wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział 1.19 - Zachodni Szlak

— I dopilnujcie, żeby żołnierze zostali wyposażeni. — Głos teyrna Loghaina zabrzmiał w całej komnacie, odbijając się echem od zimnych ścian. — Musimy szybko odbudować to, co straciliśmy pod Ostagarem.
Teagan spojrzał mu prosto w twarz, chociaż teyrn spoglądał na wszystkich zebranych. Z wysokości galerii, w swojej paradnej płytowej zbroi, oceniający szlachtę surowym wzrokiem, wyglądał jak ktoś, kogo teraz Ferelden potrzebował. Jak ktoś, kto mógł pomóc wypełznąć z mroku, w którym nagle się znaleźli.
Teagan zacisnął dłonie w pięści. Jaka szkoda, że to dzięki temu człowiekowi stali w obliczu tak ogromnego niebezpieczeństwa.
Ruszył. Otaczający go szlachcice nie reagowali, kiedy przypadkiem ich potrącał – więc nie przepraszał. Nie odrywał wzroku od górującego nad nimi teyrna Loghaina i od stojącej u jego boku królowej Anory. Trochę z tyłu. Trochę w cieniu ojca. Głowa państwa ustępująca pod naporem zdrajcy. Gdyby nie byli spokrewnieni…
Teagan spróbował przełknąć zalewającą gardło gorycz. Znał teyrna Loghaina i pamiętał go jako szlachetnego człowieka. Kogoś, kto bez wahania stanąłby w obronie słusznej sprawy. Wieści, które przywiózł spod Ostagaru, jego rola w kluczowych wydarzeniach… To wszystko wyglądało źle. Bardzo źle.
— Są tacy, którzy chcieliby wykorzystać naszą chwilową słabość — ciągnął teyrn Loghain. — Musimy odeprzeć najazd mrocznych pomiotów, ale musimy też postępować rozważnie i bez wahania. — Spojrzał na zebrany tłum, jakby szukał oznak sprzeciwu.
Teagan uśmiechnął się – swobodnie, uprzejmie, chociaż coś w jego żołądku nieprzyjemnie się zwinęło. Wyprostował się. Musiał zadrzeć brodę i naprężyć plecy, by trochę wybić się ponad pozostałych zebranych.
Nie mógł milczeć. Ani chwili dłużej.
— Wasza Lordowska Mość, mogę coś wtrącić? — odezwał się mocnym głosem.
Teyrn Loghain obdarzył go pełnym dezaprobaty spojrzeniem. Jego zimne oczy jeszcze nigdy nie wydawały się tak odległe – ich jasna barwa przypominała teraz cienką warstwę lodu. Teagan widział, jak teyrn zacisnął usta. Zastanawiał się, co powiedzieć. Czy przyzwolić. Królowa Anora poruszyła się niespokojnie za jego plecami, przeniosła ciężar z jednej nogi na drugą. Teagan stał nieruchomo. Jeśli odmówi mu głosu, będzie wiadomo.
Ferelden stracił bezpowrotnie swojego bohatera.
Teyrn Loghain niedbale machnął ręką, zezwalając, by Teagan się odezwał. W odpowiedzi ukłonił się krótko – czuł, jakby mięśnie pleców go paliły, gdy chylił głowę przed tym człowiekiem. To nie tak miało być.
— Ogłosiłeś się regentem królowej Anory i twierdzisz, że musimy się zjednoczyć pod twoim sztandarem! — zawołał. — Ale co z armią, którą utraciliśmy pod Ostagarem? Twój odwrót był wyjątkowo… — Popatrzył prosto w zmrużone oczy teyrna. — …fortunny.
Przez salę przetoczył się szmer podenerwowanych głosów. Teagan słyszał tam aprobatę – ale też niezadowolenie. Szlachta jak zawsze podzieliła się na dwa zupełnie przeciwne sobie obozy. Teraz jednak nie było czasu na zdobywanie poparcia. Teraz musiał wyrazić niepokój. Pokazać, że niektórzy dostrzegali tę zbrodnię.
Teyrn Loghain wyprostował się sztywno, zaciskając dłonie na balustradzie galerii. Teagan widział, jak zdenerwowały go te słowa. Nie miał czasu radzić sobie z buntem.
Niewiele go to interesowało. Podobnie jak teyrna Loghaina niewiele interesował los poświęcanych pod Ostagarem żołnierzy.
— Wszystko, co robię, robię po to, by chronić niepodległość Fereldenu. Nie uchylam się od swych obowiązków względem korony! — warknął teyrn Loghain. — Wy też przed nimi nie uciekniecie!
Czyżby groźba? A raczej jej mało subtelna zapowiedź.
Teyrn nie nadawał się na stanowisko, które dla siebie obrał. Nigdy nie potrafił porwać tłumów. Teagan czuł tylko ciężar na sercu, gdy słyszał jego przemówienie.
— Bannowie nie złożą hołdu na twoje żądanie — oznajmił z mocą.
Sala znów zadrżała pod falą zduszonych głosów. Wśród szlachty pojawiło się nerwowe poruszenie – ale Teagan stał. Wpatrywał się w teyrna Loghaina, widząc, jak coraz mocniej zaciskał szczękę.
— Zrozumcie jedno! — Wycelował palcem w zebranych. — Nie pozwolę, by cokolwiek zagroziło krajowi! Ani z zewnątrz, ani od wewnątrz!
Nie zaczekał na odpowiedź. Odwrócił się sztywno i ruszył ku drzwiom wiodącym w dalsze części zamku. Wyminął królową Anorę bez słowa – a ona tylko zacisnęła usta. Zapanowała hucząca w uszach cisza.
Posiedzenie dobiegło końca.
Teagan skierował się z tłumem ku wyjściu. Słyszał ściszone głosy zaniepokojonych bannów i poirytowane komentarze arlów. Nie wszyscy zdołali przyjechać na to zebranie, więc trudno było je nazwać Zjazdem Możnych. Mimo to przekazano tu bardzo ważne informacje.
Teagan nie rozumiał, jak teyrn Loghain mógł oczekiwać, że złożą mu hołd. Tak jak setki lat temu ich przodkowie złożyli hołd samemu Kalenhadowi. Nie zrobił nic, co miałoby dać im pokój. Zwycięstwo nad rzeką Dein to już historia. Bitwa pod Ostagarem nie przyniosła mu chwały. Mieli wynieść go do zaszczytów za dezercję?
— Teaganie, proszę! — rozległ się dźwięczny głos.
Zatrzymał się sztywno. Idący za nim szlachcic potrącił go ramieniem, na moment pozbawiając równowagi, ale nie zwrócił na to większej uwagi. Obrócił się w stronę wołającej go królowej – stała na samym końcu galerii, mocno zaciskając smukłe dłonie na balustradzie. W jej oczach widział niepokój, który próbowała zamaskować. Zawsze uważano ją za silną kobietę, za osobę faktycznie rządzącą Fereldenem, podczas gdy król Cailan zdobywał miłość poddanych. Teraz Teagan widział w niej słabość i rozpacz.
Straciła męża i towarzysza życia, cokolwiek ich faktycznie łączyło. Wszystko z winy własnego ojca. Teagan zacisnął usta, lekko zadzierając głowę. Nie zamierzał się wycofać ani tym bardziej prosić o wybaczenie.
— Wasza Wysokość, twój ojciec ryzykuje wojnę domową! — zawołał. — Gdyby Eamon tu był…
Anora na moment odwróciła głowę, jakby ją spoliczkował. Nabrała wdechu, przymknąwszy powieki, i po chwili patrzyła na niego twardym wzrokiem.
Z pewnością była silna. Dlaczego więc poddawała się woli teyrna Loghaina?
— Teaganie, mój ojciec służy krajowi! — żachnęła się mocnym głosem.
— A czy uczynił to, co było w interesie twego męża, Wasza Wysokość?
Nie otrzymał odpowiedzi. Anora cofnęła się pół kroku, bezwładnie zsuwając dłonie z balustrady. Teagan skinął głową w płytkim ukłonie i ruszył do wyjścia.
Niczego więcej nie mieli sobie do powiedzenia. Teyrn Loghain i królowa Anora sami zdecydują, w którą stronę wymierzą swoją politykę. Teagan nie zamierzał jednak podążać za nimi jak posłuszny piesek.

***

Droga do Lothering nieprawdopodobnie się dłużyła. Nie chodziło nawet o niepokojącą pustkę wszędzie wokół – Ellen nie widziała nikogo podróżującego w tę samą lub przeciwną stronę. Wypatrywała wśród drzew ruchu, chcąc pocieszyć się widokiem tych, którym udało się uciec spod Ostagaru. Nie zauważyła niczego takiego. W kółko powtarzała sobie, że wcale nie rozglądała się przede wszystkim za Fergusem, ale wiedziała, że tylko się okłamywała.
Jej brat najpewniej nie żył – mimo to nie chciała stracić nadziei. Nie mogła.
Nie miała też z kim porozmawiać. Do Morrigan nie zamierzała się zbliżać – widziała jej wiecznie ponurą, trochę nawet groźną minę, która skutecznie zniechęcała do jakichkolwiek interakcji. Ich kontakty ograniczyły się do wymieniania paru zwięzłych zdań na temat aktualnej drogi, sytuacji czy pomysłu na obozowisko. Musiały to załatwiać między sobą, bo Alistair – cóż. Nie do końca brał czynny udział w planowaniu i podejmowaniu decyzji. Ellen i Morrigan zostały z tym same i chyba żadna się z tego nie cieszyła.
Ellen nie umiała do Alistaira dotrzeć. To prawdopodobnie wymagałoby przemyślanych słów i zdolności radzenia sobie ze smutnymi ludźmi. Ellen, jak tylko myślała, że miałaby pomóc Alistairowi z jego ciężarem, czuła na plecach zimny dreszcz. Wiedziała, że pewnie by się nie rozpłakał, ale sam pomysł ją przygniatał, prawie odbierając dech. Próbowała za to wędrować obok niego. Nie spoglądała w jego stronę, nie szukała kontaktu fizycznego, po prostu szła, czekając. Miała wrażenie, że Alistair parę razy na nią spojrzał, uśmiechając się lekko, ale wtedy bardziej pilnowała się, żeby nie speszyć go zerknięciem.
To było jakieś szaleństwo. Zachowywali się jak dzikie zwierzątka.
Jeden Shegar nie sprawiał problemów. Wyraźnie zmarkotniał przez brak sytych posiłków, jednak nie dawał tego odczuć jakoś bardzo. Maszerował u boku Ellen, czujnie przypatrując się Morrigan. Może też wyczuwał w niej zagrożenie. Ellen często uspokajała się, głaszcząc jego krótką sierść.
Nierówna, ubita ścieżka wijąca się wśród drzew zmieniła się w wybrukowaną drogę. Ellen z ulgą powitała twarde kamienie pod podeszwami i przerzedzające się drzewa. Wydostali się z Głuszy Korcari – w końcu. Wydawało jej się, że kiedy podróżowała z Duncanem, szło im nieco szybciej. Zawiesiła wzrok w przestrzeni, czując ściskające się serce. Wtedy świat wyglądał bardziej ponuro. Bardziej dusząco. Bezsensownie. Pewnie tak, jak teraz wyglądał dla Alistaira.
Przycisnęła dłoń do piersi, pozwalając sobie na westchnienie. Ciche, ulotne, ale dość głębokie. Co by powiedzieli rodzice, gdyby ją widzieli? O to im chodziło? Żeby poszła na samobójczą misję w celu zgładzenia nieśmiertelnego smoka? Raczej nie.
Zresztą ojciec już by nie żył. Zimno spłynęło wzdłuż jej kręgosłupa, kiedy to sobie uświadomiła. Zginąłby podczas bitwy pod Ostagarem. Przez zdradę teyrna Loghaina. Co to ostatecznie za różnica, Howe czy Loghain? Tylko matka może by żyła. I reszta Wysokoża. I Ellen miałaby do czego wracać. Czy raczej nigdy by nie opuściła bezpiecznych murów. Przecież nie było powodu, by wyjeżdżała, gdyby nie Howe. Siedziałaby na miejscu i wypłakiwała oczy, wmawiając sobie, że jeśli wyruszyłaby z ojcem, nigdy by…
— Lothering już blisko — rzuciła zimnym głosem Morrigan.
Ellen drgnęła nerwowo. Podniosła wzrok i przesunęła nim po horyzoncie. Rzeczywiście – widziała wąskie strużki dymu ulatujące w niebo. Serce zabiło nieco szybciej, odpędzając gorycz strachu. Tak dawno nie widziała cywilizacji. Normalnych ludzi i ich normalnego życia.
— Mhm — odpowiedziała, powstrzymując blady uśmiech cisnący się na usta.
Droga zaprowadziła ich prosto do wejścia na Zachodni Szlak. Starożytny wiadukt przebiegający przy Lothering ciągnął się gdzieś daleko w przód – Ellen pamiętała, że urywał się nagle i niespodziewanie. Teraz jednak spokojnie mogli przejść nim aż pod samo Lothering i dopiero potem zejść między domostwa.
Wspięli się po schodach, a milczenie wisiało między nimi ciężkim głazem. Ellen spoglądała na niewielkie budynki, rozsiane między kilkoma zielonymi wzgórzami. Na skraju wioski stał ogromny młyn, jego skrzydła obracały się powoli. Dostrzegała niewielkie postaci kręcące się po udeptanym placu. Wszystko wyglądało tak… spokojnie. Pewnie tylko z odległości. Pewnie kiedy zejdą, okaże się, że wszędzie…
Shegar zawarczał głucho, jeżąc sierść. Ellen przeniosła na niego wzrok, odruchowo kładąc dłoń na szerokim łbie. Zachodni Szlak świecił pustkami. Nie rozumiała, dlaczego tak się zdenerwował?
— Oho — rzuciła Morrigan.
Ellen przyjrzała się kilku zakrytym plandekami wozom, skrzyniom i worom rzuconym przy balustradzie Zachodniego Szlaku. To rzeczywiście wyglądało dość niecodziennie. Zerknęła na Alistaira – zauważyła, że zmarszczył czoło, ale nie wykonał żadnego nerwowego ruchu. Ellen westchnęła cicho, zaciskając dłoń na sierści Shegara.
Kawałek dalej siedziała grupa mężczyzn. Ich zniżone głosy rozbijały się o porozstawiane wokół nich skrzynie, od czasu do czasu rechot niósł się głośniej. Byli uzbrojeni. Ich zbroje może nie wydawały się najlepszej jakości, ale na pewno wytrzymały już kilka walk. Ellen zmrużyła oczy. Czyżby pierwsi ocalali spod Ostagaru?
Zostali zauważeni. Ciemnoskóry mężczyzna obrzucił ich czujnym spojrzeniem i zerwał się na równe nogi. Niedbale otrzepał zbroję, odchyliwszy głowę, by posłać w stronę Ellen oraz pozostałych przewrotny uśmiech.
To nie wyglądało dobrze. Ellen wbiła paznokcie w skórę na karku Shegara.
— Panowie, pobudka! — rzucił mężczyzna. — Kolejni podróżni, którymi trzeba się zająć. — Zerknął przez ramię na swoich towarzyszy, szczerząc zęby.
Ellen zatrzymała się. Kroki za jej plecami ucichły, więc Alistair i Morrigan pewnie zrobili to samo. Shegar warknął głośniej, ale nie spróbował wyrwać się z uścisku.
— Domyślam się, że ta ładniutka panna to ich przywódczyni — mruknął mężczyzna, bez skrępowania mierząc Ellen spojrzeniem.
Zmarszczyła czoło. Serio? Gdyby chociaż była najwyższa albo wyglądała najgroźniej – albo był ślepy, albo wyciągał bardzo pochopne wnioski. Może i stała najbardziej z przodu, ale, doprawdy, bez przesady.
— Eee… Nie wyglądają jak pozostali — odezwał się jeden z towarzyszących mężczyźnie wojowników. — Może powinniśmy ich przepuścić.
Serce Ellen zabiło nieco szybciej. Co on miał, na oddech Stwórcy, na myśli?
— Nonsens! — Mężczyzna uśmiechnął się przewrotnie. — Witajcie, podróżnicy!
To wyglądało źle. Bardzo. Ellen zerknęła w bok, chcąc sprawdzić, jak wysoko nad ziemią szedł wiadukt Zachodniego Szlaku, i natrafiła na czujne spojrzenie Alistaira. Poczuła, że zacisnął dłoń na jej łokciu.
— Rozbójnicy — wycedził jej do ucha. — Polujący na uciekających przed mrocznymi pomiotami, jak przypuszczam.
Ludzie robili tak potworne rzeczy?
— To naprawdę głupie — syknęła Morrigan. — Dajmy im lekcję!
Ellen przeniosła na nią skołowany wzrok. Czyli co? Wdać się w walkę, nawet nie wiedząc, kim byli? To nieco pochopne.
— To tak się wita nieznajomych? — rzucił zaczepnie stojący przed nimi mężczyzna.
Ellen zerknęła na niego. Wydawał się bardzo pewny siebie. Uśmiechał się szyderczo, lekko unosząc brwi, i podpierał się pod boki. Jego towarzysze ustawili się za nim, ale ręce trzymali na rękojeściach broni. Ostrzegawczo.
Tak, Alistair chyba miał rację.
— Dziesięć srebrników i pozwolimy wam iść dalej — zaproponował mężczyzna.
— Powinieneś posłuchać swego przyjaciela — prychnęła Ellen, ruchem brody wskazując jednego z wojowników. — Nie jesteśmy uchodźcami.
— Co wam mówiłem? — podłapał od razu. — Żadnych wozów, a wygląda na to, że ten jest uzbrojony. — Pokazał na Alistaira.
Ellen wymieniła z nim spojrzenie. Rzeczywiście, trudno było przeoczyć jego miecz czy tarczę. Sztylety nie rzucały się tak bardzo w oczy – już nie wspominając o kosturze Morrigan. Mogli wziąć go za zwykłą laskę. Nawet nie wiedzieli, jak duży błąd popełniali.
Morrigan zerknęła na Ellen nagląco. Zmarszczyła przy tym czoło tak mocno, że między brwiami zrobiła jej się pionowa zmarszczka. Naprawdę chciała ich zaatakować. Ellen skrzywiła się mimowolnie, przypatrując się stojącym wokół skrzyniom.
To w ogóle możliwe, żeby te wszystkie rzeczy zostały skradzione uchodźcom?
— Myto obowiązuje każdego, Hanriku — oznajmił przywódca bandy. — Właśnie dlatego nazywamy je mytem, a nie, powiedzmy, podatkiem uchodźców.
Myto. Serce Ellen zabiło ciężej w piersi, kiedy mrużyła oczy.
— Och, racja. Nawet uchodźcy muszą płacić — zreflektował się wojownik i w zakłopotaniu potarł lśniącą łysinę.
Nie dość, że rozbójnicy, to jeszcze półgłówki.
— Nie ma mowy — wycedziła przez zęby Ellen. — Nie zapłacimy.
— Nie mogę powiedzieć, by mnie to satysfakcjonowało — westchnął przywódca. — Wiesz, mamy tutaj pewne zasady.
O, doprawdy.
Ellen nieco poluźniła chwyt na karku Shegara.
— Właśnie. Mamy prawo przeszukać twojego trupa. Takie to zasady. — Hanrik uśmiechnął się szeroko, zadowolony z tego żartu.
— Możecie spróbować — zaproponowała bez namysłu.
Poczuła na sobie zaniepokojone spojrzenie Alistaira. Nie odpowiedziała na nie. Nikt nie będzie zdzierał z niej pieniędzy – i nikt nie będzie wzbogacał się na czyimś nieszczęściu.  
— Cóż, ta rozmowa zmierza donikąd — orzekł przywódca bandy. — Panowie, zakończmy to!
Poranną ciszę rozdarł mocny krzyk z kilku męskich gardeł. Ellen bez namysłu wypuściła Shegara z uścisku – a pies rzucił się na pierwszego wroga, zanim ten nawet sięgnął po broń. Krew siknęła na kamienie wiaduktu.
Ellen dobyła sztyletów w ostatniej chwili, by zablokować ciężki cios znad głowy. Metal zabrzęczał, trzymający miecz wojownik wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu. Naprawdę byli pewni przewagi. Odtrąciła go od niej tarcza Alistaira – podłapała jego czujne spojrzenie, zanim skoczyła do najbliższego łucznika. Sztylet zagłębił się w majdanie, ale nie zdołał go przeciąć. Ellen wściekle szarpnęła nim w swoją stronę i wystawiła łokieć na spotkanie z twarzą rozbójnika. Krew ze złamanego nosa buchnęła na jej zbroję.
— Żałosne — usłyszała kpiący głos Morrigan.
W plecy uderzył ją podmuch zimnego wiatru. Przeszła w przód, na oślep tnąc drugim sztyletem. Ostrze zatopiło się w piersi mężczyzny, więc pchnęła głębiej. Coś ciepłego zalało jej palce.
Kiedy odsunęła się od martwego przeciwnika, ujrzała zastygniętego w lodowej pułapce wojownika. Alistair na odlew uderzył w niego tarczą, rozbijając statuę na drobne kawałki. Posypały się na kamienie z charakterystycznym dzwonieniem.
— Co jest, do cholery! — ryknął przywódca, widząc, jak jego towarzysze padali niczym muchy.
Ellen uskoczyła przed ciosem miecza i rzuciła się w jego stronę. Wpadła na niego całym ciężarem, pchając na ziemię, a gdy runął, wylądowała na nim. Przycisnęła kolano do jego piersi, mocniej wbijając go w kamienie. Na wszelki wypadek przyłożyła ostrze zakrwawionego sztyletu do jego gardła.
Podłapała przerażone, szkliste spojrzenie. Zorientowała się, jak ciężko oddychała, więc nabrała głębszego wdechu dla uspokojenia. To przecież tak samo jak z pomiotami. Tak samo jak w Wysokożu. Nic trudnego.
— W porządku! — krzyknął przywódca bandy. — Poddajemy się!
Alistair natychmiast odstąpił od krwawiącego przeciwnika i gwizdnięciem przywołał Shegara do porządku. Tylko Morrigan nie odwołała magii – jej kostur nadal błyszczał zimnym blaskiem, czekając, aż rzuci zaklęcie. Ellen zerknęła na nią przez ramię.
Powinna ją skarcić? Przypomnieć, że działali jako drużyna? Z drugiej strony nie robiła niczego wbrew ich woli.
Przeniosła wzrok na dyszącego ze strachu mężczyznę.
— Próbowaliśmy tylko jakoś sobie radzić, zanim dopadną nas wszystkich mroczne pomioty! — jęknął słabym głosem, obracając głowę tak, by możliwie najbardziej odsunąć się od przytkniętego do skóry sztyletu.
— Jakoś sobie radzić? — warknęła Ellen. — Jesteś przestępcą!
Kiedy przełknął ślinę, jego grdyka otarła się o ostrze.
— Tak, jestem przestępcą, przyznaję! I przepraszam.
Ellen uniosła brew. To było żałosne.
— Potrzebujemy odpowiedzi na kilka pytań — oznajmiła.
— Co mógłbym ci powiedzieć? — Jego głos silnie drżał z nerwów. — My nie pochodzimy nawet z tych stron!
Syknęła poirytowana. Jakoś sobie radzić. Przenosząc się z bezpiecznych rejonów Fereldenu pod sam Ostagar, gdzie najłatwiej było ograbić biednych.
— Słyszałeś coś o ocalałych z bitwy? — rzuciła wściekle.
— Trochę ich było — zapewnił. — Wcześniej przechodziła tędy grupa rannych Popielnych Wojowników… Zeszliśmy im z drogi.
— Co dzieje się w Lothering?
— Strasznie tam tłoczno. Bann poprowadził swych ludzi na północ, z teyrnem Loghainem, więc nikt nie pilnuje w Lothering porządku poza kilkoma templariuszami. — Wzruszył ramionami. — Starałem się tylko wykarmić swoją rodzinę, rozumiesz?
Ellen prychnęła. Rodzinę. Oczywiście. Tym zawsze dało się zagrać na emocjach, prawda? Zwłaszcza komuś tak młodemu i bezradnemu jak ona. Mocno zacisnęła dłoń na sztylecie, czując dreszcz wstrząsający ciałem.
Brzydziła się tych ludzi.
— Nie mam więcej pytań — mruknęła.
— W takim razie puść mnie! — zażądał, unosząc się na łokciu.
Ellen powoli pokręciła głową. Usłyszała syknięcie Alistaira, ale znów nie zwróciła na niego uwagi. Mógł nie rozumieć. Nie widział tego co ona.
— Teraz zginiesz. Tylko na to zasługujesz — warknęła.
Przerażenie w oczach mężczyzny zmieniło się w desperację.
— Nie poddam się bez walki! — krzyknął.
Pchnął Ellen w tył, zanim zareagowała. Jeden sztylet wypadł jej z ręki, usłyszała brzdęk metalu uderzającego o kamienie.
Nad jej ciałem przemknęła iskra. Ellen zauważyła tylko wyciągnięty w przód kostur, który odgrodził ją od atakującego mężczyzny – a potem oślepiająca błyskawica uderzyła w jego pierś. Ellen poczuła swąd palonego mięsa.
Wycofała się od zamieszania i pośpiesznie podniosła, podpierając rękoma. Nogi trochę jej drżały. Podłapała przeszywające, uważne spojrzenie Morrigan. Znów stała swobodnie, z kosturem wspartym o ziemię, obojętna i odległa jak zwykle. Ellen mimo to posłała jej blady, niepewny uśmiech.
Uratowała jej życie. Nie spodziewała się tego.
— Dzięki — mruknęła.
Przeniosła wzrok na leżące wokół ciała. Między kamienie wsiąkała rozlana krew, ciemne plamy ciągnęły się też na plandekach wozów czy bokach skrzyń. Ellen zauważyła czerwoną dłoń odbitą na jednym materiale, zupełnie jakby rozbójnik przed śmiercią spróbował się go przytrzymać.
Nie poczuła nic. Zasłużyli na to. Zasłużyli na gryzienie piachu. Ile osób do tej pory zabili, zarabiając? Ile pozbawili nadziei na spokojny dzień? Ilu odebrali ostatni posiłek od ust? Pokręciła głową, wypuszczając powietrze.
Tak samo na śmierć zasługiwał Howe. Tak samo po niego przyjdzie. Kiedyś.
Podłapała spojrzenie Alistaira. Nie wyglądał na zachwyconego, ale nie zaprotestował. Wykrzywił usta w pełnym zrezygnowania grymasie.
— Jeden problem z głowy — mruknął.
— Jeden problem z głowy — powtórzyła za nim jak echo.
Morrigan wyminęła ich, bez skrępowania przechodząc nad trupami. Zainteresowała się zawartością skrzyń i wozów. Ellen, głaszcząc siedzącego przy niej Shegara, rozejrzała się wokół. Na ziemi coś leżało. Przykryte brudnym, ciemnym płótnem. Nie było więcej takich rzeczy o podłużnym kształcie.
— Co to? — rzuciła, ruszając w tę stronę.
— Uważaj — poprosił Alistair.
Nie usłyszała jego kroków. Przyklękła przy materiale i ostrożnie je uniosła. W jej nozdrza buchnął duszący smród rozkładu, wypełniając płuca i wyciskając łzy z oczu. Zerwała się na równe nogi, jęknąwszy głucho.
Nie dość, że złodzieje, to naprawdę mordercy. Po zbroi mogła założyć, że widziała trupa rycerza. Ściskał coś w dłoni. Obejrzała się przez ramię, ale widząc, że ani Alistair, ani Morrigan się nią nie interesowali, wstrzymała oddech. Przyklękła przy zwłokach i ostrożnie wyrwała z jego ręki zwitek papieru. Poza tym na dłoni spoczywał też amulet z rozerwanym łańcuszkiem. Wzięła i to, wycofała się, usiadła pod balustradą i rozwinęła kartkę.
Tak wielu rycerzy wyruszyło na poszukiwanie Urny. Któryś z nich musiał już znaleźć brata Genitivusa. Mimo to, zanim nie dowiem się, że wszystko jest już w porządku, muszę kontynuować zgodnie z planem. Brat Genitivus dzierży klucz do odnalezienia Urny Świętych Prochów, o tym wiedzieliśmy od początku, ale wydaje się mi, że teraz wiem już, gdzie należy brata Genitivusa szukać. Odwiedziłem jego dom w Denerim i wpadłem na pewien trop. Jestem bardzo zaskoczony, że inni rycerze tego jeszcze nie uczynili. Chyba że się mylę? Nie, lepiej nie zaprzątać sobie głowy myślami o spisku. Sir Donall czeka na mój raport w Lothering. Muszę natychmiast się do niego udać i zameldować o tym, czego się dowiedziałem. Jeśli ktoś odnajdzie te moje wynurzenia, proszę tylko, by poinformował sir Donalla o moim losie. Modlę się, by zdołał dokończyć to, czego mnie zrobić się nie udało.
Sir Henrik.
Ellen zmarszczyła czoło.
Co to za skończone brednie? Urna Świętych Prochów? Słyszała kiedyś tę opowieść na jednym z kazań matki Mallol, ale nic więcej. To miały być zagubione szczątki prorokini Andrasty, których szukano od setek lat. I nikt, oczywiście, ich nie znalazł. To, co się mogło stać, gdy ktoś by je odszukał, było kwestią dyskusyjną. Ellen nie wierzyła w żadną z wersji.
Dlaczego ktoś tak poważny brałby się za poszukiwanie takiej bajki w obliczu Plagi? I kim był ten brat Genitivus? Zresztą to akurat wydawało się najmniej ważne. Jeśli sir Donall nadal znajdował się w Lothering, mogła mu to wszystko zanieść. I tak mieli po drodze. Może od niego dowiedziałaby się czegoś więcej.
Schowała to do swojej sakwy, tuż obok kasetki Jetty. Zbierała bardzo dużo pamiątek po martwych ludziach ostatnimi czasy. A po rodzicach zostały jej tylko wspomnienia. Żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, przez co nie mogła nabrać tchu.
— Dużo ubrań, jedzenia, pieniędzy i osobistych przedmiotów — rzuciła znudzonym głosem Morrigan. — Co zamierzasz z tym zrobić? Zabrać ze sobą?
Ellen spojrzała na nią zaskoczona. Mówiła… do niej? Dlaczego? Odszukała Alistaira, ale on stał przy balustradzie Zachodniego Szlaku, spoglądając na rozciągające się w dole Lothering. W ogóle nie zwracał na nie uwagi. Ellen nabrała głębszego wdechu.
Szkoda. Przydałoby się teraz jego wsparcie.
— Nie potrzebujemy tego wszystkiego. — Podniosła się z ziemi. — Uchodźcy mogą to rozdzielić między siebie. A może właściciele tych rzeczy nadal są w Lothering. — Wzruszyła ramionami. — Nie będę o tym decydować.
— Jak tam chcesz — mruknęła Morrigan.
— Nie marnujmy czasu — zaproponowała, widząc, że temat został wyczerpany.
Alistair odepchnął się od balustrady, podłapał jej spojrzenie i ruszył w stronę wąskich schodów. Ellen podążyła za nim – odszukała dłonią ciepły grzbiet Shegara i odetchnęła. Dobrze, że trzymał się blisko niej. Inaczej pewnie wszyscy by widzieli, jak bardzo denerwowała ją ta sytuacja.
Urokliwe z oddali Lothering wyglądało o wiele mniej zachęcająco, kiedy nieco się zbliżyli. U stóp wioski rozciągało się pole pełne prowizorycznych namiotów. Kręciło się tam mnóstwo ludzi – odzianych w łachmany, pogarbionych i wychudzonych. Uchodźcy. Musiało ich tu przybyć naprawdę wielu, skoro nie zmieścili się w Lothering. Nie było szans, żeby oni znaleźli porządny nocleg. Będzie trzeba kupić to, co potrzebne, a potem udać się gdzieś dalej, gdzie rozbiją obozowisko.
— No i jesteśmy — westchnął Alistair. — Lothering. Widok jak z obrazka.
Ellen zerknęła na niego zaskoczona. Nie miała pewności, czy to kolejny żart, czy naprawdę uważał, że Lothering było śliczne. Przyjrzała się niewielkim chatom, kamiennej bryle miejscowej świątyni, wreszcie wróciła spojrzeniem do ogromnego wiatraka.
Wieś jak wieś. Nic specjalnego.
— Ach. Czyli w końcu zdecydowałeś się do nas dołączyć? — zakpiła Morrigan. — Rzucenie się z rozpaczy na własne ostrze okazało się zbyt trudne?
Ellen obróciła się do niej, nie kryjąc zdumienia. Naprawdę? Naprawdę właśnie szydziła z kogoś, kto cierpiał po stracie bliskich? Serce zabiło jej szybciej w złości, ale nie wykrztusiła niczego. Miała wrażenie, jakby połknęła własny język.
To dopiero żałosne. Powinna Alistaira wspierać. Dlaczego nie umiała nawet tego?
— Czy moje zdenerwowanie tak trudno zrozumieć? — warknął Alistair. — Nigdy nie straciłaś kogoś ważnego? Co byś zrobiła, gdyby umarła twoja matka?
— Zanim przestałabym się śmiać, czy potem? — Morrigan uśmiechnęła się z chłodną wyższością, lekko zadarłszy brodę.
— No dobra. Przerażające — mruknął Alistair, kręcąc głową – wypowiedział na głos to, co pomyślała Ellen. — Zapomnij, że pytałem.
Ellen jeszcze przez chwilę wpatrywała się w triumfującą Morrigan, nie potrafiąc stwierdzić, czy bardziej była na nią zła, czy jej współczuła. Wreszcie odwróciła wzrok. Przecież wcale nie musiały się rozumieć, a już zwłaszcza lubić. Wystarczy, jeśli jakimś cudem nie dadzą się za szybko zabić.
Przyjrzała się Alistairowi. Pozwoliła sobie na niepewny uśmiech – nagle czuła się tak jak w Ostagarze, kiedy nie wiedziała, jak zachować się w obliczu nowego życia. Teraz było tak, jakby znów zaczynali na nowo.
— Byłeś bardzo skryty, Alistairze — wymamrotała.
Nie miała pojęcia, jak wyrazić troskę. To, że chciała mu pomóc. Że mógł liczyć na jej wsparcie – teraz już naprawdę. Wiedziała, że w Głuszy Korcari wcale nie ułatwiła poradzenia sobie z tragedią w Ostagarze, ale mogli spróbować jeszcze raz. Prawda?
— Tak, wiem — odparł cicho. — Po prostu… rozmyślałem.
— No, to już wiem, czemu trwało to tak długo — parsknęła Morrigan.
Ellen mimowolnie otworzyła usta. Naprawdę nie dało się przeprowadzić żadnej normalnej rozmowy bez jej złośliwostek? Popatrzyła na Morrigan oburzona, ale nie zdążyła ubrać myśli w słowa.
— Och, rozumiem — odezwał się Alistair. — To w tym momencie mamy odkryć zszokowani, że przez całe życie nie miałaś ani jednego przyjaciela.
Morrigan znieruchomiała. To była tylko chwila, mgnienie oka, ale Ellen zauważyła cień na jej twarzy. Szybko przywołała się do porządku, znów robiąc wyniosłą, pogardliwą minę. Ten cios jednak zabolał. Trafił w coś.
To podłe, ale Ellen poczuła ukłucie satysfakcji. Było nie drwić z cudzych uczuć.
— Potrafię być przyjazna, kiedy tego zechcę. — Morrigan wydęła usta. — Niestety gdy chodzi o inteligencję, same chęci nie wystarczą.
— Tak czy owak… — Alistair posłał jej lodowate spojrzenie i obrócił się do Ellen. — Pomyślałem, że najpierw powinniśmy porozmawiać o tym, dokąd zamierzamy się udać.
Oho, decyzje. Znowu.
Ellen uciekła spojrzeniem. Przyjrzała się wątłej palisadzie wzniesionej od południowej strony Lothering, jakby ludzie naprawdę wierzyli, że to mogło ochronić ich przed pomiotami. A może chodziło o uchodźców, którzy się kręcili dokoła? Może to ich bardziej się obawiali niż potworów znanych tylko z legend?
Przesunęła spojrzeniem po obcych twarzach. Do jej umysłu wkradła się zdradliwa myśl, rozpalając płomyk nadziei w sercu. Poza ludźmi uciekającymi przed Plagą na pewno dało się tu spotkać żołnierzy, którzy przeżyli bitwę. Może więc…
— Muszę odszukać Fergusa — mruknęła bardziej do siebie. — Może jeszcze żyje.
— Prowadził zwiad w Głuszy, zgadza się? — Alistair zerknął na nią czujnie. — Tak powiedział król.
— W takim razie szukanie go tam byłoby głupotą — ucięła ostro Morrigan. — Albo nie żyje, albo udało mu się uciec na północ.
Coś zdławiło Ellen w gardle. To… brzmiało rozsądnie. Prawdziwie. I bezlitośnie. Łzy zakłuły w oczy, ale zdołała się ich pozbyć, zacisnąwszy powieki. Bardzo mocno.
Fergus nie żył. Nie żył. Był martwy. Zabiły go pomioty, Głusza Korcari, bitwa albo wycieńczenie. Albo wszystko naraz. Już nigdy go nie zobaczy i to, że nie znalazła ciała, wcale nie oznaczało, że mógł przeżyć.
Nie żył. Na pewno.
Nie zorientowała się, że oddychała przez zaciśnięte zęby. Poczuła czyjąś rękę na ramionach – Alistair objął ją, trochę niepewnie. Popatrzyła na niego, wypuszczając wstrzymywane powietrze. Nie powinna pokazywać po sobie, że się zdenerwowała.
— Jesteś bardzo delikatna — wycedził zimno Alistair.
Morrigan zacisnęła usta. Obrzuciła ich gniewnym, trochę spłoszonym spojrzeniem i skrzyżowała ramiona na piersiach.
— Chcę po prostu powiedzieć, że głupotą byłoby ruszać na ratunek, nie mając pojęcia, gdzie się ukrywa, i szukać go w Głuszy opanowanej przez mroczne pomioty — prychnęła. — Znajdziesz go gdzieś poza Głuszą, razem z pozostałymi ocalonymi. Albo wcale.
— Co nie znaczy, że nie powinnam go szukać — sprzeciwiła się zdławionym głosem.
Na oddech Stwórcy, jaka ona była głupia. Dlaczego tak się upierała? Wiedziała, że straciła dom. Rodzinę. Wszystko. Czas najwyższy się pogodzić. Przełknąć to. Nie mogła pokazywać słabości i smutku, kiedy obserwowały ją oceniające oczy Morrigan. Kiedy tak wiele od niej zależało.
Po co komu uczucia. Na pewno dało się je zdeptać na nic.
— Właśnie to znaczy — warknęła Morrigan. — Chcesz wyświadczyć swojemu bratu przysługę? Pomścij go. Czas na poszukiwanie ocalałych przyjdzie później.
Alistair gwałtownie pociągnął Ellen w przód. Jej nogi zareagowały same, ruszając za nim, chociaż umysł nawet nie zorientował się, co się działo. Wbiła wzrok w ziemię.
Pozbądź się emocji. Wszystkich. Natychmiast.
— Uważam, że sugestia Flemeth to najlepszy pomysł — stwierdził lżejszym tonem Alistair, prowadząc ją ku Lothering. — A jeśli chodzi o te traktaty… Przejrzałaś je?
— Tak — wydusiła.
W drodze było na to mnóstwo czasu.
— Mamy dokumenty dla trzech głównych grup — westchnął. — Dla elfów z Dalii, krasnoludów z Orzammaru i dla Kręgu Maginów.
— Więc musimy ich odszukać — zauważyła bez entuzjazmu.
Brzmiało tak prosto. Tak… normalnie.
Westchnęła. Nic już nie było normalne. Czas się do tego przyzwyczaić.
— Masz jakiś plan? — spytał.
Słyszała za plecami kroki Morrigan. Shegar dyszał gdzieś nieopodal, ale nie widziała go w obrębie ziemi, w którą wbijała wzrok.
Czy miała plan? To nie był plan, raczej rozsądek. Nie umiała planować.
— Najpierw powinniśmy udać się do Redcliffe. Chyba najłatwiej będzie tam nawiązać z kimś kontakt — mruknęła. — Orzammar, Krąg Maginów, nie wspominając już o Dalijczykach, to miejsca, gdzie żadne z nas nie będzie wiedziało, co robić. Arl Eamon to jakiś początek. Może nam to coś da.
Alistair uśmiechnął się lekko i skinął głową. Ellen popatrzyła na niego zaskoczona. Nie kwestionował? Nie dopytywał? Nie zasypywał własnymi pomysłami?
Rozluźniła się. W porządku. Przynajmniej wiedzieli, dokąd się teraz udać. Z Lothering na północny zachód. Do Redcliffe.
A potem tam, gdzie ich Stwórca rzuci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz