poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział 1.17 - Dziwna wizja

Ellen nie lubiła wieczornego chłodu. Wiosna na wybrzeżu nie była nigdy łagodna, słoneczna i przyjemna. Z upływającymi godzinami wiatr stawał się przenikliwy, nad polami pojawiała się mleczna mgła, temperatura spadała czasami tak bardzo, że oddech zmieniał się w obłoczki pary, a trawę skuwał szron. Jednak istniało coś o wiele gorszego niż wiosenne przymrozki w północnym Fereldenie.
Spotkania szlacheckie.
Westchnęła, spoglądając na drogę wiodącą do miasteczka rozciągniętego w cieniu ich posiadłości. Nikogo o tej godzinie nie widziała. Ludzie pochowali się w domach, ciesząc się spokojem. Ona nie mogła liczyć na żaden spokój tego wieczoru. Wiedziała, że kiedy tylko zdecyduje się zejść z murów, prędzej czy później natrafi albo na kogoś z gości, albo na rodzinę. Nie miała najmniejszej ochoty wracać do dusznej sali pełnej fałszywych uśmiechów i podejrzliwych spojrzeń.
Podciągnęła nogi pod pierś, nie dbając o chłód, który ukąsił odsłonięte łydki. Zaraz po szlachcie i przymrozkach plasowały się wszelkiego rodzaju suknie. Kto normalny lubił chodzić w sukniach? Może i nogi miały całkiem sporo swobody, ale każdy gwałtowniejszy ruch groził potknięciem się o zwoje materiału. Czuła się jak zwierzątko w klatce, kiedy wbijała się w eleganckie stroje i pozwalała szarpać się za włosy przy próbach ich ułożenia. Przynajmniej one jedne nie poddawały się dyktatowi.
Robiło się za zimno, żeby tu nadal siedzieć. Westchnęła ciężko, zawierając w tym całe zmęczenie tym wieczorem, i dźwignęła się z zimnych murów. Zawsze wybierała wewnętrzną stronę. Bała się siadać na krawędzi – może i zawroty głowy po chwili mijały, ale żołądek nigdy się nie rozluźniał. Nienawidziła lęku wysokości. Dlaczego Stwórca obdarzył ją czymś tak żałosnym?
Zeszła po schodach, jej eleganckie pantofelki stukały cicho. Przeciągnęła dłonią po znajomych, chropowatych kamieniach, mimowolnie się uśmiechając. Może, przy odrobinie szczęścia, uda się wyciągnąć sir Gilmore’a z towarzystwa. Zwykle zabawiał szlachciców rozmowami, ale wiedziała, że nie bardzo za tym przepadał. Mogliby wspólnie zaszyć się w rzadziej odwiedzanych komnatach i cały wieczór grać w Szybkiego Mabari. Albo może Kapryśny Los? Wszystko wydawało się lepsze od rozmów ze szlachtą.
Zeskoczyła z ostatniego stopnia na dziedziniec i obrzuciła zdumionym spojrzeniem otwartą na oścież bramę wjazdową. Myślała, że strażnicy ją zamknęli po przybyciu ostatniego gościa? Zmarszczyła czoło. To niepodobne, żeby zrobili coś tak nieodpowiedzialnego. Nikogo nie widziała zresztą na warcie? Co tu się, na oddech Stwórcy, działo?
Objęła się ramionami, czując wpadający przez bramę zimny wiatr. Suknia nie chroniła przed chłodem. Na odsłoniętych rękach pojawiła się gęsia skóra. Mogła posłuchać matki i wziąć przynajmniej szal ze sobą. Jak zawsze wzruszyła ramionami – wojownicy przecież nie stroili się jak kolorowe ptaszki. Miała za swoje.
Najlepiej zrobi, jeśli poinformuje ojca o niedopatrzeniu. Albo Fergusa. Na pewno gdzieś się tu kręcili, Fergus ze swoją rozpromienioną żoną, ojciec unikający surowych spojrzeń matki. Nie wiedziała, co podkusiło Fergusa, żeby wiązać się z taką dziwną, irytującą kobietą. Było w niej coś… cóż, Ellen po prostu uprzejmie ją tolerowała.
Przestąpiła z nogi na nogę. Pierś zacisnęła się dziwnie, jakby Ellen nie mogła nabrać tchu, ale przecież nic jej nie krępowało. Patrzyła na otwartą przestrzeń za bramą i coś w niej szeptało, żeby tam szła. Wystarczyło parę kroków. Powinna… chociaż spojrzeć. Zajrzeć tam. Przestąpić poza granice wysokorskiej posiadłości. Odetchnąć prawdziwym powietrzem.
Prawdziwym?
Potrząsnęła głową, sfrustrowana głupimi pomysłami. Za długo sterczała na murach. Odwróciła się sztywno od otwartej bramy i pomaszerowała między znajome budynki. Ktoś powinien jak najszybciej naprawić błąd strażników. Ojciec się zirytuje. Nie lubił, kiedy działy się takie rzeczy, gdy pod opieką miał tylu szlachciców.
Obejrzała się przez ramię. Jeszcze widziała fragment opadającej drogi. Serce zabiło szybciej, podchodząc do gardła.
Dlaczego nie wyszła? Dlaczego nie wyjrzała? To przecież niczego nie kosztowało.
Może wślizgnie się między szlachtę i spróbuje nie zwrócić na siebie uwagi. Nie miała najmniejszej ochoty poznawać kolejnych młodzieńców o wolnym stanie. Wiedziała, że czekało ją najpewniej polityczne małżeństwo, że o miłości życia mogła zapomnieć, a wybranka nawet nie pozna najlepiej, zanim przysięgną sobie oddanie przed Stwórcą. Ale to nie przeszkadzało odsuwać tę potworność jak najbardziej w czasie, prawda?
Westchnęła. Gdyby tylko tak zatrzymać okres swobody na zawsze. Gdyby utknąć w tych beztroskich latach i nigdy się od nich nie uwolnić. Nie znajdować sobie męża, nie spędzać pustego, gorzkiego życia u boku kogoś, do kogo nic się nie czuło.
Przymknęła oczy. Rodzice na pewno uchronią ją od złego losu.
Ellen!
Stanęła jak wryta. Materiał sukni zaszeleścił, ale w ciszy to był jedyny dźwięk. Niepewnie rozejrzała się wokół, szukając kogoś, kto mógł ją wołać. Nie rozpoznała głosu, echo odbijające się od ścian zupełnie go zniekształciło. To chyba nie Fergus. Ani nie sir Gilmore. Sir Gilmore nie krzyczałby za nią po imieniu.
Uparty służbista.
Nie zauważyła nikogo. Odetchnęła dla uspokojenia i ruszyła, jej pantofelki znów zastukały na zimnej posadzce. Jeszcze parę zakrętów i dotrze do celu. Trzeba jak najszybciej zamknąć tę przeklętą bramę.
Ellen, nie!
Głos rozlegał się zza jej pleców, to na pewno. Obróciła się, podpierając pod boki. To nie było śmieszne. Wcale. Gdzie wszyscy strażnicy? Dlaczego nie stali tu, kiedy potrzebowała ich wsparcia? Zmrużyła oczy, wypatrując żartownisia wśród cieni.
Nic. Pusto. Cisza. Głos już nie rozbrzmiał.
Coś… zabulgotało na ziemi. Ellen poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż pleców, który usztywnił mięśnie. Coś przesiąkało przez przerwy między kamieniami, bąbelki narastały, a potem rozpękały się z cichymi pluskami. Ciemne. Cuchnące. Gardło ścisnęło się jej tak mocno, że ledwo powstrzymała odruch wymiotny.
Krew. Na oddech Stwórcy, co tu robiła krew?
Wycofała się chwiejnie, drżącą ręką chwytając materiał sukni. Posoka bulgotała coraz silniej, było jej coraz więcej, rozlewała się po chodniku, jakby jej źródło biło gdzieś tuż pod ziemią. Jakim cudem? Jak…? Ellen wsparła się dłonią na ścianie i poczuła gorącą, lepką wilgoć na palcach. Popatrzyła na pokryte krwią palce, nie mogąc oddychać.
To nie było normalne. To nie mogło być normalne.
Zerwała się do biegu. Musiała znaleźć pomoc – albo się schować. Może to oszalały apostata, może nawet maleficarum. Jedyne, co była w stanie zrobić, to powiadomić ojca. Nie umiała przecież walczyć, nie tak naprawdę. Nie z kimś, kto mógłby ją zabić jedną myślą. Oddech uwiązł jej w gardle, pierś zacisnęła się boleśnie, ale Ellen się nie zatrzymała. Jej pantofelki wybijały na kamieniach spanikowany, głuchy rytm.
Stuk-stuk-stuk-stuk.
Wpadła w zakręt rozpędzona, nie mogąc nabrać wdechu. Ktoś zastąpił jej drogę. Krzyknęła przestraszona – nie zdążyła zahamować. Wpadła na nieszczęśnika z całą swoją szybkością, poczuła obejmujące ją ramiona. Otoczyło ją cudowne, przyjemne ciepło. Bezpieczne. Mogła wreszcie odetchnąć, rozluźnić mięśnie, zamknąć oczy. Wtuliła nos w miękki materiał, czując znajomy zapach. Strach spłynął z niej chłodną falą.
Matka delikatnie ją od siebie odsunęła, na wyciągnięcie ramion, i uśmiechnęła się łagodnie. W jej oczach Ellen widziała rozbawienie i przyganę – chyba najczęściej targające nią uczucia w obliczu głupich pomysłów Ellen. Zacisnęła palce na jej łokciach, aż trochę zabolało. Miała dłuższe paznokcie. Lubiła je zapuszczać przed przyjazdem gości. Potem wymownie bębniła nimi w blaty stołów, kiedy ktoś ją irytował.
Ellen nabrała głębszego wdechu. Spotkanie matki pewnie oznaczało, że koniec wolności. Musiała wracać między szlachtę. Skrzywiła się mimowolnie. I po co biegła w tę stronę? Doskonale wiedziała, że tu mogła na kogoś wpaść. Matka często wracała do prywatnych komnat, żeby chwilę odsapnąć lub poprawić makijaż. Co też ją podkusiło, że w takim pędzie tu gnała?
Twarz jej matki ściągnęła się i spochmurniała. Ellen mimowolnie wcisnęła głowę w ramiona, czekając na reprymendę.
— Chodź ze mną — mruknęła matka.
Chwyciła przegub Ellen, jakby spodziewała się oporu. Ale Ellen nie miała siły na kłótnie i tylko pokiwała głową, pozwoliwszy sobie jeszcze na wzruszenie ramion. Wiedziała, że przegrała to starcie. Później ucieknie. Matka w końcu straci czujność, a wtedy…
Idąc za nią, przyglądała się jej plecom. Matka miała na sobie suknię, której nie zakładała zbyt często, tylko na ważne okazje. Dzisiejsze spotkanie wcale nie wydawało się istotne. Ellen nie pamiętała, z jakiej okazji szlachta się zjechała, ale pewnie z tak samo trywialnej jak zawsze. Każdy powód do picia był dobry.
Matka ominęła wejście do sali, w której zwykle podejmowali gości.
— Mamo? — odezwała się Ellen, oglądając się przez ramię. — Dokąd idziemy?
Potknęła się o własną suknię. Gdyby nie mocno zaciśnięta na przegubie dłoń matki, pewnie by się wywróciła. Co za paskudztwo.
— Nie wolno ci tu być — poinformowała zduszonym głosem matka. — Musisz iść.
Jak to?
— Nie rozumiem — wykrztusiła.
Zimny dreszcz przebiegł po jej plecach. Zmierzały z powrotem ku bramom. Na pewno. Szły ku otwartej bramie. Dlaczego ta brama była otwarta?
— Chodzi o gości? — jęknęła. — Wcale nie uciekałam. Wyszłam tylko na chwilę. Już wracałam? Nie denerwuj się, pójdę tam stać i ładnie wyglądać. — Przewróciła oczami.
Matka szarpnęła jej ręką. Ellen podłapała podenerwowane, szkliste spojrzenie. To nie chodziło o gości. Zresztą już dawno minęły salę, w której odbywało się spotkanie.
— Pośpiesz się! — zawołała. — Nie wolno ci zostać! Słyszysz? Musisz wracać!
Ellen wpatrywała się w nią, nie rozumiejąc. Skąd ten strach? Skąd chłód ogarniający ciało? O czym matka mówiła? Strach zdławił nie tylko pierś, ale też żołądek, ugiął kolana i napiął mięśnie ramion.
— Nie rozumiem — powtórzyła na granicy szeptu.
Matka potrząsnęła głową. W jej oczach było tyle bólu i… rezygnacji? Chwyciła klamkę od głównej sali i gwałtownym szarpnięciem otworzyła drzwi.
Dlaczego?
Kiedy Ellen poczuła pchnięcie w plecy, posłusznie przekroczyła próg. Zalał ją przyjemny, znajomy półmrok, uszy wypełniło trzaskanie płomieni wznoszących się z pozatykanych na ścianach pochodni. Poczuła przyjemny, pełen bezpieczeństwa zapach. Domu. Uśmiechnęła się, idąc przodem, nie zwróciła uwagi na zamykającą drzwi matkę.
W komnacie jednak prawie nikogo nie było. Ellen nie dostrzegła żadnych strażników. Zmarszczyła czoło, przypatrując się pustym ławom. Przy wygaszonym, zimnym palenisku pochylał się ojciec. Co on tu, na oddech Stwórcy, robił? Z dala od gości? Nikt z nimi nie został? Czy może Fergus ich zabawiał? To wróżyło dyplomatyczną katastrofę. Trochę mniejszą, niż gdyby to na nią padło to niewdzięczne zadanie, ale i tak.
Matka znów pchnęła ją w plecy. Ellen ruszyła. Może to ten moment, kiedy powiedzą jej, że mają dla niej męża. Może to czterdziestoletni wdowiec o łagodnym usposobieniu i braku energii życiowej, dlatego zachowywali się tak dziwnie. Może przepłoszyła wszystkich normalnych kandydatów.
Przy jednych drzwiach stał sir Gilmore. Wpatrywał się w podłogę. Nawet nie uniósł na nią wzroku. Jego ramiona opadły, cały jakby zapadł się w sobie, pokurczył i zmarniał. To musiały być naprawdę złe wieści… i dlaczego wiedzieli wszyscy poza nią?
— Ellen.
Drgnęła i popatrzyła na ojca. Stał przodem do niej, poważny i surowy jak nigdy. Jego twarz zastygła w podobnym napięciu co u matki. Ellen zmarszczyła czoło. Co tu się, na miłościwą Andrastę, wyprawiało?
Zerknęła na matkę, ale nie podłapała jej spojrzenia. Obserwowała, jak stawała obok ojca, splatając przed sobą ręce.
— Dlaczego szłaś do posiadłości? — spytał spokojnym głosem ojciec.
Ellen popatrzyła na niego zdumiona. Chyba nie mówił poważnie?
— A dlaczego nie? — odparowała, zanim ugryzła się w język.
Nie nadeszło skarcenie. Rodzice nadal wwiercali się w nią spojrzeniami. Usłyszała westchnienie sir Gilmore’a – zerknęła na niego, kiedy przestępował z nogi na nogę.
— Nie chciałam wracać do szlachty, to wszystko — mruknęła powoli.
— Nie masz do czego wracać, Ellen.
Lodowaty dreszcz przebiegł po jej plecach. Cofnęła się pół kroku.
— To nie jest śmieszne — warknęła, wpatrując się w rodziców podejrzliwie.
Matka odwróciła wzrok. Tylko ojciec ją obserwował, czujny, napięty, przejęty zupełnie jak tego wieczoru, kiedy Fergus musiał wyruszyć bez niego i…
Co.
— Nie możesz tu zostać — westchnął ojciec – miękko, ciepło, z miłością. — Jeszcze nie. Proszę, nie utrudniaj tego.
— To mój dom? — jęknęła, obejmując się ramionami. — Dlaczego…?
— Nie ma domu — przerwała jej matka. — Nie tego, za którym tęsknisz, Ellen.
Oddech jej przyśpieszył. Chciała się odezwać, żachnąć, zacząć krzyczeć, ale głos uwiązł w gardle. Stała, wpatrując się w nich, i nagle ogarnęło ją poczucie okłamania. Oszukania. Coś było nie tak. Coś było tak bardzo nie tak.
— Zrozum, dziecinko — westchnął ojciec. — Wszystko na ciebie czeka. Nie możesz z nami zostać. Nie dziś. Nie jutro. Nie teraz. Nadejdzie ten dzień, ale teraz… odejdź. Natychmiast. Im dłużej tu jesteś, tym…
— Co to za żarty?! — wyrwało jej się podniesionym głosem. — Mam mętlik w głowie! O czym wy mówicie? Gilmore? — Popatrzyła na niego, ale nadal wpatrywał się w ziemię – tylko zacisnął usta. — To mi się nie podoba. Przypominacie o koszmarach, które…
— Koszmarach? — powtórzył schrypniętym głosem sir Gilmore. — Wysokoże stało się dla ciebie koszmarem?
Ellen nabrała ze świstem powietrza. Cofnęła się kilka kroków. Serce waliło tak mocno, że aż bolało. Nie mogła zapanować nad drżeniem rąk – więc zacisnęła je w pięści. Nagle wydało jej się, że skóra na dłoniach była twardsza niż wcześniej.
W nosie zakręcił jej metaliczny zapach krwi.
— Nie każcie mi — jęknęła.
— Obiecałaś, że będziesz godnie nosiła nasze nazwisko, Ellen — przypomniał cicho ojciec, na moment spuściwszy wzrok.
Serce biło coraz mocniej. To niemożliwe, ale przyśpieszało z każdą chwilą, jakby gotowe rozerwać pierś. Poczuła spływające po policzkach łzy.
— To naprawdę koniec, tak? — wychrypiała.
Krew. Mnóstwo krwi. Zalewająca całe Wysokoże. Krzyki. Swąd dymu. Zimne objęcia bagien Głuszy Korcari. Potężne mury zapomnianej przez świat twierdzy. Bezradność. Tęsknota. Ból. Zagubienie. Strach.
To nie było koszmar. To nie był po prostu koszmar.
— To nie jest koniec — żachnął się ojciec. — To początek nowego.
— Nie chcę! — krzyknęła. — Chcę zostać! Z wami! Na co mi życie, w którym…?
Na boku ojca rozlewała się krwawa plama. Matka nie miała wcale doskonale upiętych włosów, a jej suknia była pomięta, zbryzgana ciemnymi kroplami. Sir Gilmore kulił się nie ze strachu, ale z wyczerpania. Zaciskał zęby z bólu.
Oto twoje Wysokoże, Ellen. To zostawiłaś, gdy uciekłaś.
— Potrzebuje cię — odezwał się sir Gilmore.
— Kto? — warknęła, gniewnie marszcząc czoło.
Wolała to kłamstwo. Wolała kłamstwo od życia.
Sir Gilmore milczał.
— Dziecinko, zrób to dla nas. Nie zostawaj tu. Ani chwili — westchnął ojciec.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że poczuła wbijające się w skórę paznokcie. Jak mogli żądać od niej czegoś takiego? Czegoś tak… niedorzecznego?
— Ellen — odezwała się matka – spokojnym, mocnym głosem. — Wróć tam i zrób to, co do ciebie należy.
Ze świstem wciągnęła powietrze. Cofnęła się sztywnym krokiem. Serce zwolniło.
Nie była tchórzem. Nie mogła być tchórzem. Nie zasłużyła na spokój. Na rodzinę. To nie koniec. To nie koniec. Ojciec myślał, że to brzmiało pokrzepiająco – jej przypominało ponury wyrok. Wyrok na całe życie. Potwornie samotne, puste, bezsensowne życie.
Ale kim była, by złamać złożone obietnice? Złożone rodzicom, których porzuciła na pewną śmierć?
Zacisnęła usta, wykrzywiając je w pełnym goryczy uśmiechu. Popatrzyła na nich raz jeszcze, ten ostatni – na krew na ich ubraniach oraz twarzach, na cień w oczach, na ściągnięte strachem twarze. Zerknęła na sir Gilmore’a, milczącego i załamanego.
W porządku. Skoro chcieli. Skoro naprawdę uważali, że powinna.
Mogła się dla nich poświęcić. Mogła odkupywać swą winę aż do końca świata.
— Idź, dziecinko — usłyszała łagodny głos ojca. — Kiedyś się spotkamy.
Pchnęła drzwi i wyszła prosto do rozpostartych bram. Brnąc przez bulgoczącą, przelewającą się wokół krew, przekroczyła mury Wysokoża.
Uciekła kolejny raz. W tym była najlepsza.
Nie obejrzała się.

***

Ellen uchyliła ciężkie powieki. Nie wiedziała, gdzie była. Popatrzyła bezrozumnie w bele podtrzymujące strop, na wiszące między nimi szare pajęczyny. Wokół panowała cisza. Dzwoniąca w uszach, trochę niepokojąca cisza. Ellen słyszała przede wszystkim swój świszczący oddech. Poruszyła się lekko, czując na ciele drapiące okrycie. Leżała na czymś… na łóżku? Pryczy? Było zdecydowanie bardziej miękkie niż kamienna posadzka.
Westchnęła głębiej, próbując pozbyć się tępego ciężaru z piersi. W pamięci zarysowały się pierwsze obrazy – pomiotów, ogromnego ogra, ognia wznoszącego się do samego nieba. Wieża Ishal. Walczyli tam. Potem… coś poszło nie tak. Nie miała pewności. Głowa zapulsowała tępym bólem.
Skąd w tym wszystkim wzięło się Wysokoże? Sen wydawał się taki prawdziwy. Dopóki ta rzeczywistość nie zaczęła się sypać kawałek po kawałku. Ellen poczuła przebiegający po skórze dreszcz. Nie pamiętała za wiele i chyba nie chciała sobie przypominać. Nie chciała sprawiać sobie więcej bólu. Teraz… teraz nie miała na to czasu. Musiała się dowiedzieć, co się stało. Jak bitwa. Gdzie była.
Coś stuknęło. Ellen drgnęła mimowolnie i odszukała łokciem oparcie. Skrzywiła się, kiedy kolejny prąd bólu przeszył całe ramię. Może nie ta ręka w takim razie. Przeniosła ciężar na drugi łokieć i, zaciskając zęby, usiadła. Drapiący koc zsunął się na jej nogi, gdy podciągała się na tyle, żeby wesprzeć się na wezgłowiu.
Że też coś tak prostego zabierało tyle energii.
— Aaach, nareszcie otworzyłaś oczy — usłyszała dziwnie znajomy głos.
Uniosła spojrzenie, czując, jak oddech zamierał w piersi. Dostrzegła stojącą przy półkach na książki kobietę. Wydawało jej się, że już się spotkały. Ellen zmarszczyła czoło, odruchowo przykładając do niego też dłoń. Głowa pulsowała miarowo.
Kobieta miała na sobie skąpe ubranie. Bluzkę z głębokim dekoltem. Jej jasna skóra odcinała się od półmroku zagraconej chaty. Czarne włosy upięła wysoko, dość niedbale, kosmyki sterczały w różne strony, ale nie wyglądało to niechlujnie.
Skąd ją znała?
— Matka się ucieszy — westchnęła kobieta, wykrzywiając usta.
No tak. Matka. Złodziejska matka. Przerażająca staruszka.
Ellen nabrała świszczącego wdechu. Nie mogła rozluźnić mięśni. Powinna się uspokoić, ale to odkrycie obudziło w niej jeszcze większy strach.
— Pamiętam cię — stwierdziła cicho. — Jesteś tą dziewczyną z Głuszy.
Jakim cudem znalazła się w ich chacie? Przecież była na Wieży Ishal. Pokonali całą stertę mrocznych pomiotów. Pokonali. Na oddech Stwórcy, co z Alistairem? Duncanem?
— Nazywam się Morrigan, chyba że zapomniałaś — mruknęła chłodnym głosem kobieta, przymrużając oczy. — I jesteśmy w środku Głuszy, gdzie opatruję wasze rany. Nawiasem mówiąc, nie ma za co. — Wzruszyła ramionami.
Ellen wpatrywała się w nią, walcząc z narastającą w gardle gulą. Między Wieżą Ishal a chatką w samym sercu Głuszy było… dużo przestrzeni. To niemożliwe, żeby się tu znalazła. Ale tu leżała. Siedziała. Opatrywanie ran? Chyba któryś pomiot rozorał jej ramię.
— Jak tam twoja pamięć? Pamiętasz, jak matka was uratowała? — spytała Morrigan, lekko przechyliwszy głowę.
Ratunek? Byli ratowani? Przed czym?
Zająknęła się, ale zanim zdążyła się żachnąć, nadeszły kolejne obrazy. We wspomnieniu widziała palenisko i wąskie okna wieży. Zatroskane spojrzenie Alistaira. Leżące na ziemi olbrzymie cielsko ogra. Otwierające się drzwi. Oddział pomiotów, który zaatakował zupełnie znienacka. Brzdęk cięciw. Ból.
Zachłysnęła się powietrzem, odruchowo przyciskając dłoń do zabandażowanych piersi. Została postrzelona. Strzały sterczały z jej ciała.
O tych ranach mówiła Morrigan.
— Pamiętam, że zalała nas horda pomiotów — mruknęła niepewnie.
Jak staruszka mogła ich uratować? Znalazła ich po bitwie? Ale to by oznaczało, że… że nikt po nich nie przyszedł? Co się tam wydarzyło?
Ellen nie mogła nabrać tchu. Gardło ścisnęło się tak mocno, że nawet gdyby próbowała, nie zdołałaby wykrztusić wszystkich pytań. Popatrzyła na Morrigan, nie kryjąc przerażenia. To wszystko coraz mniej się jej podobało.
— Matce udało się uratować ciebie i twego przyjaciela, choć niewiele brakowało — stwierdziła Morrigan, przyglądając się jej. — Ważne jest to, że oboje żyjecie. Człowiek, który miał odpowiedzieć na sygnał, zbiegł. Zwyciężyły mroczne pomioty. Ci, których porzucił, zostali wybici. Twój przyjaciel… kiepsko to znosi.
Co?
Zwyciężyły pomioty? Ktoś zbiegł? Kto zbiegł? Przecież to… teyrn Loghain. Lodowata fala zalała jej wnętrze, aż zakrztusiła się powietrzem. Mocniej przycisnęła dłoń do piersi, jakby to mogło uspokoić ciężko walące serce.
Przegrali. Teyrn Loghain tak po prostu porzucił fereldeńskie wojska… i króla… to oznaczało, że większość zginęła? Podstawowa część planu nie została zrealizowana. To katastrofa. To przerażające.
Ze świstem nabrała wdechu.
— Co się stało z Szarymi Strażnikami? — wychrypiała, wbijając spojrzenie w spokojną twarz Morrigan. — I z królem?
— Nie żyją.
Ellen osunęła się niżej na łóżku. Duncan, król Cailan… wszyscy… Westchnęła, zamykając oczy. Zginęli. A ona przeżyła. Stwórca chyba upodobał sobie kpienie właśnie z niej. Dlaczego to robił? Dlaczego tak przewrotnie trzymał ją przy życiu?
I co teraz? Nie mieli władcy, nie mieli wojska, nie mieli Strażników. Plaga trwała. Przecież widziała ogrom pomiotów. Widziała, co wyłaniało się z mroku i próbowało splugawić wszystko w zasięgu wzroku. Co teraz zrobią?
— Twój przyjaciel, od kiedy go znalazłyśmy, waha się pomiędzy rozpaczą a niedowierzaniem — odezwała się Morrigan, nie kryjąc szyderstwa w głosie.
Jej przyjaciel.
Ellen skuliła się i objęła kolana ramionami. To proste słowo dziwnie ją przygniotło, zaciążyło na barkach, wcisnęło w łóżko. Do tej pory była ciągle sama. Od opuszczenia Wysokoża aż do bitwy. A teraz Alistair też został zupełnie sam.
I mieli tylko siebie.
— Jest na zewnątrz, przy ognisku. Matka chciała się z tobą zobaczyć, kiedy się obudzisz — poinformowała Morrigan.
Czuła na sobie jej przenikliwe spojrzenie.
Wiedziała, że musiała wstać i wyjść. Alistair pewnie się martwił. Ta staruszka raczej nie należała do cierpliwych osób. Westchnęła.
Może zdoła być silną, tak jak kiedyś. Może sobie poradzi. Mogła spróbować.
— Byłam poważnie ranna? — spytała bez przekonania.
— Tak, ale sądzę, że wyzdrowiejesz. — Morrigan niedbale machnęła ręką. — Mroczne pomioty nie zrobiły ci nic, czego matka nie potrafi wyleczyć. — Podeszła do jednej z licznych półek, by poustawiać wywrócone książki.
Ellen powiodła za nią spojrzeniem, nabierając głębszego wdechu.
— Co z Alistairem? Nic mu nie jest?
— Jest w podobnym stanie co ty — orzekła Morrigan. — Chyba niegrzecznie byłoby stwierdzić, że zachowuje się jak dziecko.
Ellen zmarszczyła czoło. Odpowiedziała na pełen kpiny wzrok Morrigan, nawet nie kryjąc gniewu. Nikt nie miał prawa wyśmiewać czyjejś straty. Serce zabiło jej mocniej w piersi, ale nie wyrzuciła z siebie żadnych gniewnych słów.
Mimo wszystko to Morrigan i jej matka uratowały im życie. Mogły nie rozumieć, mogły kpić, a Ellen powinna trzymać język za zębami.
Odrzuciła koc i zsunęła nogi na drewnianą podłogę. Zimno. Zacisnęła usta, żeby nie cofnąć stóp, i powoli docisnęła je do desek. Westchnęła. Musiała wstać, ubrać się, wyjść na dwór. Do Alistaira. Do niepokojącej matki Morrigan. Do…
Zmarszczyła czoło. Morrigan ani razu nie zająknęła się na temat Shegara. Przecież on też był na Wieży Ishal. Porzuciły go? Zostawiłyby na pastwę losu, chociaż uratowały ich? Poczuła gorycz na języku. Wbiła czujne spojrzenie w stojącą plecami do niej Morrigan, gotowa krzyczeć, jeśli sprawdzą się jej najgorsze podejrzenia.
— Shegar żyje? — spytała ostro.
Morrigan popatrzyła na nią zaskoczona i uniosła brwi.
— Ten pies, który z nami był, mabari, jasnobrązowa sierść. Żyje? — powtórzyła.
Nadeszło skinięcie głową. Ellen rozluźniła mięśnie, czując, jak przerażenie z niej spływało. Skoro jemu nic się nie stało, to dobrze. To świetnie. Przymknęła oczy.
— Od dłuższego czasu nie odstępuje twojego przyjaciela ani na krok — poinformowała Morrigan.
— Dziękuję za pomoc, Morrigan — westchnęła Ellen.
— Cóż… proszę bardzo, choć większość zrobiła matka — wydusiła, jakby zaskoczona. — Ze mnie żadna uzdrowicielka.
Ellen wstała na chwiejnych nogach. Kolana pod nią zadrżały, musiała się wesprzeć na wezgłowiu łóżka, ale zdołała utrzymać równowagę. Rozejrzała się bezradnie za czymś, co mogła wciągnąć na grzbiet. Źle się czuła w samych bandażach i bieliźnie.
Morrigan bez słowa wskazała skrzynię, na której leżały luźne spodnie oraz lniana koszula. Ellen skinęła głową i podeszła tam kroczek po kroczku, bardzo powoli. Ubieranie się zajęło jeszcze więcej czasu, niż przypuszczała.
— Pójdę już — zdecydowała, kiedy skończyła, i skierowała się do drzwi.
— Zostanę tu i przygotuję coś do jedzenia — rzuciła Morrigan, skinąwszy głową.
Ellen nie była pewna, czy ktokolwiek z nich zdołałby coś przełknąć w tej sytuacji. W sytuacji, w której Ferelden stanął na skraju zagłady. Nie tylko politycznej.
Howe był żywy na wolności. Loghain zbiegł. Król nie żył. Szarzy Strażnicy też.
To nie wróżyło najlepiej.
Chwyciła starą klamkę i z ociąganiem ją nacisnęła. Miała wrażenie, jakby postawienie kroku na zewnątrz przypieczętowywało jej ponury los. Samotnego wygnańca, który został zupełnie bez celu w życiu. Uchyliła drzwi, mrużąc oczy, kiedy promienie zachodzącego słońca nieco ją oślepiły.
Westchnęła.
Mogła iść tylko przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz