wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział 1.18 - Wiedźma z Głuszy

Staw, nad którym stała chata Morrigan i jej matki, błyszczał w promieniach zachodzącego słońca. Na jego powierzchni kwitły śnieżnobiałe lilie, ich kwiaty były ogromne, prawie wielkości zaciśniętych pięści. Woda zdawała się płonąć, mieniąc się w szarłatach i oranżach. Szum potężnych drzew Głuszy Korcari niósł ukojenie i spokój. Zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy Ellen tu była. Chyba nawet słyszała świergot ptaków.
Jakby mroczne pomioty wcale tędy nie przeszły. Jakby świat nadal miał się dobrze i żył dawnym rytmem. Jakby nic się nie zmieniło.
Ellen rozejrzała się wokół. Jej spojrzenie ześlizgnęło się z krzywych ścian chatki na postać stojącą przy brzegu stawu. W pierwszej chwili go nie poznała – nie miał na sobie zbroi i nagle wydawał się drobniejszy. Ale patrzyła na Alistaira, zapatrzonego w dal, bardziej rozczochranego niż zwykle, trzymającego dłoń na łbie Shegara.
Serce nagle się jej ścisnęło i sama nie wiedziała dlaczego. Zdławił ją strach. Bała się bólu Alistaira. Jego tęsknoty. Poczucia zdrady. Bała się, że teraz był taki sam jak ona po utracie Wysokoża. Spuściła wzrok, pozwalając, by gorzkie poczucie winy wypełniło jej usta.
Jak mogła tak myśleć? To było tak niesprawiedliwe, tak egoistyczne.
— Widzisz? — rozległ się znajomy głos. — Oto i twoja towarzyszka, Szara Strażniczka. Za bardzo się martwisz, młodzieńcze.
Ellen drgnęła nerwowo. Nie zauważyła stojącej w cieniu ganku matki Morrigan – podłapała jej przeszywające spojrzenie, zauważyła pełen zadowolenia uśmiech. Brzmiała jak ktoś, kto zdobył dokładnie to, czego chciał. Ellen poczuła dreszcz na plecach.
— Ty żyjesz!
Ellen zdążyła tylko obrócić głowę do Alistaira. Nie wiedziała kiedy, ale chyba ledwie w paru krokach znalazł się przy niej – i porwał ją w objęcia, mocno przytulając. Sapnęła zdumiona, zastygając z nosem wciśniętym w jego ramię. Czuła jego gorący oddech, nieco przyśpieszony. Przyciskał ją do siebie kurczowo, jakby się bał, że zniknie.
Mieli już tylko siebie.
Uniosła ręce i zacisnęła dłonie na jego lnianej koszuli, pozwalając się przytulić. Rozluźniła się trochę, na moment chowając twarz w jego ramieniu. To było miłe. Alistair zawsze był miły. Nawet nie wiedziała, że tego potrzebowała.
Zacisnęła powieki, żeby się nie rozpłakać. Szloch ścisnął jej gardło.
— Byłem pewien, że jesteś martwa — wyszeptał Alistair, jego głos zadrżał.
Odetchnęła głębiej.
Już dobrze. Już wszystko dobrze.
— Kilka mrocznych pomiotów nie wystarczy, by mnie zabić — wykrztusiła.
Poczuła, że Alistair mocniej zacisnął wokół niej ramiona. Czuła, że drżał. Wydawało jej się, że powinna trzymać go w uścisku dłużej, aż zdoła wypowiedzieć swój ból. Aż wypluje wszystko to, co go bolało.
Ale kiedy cofnął się, puszczając ją, opuściła ręce jak bezwolna kukiełka. Popatrzyła na jego poszarzałą twarz, na cienie pod oczami, na smutek, który malował się w spojrzeniu. Tam była rezygnacja, zagubienie, strach, pustka.
— Duncan nie żyje — wychrypiał.
Ellen przełknęła ślinę.
Duncan nie żył. Tak samo jak wielu innych. Tak samo jak Wysokoże.
— Szarzy Strażnicy, nawet król… wszyscy zginęli. — Alistair cofnął się kilka kroków. — To wydaje się nierealne. Gdyby nie matka Morrigan, leżelibyśmy martwi na szczycie tej wieży.
Ellen czuła, jak jej nogi drżały pod ciężarem goryczy. Alistair wydawał się o tyle silniejszy w obliczu straty. Jakby próbował sobie z tym poradzić. Przełknąć to. Nigdy nawet nie sprawdziła, czy to by zadziałało. Czy mogło się udać. Po prostu ugięła się pod naporem rozpaczy i oddała w jej władanie.
Shegar usiadł przy jej nodze i przycisnął do niej ciepły bok. Od razu pogłaskała jego szeroki łeb, szukając pocieszenia.
— Nie mów o mnie tak, jakby mnie tu nie było, chłopcze — odezwała się matka Morrigan, schodząc z werandy.
Ellen drgnęła nerwowo. Zauważyła, że kobieta zatrzymała się obok niej – Alistair popatrzył na nią ponuro, ze zmęczeniem, i zacisnął usta.
— Nie chciałem… ale jak mamy cię nazywać? Nie powiedziałaś nam, jak ci na imię.
— Imiona są ładne, jednak bezużyteczne — parsknęła lekceważąco matka Morrigan. — Chasyndzi nazywają mnie Flemeth. Powinno wystarczyć.
Ellen wydało się, jakby grunt osuwał się jej spod nóg. Zachłysnęła się powietrzem – nawet nie była pewna, że tak się dało – i popatrzyła na kobietę ze zgrozą. To chyba żart? Zażartowała, żeby ich bardziej wystraszyć. Przecież to imię urosło już do rangi legendy. A stojąca za nim postać… przedstawiano ją i pozytywnie, i negatywnie, chociaż z biegiem czasu coraz mniej przychylnie. Zresztą Flemeth żyła w czasach przed Kalenhadem. To setki lat! Ellen nerwowo przewertowała pamięć, ale nie umiała wskazać konkretnej daty. Potrząsnęła głową. Na co komu daty! Flemeth nie mogła istnieć.
To tylko żart.
Ta Flemeth? — powtórzył Alistair. — Flemeth z legend?
W jego głosie pobrzmiewało podobne zdumienie, które przetoczyło się przez myśli Ellen. Zerknął na nią, jakby szukał otuchy, ale mogła tylko bezradnie zacisnąć usta.
Matka Morrigan patrzyła na nich przeszywająco, jednak bez wyrazu. Spokojnie. Jakby przechodziła to wielokrotnie i wiedziała, że wystarczyło poczekać, by prawda się… przyjęła.
Ellen nie zamierzała niczego przyjmować. Zacisnęła dłonie w pięści.
Bała się tej kobiety, prawie panicznie, ale to przecież żaden argument.
— Daveth miał rację. Jesteś Wiedźmą z Głuszy, prawda? — wychrypiał Alistair.
— A jakie to ma znaczenie? Znam odrobinę magii, wy także z niej korzystaliście, prawda? — Flemeth posłała im przewrotny uśmiech.
Ellen przełknęła ślinę. Ta odpowiedź wydawała się tak… neutralna. Tak by nie odpowiedział oszust. Tak by też nie odpowiedział człowiek, który nie chciał uchodzić za kogoś, kim nie był. To mogła być Flemeth z legend.
Jakim cudem?
Nabrała wdechu. Spojrzenie Flemeth przewiercało ją na wylot, czujne i jakby… widzące. Tak naprawdę widzące. Nie mogła stać jak kołek, udając, że jej tu nie było. Próbując uporządkować informacje.
— Powinniśmy ci chyba podziękować — wykrztusiła, obejmując się ramionami.
— Jeśli wiecie, co dla was dobre, to raczej tak! — Flemeth uśmiechnęła się szerzej, tak samo przewrotnie jak przed chwilą.
Jej zadowolenie wcale się Ellen nie podobało. Znów czuła się jak upolowana mysz, której przypatrywał się dumny kocur. Nie wiedziała, kiedy padnie cios, ale wiedziała, że prędzej czy później przetrącą jej kark.
Nie znosiła takiej bezradności. Nie zamierzała biernie czekać, aż ktoś za nią zdecyduje o jej życiu. Już nikomu nie odda takiej władzy.
Śmiało popatrzyła Flemeth w oczy, chociaż po plecach przebiegł jej dreszcz.
— A więc dlaczego właściwie nas ocaliłaś? — spytała.
Takie pytanie zadałby jej ojciec. Wydawało się rozsądne. Trzeźwe. Przecież spośród każdej osoby, których ratowanie było cokolwiek warte, wybrała… świeżo upieczoną Szarą Strażniczkę i Alistaira, niedoszłego templariusza. Szarego Strażnika z chyba niewiele dłuższym stażem. I co? Po co? Przecież nie mogli niczego zdziałać. Nie mieli siły sprawczej. Może nawet nie zamierzali niczego robić?
Ellen mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści. Nie chciała wracać do tego bagna. Dopiero co się z niego uwolniła.
— Cóż, nie możemy pozwolić, by wszyscy Szarzy Strażnicy zginęli jednocześnie, prawda? — Flemeth wzruszyła ramionami, nadal się uśmiechając. — Ktoś musi zająć się mrocznymi pomiotami. Obowiązkiem Szarej Straży zawsze było jednoczyć wszystkich przeciw Pladze. A może coś się zmieniło, kiedy akurat nie patrzyłam?
Świdrujące spojrzenie dzikich, zwierzęcych oczu pełnych wigoru prawie siłą wydusiło z Ellen odpowiedź. Miała wrażenie, jakby w każdej chwili mogła sobie odgryźć język.
— Oczywiście, że nie.
Tylko ona nie była Szarą Strażą. Nawet nie posiadła odpowiednich umiejętności związanych z tym zaszczytem. Odpowiedziała na wzrok Flemeth, odetchnąwszy.
— Ale przecież my walczyliśmy z mrocznymi pomiotami! — wtrącił Alistair. — Król prawie je pokonał! Dlaczego Loghain zrobił coś takiego?
W jego głosie rozbrzmiała rozpacz. Ellen mimowolnie skuliła ramiona. Musiała jak najszybciej się stąd wynieść i… zrobić coś. Gdzieś. Byle jak najdalej od Szarej Straży i całego tego bajzlu.
— I to jest dobre pytanie — stwierdziła cicho Flemeth. — W ludzkich sercach skrywają się cienie mroczniejsze od jakiejkolwiek skażonej istoty. Być może teyrn sądzi, że Plaga jest armią, którą uda mu się oszukać. Być może nie zdaje sobie sprawy, że prawdziwym zagrożeniem jest zło, które za nią stoi.
— Arcydemon — wycedził przez zaciśnięte zęby Alistair.
Ellen spojrzała na niego uważniej. Już kolejny raz słyszała o tym tajemniczym czymś, co stwarzało największe zagrożenie w obliczu Plagi, ale nawet nie wiedziała, co to było.
— Czym właściwie jest ten arcydemon? — mruknęła.
— Mówią, że dawno temu Stwórca wtrącił bogów starożytnego Imperium Tevinteru do lochów znajdujących się głęboko pod powierzchnią ziemi — opowiedziała Flemeth. — Tam usnęli. Arcydemon to przebudzony Dawny Bóg zarażony przez mroczne pomioty. Wierz mi lub nie, ale historia głosi, że jest przerażającą, nieśmiertelną istotą. A tylko głupcy ignorują historię.
Coś zdławiło Ellen tak bardzo, że przestała oddychać. Wpatrywała się w Flemeth, coraz mocniej zaciskając dłonie. Śniła o arcydemonie. To jego widziała w koszmarze po Dołączeniu. A on zobaczył . To było niewyobrażalne monstrum. Smok. Skoro należał niegdyś do Dawnych Bogów…
Ellen pokręciła głową. Strach zalał jej pierś, wreszcie mogła nabrać tchu. Płytkiego, urywanego, ale poczuła gęste powietrze Głuszy Korcari na języku. To nie brzmiało jak wyzwanie dla niej. Prawie popłakała się na widok cholernego ogra – a arcydemon? Smok? Nieśmiertelny? To jakaś kpina. Miała inne rzeczy do zrobienia. Musiała pomścić rodzinę. Upewnić się, co z Fergusem. Wyrwać się stąd.
— To Alistair jest tutaj prawdziwym Szarym Strażnikiem, nie ja — stwierdziła.
Zdobyła się na obojętność. Przecież to nie tak, że ktokolwiek jej potrzebował. Że stanowiła jakąkolwiek różnicę. Gdyby umarła, nikt by nie zauważył. Gdy odejdzie, również nikt nie zauważy. Dobrze jej było z tą myślą.
— Wszyscy Szarzy Strażnicy z Fereldenu nie żyją za wyjątkiem nas — odezwał się Alistair – ale jego głos nie był obojętny. — Wszystkich straciłem! Na miłość Stwórcy, nie opuszczaj mnie teraz! — Chwycił jej ramiona, zmuszając, by na niego spojrzała.
Zachłysnęła się powietrzem. Przeraziła go. Jakim cudem? Patrzyła w jego szkliste, pełne rozpaczy oczy – i widziała tam cień nadziei. Nie mógł jej tego robić. Nie mógł jej do tego zmuszać. Nie umiała mu pomóc. Nie potrafiła dać mu tego, za czym tęsknił. Szara Straż w Fereldenie już nie istniała, a ona… wolała iść we własną stronę, sama.
— Gdzieś tam jest mój brat! — zawołała nieco piskliwie. — Muszę go znaleźć!
Wyrwała się z uścisku i cofnęła gwałtownie, żeby już do niej nie sięgnął. To była słaba wymówka. Fergus prawdopodobnie nie żył. Ale może chociaż ciało? Jakikolwiek dowód? Cień nadziei?
Odwróciła wzrok. Nagle zrobiło się tak potwornie zimno. Dlaczego w oczach stanęły jej łzy? Jakie to głupie.
— Gdzieś w Głuszy? — wtrąciła Flemeth, wysoko unosząc brwi. — To byłby nie lada wyczyn! — zakpiła.
Tak, należało jej się.
Nie popatrzyła na nikogo. Nawet na Shegara. Wbiła wzrok w migotliwą taflę stawu, skupiając się na oddychaniu.
Musiała zostać sama. Pójść własną drogą. Bez nikogo. To nie jej miejsce.
— A co ze wszystkimi innymi? — spytał cicho Alistair. — Nie możemy pozwolić, żeby ich śmierć poszła na marne!
Ich śmierć już poszła na marne.
Nie powiedziała tego. Nie chciała go zranić. Bardziej niż przed chwilą. Po prostu… dlaczego nie próbował zrozumieć? Nic ich nie łączyło, tak naprawdę. To rozstanie nie powinno robić żadnej różnicy.
— Ach, utracić tak wiele. — Głos Flemeth złagodniał. — Trudno byłoby nie uczepić się nadziei, jakkolwiek słaba by ona nie była. Wy dwoje macie ze sobą wiele wspólnego.
Ellen wstrzymała oddech. Chłonęła każde słowo Flemeth, chociaż rozsądek podpowiadał, żeby nie słuchała. Ale nie umiała. Zabolało – głęboko w sercu. Zabolało tak bardzo, że znów poczuła kłujące w oczy łzy. Jeszcze przed chwilą myślała, że mieli tylko siebie. Naprawdę była aż takim tchórzem? Naprawdę nie umiała ponieść brzemienia odpowiedzialności, wolała uciec? Co z niej za Cousland?
Westchnęła, walcząc z płaczem. Bała się. Tak bardzo się bała. Nie wiedziała, jak mogli sobie poradzić, jak niby udźwignąć to wszystko. Przecież… nie dało się zatrzymać Plagi w dwie osoby. To niemożliwe.
Zamrugała szybko. Otarła powieki, chociaż nie uległa żadnej łzie.
Stwórca podobno lubił rzeczy niemożliwe.
— Sam nie dam rady — usłyszała szept Alistaira. — Musimy coś zrobić.
Zacisnęła usta, wykrzywiając je w coś na kształt uśmiechu. Przełknęła – szloch, przerażenie, bezradność. Zdążyła się przecież do nich przyzwyczaić.
A teraz nie była sama. I mogła spróbować zrobić to, co do niej należało.
— W takim razie powinniśmy odszukać tego arcydemona — wychrypiała.
Widziała, jak w oczach Alistaira pojawiało się niedowierzanie i wraz z nim – radość. Szybko położył się na nich cień. Alistair zacisnął usta, uciekając wzrokiem w bok.
— Sami? — Pokręcił głową. — Żaden Szary Strażnik nie pokonał Plagi bez armii, w której skład wchodziło pół tuzina różnych nacji. Nie wspominając o tym, że nie wiem, jak to zrobić. — Uśmiechnął się krzywo.
— Jak zabić arcydemona, czy jak zwerbować armię? — wtrąciła Flemeth. — Wydaje mi się, że to dwa różne pytania, nie sądzisz? Czy Straż nie ma w tych czasach żadnych sprzymierzeńców?
— Ja… nie wiem. — Alistair wzruszył ramionami. — Duncan powiedział, że wezwano Szarych Strażników z Orlais. Ale arl Eamon nigdy by na coś takiego nie pozwolił.
— Arl Eamon? — powtórzyła Ellen. — Arl Redcliffe?
Wreszcie słyszała o czymś, co rozumiała. To zresztą mógłby być punkt zaczepienia? Jako córka teyrna Couslanda miała więcej kontaktów. Może arl Eamon zgodziłby się z nimi porozmawiać, gdyby wystosowała taką prośbę?
— Tak… — zamruczał Alistair. — Arla Eamona nie było w Ostagarze, wciąż ma swoich ludzi — oznajmił pewnie. — I był wujem Cailana. Znam go. To dobry człowiek, szanowany przez Zjazd Możnych. Moglibyśmy udać się do Redcliffe i poprosić go o pomoc.
Ellen uśmiechnęła się mimowolnie. Dobrze, że myśleli podobnie.
Przeniosła wzrok na milczącą Flemeth. Kobieta od razu podłapała jej spojrzenie – i uniosła kącik ust. Bez słowa wycofała się w stronę werandy, a z niej podniosła ukrytą w cieniu szkatułkę. Ellen zmarszczyła czoło.
Och. No tak. Mieli coś jeszcze.
— Są także inni sprzymierzeńcy, do których mogliśmy się zwrócić — rzuciła, śledząc wzrokiem podnoszone przez Flemeth wieko.
Jeśli to właśnie to, o czym teraz myślała…
— Oczywiście! — Alistair uderzył pięścią w otwartą dłoń. — Traktaty! Szara Straż może domagać się pomocy ze strony krasnoludów, elfów, magów i w wielu innych miejscach! Zobowiązali się wspierać nas w czasie Plagi!
Flemeth bez pośpiechu wydobyła ze szkatułki plik dokumentów. Dopiero na ten widok Ellen pozwoliła sobie na uśmiech. Spokojniejszy, bardziej szczery. To nie brzmiało teraz tak strasznie. Tak niemożliwie.
— Może jestem już stara, ale krasnoludy, elfy, magowie, ten arl Eamon i wszyscy inni… — Flemeth podała dokumenty Ellen. — Wydaje mi się, że to cała armia.
— Co innego możemy zrobić? — mruknął Alistair. — Udać się do Redcliffe oraz w pozostałe miejsca, no i… zgromadzić armię.
Pewnie. To zdecydowanie coś, co córki teyrna robiły raz w miesiącu.
Przyjrzała się traktatom i wyblakłym literom, mając wrażenie, jakby trzymała najcenniejszy artefakt na świecie.
— Czemu nie? — Wzruszyła ramionami. — Czy nie tym zajmuje się Szara Straż?
Nie chciała, żeby do jej głosu wkradło się za dużo ironii. To było takie irracjonalne – i w tym szaleństwie znalazła spokój. Pieczołowicie zwinęła traktaty.
— A więc jesteście gotowi? — rzuciła Flemeth. — Gotowi, by zostać Szarymi Strażnikami?
Ellen spojrzała na nią z ukosa. Jej słowa zabrzmiały śmiesznie, niepotrzebnie oficjalnie, ale… nie umiała uśmiechnąć się z kpiną. Nie czuła się Szarą Strażniczką. Nie czuła się ważna, nie czuła się silna.
Może odrobinę zdeterminowana. Teraz też gotowa, cokolwiek miało nadejść.
— Tak. Dziękuję ci za wszystko, Flemeth.
— Nie, nie, to ja wam dziękuję. — Flemeth pokręciła głową. — To wy jesteście Szarymi Strażnikami, nie ja. Dobrze więc… zanim odejdziecie, mam wam jeszcze jedną rzecz do zaoferowania — oznajmiła.
Drzwi starej chaty otworzyły się z przeciągłym skrzypnięciem. Ellen przeniosła na nie spojrzenie – i ujrzała Morrigan. Nie wyglądała na zadowoloną, obdarzyła ich zimnym wzrokiem i zaraz skupiła się na Flemeth. Ellen mimowolnie zerknęła na Alistaira.
— Zupa już kipi, droga matko. Będziemy miały na obiedzie dwoje gości czy nie? — rzuciła dość obcesowo Morrigan, krzyżując ramiona na piersiach.
— Szarzy Strażnicy wkrótce ruszają, dziewczyno — mruknęła Flemeth. — A ty razem z nimi.
— Jaka szkoda… Że co?!
Ellen popatrzyła na Flemeth podobnie zdumiona. Zająknęła się, nie mogąc wykrztusić niczego konstruktywnego. Jak to? Dlaczego niby mieli…? To znaczy w ich sytuacji prawdopodobnie każda pomoc by się przydała, ale… To bez sensu. Morrigan całe życie spędziła w Głuszy Korcari, z dala od Fereldenu. Ellen była więcej niż pewna, że zabranie ją do cywilizowanego świata mogło przynieść mnóstwo kłopotów.
Alistair syknął gniewnie. Usłyszała w tym wprost ogrom radości. Albo myślał podobnie, albo postanowił sprzeciwić się z zasady.
— Słyszałaś mnie — fuknęła Flemeth. — Kiedy ostatnio sprawdzałam, nie byłaś głucha!
— Dziękuję, lecz jeśli Morrigan nie zechce do nas dołączyć… — Ellen uniosła uspokajająco ręce – może naprawdę dało się z tego jeszcze wyplątać.
— Przyda się wam jej magia — przerwała jej Flemeth. — Co więcej, zna Głuszę i wie, jak ominąć hordę pomiotów.
— Czy ja nie mam nic do powiedzenia? — warknęła Morrigan.
— Przecież od lat rwałaś się do opuszczenia Głuszy — wypomniała jej Flemeth, w teatralnym zdumieniu unosząc brwi. — A jeśli chodzi o was, Strażnicy, potraktujcie to jako zapłatę za uratowanie życia.
Ellen zacisnęła zęby. To już nie była propozycja. Wyciągnięta pomocnie dłoń. To było ultimatum – i Ellen za długo żyła blisko polityki, by to zignorować. Nie mieli pewności, czy Flemeth i legendarna Wiedźma z Głuszy to ta sama osoba. Prawdopodobnie nie. Ale bez wątpienia była potężnym magiem, to należało szanować.
Istniała też zupełnie szaleńcza opcja, że Flemeth i Wiedźma z Głuszy to naprawdę ta sama osoba. Tym większą głupotą byłoby odrzucenie jej ultimatum.
Ellen westchnęła.
— Dobrze, zabierzemy ją ze sobą — zgodziła się niechętnie.
Alistair rzucił jej palące, krytyczne spojrzenie. Zignorowała je.
— Nie chcemy… zaglądać w zęby darowanemu koniowi, lecz czy nie przysporzy nam to problemów? — wtrącił Alistair. — Poza Głuszą będzie magiem-odstępcą.
— Jeśli nie lubisz pomocy zbuntowanych magów, młodzieńcze, może powinnam cię była zostawić na tej wieży? — Flemeth zmrużyła oczy, patrząc na niego.
Powietrze nagle jakby się ochłodziło o parę stopni.
Ellen przełknęła ślinę.
— Zrozumiałem aluzję — mruknął Alistair.
— Matko… nie tak to sobie wyobrażałam. — Morrigan pokręciła głową, wpatrując się w Flemeth z niedowierzaniem. — Przecież nie jestem gotowa.
— Musisz się przyszykować — ucięła dyskusję Flemeth. — Ci dwoje sami muszą zjednoczyć Ferelden przeciwko pomiotom. Oni cię potrzebują, Morrigan. Bez ciebie z pewnością poniosą klęskę i wszystkich nas pochłonie Plaga. Nawet mnie.
— Ja… — zająknęła się Morrigan, ale wypuściła powietrze. — Rozumiem.
— A wy, Strażnicy? — Flemeth znów przypatrywała się im. — Rozumiecie? Daję wam to, co dla mnie najcenniejsze. Robię to dlatego, że musi wam się udać.
Wcale nie musiało. Z całego zebranego przez Ellen doświadczenia wynikało, że zazwyczaj się nie udawało.
Zacisnęła usta, przełykając uszczypliwe uwagi. To nie miało teraz sensu.
— Rozumiem — mruknęła.
— Tylko wezmę swoje rzeczy, jeśli pozwolicie. — Morrigan odwróciła się, w kilku szybkich krokach znikając z powrotem w chacie.
Zaległa cisza. Ellen czuła na sobie uważne spojrzenie Flemeth, ale zdecydowała się je ignorować. Przyklękła, zatapiając dłonie w miękkiej sierści Shegara. Pies odpowiedział merdaniem ogonem – na szczęście nie spróbował jej lizać. Potarmosiła jego uszy, lekko ścisnęła knykciami wilgotny nos, przygładziła zmierzwione włosy na piersi. Wyglądał dobrze. Chyba też się tak czuł.
Nad jej głową rozległo się ciężkie westchnienie Alistaira. Obejrzała się na niego, karcąco unosząc brwi. Skrzywił się. Najwyraźniej nie zamierzał się kryć z dezaprobatą dla sytuacji, w jakiej ich postawiono. Ellen też się to nie podobało, ale miała dość oleju w głowie, żeby nie przeciągać struny. Posłała mu miażdżące spojrzenie.
Lepiej dla niego, by jak najszybciej zrozumiał, co próbowała mu przekazać.
Drzwi chatki zaskrzypiały i w progu znów pojawiła się Morrigan. Z przewieszoną przez ramię torbą, trzymając długi kostur – ten sam, który miała ze sobą w Głuszy, kiedy po raz pierwszy się spotkali. Ellen musiała przyznać, że naprawdę bardzo przypominał zwykły, nieco zwęglony na końcach konar.
— Jestem do waszej dyspozycji, Szarzy Strażnicy — oznajmiła Morrigan, zatrzymując się przed nimi. — Za pierwszy cel proponuję obrać wioskę na północ od Głuszy. To niedaleko i znajdziecie tam to, czego potrzebujecie. Jeśli jednak wolicie, mogę być milczącym przewodnikiem. Wybór należy do was.
Ellen uniosła uspokajająco dłonie. Mieli tu już dość napiętą atmosferę, wyjątkowo sztywna Morrigan była im zupełnie niepotrzebna. Najbliższe dni w podróży na pewno przyniosą wiele spokoju i radości. Ellen nie mogła się wprost doczekać.
— Twoja obecność nie sprawi mi problemów, o ile Alistair się zgodzi — zapewniła.
— Z tego, jak na mnie patrzy, wnioskuję, że odpowiedź jest jasna — stwierdziła ni to rozbawionym, ni to kpiącym głosem, patrząc na Alistaira.
Och, zaczynało się cudownie.
Ellen zerknęła na Alistaira, mrużąc oczy. Rzeczywiście, wpatrywał się w Morrigan z niesmakiem na skraju obrzydzenia. Wydawało się, że frustrowało go dosłownie wszystko – od jej stroju zaczynając, na zachowaniu kończąc.
Podłapał wściekłe spojrzenie Ellen. Jego twarz momentalnie złagodniała, pojawiło się na niej coś na kształt zmieszania, a nawet skruchy.
Przynajmniej tyle Ellen osiągnęła.
— Ja tylko… — zająknął się. — Czy naprawdę chcesz ją zabrać dlatego, że tak mówi jej matka? — syknął.
— Och, daj spokój, Alistairze — poprosiła z rezygnacją.
— Jeśli martwisz się, że przyzwę demony i zamienię cię w plugawca, to zapewniam, że przynajmniej poczekam, aż nie będziesz patrzył. — Morrigan uśmiechnęła się szyderczo, posyłając Alistairowi pełne politowania spojrzenie.
— Od razu mi lepiej — mruknął.
Ellen odwróciła wzrok na staw. Dlaczego zgodziła się towarzyszyć Alistairowi? Powinna była pójść w Głuszę i poszukać Fergusa. Czy raczej jego zwłok. Albo drogi do Denerim, skąd dałaby radę trafić do arlatu Amarantu. Zemsta wydawała się przyjemniejszą perspektywą niż znoszenie ciągłych kłótni.
— Ruszajmy — burknęła.
Morrigan wzruszyła ramionami. Nie wydawała się przejęta ich nastawieniem. Bez słowa obróciła się do trwającej przy ganku Flemeth i podeszła parę kroków, trochę niepewnie.
— Żegnaj, matko. Nie zapomnij o gotującym się gulaszu. Nie chciałabym wracać do spalonej chaty — mruknęła nieco zduszonym głosem.
— Ha! Prędzej zobaczysz, jak Plaga zalewa całą okolicę, łącznie z moją chatą!
— Ja… chciałam tylko… — zająknęła się.
Ellen z rezygnacją wypuściła wstrzymywane powietrze. Ostatnio była świadkiem tylu emocjonalnych pożegnań? To czyste szaleństwo. Potrząsnęła głową, chwytając Alistaira za łokieć. Powinni gdzieś odejść, ale tak, żeby to nie wyglądało, jakby uciekali. Przed Morrigan.
— Tak, wiem — mruknęła łagodnie Flemeth. — Baw się dobrze, skarbie.
Tego nie życzyłaby posyłanemu na wojnę dziecku żadna normalna matka.
Ellen nie zdążyła odciągnąć Alistaira na bok – Morrigan nagle wyminęła ich szybkim krokiem i skierowała się gdzieś między drzewa, nawet nie oglądając się za siebie. Tak po prostu. Bez słowa. Cudownie. Zerknęła na Alistaira, ale zauważyła tylko wzruszenie ramion. Najwyraźniej on też nie bardzo Morrigan rozumiał.
— Pośpieszmy się albo nas tu zostawi — westchnęła, ruszając za Morrigan.
— Brzmi kusząco — rzucił kąśliwie.
Ellen zerknęła na niego z ukosa. Spodziewała się ujrzeć znajomy, ciepły uśmiech, ale zamiast tego zobaczyła zaciśnięte usta i ponure spojrzenie. Coś nieprzyjemnie zdławiło ją w żołądku. Szybko odwróciła wzrok, skupiając się na oddalającej się Morrigan.
Drewniana chata rozpłynęła się w cieniach zapadającego zmierzchu.

***

W drodze towarzyszyła im cisza. Jeszcze podczas pierwszej wyprawy do Głuszy Korcari Ellen wprost marzyła o tym, by przestali rozmawiać. Teraz czuła się nieswojo. Alistair szedł na samym końcu grupy, Morrigan daleko z przodu – a Ellen została tylko z Shegarem u boku. Zacisnęła dłoń na jego karku, chcąc dodać sobie otuchy. Czuła się bezpiecznie przy Alistairze, ale Morrigan… sprawiała odpychające wrażenie. Jakby nie chciała tu być równie mocno, co oni woleli ją zostawić w chacie.
Wraz ze zmrokiem Morrigan zgodziła się na rozbicie niewielkiego obozowiska. Z jej obecności przyszło jedno dobre – miała ze sobą jedzenie. Przynajmniej coś, co za jedzenie, przy odrobinie wysiłku, mogło uchodzić. Co prawda to były tylko zioła, ale Alistair zdecydował się przyrządzić z nich zupę. Ellen nawet nie próbowała ukryć zaskoczenia – sama zupełnie nie potrafiła gotować. Prawdopodobnie umarłaby z głodu, gdyby uparła się, żeby wyruszyć w pojedynkę.
Nie odstąpiła Alistaira nawet na krok, kiedy gotował. Obserwowała go z zainteresowaniem, trochę licząc na to, że zacząłby rozmowę. Że może zdołaliby znaleźć wspólny język i zmniejszyć dystans, który się tworzył. Ale ona nie umiała. Do tej pory to Alistair wszystko ratował i naprawdę wierzyła, że tym razem też tak będzie. Nie odezwał się jednak aż do chwili, w której uznał, że chuda zupa była gotowa.
Szybko okazało się, że brakowało misek oraz łyżek. Morrigan zabrała jeden komplet. Ellen, widząc, że nikt nie fatygował się, by rozwiązać ten problem, nalała pierwszą porcję. W ciążącej ciszy wyciągnęła miskę w stronę Morrigan.
— Proszę — mruknęła.
— Nie, dziękuję. — Morrigan wykrzywiła usta, co chyba miało uchodzić za powściągliwy, uprzejmy uśmiech, i oddaliła się poza zasięg blasku ogniska.
Ellen odprowadziła ją spojrzeniem.
— To nie — burknęła pod nosem, kiedy Morrigan nie mogła jej usłyszeć.
Obróciła się do siedzącego niedaleko Alistaira. Wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w trzaskające płomienie, zupełnie jakby nie zauważył tej mało przyjemnej scenki. Ellen zacisnęła usta.
Niedawno była taka samo. Albo gorsza.
— Alistairze…
— Jedz — westchnął, wchodząc jej w słowo.
Zająknęła się. Nie takiej odpowiedzi oczekiwała. Zamierzała nawet się żachnąć, spróbować go przekonać do jedzenia, ale Alistair podparł się na ręku i wstał. Przeszedł w przeciwną stronę niż Morrigan, też z dala od ogniska.
Ellen została sama. Jeśli nie liczyć leżącego przy niej Shegara.
— Doskonale — skwitowała do siebie.
Chociaż każda łyżka chudej zupy stawała jej w gardle, wmusiła w siebie całą porcję. Czekała ich długa droga i próbowała sobie tłumaczyć, że im więcej zje, tym więcej energii będzie miała – ale patrząc na to, co siorbała, nie mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że to na pewno tak zadziała. Shegar zdążył przysnąć, jego pochrapywanie przez nos zagłuszało subtelne odgłosy leśnej nocy. Ellen prawie zapomniała, że w pobliżu znajdowały się inne osoby poza nią.
Nalała drugą porcję do miski i ruszyła do Alistaira. Tym razem przyjął posiłek. Ellen chyłkiem się wycofała i przykucnęła przed ogniskiem, ciesząc się bijącym od niego ciepłem. Ponad płomieniami obserwowała, jak Alistair jadł – czy raczej jak robił wszystko, żeby nie zjeść. Pogrzebał łyżką w misce, rozchlapał część zupy, trochę przełknął i ponad połowę odstawił na ziemię przy ognisku. Bez słowa wrócił do swojego zacienionego miejsca.
Ellen zacisnęła usta. Pewnie po prostu nie mógł więcej przełknąć. Pewnie żołądek boleśnie mu się skurczył i wywinął. Znała to uczucie. Mimo to ogarnęła ją irytacja. To było głupie i niesprawiedliwe – sama nie tak dawano zachowywała się podobnie. Ale zmartwienie zalało jej pierś chłodną falą. Alistair musiał jeść. Zdecydowanie więcej niż dzisiaj.
Zabrała miskę i przyklękła przy Shegarze. Kilkukrotnie go szarpnęła, żeby łaskawie się obudził. Natychmiast odpowiedział merdaniem ogonem, unosząc wielki łeb. Miał zupełnie rozespane spojrzenie. Doskonały obrońca. Mogliby ją tu okraść, zarżnąć i zeżreć, a on by się obrócił na drugi bok.
Uśmiechnęła się ciepło i postawiła przed nim miskę.
— Zjedz — mruknęła.
Shegar uniósł się na łapach i posłusznie zaczął chłeptać chudą zupę. Ellen pogłaskała go po łbie, czule tarmosząc uszy.
— To niewiele, ale nic innego nie mamy — westchnęła. — Przy najbliższej okazji zdobędę dla ciebie coś lepszego, dobra?
Shegar zamerdał ogonem. Szybko opróżnił miskę i z powrotem, stęknąwszy, zwalił się na ziemię. Ellen uśmiechnęła się rozbawiona. Jemu niewiele przeszkadzało.
Odłożyła miskę i łyżkę przy reszcie rzeczy Morrigan i wróciła do ogniska. Każdy jej krok rozbrzmiewał nienaturalnie głośno w obozowej ciszy. To było naprawdę niekomfortowe. Ellen zerknęła w stronę Morrigan – wśród cieni prawie zniknęła. Wpatrywała się chyba w Głuszę. W każdym razie tam, gdzie nie znajdowali się oni.
Przeniosła wzrok na Alistaira. Obserwował ziemię, siedział ze skrzyżowanymi ramionami. Wydawał się taki odległy i… trochę obcy. Ellen westchnęła. Chciała mu pomóc. Wiedziała, że wszystkie słowa zabrzmią pusto, bo i pocieszenie nie mogło przynieść ulgi. Co komu po słowach, kiedy tyle osób nie żyło? Tyle ważnych osób? Gdyby ktoś powiedział jej, żeby się nie martwiła, bo przecież przeżyła, bo przecież prędzej czy później każdy umierał – albo że zwyczajnie będzie dobrze – prawdopodobnie by się wściekła.
To nie o słowa teraz chodziło. Alistair musiał czuć się… samotnie. Ellen przełknęła dławiącą gulę w gardle. Nie pomogła mu dziś, próbując się od niego uwolnić. Pewnie się bał. Może nawet bardziej niż ona, gdy razem z Duncanem podróżowała do Ostagaru. Wtedy przynajmniej wiedziała, co ją czekało. Alistair nie miał tego komfortu.
Ruszyła, zanim się zastanowiła. Alistair był tak pogrążony w ponurych myślach, że nawet tego nie zauważył. Mogła swobodnie opaść przy nim na jedno kolano – i po prostu go objąć. Mocno otoczyła go ramionami i przytuliła, chowając twarz w jego ramieniu. Poczuła, że się napiął, natychmiast uderzyła w nią fala wstydu. Ręce trochę osłabły. Może nie powinna była. Może to głupie. Może lepiej teraz…
Alistair dotknął jej dłoni, a potem rozłożył ręce i też ją objął. Usłyszała jego zduszone westchnienie. Pozwoliła się przytulić, siadając obok niego, wygodniej ułożyła głowę, unosząc spojrzenie na migoczące płomienie. Niepewnie pogłaskała go po ramieniu. Tak bardzo nie umiała pocieszać smutnych ludzi.
Alistairowi chyba nie robiło to większej różnicy. Wcisnął nos w jej rękę, odwracając wzrok od ogniska, od Głuszy, od całego świata. Miał trochę płytki oddech, łaskotał skórę Ellen przy każdym wydechu. Musiało zbierać mu się na płacz. Westchnęła głęboko. Nawet jeśli zacznie szlochać, poradzi sobie. Nie spanikuje.
Mieli tylko siebie. Może najwyższy czas zacząć się w tym odnajdywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz