłoniły się spomiędzy drzew. Stąpały jakby bezgłośnie w deszczu, ich murmurando to wznosiło się, to opadało w pełnych ekstazy pomrukach. Nikt poza Szarymi Strażnikami tego nie słyszał. Jeszcze. Ich głos docierał do nich nie poprzez powietrze, ale poprzez zarazę. Wykrzywił usta, wysuwając miecz z osłony.
Nadchodził czas.
Pomiotów przybywało. Przesuwały się bezładnie, ale równym tempem, niczym przyczajone wilki. Zaledwie kilka pierwszych linii armii znalazło się poza ciemnymi drzewami. Duncan usłyszał szmer przerażenia wśród zebranych pod Ostagarem żołnierzy. Dreszcz przebiegł wzdłuż jego pleców, napinając mięśnie. Obserwował, jak na większy głaz wdrapał się rosły hurlok. Alfa. Widać to było nie tylko po budowie, ale też po zbroi, którą miał na sobie. Wyglądała, jakby wcale nie miała się zaraz rozpaść.
Rozległ się rozdzierający wrzask z tysięcy gardeł pomiotów. Skrzek przebił się przez szum deszczu, świst wiatru, a nawet grzmot. Duncan postąpił pół kroku w przód, patrząc, jak potwory rzucały się do biegu – atakowały. Chaotycznie, bez planu, podążając za instynktem. Przynajmniej pod tym względem je przewyższali.
Król Cailan w dwóch krokach wyszedł na przód kamiennej konstrukcji, spoglądając na swoje wojsko. Pierwsza linia zafalowała, nieznacznie się łamiąc w strachu przed nacierającymi wrogami.
— Łucznicy! — ryknął król.
Dowódca oddziału uniósł dłoń. Setka łuków zatrzeszczała, gdy naciągano cięciwy, a płonące strzały wycelowano w czarne niebo. Dwieście napiętych ramion zamarło w bezruchu.
Mroczne pomioty gnały bez opamiętania.
Ręka opadła, a strzały świsnęły w powietrzu. Spadły niczym grad rozwścieczonych os, bezlitośnie przebijając ciała mrocznych pomiotów.
— Ogary! — rozległ się mocny głos króla Cailana.
Mabari ze wściekłym ujadaniem wyrwały się opiekunom i rzuciły się między pomioty. Do kakofonii dołączyły rozdzierające piski, kiedy miecze przeszywały na wylot masywne cielska ogarów.
— Za Ferelden! — zawołał król Cailan, dobywając broni.
Oddziały zakrzyknęły w jego ślady i natarły, jakby już nie czując strachu.
Duncan jeszcze chwilę stał, patrząc na to, co rozgrywało się u jego stóp.
Gdzieś w głębi serca czuł gorycz. Gdyby nie oni, nie stałby tutaj. Gdyby nie oni, Ferelden nie zmagałby się z Plagą. Gdyby tylko zrobili coś inaczej… Wypuścił powietrze przez nos. Teraz nie miało to już znaczenia, prawda, Mariku? Przepowiednia Wiedźmy z Głuszy zabrała go z tego świata, tak jak wielu innych głupców.
Wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu. Mógł już tylko służyć wspomnieniom.
Z zachrypniętym okrzykiem skoczył w sam środek bitwy.

***

Ellen zatrzymała się jak wryta na samym początku mostu.
Nigdy jeszcze nie widziała takiego chaosu. Ludzie biegali od balustrady do balustrady, łucznicy przygotowywali się do salw w grupach, a wypuszczane przez nich strzały z brzdękiem cięciw przeszywały powietrze. Za ich plecami znajdowały się katapulty załadowane kamieniami. Ellen nie miała pojęcia, jak je tu wtoczyli. Jakim cudem most utrzymywał ten ciężar? Wśród strug deszczu widziała odciągniętych na bok rannych. Krew rozrzedzona wodą nie wyglądała tak strasznie jak w Głuszy.
Jej spojrzenie prześlizgnęło się na górującą nad wszystkim Wieżę Ishal. Ktoś, przebiegając obok, zahaczył ją ramieniem, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. Potężna kula ognia uderzyła w hełm wieży i strąciła go. W idealnej ciszy. Ellen patrzyła, jak gruzy spadały, zupełnie jak we śnie – i dopiero zderzenie z gruntem poczuła pod stopami. Podłoże zadrżało, jakby cała twierdza z groźnym pomrukiem budziła się ze snu.
— Przez most i do Wieży Ishal! — ryknął Alistair.
Popatrzyła na niego zagubiona. Osłaniał ramieniem twarz przed silnym wiatrem, ale przecież to niczego nie dawało. Skinęła głową, nie mogąc odetchnąć głębiej. Brzmiało prosto, prawda? Tylko przebiec na drugą stronę.
Chwyciła Shegara za sierść na karku i szarpnęła w przód. Poczuła, że wyrwał się z jej dłoni – pognał bez zastanowienia między miotających się po moście ludzi. Ellen podążyła za nim, prawie nie czując, jak Alistair ciągnął ją za łokieć. Jego ręka szybko zniknęła i nagle Ellen wydało się, że była tu zupełnie sama. Przeskoczyła nad jęczącym z bólu żołnierzem, czując, jak drętwiały jej mięśnie.
Nie mogła się zatrzymywać. Ale wokół niej… wszędzie byli umierający ludzie.
Jej nogi stawały się coraz cięższe, aż wreszcie stanęła jak wryta. Deszcz bezlitośnie siekł jej twarz, zalewając oczy, jednak zupełnie jej to nie przeszkadzało. Wpatrywała się w ciała rannych… i martwych. W broczących krwią. W wymiotujących. W rozpaczliwie wrzeszczących. Miała wrażenie, jakby zabłądziła. Wcale nie chciała przychodzić do takiego miejsca. Nie chciała tego widzieć.
Cofnęła się pół kroku.
Oślepiająca jasność zmusiła ją do przymrużenia oczu. Osłaniając twarz ramieniem, spojrzała ku toczącej się u stóp mostu bitwie. W ich stronę mknęła kula ognia. Jeszcze bardziej nierealna niż cała ta śmierć, krew i cierpienie. Ellen odsunęła się od balustrady, z trudem przesuwając zdrętwiałe nogi. Ktoś wrzeszczał. Jego głos utonął w ryku płomieni. To niesamowite – zaklęcie poruszało się tak szybko, a mimo to był jeszcze czas, żeby…
Na oddech Stwórcy, stała na torze lotu.
Szarpnęła całym ciałem. Chyba za późno. Trochę. Niedużo. Zawsze brakowało tego troszeczkę, prawda? Nigdy nie wychodziło wystarczająco. Poślizgnęła się na śliskich kamieniach, prawie upadając.
Oby Shegar był daleko.
Coś pociągnęło ją za rękę. Podparła się wolną dłonią, przebiegając w tę stronę zupełnie na oślep. Wybuch cisnął nią niczym kukiełką kawałek dalej – uderzyła ze stęknięciem w kamienie. Za plecami poczuła coś lodowatego i mokrego. Jęknęła, zaciskając powieki. Coś ugodziło ją w twarz, policzek paskudnie zapiekł. Poczuła, jak ktoś obejmował ją ramionami. Silniejszy wiatr przeszył jej przemoczone włosy, wywołując dreszcze.
— Już dobrze — usłyszała ochrypły głos Alistaira.
Zadrżała mocniej.
Nie zapanowała nad sobą. Wczepiła się w Alistaira kurczowo, chowając twarz w jego szyi. Pierś zmiażdżył szloch, z którym walczyła, ale łzy i tak wypłynęły spod zaciśniętych powiek. Nie nadawała się. Nie rozumiała bitwy. Wielkiej walki. Magii, pomiotów, królów i dowódców. Była tylko głupią szlachcianką. Nie poradzi sobie. Nigdy. Nie miała szans.
— No, już — charknął, głaszcząc ją po głowie. — Nie trafili.
Ale mogli. Na Stwórcę, gdyby nie on, na pewno by trafili.
Pozwoliła się podnieść. Nie ufała swoim nogom, więc wsparła się ramieniem na murze. Potoczyła dokoła szklistym spojrzeniem – i wszędzie ujrzała ciała. Nieruchome. Ciche. Każdego, kto nie zdążył uskoczyć. Chociaż, zdawałoby się, Stwórca ofiarował im na to całą wieczność.
— Nie patrz. — Alistair stanowczo pociągnął ją za ramię.
Nie kłóciła się. Posłusznie opuściła głowę, maszerując tuż przy nim. Ślizgała się na kamieniach, ledwo utrzymywała równowagę.
— Shegar? — jęknęła.
Alistair gwizdnął w odpowiedzi. Wśród strug deszczu zauważyła znajomy kształt. Shegar wbiegł na most, pytająco przekrzywiając łeb. Żył. Był cały. Z gardła Ellen wyrwał się ochrypły, pełen ulgi śmiech.
Alistair dosłownie ściągnął ją ze śliskiego od wody i krwi mostu. Żwir zachrzęścił głucho, kiedy ruszyli wąską dróżką prowadzącą w nieznaną Ellen część ruin. Wokół panował nienaturalny spokój. Zupełnie jakby kilkaset metrów dalej wcale nie toczyła się bitwa.
Szept jej nie opuścił. Dalej czaił się tuż poza zasięgiem zmysłów, ale powracał co chwilę, by nękać. Może huczało jej w uszach od wybuchu. Na pewno. Nie było żadnego innego wytłumaczenia.
— Wy… jesteście Szarymi Strażnikami, prawda?! — usłyszeli.
Alistair zatrzymał się, kiedy zza zakrętu wypadł zdyszany mężczyzna. Ellen obrzuciła czujnym spojrzeniem jego ręce – trzymał tylko tarczę. Gdzie, na oddech Stwórcy, był jego miecz? Zauważyła, że dołączył do niego ktoś jeszcze. W todze. Pewnie mag.
Zerknęła na Alistaira, czując ucisk w brzuchu.
— Wieża… została zdobyta! — wykrztusił wojownik.
— O czym ty mówisz, człowieku?! — warknął Alistair. — Jak to: zdobyta?!
— Mroczne pomioty… — wydyszał. — Są wszędzie! Przedostały się do środka!
Ellen poczuła zimny dreszcz na plecach. Jakim cudem? Musiałyby najpierw przejąć przynajmniej jedno wejście do ruin! Już im się to udało? Tak szybko? Zająknęła się bezradnie, próbując przypomnieć sobie mapy Ostagaru, ale linie plątały się w jej wspomnieniach, jeszcze bardziej wszystko mącąc.
— A więc musimy przedrzeć się na szczyt i rozpalić ogień sygnałowy! — wykrztusił Alistair, obracając do niej głowę.
Podłapała jego spojrzenie. Był bardziej zdeterminowany od niej. W końcu robił dokładnie to, co do niego należało.
Skinęła głową, czując, jak serce zaczynało jej szybciej bić. Zgodnie ruszyli biegiem, wymijając przerażonego wojownika. Shegar przemknął między nimi, tuląc uszy do łba w gotowości do ataku. Szept w umyśle Ellen prześlizgnął się jakby tuż za jej plecami, blisko, prawie na wyciągnięcie ręki.
Kawałek dalej zobaczyli pierwsze mroczne pomioty.
— Osłaniaj nas! — zawołał Alistair, machając ręką na kogoś z tyłu.
Ellen obejrzała się przez ramię. Mag podążał ich śladem, podpierając się kosturem, żeby nie potykać się na kamieniach. Odetchnęła.
Dobrze. Im ich więcej, tym większe szanse na przeżycie.
Gwizdnięciem powstrzymała Shegara od atakowania i sama skoczyła, wpadając całym ciężarem ciała na najbliżej stojącego hurloka. Jej pierś wypełnił odrażający odór rozkładu.
Czarna posoka zmieszała się z padającym na ziemię deszczem.

2 komentarze:

  1. "Zanim postanowisz popełnić samobójstwo, uporajmy się z Plagą. Potem wystosujesz do mnie odpowiedni list pożegnalny i zjawię się na twoim pogrzebie z wiązanką kwiatów. To, jakie lubisz, przedyskutujemy potem."
    Myślałam, że padnę, kocham ten tekst XDD

    OdpowiedzUsuń