poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.15 - Wieża Ishal

Ostatni mroczny pomiot padł martwy. Ellen, dysząc ciężko, wsparła dłonie na udach i pochyliła całe ciało. Przed oczami tańczyły jej czarne plamy – spróbowała pozbyć się ich, mocno zaciskając powieki. Niewiele to dało. Zakręciło jej się w głowie. Tak, właśnie taki efekt chciała uzyskać. Odetchnęła chrapliwie.
Bolało ją wszystko. Miała wrażenie, że mięśnie płonęły pod skórą przy każdym nieostrożnym napięciu. Jeśli sytuacja w Wieży Ishal wyglądała tak źle jak przed nią, raczej nie dotrą na jej szczyt. Przynajmniej nie na czas. Zabili… ile? Piętnaście? Chyba nawet więcej mrocznych pomiotów. W trzy osoby. Shegar próbował pomóc, jak tylko mógł, ale Ellen obwiązała mu pysk materiałem. Nie chciała, żeby nałykał się tej paskudnej krwi.
— W porządku? — usłyszała głos Alistaira.
Nic nie było w porządku i raczej o tym wiedział. Nie miała jednak serca na niego fuknąć – uniosła głowę, posyłając mu zmęczone spojrzenie. Żyła, to chyba dostatecznie dużo w tej sytuacji. Jeszcze, przynajmniej.
Wyprostowała się, nie powstrzymawszy się od brzydkiego skrzywienia, i popatrzyła na drogę, którą przebyli. Żołądek wywrócił się jej do góry nogami – wśród trawy, oblewane strugami deszczu, leżały ciała. Mnóstwo ciał. Nie wszystkie należały do pomiotów. Ellen widziała powykręcane ręce i nogi, elementy uzbrojenia, puste hełmy. Żołnierze dali z siebie wszystko, by powstrzymać atak pomiotów, ale nie zwyciężyli. Razem z Alistairem przybiegli za późno. Może gdyby nie ten incydent na moście…
Potrząsnęła głową. Te myśli nie miały sensu. Musiała skupić się na tym, co ich czekało, kiedy dostaną się do Wieży Ishal.
Zauważyła blady uśmiech Alistaira. Od niechcenia wytarł poplamione posoką pomiotów ostrze o mokrą trawę, próbując je trochę wyczyścić. Shegar, świszcząco oddychając przez nos, położył się przy nim. Posłał Ellen pełne wyrzutu spojrzenie. Obwiązany pysk chyba nie za bardzo mu się podobał, ale nie miała lepszego pomysłu, jak uchronić go przed śmiercią w męczarniach.
Towarzyszący im mag nerwowo obracał w drżących rękach kostur. Ellen wydawało się, że słyszała, jak szczękały mu zęby. Ze strachu albo z zimna. Zerknęła na jego togę – pewnie przemokła. To chyba tylko materiał? Nie zapewniał najlepszej ochrony przed tym lodowatym deszczem.
— W środku jest ich więcej? — mruknęła schrypnięta, pytanie kierując do Alistaira.
Podłapała jego zatroskane spojrzenie. Nie musiał odpowiadać, widziała po jego minie, co miał na końcu języka. Wzdychając ciężko, skinął głową. Popatrzył na prawie czarne drzwi prowadzące do Wieży Ishal.
Jej pytanie też było dość głupie, swoją drogą. Może zwyczajnie potrzebowała się upewnić, że nie warto mieć choćby cienia nadziei.
— Nie wyczuwasz ich?
Spojrzała na Alistaira zdumiona. Kątem oka zauważyła, że mag stanął bliżej nich, jakby bał się napierającego zewsząd mroku.
Odchrząknęła, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
— To znaczy… — urwała.
Nie? Nie bardzo? Trochę? Nie wiem? Jak to się w ogóle odbywało?
— Słyszę głosy — przyznała. — Jakkolwiek to nie brzmi.
Alistair uśmiechnął się nieco szerzej. Wyglądał na rozbawionego. Pogłaskał siedzącego przy jego nodze Shegara, opuściwszy wzrok.
— Wyczuwasz je — odparł spokojnie. — Im bliżej są pomioty, tym silniejsze głosy. Z czasem zaczniesz to trochę kontrolować, a nawet wyłapywać z tego pojedyncze tony. Będziesz rozróżniać pomioty i określać, które znajdują się najbliżej.
To brzmiało… dziwnie. Ellen wpatrywała się w Alistaira, próbując poczuć to, o czym opowiadał. Głosy wcale się nie nasiliły, chociaż pomioty były prawie na wyciągnięcie ręki. Nadal ledwo odróżniała subtelny szept od szumu deszczu. Może potrzebowała więcej czasu, żeby nauczyć się tych umiejętności Strażników?
Skinęła w odpowiedzi głową. Nie było sensu niepokoić Alistaira takimi sprawami, kiedy czekała ich walka.  
— To wchodzimy, co? — westchnął, obracając się do wieży.
Ellen przytaknęła. Podeszła do niego, zahaczając palcami o miękkie ucho Shegara, i przyjrzała się wysokiej, ponurej budowli. W żadnym oknie nie widziała choćby blasku płonących pochodni. Zupełnie jakby nikogo w środku nie było.
Poza pomiotami.
— Może nam się uda — mruknęła.

***

W wieży panowały przenikliwe ciemności. Przy drzwiach wisiały tylko dwie pochodnie. Atmosfera wydawała się o wiele cięższa i bardziej przerażająca, niż było to konieczne – Ellen, zanurzając się w mrok, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nurkowała wśród obecności pomiotów. Odór zgnilizny rozlał się po parterze wieży, dusząc przy każdym nabieranym wdechu. Jeśli jej, nawet po Dołączeniu, to dokuczało, jak musiał czuć się towarzyszący im mag? Słyszała tylko jego chrapliwy oddech.
Pomioty czekały na nich w pierwszej okrągłej komnacie, do której weszli. A przynajmniej Ellen czuła się tak, jakby czekały – słyszała ich miarowe pomruki w ciemności, jakby prowadziły ze sobą rozmowy, pazury zgrzytały na kamieniach. Przełknęła ślinę, próbując powstrzymać łzy napływające do oczu. Na oddech Stwórcy, to było zwyczajnie przerażające. Nawet ich nie widziała. Jak mogli…?
Gwałtowna jasność oślepiła ją na parę chwil. Osłoniła twarz ramieniem, spod przymrużonych powiek obserwując maga. Końcówka jego kostura lśniła intensywnie, a tam, gdzie wskazał, z podłogi podnosiły się najprawdziwsze płomienie. Ich blask rozlał się po całej komnacie, ukazując kryjące się w mroku pomioty. Powietrze wypełnił wściekły skrzek.
Alistair ruszył pierwszy. Nawet się nie zawahał. Widok jego oddalających się pleców jakby pociągnął ją dalej. Usłyszała swój przyśpieszony oddech, który ledwo przebił się przez szum krwi w uszach. Czekała ją cała noc okrutnej walki. Nie mogła tak po prostu dać się pokonać przerażeniu.
Zaatakowali, zanim pomioty zorientowały się, co się działo. Ellen przemknęła pod wyszczerbionym mieczem, wyhamowała z poślizgiem i dźgnęła w plecy. Skoczyła w bok, ciągnąc potwora za sobą, poczuła, jak sztylet chrobotał na kości. Zacisnęła usta, próbując ignorować wzbierające w niej mdłości. Musiała się wycofać, zanim pomiot sięgnie ją łapą. Albo bronią. Na oddech Stwórcy, czy on w ogóle coś trzymał?
Coś w niego uderzyło, prawie wpychając w jej ramiona. Wbiła broń w grzbiet, zwyczajnie próbując go odepchnąć. Kopnęła, pozbywając się zwłok z ostrzy. Shegar otrzepał się z chlapiącej dokoła krwi, mocniej jeżąc sierść. Wyglądał na wściekłego, ale Ellen naprawdę nie wiedziała, czy bardziej na pomioty, czy na związany pysk. Klepnęła go w kark, ogniskując spojrzenie na niższym potworze. Genloku.
Alistair powalił ciosem tarczy ryczącego wściekle hurloka. Ellen zmarnowała kilka chwil na wpatrywanie się w jego miecz – wbił go w sam środek jego łba. Twarzy. Coś wyciekło z połamanej czaszki. Przełknęła ślinę. Odór był tak ciężki, że dałoby się go ciąć. Nie wiedziała, jak mag to znosił. Ona miała z tym poważne problemy.
Uderzyła ramieniem w naciągającego cięciwę genloka. Chybił, strzała zadzwoniła o kamienną ścianę. Ellen usłyszała jego warknięcie i na oślep rąbnęła go w pysk. Szlag, złą stroną. Głowica rozkwasiła płaski nos, ciemna krew siknęła na skórzaną zbroję. Ellen z trudem powstrzymała się od cofnięcia.
Pomioty były obrzydliwe, ale umierały jeszcze okropniej.
— Zdychaj — warknęła zduszonym głosem.
Nie raczył. Co za ścierwo.
Machnął na nią łukiem, prawie zahaczając gryfem o twarz. Sapnęła, poślizgnęła się na krwi, gdy szukała oparcia dla nóg, i odbiła majdan sztyletem. Zabolało. Co to za twarde drewno? Z takiego chyba nie powinno robić się łuków?
Naprawdę to było teraz jej największym problemem?
Wbiła broń w ramię genloka i szarpnęła go w bok, rozcinając skórę. Poza krwią wylał się spod niej śluz. Ellen zmarszczyła nos, szukając odsłoniętych punktów. Krzyknęła, kiedy pomiot stanął w płomieniach, kwicząc przeraźliwie. Tak gwałtownie rzuciła się w tył, że pogubiła nogi i upadła. Łokieć przypomniał o stłuczeniu pulsującym bólem.
Niech to szlag.
— Chodź tu.
Drgnęła, gdy ktoś ją objął. Przed sobą zobaczyła tarczę – osłoniła ją przed odrywającą się od pomiota, zwęglającą się w ogniu skórą. Co za obrzydlistwo. Sapnęła. Przy tym smrodzie nie dało się oddychać przez nos.
— Bądź bardziej czujna — poprosił Alistair.
Genlok runął jak długi, nieruchomiejąc. Płomienie trzaskały głucho w ciszy.
— Jak? — Ellen popatrzyła na niego z drobną pretensją. — Za dużo ich.
— To dopiero początek. — Podniósł się z klęczek.
Ellen podparła się ręką, uważając, by nie nadwyrężyć łokcia, i poszukała spojrzeniem Shegara. Leżał kawałek dalej, z dala od krwi, w którą upadła. Mądry pies. W przeciwieństwie do swojej właścicielki.
— Żyjesz? — Alistair obrócił się do maga.
Mężczyzna uniósł dłoń. Jego kostur nadal żarzył się jasnym, pulsującym światłem. Ellen z trudem oderwała od niego wzrok.
— Co dalej? — Rozejrzała się wokół, przebijając spojrzeniem ziejącą w najbliższym korytarzu ciemność.
— W górę. — Alistair zezował wymownie w sklepienie.
Ta odpowiedź była okrutnie głupia. Podobnie jak jej pytanie.
Uznawszy remis, Ellen skierowała się ku wyjściu z komnaty. Pazury Shegara zastukały na kamieniach, poczuła jego ciepły bok tuż przy nodze. To trochę dodało jej odwagi. Nie była tu sama. Może nie radziła sobie najlepiej, ale miała kogoś przy sobie.
Podeszła do zamkniętych drzwi i przysunęła do nich twarz. Alistair mówił, że zacznie słyszeć szept pomiotów, gdy te będą blisko. Z tego by wynikało, że w całym cholernym Ostagarze nie było ani jednego pomiota. Przycisnęła ucho do zimnych desek, wstrzymując oddech. Na pewno się tam chowały. Dlaczego ich nie wyczuwała? Czy to możliwe, żeby komuś nie udało się Dołączenie, ale żeby przeżył?
Zmarszczyła czoło. Niczego nie słyszała.
— Niezbyt to zmyślne — skomentował Alistair.
Łypnęła na niego gniewnie. Starała się przecież, tak?
— Co ty właściwie…? — zaczął, ruszając w jej stronę.
Zauważyła na jego twarzy cień uśmiechu. Wydawał się tak niewiele przejmować ich sytuacją. Jakby przywykł do walki z pomiotami i ryzykowania życiem.
Szczęknęło. Ellen zdążyła tylko napiąć mięśnie – drzwi rąbnęły prosto w jej twarz, posyłając ją na posadzkę. Łokieć przeszył kolejny promień bólu, który wyrwał z piersi zduszony syk. Odczołgała się pod ścianę, wbijając wzrok w wypadające z komnaty pomioty. Pięć? Siedem? Nadgniłe cielska dwoiły jej się w oczach, kiedy przyciskała plecy do muru.
— Ellen?! — usłyszała przerażony głos Alistaira.
Podparła się na ręku i wstała, niezauważona przez żadnego pomiota. Mogła tak po prostu skoczyć najbliższemu na plecy, wbić sztylety aż po rękojeści w grzbiet. Szarpnęła w tył, uchodząc w bok. Cielsko zwaliło się na posadzkę. Zaatakowała kolejnego, nie zważając na tryskającą krew. Teraz już nie mogła jej zaszkodzić, prawda? Zresztą nieważne.
Uderzyła ramieniem w napierającego na nią pomiota, posyłając go na ścianę. Alistair przebił mieczem jego pierś, jakby był workiem wypełnionym sianem. Ellen podłapała jego zaniepokojone spojrzenie. Chciała się nawet uśmiechnąć – ale nie zdążyła. Odparła atak rosłego hurloka, odbijając jego broń ostrzem sztyletu. Metal zadzwonił dźwięcznie.
Na głowie ostatniego pomiota roztrzaskał się świetlisty pocisk. Czaszka dosłownie eksplodowała, sypiąc dokoła kawałkami cuchnącego mózgu. Ellen cofnęła się gwałtownie i wpadła plecami na otwarte drzwi.
— Shegar, nie właź w to! — warknęła, widząc, że ogar chciał do niej podejść.
Zatrzymał się, nastawiwszy uszy. Jego pysk nadal był związany. To dobrze. Musiał chwilę wytrzymać.
— Jesteś cała? — Alistair dopadł do niej w kilku krokach i chwycił za łokieć.
Syknęła. Poniekąd.
— Nic mi nie jest — mruknęła, uwalniając rękę z uścisku. — To nic takiego.
Alistair przypatrywał jej się przez chwilę, jakby się zastanawiał, czy uwierzyć. Mieli chyba ważniejsze problemy niż jej stłuczenia, prawda?
— W porządku. — Skinął głową.
Ellen odetchnęła, kiedy ją minął i ruszył do otwartej komnaty. Zerknęła na zrównującego się z nią maga, wypatrzyła w mroku ciemną plamę na jego policzku i szybko podążyła za Alistairem. Wolała jego towarzystwo niż obcego mężczyzny.
Znaleźli się wśród licznych piętrowych prycz. Ellen maszerowała wśród porzuconych, cichych mebli, przypatrując się zerwanym kocom, podeptanym listom i poszarpanym książkom. Zauważyła nawet pojedynczy rękaw koszuli. Pomioty nie umiały niczego uszanować? Przecież nie musiały wszystkiego rozdzierać pazurami, mogły przejść obok tego zupełnie obojętnie. Zmarszczyła czoło, odruchowo zaciskając dłoń na sierści Shegara.
Alistair pomaszerował do kolejnych drzwi. Ellen rozmasowała policzek. Wcześniejsze zderzenie mogło zostawić jej siniaka na kości jarzmowej. Nic poważnego, zważywszy na okoliczności. Westchnęła, przyśpieszając kroku, żeby nie zostać z tyłu. Alistair zerknął na nią przez ramię, zanim nacisnął klamkę.
W komnacie nie zastali żadnych pomiotów. Ellen odetchnęła głęboko jakby świeższym powietrzem, stając w progu. Jej pierś wypełniła przyjemna, orzeźwiająca ulga… która zmieniła się w lodowatą bryłę osiadłą na samym dnie żołądka. Ellen wbiła zdumione spojrzenie w potężną wyrwę w posadzce. Ciemność jakby wylewała się na podłogę, rozpełzając się po komnacie długimi mackami. Nie dało się zobaczyć dna.
Ellen podeszła do krawędzi, przełykając ściskający gardło strach. Zajrzała w mrok – czuła się tak, jakby i ona była obserwowana. Jakby coś mogło w każdej chwili wychynąć z tej dziury, chwycić ją i zaciągnąć do serca ziemi. Wzdrygnęła się.
— To było tu wcześniej? — spytała na wydechu.
Alistair popatrzył na nią bezradny.
— Nie. — Mag podszedł prawie niepostrzeżenie, nawet nie stukając zbyt głośno kosturem, na którym się opierał.
Ellen zerknęła na niego spłoszona. Miał schrypnięty, niski głos. Światło przywołane na końcu broni rzucało na jego twarz długie cienie.
— Och — wyrwało jej się.
— To raczej niedobrze — mruknął Alistair. — Może tędy…? Tylko jak?
Ellen przyjrzała mu się czujnie.
— Myślisz, że zrobiły to pomioty? — wypowiedziała na głos to, czego on wyraźnie próbował uniknąć.
Zacisnął usta.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Na pewno nie żołnierze.
Miał rację. Ellen przeniosła wzrok na dziurę. Była taka głęboka? Dokąd ten tunel prowadził? Westchnęła, cofając się pół kroku. Zatrzymała się stanowczo za blisko.
— I tak nie mamy czym jej zatkać ani nic — zauważyła. — Po prostu… chodźmy stąd. Na górę. Czy coś.
Alistair skinął głową. Poklepał po grzbiecie Shegara, który stanął przy jego nodze, świszcząc przez nos.
— Racja. Trzeba się pośpieszyć. Utrzymasz światło? — Popatrzył na cichego maga.
Mężczyzna skinął głową. Jasność na końcu kostura zamigotała, jakby samodzielnie odpowiadając na pytanie. Ellen z trudem powstrzymała ochotę dotknięcia iskierki. Wydawała się ciepła i przyjazna. Zupełnie inaczej niż cała Wieża Ishal.
— Schody są blisko — poinformował Alistair, kierując się do kolejnych drzwi.
Ellen mimowolnie wzruszyła ramionami. Blisko czy daleko, i tak by do nich poszli.

***

— Na oddech Stwórcy! — jęknął Alistair, opuszczając umazany krwią miecz. — Co te mroczne pomioty robią tak daleko od hordy? Mieliśmy nie napotkać tutaj żadnego oporu!
Ellen uniosła głowę. Nie mogła złapać głębszego wdechu po walce i nawet wspieranie się na udach niewiele pomogło. Z syknięciem się wyprostowała, czując, jak napięte mięśnie zdradliwie drżały.
— Może spróbujesz im powiedzieć, że są w złym miejscu? — burknęła.
Dla dramatyzmu wskazała wciąż trzymanym sztyletem jedno z trucheł zaścielających posadzkę. Straciła rachubę zabitych pomiotów – może to i lepiej.
— Ha-ha, bardzo zabawne. — Alistair skrzywił się z irytacją. — Ale pośmiejemy się z tego później. Musimy się dostać na szczyt wieży i rozpalić ogień sygnałowy! Teyrn Loghain będzie czekał na ten sygnał.
To sobie poczeka.
Ellen otarła twarz, nabierając powietrza przez zęby. Shegar usiadł przy niej, czujny i gotowy jej bronić, gdyby zaszła taka potrzeba. Nawet nie miała siły go pogłaskać.
— No to nie zwlekajmy — westchnęła.
Poszła przodem. Alistair jeszcze ścierał posokę z broni, mówiąc coś do maga, ale nie czekała na nich. Jej kroki odbijały się lekkim pogłosem od cichych ścian i Ellen przez chwilę mogła nawet udawać, że po prostu zwiedzała zapomniane przez świat ruiny. Odór pomiotów albo zelżał, albo się do niego przyzwyczaiła. Jeszcze kilkanaście trupów wcześniej wydawało jej się to zupełnie niemożliwe.
Przystanęła na zakręcie korytarza i, przykleiwszy się ramieniem do ściany, zerknęła w ciemność. Niczego nie widziała. Ani nie słyszała. Spróbowała skupić myśli na szepcie z tyłu głowy – ale głos uciekał, jakby się z nią droczył. Kiedy próbowała o nim zapomnieć, nasilał się, a kiedy tylko ją interesował, milkł. Szarzy Strażnicy chyba tak nie działali.
— I co?
Drgnęła nerwowo, prawie krzycząc ze strachu. Popatrzyła na Alistaira szeroko otwartymi oczami. Ależ była głupia. Pokręciła głową.
— Nic nie widzę.
Alistair zerknął na nią krótko.
— No tak — mruknął powoli, przenosząc wzrok na ciemność. — Kilka genloków.
Ellen westchnęła.
— Właśnie — odparła niezręcznie, skrzywiwszy się. — Jakiś plan?
— Nie wiem, czym walczą. Uważaj na siebie, to wszystko się uda. — Posłał jej zmęczony, ale dość pogodny uśmiech, zanim ruszył w mrok.
Tak, cóż, uważanie na siebie wychodziło jej wybitnie.
Ruszyła za Alistairem. Za plecami słyszała ciężkie kroki maga – wraz z nimi zbliżało się migotliwe źródło światła. Kiedy jasność oblała pierwsze sylwetki mrocznych pomiotów, bez zawahania skoczyła do biegu.
W pewnym momencie to zaczęło wydawać się dość proste. Dopadała do przeciwnika, dźgała, byle trafić w ciało, a potem uciekała poza jego zasięg. Nie była silna – ale całkiem szybka. To dawało niewielką przewagę. Smród krwi już prawie nie obrzydzał, nawet nie zauważała, że coraz grubsza warstwa zastygała na jej dłoniach.
Gwałtownym szarpnięciem poderżnęła gardło warczącego genloka. Jeszcze miał czelność jej grozić, kiedy wytrąciła mu z łap łuk? Pomioty albo były nieprawdopodobnie głupie, albo nieprawdopodobnie odważne. Kopnęła w cielsko, pozbywając się go ze sztyletu, i wbiła drugie ostrze w ramię najbliższego pomiota.
Właściwie podobnie do niej.
Mag przywołał płomienie, które ją oślepiły. Osłoniła twarz ramionami, cofając się nieskładnie. Potknęła się o Shegara. Zaklęła szpetnie i przycisnęła plecy do ściany – potrzebowała czegoś stabilnego. Wciągnęła powietrze przez zęby, mrugając szybko. Białe plamy nadal tańczyły przed oczami, ale smród palonego mięsa skojarzył jej się z bezpieczeństwem. Żaden pomiot nie miał prawa przeżyć.
— Za tymi drzwiami powinny być schody — westchnął Alistair, odsunąwszy się od jednego ze zwęglonych trupów. — Jeszcze jedno piętro przed nami. — Spojrzał na Ellen, potem na maga. — I na koniec cel wędrówki.
Ellen skinęła głową. Brzmiało świetnie.
— Oby pomiotów było tam mniej. — Zacisnął usta, wsuwając miecz do osłony.
— Oby — powtórzyła jak echo.
Miała dość. Jak długo dało się walczyć i zabijać? Aż do całkowitego odrętwienia, aż wszystkie emocje znikną, zostanie sama skorupa? Zadrżała. Jak wiele… istot wykończył Alistair w życiu? Jeśli nie myliła się w swoich szacunkach, był mniej więcej w jej wieku – a wydawał się o tyle radośniejszym człowiekiem.
Popatrzyła na niego, nie kryjąc bezradności w spojrzeniu. Potrzebowała spokoju, odpoczynku. Uwolnienia od tego koszmaru. Im dłużej walczyła ze swoim życiem, w tym gorszych miejscach się znajdowała.
Alistair uśmiechnął się blado.
— Damy radę — mruknął. — Wiesz, jak tylko rozpalimy ogień, będziemy mogli odpocząć. Pilnowanie paleniska chyba nas nie przerośnie.
Chyba, miała ochotę zaznaczyć. Zamiast tego prychnęła cicho.
Jego złe żarty teraz prawie dawały jej życie.

***

— Mam dość — jęknęła.
Oparła się o ścianę, ale to nie pomogło. Nogi się pod nią ugięły i jak bezwolna kukiełka zsunęła się aż na posadzkę. Wsparła potylicę na zimnym kamieniu, pozwalając sobie na przymknięcie oczu. Tylko na chwilę.
— Dlaczego po prostu nie zdechną? — wymamrotała, nabrawszy chrapliwego wdechu. — Nikt nie miałby im za złe. Ja na pewno nie.
Poczuła na dłoni gorący oddech, więc uniosła rękę i pogłaskała łeb Shegara. Zahaczyła palcami o jego ucho, zsunęła je na mocny pysk. Materiał nadal trzymał – pokrywała go warstwa zaschniętej krwi. Obrzydlistwo.
— Nie mam pojęcia — westchnął Alistair. — Próbowałem je przekonać, ale bez sukcesów. Nie chciały słuchać.
Ellen uchyliła powieki. Popatrzyła na niego, nawet nie próbując powstrzymać ciut krytycznego, stanowczo niedowierzającego uśmiechu.
Alistair wzruszył ramionami, ale też się uśmiechnął.
— Pytałaś.
— Teraz żałuję — parsknęła i uderzyła potylicą w ścianę. — Muszę wstać, prawda?
— Raczej tak. — Wyciągnął do niej rękę. — Im szybciej dostaniemy się do ostatnich schodów, tym wcześniej…
— …zapalimy sygnał — dokończyła, chwytając jego dłoń. — Wspominałeś coś.
Alistair uśmiechnął się szerzej i pociągnął ją na równe nogi. Kiedy stanęła nieco pewniej, od razu ją puścił, wycofując się do wspartego na kosturze maga.
— Nie znam tego piętra — przyznał. — Propozycje?
— Przed nami jest korytarz prowadzący wzdłuż kilku mniejszych komnat — wychrypiał mężczyzna, uniósłszy na nich zmęczony wzrok. — Dalej są schody.
— Nie brzmi najgorzej. — Alistair popatrzył na Ellen z entuzjazmem, którego nie umiałaby podzielić, nawet gdyby chciała. — Góra kwadrans i po bólu.
Parsknęła.
— Nie mogę się doczekać.
Alistair ruszył przodem. Shegar dreptał przy jego nodze – Ellen z uwagą obserwowała, jak próbował zdrapać materiał z pyska. Wystarczyło, że syknęła ostrzegawczo, żeby od razu przestał. Czasami zachowywał się jak mały szczeniak.
Korytarz wydawał się spokojny. Ellen maszerowała tuż przed magiem, pośpieszana jego stukającym za plecami kosturem, ale nie umiała dotrzymać kroku Alistairowi. W Wieży Ishal prawie nie było okien – tylko wąskie otwory. Z tej wysokości raczej nie dla łuczników, za to może dla magów? Skoro kiedyś to miejsce należało do Imperium Tevinteru… Westchnęła. Tak czy siak nie dało się zaobserwować, co działo się na polu bitwy.
Alistair zwolnił kroku, a wreszcie stanął. Ellen zauważyła to dopiero po paru chwilach, gdy mag syknął ostrzegawczo. Zatrzymała się jak wryta i wbiła w plecy Alistaira zaniepokojone spojrzenie. To nie wróżyło niczego dobrego.
Sama nie słyszała za wiele. Szept, jak na złość, ucichł, jakby zorientował się, że próbowała go uchwycić.
— Uważajcie — rzucił Alistair.
Nie brzmiał już tak pogodnie jak przed chwilą. Ellen napięła mięśnie, sięgając po tkwiące w osłonkach sztylety.
Drzwi z trzaskiem się otworzyły – dźwięk poniósł się przeszywającym echem po wąskim korytarzu. Z komnaty wypadły mroczne pomioty, Ellen w kotłowaninie ciał nawet nie mogła się doliczyć, ile ich tam było. Zachłysnęła się powietrzem, bez namysłu skacząc do Alistaira – stała za daleko, żeby mu pomóc.
Prawie na niego wpadła, ale w porę wyhamowała ramieniem na ścianie. Kopnęła kolano najbliższego pomiota i cięła na odlew w jego pysk. Ostrze rozdarło skórę, dzwoniąc na krzywych kłach. Zmarszczyła nos, zatapiając drugi sztylet w jego gardle. Niech chociaż zdycha szybko, cholerne ścierwo.
Alistair roztrącił kilka pomiotów jednym uderzeniem tarczy. Ellen bez zastanowienia zanurkowała w wyrwę, tnąc na oślep, ale szybko. Najważniejsze chyba, żeby robić to szybciej niż te potwory. Coś łupnęło ją w ramię, jednak nie zwróciła na to większej uwagi. Machnęła sztyletami z dwóch przeciwnych stron, oba ostrza zatapiając w szyi hurloka. Zdołał jeszcze rozewrzeć paszczę i zaryczeć, zanim głęboko rozcięła mu tchawicę. Odwróciła głowę, uchylając się przed sikającą z rany posoką.
Po podłodze przemknęła ognista ścieżka i schwyciła w potrzask parę pomiotów. Ellen dla pewności dopchnęła do nich trzeciego, zasadziwszy z całej siły kopniaka w jego tułów. Płomienie z trzaskiem objęły oślizgłe ciała, rozrywając je gwałtownymi ukąszeniami niczym wygłodniałe zwierzęta.
— Na oddech Stwórcy — stęknął Alistair.
Ellen kaszlnęła w odpowiedzi. Nie mogła zwilżyć śliną piekącego gardła, zupełnie jak na złość. Cofnęła się od skwierczących pomiotów, uparcie pomlaskując. Okropne uczucie.
Zupełnie odruchowo sięgnęła do osłonek, by schować chwilowo niepotrzebne sztylety – a jej ramię odpowiedziało odrętwiającym skurczem bólu. Nie powstrzymała cichego okrzyku, który wyrwał się z jej piersi, kiedy nogi ugięły się pod naporem zdumienia. Wpadła plecami na ścianę, zaciskając palce na rozciętej ręce. Z rany wypływała krew. Zamrugała, wpatrując się w to z niedowierzaniem.
— Ellen? — Alistair dopadł do niej w paru krokach.
— Auć — wykrztusiła.
Była ranna. Krwawiła. Wbiła paznokcie w zaczerwienione ciało wokół rany, nie dbając o kolejną falę bólu.
— Skaleczyłam się.
Alistair pochylił się nad nią, marszcząc czoło. Stanowczo odciągnął jej zdrową rękę od rozciętego ramienia, jakby opiekował się niesfornym dzieckiem.
— Możesz coś z tym zrobić? — spytał, obejrzawszy się na maga.
Mężczyzna podszedł bliżej, wspierając się całym ciężarem na ciemnym kosturze.
— Mógłbym — westchnął. — Ale nie znam się na magii kreacji. Nie oczekujcie za wiele. Cudów nie zdziałam.
Alistair prychnął, nie kryjąc irytacji.
— Nieważne, po prostu coś zrób — zdenerwował się.
Mag ujął jej ramię, wsparłszy kostur na ścianie. Ellen drgnęła mimowolnie. Nikt nigdy nie używał na niej magii. Strach ścisnął jej żołądek tak mocno, że prawie jęknęła. Może lepiej czymś to obwiązać i poczekać, aż za parę tygodni zagoi się samo?
Poszukała spojrzeniem Alistaira, nie kryjąc niepokoju. Otworzyła usta, chcąc się żachnąć, ale podłapała jego ciepły uśmiech. Pokręcił głową. Był zupełnie spokojny. Może miał rację? Jako dawny templariusz… przecież wiedział o magii więcej od niej.
Odetchnęła, próbując się rozluźnić.
Jej ramię ogarnęło bladozielone światło. Ellen przyjrzała się temu ze zdumieniem. Poczuła przyjemne, trochę nawet łaskoczące mrowienie, które rozpełzło się po skórze, powoli zanurzając się coraz głębiej w ciele. Nie było bólu. Blask wydawał się ciepły, o wiele bardziej przyjazny niż wszystko inne wokół niej. Uśmiechnęła się mimowolnie.
— Gotowe — mruknął mag.
Ellen skinęła głową w podziękowaniu. Skóra w miejscu rany była zaczerwieniona i trochę piekła, ale dało się wytrzymać.
— Chodźmy, już prawie jesteśmy — rzucił Alistair, przyjrzawszy się jej czujnie.
— Wreszcie — westchnęła.
Nie czekała na zachętę – ruszyła śladem Alistaira, próbując nie zerkać co parę kroków na uleczone ramię.
Magia była straszna i wspaniała jednocześnie.

***

Drzwi trzasnęły o ścianę. Ellen biegła tuż za Alistairem – i kiedy zatrzymał się gwałtownie, ślizgając się na posadzce, musiała uskoczyć w bok, by na niego nie wpaść. Fuknęła poirytowana. Mógł ostrzec, zanim tak po prostu…!
Komnatą wstrząsnął gardłowy, niski warkot, który zawibrował głęboko w trzewiach Ellen, odbierając jej dech. Zacisnęła sztywną dłoń na karku Shegara, wbijając wzrok w potężny kształt czający się w półmroku wieży.
To nie mogło dziać się naprawdę. Nie widziała tego. Zmęczenie płatało jej figle.
Olbrzymie, ciemnofioletowe cielsko poruszyło się. Towarzyszył temu chrobot miażdżonych kości. Zgarbione plecy wyprostowały się, prezentując ogrom stworzenia. Ellen nie miała wątpliwości, że patrzyła na mrocznego pomiota. Padło na nich spojrzenie jego małych, rybich oczu. Zasnuwała je mgła, którą tak dobrze znała z poprzednich starć.
Ale… ale to nie był żaden z tych pomiotów. Na pewno.
Jego łeb wieńczyły długie, grube rogi. Ciało osłaniała źle dopasowana, niekompletna zbroja skórzana. Jej płaty zabawnie sterczały na ramionach i na wysokości łydek. Ellen przyjrzała się sinym łapom – tak olbrzymim, że mogłyby ją zmiażdżyć w uścisku w zaledwie mgnienie oka. Trzymały coś.
Zrobiło jej się słabo, gdy rozpoznała zwłoki. Pomiot wypuścił nadgryzionego trupa na stertę ofiar i obrócił się do nich przodem, podwijając górną wargę. Każdy jego krok wstrząsał posadzką, wibrując pod stopami Ellen. Narastający w jego piersi warkot zmienił się we wściekły, ogłuszający ryk.
Ellen tkwiła nieruchomo. Przymknęła oczy, gdy pomiot bryzgnął dokoła śliną, ale nawet się nie cofnęła. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Wpatrywała się w tego potwora, w ten chodzący taran, i czuła się mała. Nie niska, nie drobna, zwyczajnie mała. Niewiele znacząca. Nawet gdyby spróbowała, nie drasnęłaby tej grubej skóry.
A oni musieli to zabić.
Niech Stwórca będzie łaskawy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz