poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.16 - Ogr

Dźwięki dotarły do Ellen jakby z opóźnieniem. Alistair coś krzyczał, za jej plecami trzeszczała przyzywana magia – ale ona stała. Wpatrywała się w rybie ślepia, czując, jak coś ciężkiego i zimnego zaciskało się na ciele. Prawdopodobnie przerażenie. Czymkolwiek była ta istota, Ellen wiedziała, że w jej obliczu znaczyła tyle co nic.
— Nie stój!
Drgnęła. Przeniosła wzrok na Alistaira – przygotowanego do walki, pobladłego ze strachu, ale zdeterminowanego. Przełknęła ślinę, skupiając się na nim. Wydawał się bardziej przyjazny od stojącego kawałek dalej monstrum.
— Ruszaj się albo ogr cię zabije! — krzyknął.
Stagnacja to śmierć. Tak samo jak na moście, jak z kulą ognia.
Biegnij albo umrzesz. Tylko tyle.
Jej nogi oderwały się od ziemi. Runęła do biegu zupełnie na oślep, bez planu, bez pomysłu. Poczuła, jak posadzka zadrżała. Przy następnym kroku mogła nie trafić na nią stopą. Jeśli się wywróci, już po niej.
— Uwaga!
Zareagowała instynktownie. Rzuciła się w przód, uderzyła brzuchem w podłoże i przeturlała się w bok. Zaciśnięta w pięść łapa ogra runęła w miejsce, gdzie Ellen jeszcze przed chwilą była. Może nie tak dokładnie. Serce zatrzepotało jej w piersi, kiedy – ignorując pulsujący bólem łokieć – odpełzała w tył.
Ogr obrócił za nią łeb. Spod podwiniętej górnej wargi wystawały kły, a z nich skapywała ślina. Gęsta, żółtawa, obrzydliwa. On cały był jak ucieleśnienie najgorszych koszmarów. Jakim cudem pomioty ewoluowały w coś takiego? Jak to się w ogóle odbywało?
— Uciekaj przed jego łapami! — zawołał Alistair.
Nie widziała go nawet. Wymacała upuszczony sztylet. Musiała się pozbierać, dołączyć do niego, zapytać, co robić. Nie miała szans w tej walce – ale chciała mu pomóc. Zrobić… cokolwiek.
Zerwała się na równe nogi, ignorując ich drżenie. Powietrze wypełnił zapach siarki. Tak samo pachniały zaklęcia maga. Ogr zawarczał gardłowo i obrócił się plecami do niej, tracąc zainteresowanie. Każdy jego krok wstrząsał – zdawałoby się – całą wieżą. Ellen podparła się ręką na posadzce, żeby nie stracić równowagi.
Zobaczyła Alistaira. Wykorzystał to, że ogr skupił uwagę na magu, i nagle wślizgnął się między jego nogi. Miecz błysnął mdło w półmroku, zatapiając się w ciele pod kolanem. Czarna posoka wylała się na grubą, umięśnioną łydkę. Powietrze przeciął gromki ryk, zatykając Ellen uszy.
Skuliła się, mimowolnie zgiąwszy się wpół. To było głupie, ale nie mogła się powstrzymać. Szeroko otworzyła oczy, czując, jak serce stawało jej w gardle. Alistair zdążył uskoczyć? Przez chwilę nigdzie go nie widziała i panika zacisnęła się na niej jak zdradliwe wnyki. Jeśli coś mu się stało…
Alistair stał kawałek dalej, krzywiąc się. Ogr obrócił jego śladem łeb, znów szczerząc kły. Krew dosłownie lała się z głębokiej rany, ale on jakby tego nie zauważał? Ruszył na Alistaira. Był szybki, szybszy niż coś jego gabarytów powinno być, a Alistair nie miał tyle zwinności, by uciec. Co się stało z magiem – nie wiedziała.
Nabrała powietrza. Jedno mogła zrobić.
— Ej, kupo mięsa! — ryknęła, ruszając biegiem.
Podłapała przestraszone spojrzenie Alistaira. To było aż smutne – nie bał się potężnego, cuchnącego ogra, ale ogarniał go strach, kiedy ona decydowała się coś zrobić. Chyba nie świadczyło to o niej najlepiej.
— Ej, tępa mordo! — Skoczyła między Alistaira a ogra, wymachując rękoma.
Zwrócił na nią wzrok. Rybie oczy zmrużyły się, kiedy pomiot rozdziawił ogromną paszczę. Zmieściłaby się w niej chyba nawet na stojąco. Nabrała świszczącego wdechu, cofając się nerwowo. Jeśli straci nią zainteresowanie…
Ale nie odwrócił spojrzenia. Postawił pierwszy ciężki krok w jej stronę, a jego warkot znów zatrząsł posadzką. Miała szansę. Uśmiechnęła się triumfalnie i raz jeszcze zamachała rękoma nad głową.
— No chodź! — rzuciła zaczepnie.
Co ona najlepszego robiła.
Nie widziała Alistaira, tylko prześlizgującego się w bezpieczny cień maga. Przydałoby się więcej zaklęć. Pewnie był wyczerpany, przez całą drogę na szczyt wieży ciągle nimi miotał, ale – naprawdę – nie pogardziłaby większym wsparciem.
Ogr pochylił się, śledząc ją wzrokiem. I nagle jego łeb obrócił się, tak szybko, że zdumiona Ellen wyhamowała z poślizgiem. Shegar rozdrapał pazurami dźgniętą ranę pod kolanem, krew polała się na posadzkę. Nie mógł gryźć. Ellen pożałowała, że mu to zrobiła. Że nie ostrzegła go, żeby się wycofał. Że ze strachu o nim zapomniała.
Otworzyła usta, czując napierający na krtań głos.
Łapa ogra świsnęła i odtrąciła Shegara na bok. Pies potoczył się po posadzce zupełnie bezwładnie, a jego pisk gwałtownie się urwał. Ellen znieruchomiała. Przestała oddychać. Znajome ciało się nie ruszało. Nie widziała nic z tej odległości – czy unosił mu się bok? Oddychał? Na płonący miecz Andrasty, tylko nie to.
— Shegar! — wrzasnęła.
Postąpiła kilka kroków w przód, nie potrafiąc podnieść ociężałych nóg. Serce biło jej tak ciężko, jakby zrezygnowało z pompowania krwi. Może już nie było sensu. Może właśnie została zupełnie sama. Może należało się poddać.
Alistair dopadł do niego pierwszy. Zerwał mu z pyska materiał i pomógł wstać. Shegar zamachał ogonem, mlaskając z niezadowoleniem. Poddusił się. Chyba się poddusił? Powinna mu powiedzieć, żeby się wycofał. Żeby gdzieś został.
Na oddech Stwórcy, żył. Jeszcze żył. Ona też. Mieli siebie.
Roześmiała się histerycznie, prawie dławiąc się zalewającą ją ulgą.
— Ellen! — ryknął Alistair.
Oderwała spojrzenie od Shegara. Ogr znajdował się tak blisko – prawie nad nią. Jeszcze jeden krok i po prostu by ją zdeptał. Jakim cudem tego nie zauważyła? Nie poczuła?
Krzyknęła, cofając się gwałtownie. Poczuła za plecami lodowatą ścianę, jej temperatura prawie ukąsiła ją w plecy. Pułapka. Potrzask. Po co głupio się cieszyła? Nabrała świszczącego wdechu, a jej spojrzenie zsunęło się niżej, do posadzki.
Przestrzeń między jego zakrwawionymi nogami.
Rzuciła się w przód i poczuła na wysokości lędźwi zimny pęd powietrza. Zadał cios, ale Ellen już była na czworakach. Odepchnęła się ręką od ziemi i pobiegła na oślep, wciskając głowę między ramiona. Duszący smród ciała ogra na moment ją objął, aż w oczach stanęły łzy. Teraz naprawdę niczego nie widziała. Wstrzymała oddech i skoczyła raz jeszcze, byle dalej, byle szybciej.
Wywróciła się. Nogi się pod nią rozjechały, rąbnęła dłonią w posadzkę, przeszywający prąd bólu ugiął jej łokieć. Ktoś szarpnął ją za ramię. Jęknęła, podążając za uściskiem. Dlaczego mięśnie ciągle ją zwodziły?
— Oszalałaś — sapnął Alistair.
Popatrzyła na niego. Był pobladły, na twarzy miał smugi ciemnej krwi, jego oczy błyszczały szkliście w przerażeniu. Musiała wyglądać podobnie pięknie. Wykrzywiła usta, pozwalając sobie na uśmiech.
— Owszem.
Alistair pokręcił głową.
Ryk ogra wstrząsnął wieżą. Ellen oderwała spojrzenie od Alistaira i zacisnęła dłoń na trzymanym sztylecie. Powietrze wypełnił odór siarki, tak intensywny, że w połączeniu ze smrodem pomiota prawie duszący. Rozejrzała się za magiem, którego płomienie gryzły skórzaną zbroję ogra, zdzierając ją z ciemnofioletowego cielska.
Nie zdążyli nic zrobić. Pomiot, pochyliwszy się, ruszył szarżą na bezbronnego mężczyznę. Ellen usłyszała swój własny krzyk, postąpiła zaledwie kilka kroków. Coś w niej wiedziało, że nie miał szans. Że już po wszystkim. Ale nie zatrzymała się, dopóki ciszy nie rozdarł wilgotny trzask rozrywanego ciała.
Zastygła niczym statuetka, nie pamiętając o oddychaniu.
Ogr wyprostował się, niczym trofeum unosząc łeb. Na jednym ze spiralnych, mocnych rogów kołysało się bezwładne ciało maga. Krew ściekała strużkami, plamiąc prawie czarną kość jaskrawymi smugami. Na posadzce został tylko kostur. Ciemny, zmatowiały, jakby umarł wraz ze swoim właścicielem.
Ellen cofnęła się gwałtownie i opadła na kolana przy Shegarze. Odruchowo objęła jego szyję ramionami, wpatrując się w ogra. Nawet się nie wysilił. Wystarczyło, że się pochylił i przebiegł trochę w przód. Nie czuł ciężaru maga. Nie czuł wylewającej się z jego ciała krwi. Nie czuł niczego.
Był okrutną, bezrozumną bestią, która chciała ich zamordować.
— Zostań — wychrypiała, puszczając Shegara.
Pies zaskomlił. Wiedziała, że posłucha.
Odszukała spojrzeniem Alistaira – ale nie zwrócił na nią uwagi. Skupił się na przeciwniku. Musieli to wygrać. Musieli go zabić. Nie miała pojęcia jak – jednak to byli teraz winni temu magowi.
Ruszyła w tej samej chwili co Alistair. Runęła między masywne nogi, unikając ciosu potężnej łapy, i zatopiła sztylet w grubej skórze. To na nic, nawet się nie łudziła. Ale jeśli będzie dźgała dość długo i uparcie, odwróci uwagę od Alistaira. Tylko on mógł sobie z tym poradzić. Uratować ich. Ufała mu. Nie miała zresztą wyboru.
Przeturlała się, uciekając przed zdeptaniem, zerwała się do pionu i skoczyła do drugiej nogi ogra. Nie wiedziała, jakim cudem jej ciało reagowało instynktownie – skąd wiedziała, gdzie padną ciosy? Z której strony nadciągało zagrożenie? Po prostu rzucała się w przeciwnym kierunku i się udawało. Nabrała chrapliwego wdechu, ślizgając się na krwi. Na oddech Stwórcy, na wieży było tyle trupów.
Ogr poderwał łapy nad łeb. Ellen powiodła za nimi spojrzeniem, zatrzymawszy się w krzywym rozkroku. Nie rozumiała. Dlaczego by to…?
Zachłysnęła się powietrzem, nerwowo się cofając, kiedy ramiona runęły ku posadzce. Zauważyła tylko triumfalnie wyszczerzone kły – ziemia wierzgnęła, pozbywając się jej. Poszybowała w powietrze, ale wróciła na swoje miejsce. Zderzając się z kamieniami tak mocno, że zabrakło jej tchu. Jęknęła i zamknęła oczy.
Nie miała siły. Pierś dosłownie ją paliła, ręce pulsowały bólem, nogi drżały. Może już wystarczy. Może się poddać. Może dać się zabić. Nie mogła, nie potrafiła, nie chciała. Westchnęła, zaciskając powieki.
Jeszcze brakowało, żeby zaczęła płakać.
— Wstawaj.
Alistair szarpnął ją do góry. Słyszała jego chrapliwy, rwany oddech.
— Ellen, cholera.
Odszukała nogami oparcie na posadzce i napięła mięśnie. Udało się. Wsparła się na jego ramieniu, nie ufając swoim kolanom, i popatrzyła na niego. Był tak samo zmęczony. Tak samo zdesperowany. Przelali tyle krwi tej bestii, a to niczego nie dało. Jak mieli ją zabić?
— Nie mogę… — zaczęła łamliwym głosem.
Alistair pociągnął ją za ramię. Na jego twarzy nie widziała nawet cienia uśmiechu.
— Stań za mną — zażądał. — Już.
Wycofała się. Czuła pod stopami każdy stawiany przez ogra krok. Uniosła na niego wzrok, gotowa patrzeć śmierci prosto w twarz. Czy raczej ryj. Wykrzywiony, zakrwawiony, paskudny, z rybimi ślepiami. Lekko pochyliła głowę, mimowolnie napinając mięśnie.
Alistair ściągnął tarczę z ramienia i, zerknąwszy na wyszczerzoną paszczę ogra, rzucił nią. Kant rąbnął na wysokości oczu, zsunął się i rozciął płaski nos. Tarcza z upiornym brzdękiem runęła na kamienie – Ellen aż drgnęła, nabierając ze świstem powietrza. Co to był za pomysł w ogóle?
Ogr zaryczał wściekle. Sięgnął łapami do krwawej pręgi ciągnącej się w poprzek jego mordy i zaczął ją rozpaczliwie drapać, wyrywając spod rozciętej skóry jeszcze więcej czarnej posoki. Ellen poczuła, jak obrzydzenie wypełniało jej usta wraz z roznoszącym się po komnacie smrodem. Z trudem przełknęła.
Co za głupie, prymitywne stworzenie.
— Zostań tu.
Alistair ruszył. Ellen powiodła za nim spojrzeniem, nie mogąc nabrać tchu. Wyskoczył w powietrze, między łapy ogra, i runął na jego pierś. Miecz zagłębił się w ciemnym, poparzonym cielsku aż po rękojeść. Uszy Ellen wypełnił wysoki, wibrujący ryk, który prawie rozerwał jej czaszkę. Skuliła się, otaczając głowę ramionami. Jak coś tak wielkiego mogło wydać taki dźwięk?!
Rozległo się mlaśnięcie rozrywanego ciała. Ellen odszukała Alistaira wzrokiem, bojąc się, że to jego ujrzy zmiażdżonego w łapach ogra. Ale to jego miecz rozciął ciemnofioletową skórę, aż po brzuch. Alistair zsunął się tak nisko, że bez trudu zeskoczył z ogra i wylądował na posadzce. Posoka zalewała ją niczym wzburzona rzeka. Nie dało się oddychać. Ellen jednak wpatrywała się w to z otwartymi ustami.
Alistair potrącił barkiem drżącą nogę ogra i wbił w nią miecz. Ostrze przecięło mięśnie i ścięgna, upuszczając jeszcze więcej krwi. Ellen tylko wyciągnęła w jego stronę rękę – pomiot zachwiał się, tracąc równowagę, i runął na plecy niczym góra ciemnego mięsa. Posadzka podskoczyła, uciekając Ellen spod nóg. Gruchnęła boleśnie, obijając sobie tyłek. Nie miała siły się podnieść.
Alistair wspiął się na podrygujące w konwulsjach cielsko, przemaszerował po nim i zatrzymał się na piersi. Miecz uniósł się, a potem opadł z trzaskiem łamanych kości. Ostrze zatonęło w olbrzymim łbie ogra. Jedna z jego łap poderwała się, jakby chciała pociągnąć Alistaira za sobą, ale osunęła się bezwładnie na posadzkę.
Cielsko znieruchomiało. Zapadła cisza.
Ellen nabrała wdechu.
— Ogień sygnałowy! — Alistair obrócił się do niej gwałtownie, podchwyciła jego przerażone spojrzenie. — Przegapiliśmy znak, trzeba się śpieszyć!
No tak. Nie przyszli tu po to, żeby zabić ogra.
Ellen zerwała się na równe nogi i rzuciła się do komina przytulonego do jednej ze ścian. Dopadła do sterty chrustu, drżącymi rękoma wymacała w półmroku hubkę i krzesiwo – i zamarła. Mogła to rozpalić, ale zanim ogień nabierze mocy… jakim cudem mieli go zobaczyć? Jęknęła. Potrzebowali… czegoś. Najlepiej magii.
Przy palenisku stała lampa olejna. Ellen chwyciła ją bez zastanowienia i roztrzaskała o kamienie, pozwalając, by jej zawartość rozlała się na drewnie. Wykrzesała drętwiejącymi dłońmi pierwszą iskrę – a ta buchnęła jej w twarz, słup ognia szarpnął się w górę, łapiąc cug w kominie. Jasność oślepiła ją tak bardzo, że wycofała się, zacisnąwszy powieki.
Na oddech Stwórcy, wreszcie.
Osunęła się na kolana, czując, jak napięcie powoli ją opuszczało. Nie czekały na nich już żadne pomioty. Żadna walka. Mogli tu zostać, nawet przysnąć, wierząc w nadchodzący sukces na polu bitwy. Nikt niczego nie będzie oczekiwał.
Poczuła, że Alistair zacisnął dłoń na jej ramieniu. Podchwyciła jego zmęczony uśmiech, na który niepewnie odpowiedziała. Otoczyła ramionami szyję Shegara.
W końcu coś się udało.

***

Cauthrien z frustracją wypuściła powietrze.
Wieża Ishal wznosiła się ponad otaczające ich drzewa, jej ponury cień na tle prawie czarnego nieba z każdą chwilą matowiał. Przynajmniej tak jej się zdawało. Szczyt powinien rozjaśnić się płomieniem, rozbłysnąć ponad mrok tej potwornej nocy. Strugi deszczu rozmazywały kontury, ale Cauthrien była pewna, co widziała.
Wieżę Ishal bez sygnału.
Przestąpiła z nogi na nogę. Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie ruszy do walki z plugawymi pomiotami. Chciała udowodnić swoje męstwo i umiejętności dowodzące. Teyrn Loghain po raz pierwszy powierzył jej dowodzenie tak wielką jednostką i nie zamierzała go zawieść. Nie chciała go zawieść. Nabrała chłodnego powietrza, lekko zadzierając brodę.
Widziała teyrna kątem oka. Stał obok, wyprostowany, skupiony. Czekał na sygnał tak jak wszyscy. Czekał na moment, w którym poprowadzi swoje wojsko do kolejnej zwycięskiej bitwy. Czy dało się do tego przyzwyczaić? Cauthrien uśmiechnęła się pod nosem. Teyrn Loghain był wybitnym człowiekiem i jego życie stanowiło pasmo sukcesów. Chciała podążać jego śladem, w jego cieniu, i nauczyć się, jak osiągać każdy cel.
Coś błysnęło. Cauthrien natychmiast skupiła spojrzenie na niebie, na kształcie powyżej drzew – i ujrzała to. Pokonując strugi deszczu, wznosząc się wysoko w firmament, zapłonął ogień sygnałowy. Jego jasność pulsowała w oddali, ale Cauthrien zdawało się, jakby czuła ciepło nawet z tej odległości. Nabrała ze świstem powietrza.
To już. To zaraz.
Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza, gotowa wydać rozkaz. Mięśnie zadrżały w niecierpliwości i Cauthrien z trudem powstrzymała się od zagryzienia warg. Musiała zaczekać jeszcze chwilę. Na ten jeden jedyny rozkaz. Napięła się, nasłuchując znajomego, szorstkiego głosu. Lada moment ruszą i nic ich nie powstrzyma. Rozgromią żałosną armię pomiotów. Okryją się chwałą.
— Zarządzić… — odezwał się teyrn Loghain.
Serce Cauthrien zatrzepotało w piersi.
— …odwrót.
Coś zacisnęło się na jej żołądku, odbierając dech.
— Co? — wydusiła.
Niczego nie rozumiała. Teyrn zawsze dzielił się z nią swoimi planami – a plan na tę noc brzmiał, że mieli zaatakować po rozpaleniu sygnału. Popatrzyła przerażona na Wieżę Ishal. Płomienie przebijały mrok, walcząc z zalewającym je deszczem.
Dlaczego?
— Ale co z królem? — jęknęła. — Nie powinniśmy…
Poczuła, jak dłoń teyrna Loghaina zacisnęła się na jej nadgarstku. Szarpnął ją, zmuszając, by oderwała spojrzenie od Wieży Ishal. Wstrzymała oddech, zaglądając w jego zimne, przeszywające oczy.
— Rób, co każę — wycedził przez zęby.
Zabolało. Nie fizycznie – zakłuło gdzieś głęboko w piersi. Wyszarpnęła rękę, nie odrywając wzroku od twarzy teyrna Loghaina. Wykrzywionej gniewem, napiętej, dziwnie obcej. Przytłaczał ją. Przestraszyła się go po raz pierwszy w życiu.
Jednak była też żołnierzem. I dostała rozkaz.
Odwróciła się, stając przodem do czekających oddziałów. Spojrzała na rzędy przemokniętych wojowników, podłapała parę zaniepokojonych spojrzeń. Potem będzie odpowiadała na wiele pytań – a odpowiedzi prawdopodobnie zostanie zmuszona wymyślać. Nabrała powietrza, czując, jak coś w niej umierało.
Odwrót oznaczał tylko jedno dla tych, którzy teraz walczyli.
— Ruszać się, ruszać się, wszyscy! — wrzasnęła.
Pierwsze linie zafalowały i skierowały się we wskazywaną przez jej rękę kierunku. Następne podążyły za nimi, jak bezwolne kukiełki, a Cauthrien śledziła je spojrzeniem. Nie potrafiła odwrócić się do teyrna Loghaina. Nie mogła na niego patrzeć. Nie teraz.
Zostawiali rodaków na śmierć. Zostawiali króla.
A ona deptała swoją lojalność.

***

To było potworne.
Duncan walczył prawie całe życie. Wielokrotnie znajdował się na skraju przegranej – czasami podnosił się z kolan tylko dzięki czyjejś pomocy. Znał ból, zmęczenie, posmak krwi w ustach, żółć na języku, znał wszystko, co towarzyszyło najgorszym chwilom, w których traciło się własne człowieczeństwo. Jednak takiej bitwy jak ta jeszcze nie widział.
Zabijał pomiota za pomiotem – i zawsze ich przybywało. Po kolei tracił z oczu żołnierzy Fereldenu – i zastępowały ich pomioty. Tonął w krwawym błocie, w zalewającym twarz deszczu, w czarnej posoce, we własnym zmęczeniu. Mięśnie drżały przy każdym ataku, ale wiedział, że to jeszcze nie koniec. Jeszcze raz uniesie broń. Jeszcze raz zaatakuje. Zabije jeszcze jednego. Nie zdąży ocalić kolejnego.
Jak długo walczyli? Czy to możliwe, by stracił poczucie czasu? Co się stało z posiłkami, które miały ich wesprzeć?
Nie mógł poszukać odpowiedzi. Nie mógł się oddalić – obiecał sobie i Marikowi, że nie opuści Cailana. Musiał go chronić. Podążał za nim jak cień, zabijając każdego pomiota, który się zbliżył. Złocista zbroja Cailana była cała we krwi, straciła dawny kolor, nawet jego włosy pociemniały od posoki. Duncan z trudem rozpoznawał go w tłumie innych ciał.
Gdzie wsparcie? Czy sygnał nie nadszedł? Coś się stało Alistairowi albo Ellen?
Wbił miecz tak głęboko w pierś genloka, że przeszył ją na wylot. Odtrącił ciało kopnięciem, przełykając gorycz i strach. Paliły całe jego wnętrzności. Jeśli Alistair znalazł się w niebezpieczeństwie nawet pomimo odesłania go na Wieżę Ishal… co Duncan mógł zrobić? Próbował. Starał się. Chronił go w każdy możliwy sposób.
Śmierć osądzi, czy dostatecznie.
Obrócił się i rozłupał rękojeścią sztyletu czaszkę hurloka. Unikając upadającego ciała, zrobił wypad i przebił brzuch genloka alfy sztychem. Szarpnął w bok. Rozerwał skórę, wnętrzności wysypały się spod kiepskiej zbroi. Duncan zdeptał zwoje jelit, skacząc na plecy następnego hurloka.
Nie zdążył osłonić jednego z żołnierzy przed śmiertelnym ciosem. Kolejne ciało runęło w błoto, rozbryzgując ziemię i krople ciemnej krwi. Musiał nad nim przestąpić, ignorując charczenie i jęki, żeby nie stracić Cailana z oczu. Król uparcie parł przed siebie, siekąc mieczem prawie na oślep, i Duncan zaczynał się bać, że przestał logicznie myśleć. Ich sytuacja była dramatyczna. Każdy straciłby rozsądek.
Postąpił kilka chwiejnych kroków w przód, przeszywając bok genloka mieczem. Skrzywił się. Czuł tępe pulsowanie na wysokości brzucha, ale nie umiał powiedzieć, co to oznaczało. Krew szumiała mu w uszach i prawie nie zwracał uwagi na ból. Wystarczyło zacisnąć zęby i zabić następnego pomiota, żeby przestać się tym tak bardzo przejmować. Splunąwszy przez ramię, skoczył do wymachującego toporem hurloka i popchnął go w tył, zmuszając do skupienia na walce.
Wystarczyło wytrzymać jeszcze tylko trochę. Na pewno lada moment nadciągną posiłki teyrna Loghaina.
Zachwiał się pod falą zmęczenia. Nie ufał drżącym nogom, ale pozwolił kolanom nieco się ugiąć. Nabrał chrapliwego wdechu – przełykanie śliny nie pomagało na palące wyczerpaniem gardło. Na kilka chwil zacisnął powieki. Tylko na moment. Obraz rozmywał mu się przed oczami, musiał go znów wyostrzyć. Ze świstem wciągnął ciężkie, wilgotne powietrze, szukając w sobie siły.
Ostrzegawczy pomruk przetoczył się na granicy świadomości. Duncan zmarszczył czoło i spróbował go pochwycić. Zmęczenie rozpraszało wszystkie zmysły i nawet murmurando pomiotów umykało jego umysłowi, zwodząc go. To ostrzeżenie było jednak istotne. Musiał zareagować. W pobliżu nie widział żadnego innego Strażnika.
Otworzył oczy i potoczył dokoła spojrzeniem. Cailan walczył dalej, jego miecz świstał w powietrzu, rozcinając cielska pomiotów. Ziemia zadrżała. Duncanowi mocniej ugięły się kolana – może też z zaskoczenia. Syknął, obracając się, by zatrzymać szarżę.
Ogr nawet go nie zauważył. Uderzył potężną łapą i odrzucił go na bok jak niewiele znaczącą kukłę. Duncan przetoczył się przez krwawe błoto, czując eksplodujący w żebrach ból. Nie mógł nabrać tchu. Ale musiał wstać. Zatopił ręce w rozmokniętej ziemi, unosząc głowę. Nie widział wyraźnie, wszystko się rozmazywało, migocząc kroplami zacinającego deszczu. Pomruk na granicy świadomości szeptał złowieszcze słowa, których nie rozumiał.
Ogr dopadł Cailana. To trwało zaledwie chwile – Duncan może zdążyłby się zerwać na równe nogi, jednak niewiele więcej. Pomiot schwycił zdumionego króla w potężną łapę i poderwał w górę, jakby nic nie ważył. Cailan szarpnął całym ciałem – ale Duncan doskonale wiedział, że to na nic. Widział już ludzi, którzy kończyli w szponach ogrów. Wciągnął ze świstem powietrze, szukając sztyletu. Upuścił go. Niech to szlag.
Gromki ryk przeciął powietrze, zagłuszając szczęk broni, skrzek i krzyki konających ludzi. Duncan zogniskował spojrzenie na ogrze, na jego potężnych plecach – i zobaczył, jak zaciskał łapę na bezbronnym Cailanie. To było niemożliwe, ale wydało mu się, że nawet z tej odległości słyszał trzask łamanych kości. Otworzył usta, chociaż z jego piersi nic się nie wyrwało. Tylko krew szumiała w uszach.
Cailan zwisł bezwładnie, jak zepsuta zabawka.
Ferelden stracił króla.
Ogr odrzucił ciało na bok, podrywając łapy w triumfalnym geście. Jego gromki, gardłowy ryk przetoczył się niczym kolejny grzmot ponad polem bitwy. Odpowiedziały na niego krzyki innych pomiotów.
Duncan wbił spojrzenie w leżącego kawałek dalej Cailana. Twarz zwróconą miał do nieba, oczy zupełnie puste, krwawe smugi na skórze zmywały krople deszczu. Nie oddychał. Nie żył. Duncan zawiódł. Nie dotrzymał słowa, nie stawił czoła Pladze, nie ochronił nikogo, kogo chciał chronić. Ze świstem wciągnął powietrze, prawie nie czując bólu, który temu towarzyszył. Wsparł się na ręku i wstał, walcząc z rozjeżdżającymi się nogami.
Ruszył. Gniew zapłonął w żyłach, krew zawrzała, a on przez chwilę nie pamiętał o zmęczeniu. Widział ryczącego głośno ogra, jego wykrzywioną w groteskowym uśmiechu mordę, krew zalewającą szerokie łapska.
Jeśli miał tego nie przeżyć, jeśli miał przegrać tę bitwę, pociągnie go za sobą.
Skoczył.
Ostrze miecza wbiło się w brzuch ogra, głęboko, wyrywając z jego piersi przerażony skrzek. Duncan zacisnął zęby i dźgnął wyżej sztyletem. Przeniósł na niego ciężar ciała, wyrwał miecz, wbił go jeszcze wyżej. Mógł się tak wspinać aż do samej góry, aż do serca, wśród sikającej, cuchnącej krwi.
Dotarł do gardła. Posoka zalała mu oczy, ale ryk wreszcie ucichł.
Ogr zwalił się niczym góra mięsa na ziemię i znieruchomiał pod Duncanem. Wreszcie mógł nabrać wdechu – a ból eksplodował przed jego oczami białymi iskrami. Skulił się na nieruchomym cielsku, przyciskając dłoń do boku. Świszczał przy każdym oddechu. Niech to szlag, to było jego płuco.
Gdzie, do jasnej cholery, było ich wsparcie?
Zsunął się z pokonanego ogra i chwiejnym krokiem ruszył do Cailana. Nie wiedział, co mógł tym osiągnąć. Nie chciał go zostawiać. Chciał chronić ciało króla, dopóki ktoś nie przyjdzie go zabezpieczyć. Jednak wokół… nie było przecież nikogo.
Opadł przy Cailanie na kolana, czując, że z każdą chwilą łapał coraz płytsze wdechy. Potoczył zamglonym spojrzeniem po polu bitwy – po masakrowanych żołnierzach w popłochu uciekających przed mrocznymi pomiotami. Po chaosie niosącym zwycięstwo potworów. Po ponurym triumfie Plagi. Stęknął, zaciskając dłoń na przegubie Cailana. Ciało nie odpowiedziało. Powoli stygło pod zbroją, w błocie, zalewane deszczem.
Może sygnał nie nadszedł. Może teyrn Loghain nie ruszył, bo nikt nie nadał sygnału. Ale Alistair przecież by nie zawiódł. Nie odwróciłby się do nich plecami. Wieża Ishal miała być bezpieczna. Wszystko miało się udać.
Zachłysnął się płytkim wdechem, odchylając głowę. Wśród deszczu prawie nie widział konturów twierdzy, ale w końcu ją wypatrzył. Pięła się prosto w przestworza, nieporuszona rozgrywającą się u jej stóp katastrofą. Wieża Ishal zwieńczona była potężnym, buzującym płomieniem. Ogień migotał wśród zacinającego deszczu, zdawał się rzucać ciepły blask na całe pole bitwy. Duncan przymknął oczy, zachwycony tym widokiem.
Alistair nie zawiódł. Wszystko poszło zgodnie z planem.
Gdzie Loghain?
Otworzył oczy, gdy jego uszy wypełnił wściekły jazgot. Popatrzył na nadbiegające pomioty, na ich błyszczącą od krwi broń. Uśmiechnął się kpiąco. Nie wiedział, gdzie zostawił miecz czy sztylet. Nie miał szans w walce. Przegrali. Wiedział to.
Ogień płonął, Loghain nie przybył, Cailan nie żył.
Jak można nie stracić wiary w aroganckiego Stwórcę, gdy pozwalał na coś takiego?
Plaga zwyciężyła. To już nie była sprawa Duncana. Szept na granicy świadomości przesunął się po jego umyśle jak oślizgła ręka śmierci. Nie mógł nic więcej zrobić.
Gdy topór świsnął, Duncan nie zamknął oczu.
W śmierci – ofiara. Mógł ją powitać jak dawną przyjaciółkę.

***

Ellen cofnęła się od wąskiego okna. Pogoda, wysokość ani tym bardziej architektura nie ułatwiały wypatrzenia tego, co działo się poniżej. Nawet nie była pewna, czy walka jeszcze trwała. Tu nie dochodziły żadne dźwięki. Tkwili uwięzieni na szczycie wieży, odcięci od wszystkiego, i nagle jej to przeszkadzało.
Skrzyżowała ręce na piersiach, gniewnie łypiąc na grube mury. Wiedziała, że powinna coś powiedzieć, że Alistair czekał, aż zrelacjonuje wydarzenia, które widziała, ale… co miała opowiadać? Obróciła się do niego, gotowa przepraszać. To nie jej wina, jednak poczuła się źle. Tak po prostu. Z powodu niewiedzy, bezczynności, bezradności. Zmęczenie kładło się na ciele niczym kamienny płaszcz, przygniatając do ziemi.
Alistair kręcił się przy palenisku, od czasu do czasu dorzucając trochę chrustu do ognia. To niczego nie dawało, a gałązek i tak zaraz miało zabraknąć, ale chyba próbował się tak uspokoić. Martwił się. Widziała to po jego zmarszczonym czole i zaciśniętych ustach. Miał jeszcze o kogo się martwić.
Westchnęła, zerkając przez okno. Duncan pewnie walczył z pomiotami u boku króla. Może właśnie spektakularnie rozgramiali ogromną armię wroga. Może wysyłali posłańca, który przekazałby im wieści o zwycięstwie. Ellen chyba nie wierzyła w żadną z tych wersji – wydawało się, jakby to było za dużo szczęścia. Stwórca zadbałby o to, żeby wszystko zniszczyć i nie zostawić ani trochę nadziei.
— Może spróbujesz się zdrzemnąć? — rzucił Alistair. — Jesteś zmęczona. Mógłbym obudzić cię za jakieś…
Ellen obróciła się do niego raz jeszcze, wymuszając na ustach uśmiech. Chciała mu powiedzieć, że go nie zostawi. Że równie dobrze dało się siedzieć we dwoje i martwić. Że razem byłoby raźniej.
Jej spojrzenie zatrzymało się na otwieranych z trzaskiem drzwiach.
W progu pojawiły się mroczne pomioty. Ellen zdążyła tylko sięgnąć po sztylet, nawet nie zacisnęła na nim dłoni. Cięciwy brzdęknęły, wypuszczając w powietrze pierwszy strzały.
Skąd…?
— Alistairze!
Jej krzyk zgasł wśród skrzeku, zmiażdżony jękiem, który narósł w piersi. Zachwiała się, czując rozlewające się po piersi pieczenie. Coś z niej sterczało. Widziała lotki. Własną krew. Postrzelili ją? Chyba. Może.
Nogi się pod nią ugięły, a świat skurczył się do migotliwych, kolorowych plam i stłumionych dźwięków. Tylko czuła wyraźnie. Smród. Strach. Śmierć. Łaskotała w gardło, drażniła nos, rozlewała się zimnem w piersi.
— Ellen…!
Alistair zamilkł. To smutne, że ostatnim, co wypowiedział, było jej imię.
Osunęła się na posadzkę – albo prosto w ciemność. Ogarnął ją spokojny, chłodny spokój, za którym tęskniła od tak dawna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz