środa, 23 stycznia 2013

Rozdział 1.2 - Zamieszanie w kuchni

Ellen wróciła tą samą drogą. Z mijanym wartownikiem wymieniła pogodne uśmiechy i skierowała się do północnej części posiadłości, gdzie znajdowały się komnaty prywatne oraz pokoje gościnne. Jej uszu dobiegły śmiechy rozlegające się zza solidnych drzwi skarbca. Zaskoczona zatrzymała się i wyciągnęła szyję w półmrok stworzony przez kamienne ściany. Nacisnęła klamkę, bez wahania przekraczając próg.
Znalazła się w niedużej komnacie. Pod ścianami piętrzyły się skrzynie, beczki i worki z różnego rodzaju zaopatrzeniem, w rogach wciśnięto zużyte manekiny do ćwiczeń szermierczych. W zachodniej ścianie widniały wielkie pancerne drzwi – główna sala skarbca. Na samym środku stał dębowy stół i dwie długie ławy, na których siedzieli wartownicy. Na ustach Ellen pojawił się uśmiech, gdy zobaczyła, co robili. Na jej widok jeden z nich zerwał się niczym oparzony, prawie wywracając ławę, a drugi, siedzący do niej plecami, zgarbił się, jakby chciał udawać, że go nie było.
— Och! — sapnął zaskoczony wartownik, stając na baczność. — Moja pani, my tylko… Eee…
— Gracie w karty? — podsunęła.
Strażnik momentalnie zbladł.
— Cóż… skarbiec jest bezpieczny… — Gestykulował żywo i wykręcał sobie palce w różne strony, jakby się bał, że zaraz usłyszy wyrok. — Właściwie to nie wiem nawet, dlaczego teyrn nas tutaj wysłał…
— Nie martwcie się. — Uśmiechnęła się szeroko. — Nic nikomu nie powiem.
— My… — zająknął się i z ulgą usiadł na ławie, aż drewno zatrzeszczało z protestem. — Doceniamy to, moja pani. Dziękujemy.
Ellen skinęła głową, rozejrzała się raz jeszcze po skarbcu i westchnęła cicho. Może ojciec musiał trzymać tu wartę, nawet jeśli dobytek był bezpieczny? Nie powinna się tym przejmować, nigdy nie będzie tu rządzić… Oprócz tego okresu wojny, ale to się nie liczyło. To co innego, niż władać ziemiami całe życie, prawda?
Odwróciła się i bez słowa wyszła, nie chcąc denerwować strażników. Zamknęła drzwi, zerknęła na wiszącą nieopodal lampę, która rzucała krwiste światło na bruk, i powoli ruszyła. Jak tak dalej pójdzie, Fergus dowie się, co miał robić, dopiero nad ranem. Nie powinna już zwlekać, trzeba… Na zakręcie wpadła na kogoś, odbiła się od opancerzonej piersi i zatoczyła w tył, mrucząc przekleństwo. Otworzyła oczy i z konsternacją spojrzała na stojącego przed nią sir Gilmore’a. Wydawał się równie zdziwiony tym nagłym spotkaniem co ona. Jego zielone oczy zabłysły radośnie.
— Tu jesteś! — Uśmiechnął się szeroko. — Twoja matka powiedziała mi, że wezwał cię teyrn, więc nie chciałem przerywać.
Ellen uśmiechnęła się.
— I ja witam ciebie, sir Gilmorze — stwierdziła kąśliwie.
— Ha! — wydusił, przekrzywiając głowę. — Wybacz mi moje maniery, pani — poprosił skruszony. — Po prostu wszędzie ciebie szukałem. Obawiam się, że twój ogar znów narobił w kuchni zamieszania. Niania grozi odejściem.
Ellen zbyt dobrze znała swoją dawną opiekunkę, żeby uwierzyć w którąkolwiek z jej dość częstych gróźb. Powstrzymała ciężkie westchnienie, nie chcąc denerwować przyjaciela – Niania miała pretensje do całego świata średnio raz w miesiącu. Wszyscy powinni byli już przywyknąć do jej humorków.
— Niania tylko tak gada. — Niedbale machnęła ręką. — Zawsze taka była.
Sir Gilmore nie wyglądał na przekonanego.
— Twoja matka jest innego zdania. Nalega, byś zabrała stamtąd swego ogara. I to szybko — uzupełnił z naciskiem. — Wiesz, jakie są te mabari. Słuchają tylko swej pani, wszyscy inni ryzykują utratę ręki.
Ellen spojrzała na niego zła i wydęła usta.
— On dobrze wie, że nie powinien nikogo krzywdzić — burknęła.
— Wolę tego nie sprawdzać — stwierdził rozbawiony i obejrzał się przez ramię na szeroką drogę. — Masz szczęście, że posiadasz swego własnego ogara bojowego. Wystarczająco sprytnego, żeby się nie odzywać, jak zwykł mawiać mój ojciec. To oczywiście oznacza, że bardzo szybko się nudzi. Niania twierdzi, że robi to całe zamieszanie wyłącznie dla zabawy. — Westchnął, wyraźnie zmęczony narzekaniami kucharki. — Tak czy inaczej, twoja matka kazała, bym ci towarzyszył do czasu, aż sprawa zostanie rozwiązana.
Ellen odetchnęła. Samotne spotkanie z Nianią, zwłaszcza wściekłą Nianią, zawsze zostawiało uszczerbki na zdrowiu.
— Pójdziemy? — zaproponował sir Gilmore.
— A więc do kuchni — westchnęła ciężko i wzniosła oczy do nieba.
Usłyszała jego rozbawiony śmiech.
— Idź tam, skąd dobiegają krzyki. Kiedy Niania jest niezadowolona, dba o to, by każdy o tym wiedział — rzucił złośliwie.
Ellen zachichotała, zerkając na niego z ukosa.
Minęli jadalnię i już stąd usłyszeli powarkiwania Niani, szczekanie ogara oraz zdenerwowane piski kucharczyków. Ellen otworzyła drzwi i wkroczyła do pomieszczenia. Od razu owiało ją ciepło buchające z rozgrzanych pieców, zapach ziół, przygotowywanego jedzenia, ciast… oraz jej psa. Przełknęła ślinę. W kątach walały się skrzynki i worki z żywnością, na stołach, szafkach oraz półkach leżały garnki, sztućce, dokoła rozlewał się ciepły blask ognia. Na końcu sali stały trzy osoby – dwa elfy, pomocnicy w kuchni, i Niania we własnej osobie, wbijająca rozjuszone spojrzenie w drzwi od podręcznej spiżarni. Czyli tam zapewne znajdował się nieszczęsny pies.
Ellen z niezadowoleniem zauważyła, że sir Gilmore wycofał się za nią, zachęcając ją, by poszła przodem. Fuknęła na niego i z przygarbionymi ramionami ruszyła.
— Zabierz tego parszywego kundla ze spiżarni! — ryknęła Niania na kulącą się przed nią służkę.
Drugi elf skutecznie udawał, że nie istniał.
Poorana licznymi zmarszczkami twarz Niani wyglądała upiornie, kiedy brązowe oczy ciskały piorunami, a siwe włosy sterczały we wszystkie strony, nastroszone niczym u wściekłego kota.
— Ależ pani! — jęknęła elfka. — On nas do siebie nie dopuści!
— Jeśli nie będę mogła wejść do spiżarni, obedrę was ze skóry, wy bezużyteczne elfy. Przysięgam! — warknęła.
— Uspokój się, dobra kobieto — wtrącił sir Gilmore. — Przyszliśmy pomóc… — dodał mniej pewnie, bo owa dobra kobieta odwróciła się i zamordowała ich wzrokiem.
Ellen bezwiednie przełknęła ślinę.
— Ty! — huknęła Niania. — I ty! — ryknęła, wskazując na Ellen. — Twój przeklęty kundel zakrada się do mojej spiżarni! Trzeba go zabić!
— To nie kundel, tylko czystej krwi mabari! — zjeżyła się.
Może pies sprawiał problemy, był niewychowany, śmierdziało mu z pyska, szczekał za głośno oraz pakował się na kolana zawsze wtedy, kiedy nie powinien, ale bardzo go kochała i o żadnym zabijaniu nie chciała słyszeć.
— Wilk plagi: tym właśnie jest! — splunęła Niania i zgromiła Ellen wzrokiem. — Niby jak mam pracować w takich warunkach?
— Ojej — sapnęła służka, odpychając towarzysza w tył, jakby chciała go osłonić przed gniewem kucharki. — Niech się pani uspokoi, proszę…
— Dość tego! — ryknęła Niania. — Odchodzę. Przekażcie to teyrnie. Będę gotować w majątku jakiegoś miłego banna.
Ellen z satysfakcją pomyślała, że po tygodniu spędzonym z Nianią bann wcale już taki miły by nie był.
— Nianiu, proszę! — jęknął sir Gilmore. — Schwytamy tego psa. Uspokój się! — Spojrzał na nią błagalnie.
— Po prostu się go pozbądźcie! — warknęła Niania. — Mam i tak dość problemów z regimentem wiecznie głodnych żołnierzy! — rzuciła groźnie.
Sir Gilmore zrobił urażoną minę.
— Wy dwoje! — ryknęła na elfy. — Nie stójcie tam jak idioci! Z drogi!
Ellen spojrzała z wdzięcznością na sir Gilmore’a, kiedy Niania i jej pomocnicy oddalili się, i wypuściła powietrze. Sir Gilmore uśmiechnął się krzywo i wskazał ruchem dłoni zamknięte drzwi, zza których dobiegały popiskiwania. Przekroczyli próg i z pełnym przerażeniem spojrzeli na bałagan ścielący się na podłodze. Jedzenie z półek oraz z worków w większej mierze zostało wyciągnięte na posadzkę, kilka pomidorów zdeptały olbrzymie łapy, regał połamano, lniany materiał w innym kącie podarto pazurami.
Wśród tego wszystkiego kroczył z nosem przy ziemi wielki pies, ogar mabari, o złocistym futrze, masywnym podpalanym na czarno pysku i z nastawionymi uszami. Sir Gilmore i Ellen zgodnie jęknęli, podczas gdy pies zatrzymał się przed rogiem pomieszczenia i zaczęło obszczekiwać worki z pszenicą.
— Spójrzcie tylko na ten bałagan! — zawołał sir Gilmore, sunąc wzrokiem po pobojowisku. — Co ten pies tutaj robi?
Mabari odwrócił się do nich. Jego ogon poruszył się najpierw powoli, jednak kiedy dostrzegł Ellen, zaczął machać błyskawicznie z jednej strony w drugą. Pies zaszczekał podekscytowany i doskoczył do swojej pani, wlepiając w nią brązowe ślepia. Dziewczyna zmarszczyła czoło, widząc, że zachowywał się inaczej niż zwykle.
— Próbujesz mi coś powiedzieć, Shegar? — Pogładziła zaśliniony pysk.
Ogar zaszczekał i zaczął kręcić się nerwowo w kółko. Ellen uniosła brwi.
— Rzeczywiście tak wygląda — zgodził się sir Gilmore.
Rozległo się ciche piszczenie, bynajmniej nie od strony skaczącego psa, tylko worków przed chwilą przez niego obszczekiwanych. Towarzyszył temu także podejrzany chrobot.
— Chwileczkę, słyszysz to? — zaniepokoił się sir Gilmore.
Ellen skinęła głową. Co mogło się ukryć wśród jedzenia w spiżarni? W pierwszej chwili pomyślała o myszach, jednak Shegar warknął nisko, tuląc uszy. Zadrżała, widząc, że jej ogar nie bagatelizował dźwięku, i potoczyła spojrzeniem dokoła.
Wtedy to zauważyła. Wielki czarny szczur.
To był odruch. Kiedy gryzoń ruszył w jej stronę, ze zduszonym piśnięciem odtrąciła go nogą, nerwowo dobywając sztyletu. Dreszcz obrzydzenia wstrząsnął jej ciałem, sprawiając, że z przesadną siłą zacisnęła dłoń na rękojeści broni. Jeden szczur to nie problem, wystarczyło złapać go do skrzynki czy czegoś podobnego i wyrzucić za mury. Albo cokolwiek. Nie należało od razu…
Było ich więcej. Zauważyła to dopiero w chwili, w której Shegar odskoczył od półek, szarpiąc trzymanym w pysku grubym cielskiem. Nigdy nie widziała aż tak wielkich szczurów. Sięgały jej prawie połowy łydki! To nie mogło być normalne.
— Fuj! — jęknęła.
— Cofnij się! — zażądał sir Gilmore, popychając ją w tył.
Ellen posłusznie postąpiła kilka kroków w bok, nie mogąc zwalczyć skręcającego jej wnętrzności obrzydzenia. Po spiżarni rozległ się trzask łamanych przez szczęki Shegara kości. Cudowny sposób na spędzenie popołudnia – obserwowanie istnej, krwawej rzezi.
Zanim się zorientowała, sir Gilmore dobył miecza. Wystarczyło kilka chwil, żeby przetrącił grzbiety najbliżej biegającym szczurom, z łatwością, jakiej Ellen nawet się po nim nie spodziewała. Przez myśl przemknęło jej, by pomóc – ale nie dość, że nie chciała zabijać tych przerośniętych bestii o przesadnie żółtych zębach, to nawet nie zdążyła zareagować. Ściskany w dłoni sztylet nie przydał się do niczego, kiedy była w towarzystwie sir Gilmore’a oraz swojego oddanego mabari.
Jak nagle szczury wypełzły z półmroku – jakby rodząc się z samego cienia – tak równie szybko zniknęły. Na posadzce zostały tylko powykręcane, zakrwawione ciałka, rozrzucone dokoła jak niechciane zabawki. Ellen wyprostowała się sztywno, przesuwając spojrzeniem po pobojowisku. Nigdy nie widziała tak wielkich szczurów. To nie oznaczało jednak, że trzeba było je zabijać.
Niestety, oznaczało. Doskonale to wiedziała. Za dużo się ich tu wylęgło, żeby dobrotliwie pozwolić szkodnikom zostać.
— Ogromne szczury? — odezwał się sir Gilmore, wyrywając ją z ponurej zadumy. — Przypomina mi to początek marnych historyjek przygodowych, jakie zwykł mi opowiadać dziadek. Twój ogar musiał je wytropić. Wygląda na to, że jednak nie chodziło mu o to, by pomyszkować sobie w spiżarni. — Spojrzał na niego przyjaźnie.
Shegar zaszczekał podekscytowany, oblizując pysk, by pozbyć się zalegającej na nim krwi. Ellen podrapała go za uchem, starając się udawać, że nie widziała brudzącej jego jasną sierść posoki.
— A więc mój własny pies stawia mnie w niebezpieczeństwie — zauważyła rozbawiona. — Świetnie.
— Wyświadczył nam wielką przysługę, pozbywając się ich na dobre — upomniał ją sir Gilmore. — Skoro masz tu swego mabari, mogę zająć się własnymi sprawami. — Skłonił się lekko. — Mam przygotować się na przybycie kolejnych ludzi arla. — Skierował do wyjścia, posławszy jej ciepły uśmiech.
Ellen westchnęła ciężko, odprowadzając go spojrzeniem. Dla uspokojenia nadal walącego mocniej serca nie przestała głaskać Shegara – mabari usiadł przy jej nodze i przytulił się do niej bokiem, z dumą spoglądając na upolowane szczury. Może powinni zainwestować w kota. Takiego wielkości konia.
Sztywno odwróciwszy się od trupów, Ellen skierowała się do kuchni. Pozostawało mieć nadzieję, że Niania jej nie zauważy i – razem z Shegarem – uciekną, zanim spadnie na nich jej gniew. Istniała jednak szansa, że sir Gilmore został pochwycony przy wychodzeniu i, ratując własną skórę, wydał Ellen. Nie miałaby mu tego za złe, sama zrobiłaby dokładnie to samo na jego miejscu.
— A oto i on, oblizuje się pewnie po tym, jak zeżarł moją pieczeń! — warknęła Niania, zbliżając się do nich sztywnym krokiem.
Ellen westchnęła.
— Tak naprawdę to bronił twojej spiżarni przed szczurami — żachnęła się, nieco zirytowana. — Takimi dużymi.
— Szczury? — przeraziła się służka i prawie upuściła trzymany talerz. — Ale nie takie wielkie i szare?
Zmieszanie na twarzy Ellen musiało potwierdzić jej najgorsze obawy. Pisnęła.
— Stwórco, zjedzą nas żywcem! — zawołał elf, odkładając trzymanego pomidora i łapiąc się za głowę.
— Widzisz? Wystraszyłaś mi służbę! — parsknęła zdenerwowana Niania.
Ellen rzuciła jej wściekłe spojrzenie, z całych sił próbując się opanować i nie powiedzieć niczego niemiłego.
— Mam nadzieję, że te ohydne stworzenia są już martwe — dodała Niania, mierząc Ellen krytycznym wzrokiem.
— Mój wierny ogar bojowy zadbał o to, by było bezpiecznie — mruknęła i położyła dłoń na łbie Shegara.
— Hmm. Założę się, że to ten pies wpuścił szczury do środka — stwierdziła po krótkim zamyśleniu.
Ellen jęknęła cicho.
Shegar zaskomlił, wlepiając w Nianię duże, brązowe ślepia i nieśmiało merdając ogonem. Kobieta prychnęła rozjuszona i machnęła ręką.
— Och, nie zaczynaj nawet z tymi smutnymi oczami! Jestem odporna na ten twój tak zwany urok — zastrzegła.
Shegar się nie poddał. Pisnął jak skrzywdzone dziecko, nie odrywając ślepi od Niani. Wreszcie westchnęła zrezygnowana i wzięła ze stołu kawałek mięsa.
— No dobrze, proszę. — Rzuciła mu jedzenie. — Bierz wieprzowinę i nie mów, że Niania nic ci nie daje!
Ellen, patrząc na to, jak szybko mięso znikało w gardle jej psa, zastanowiła się, czy to w ogóle pogryzł.
— Przeklęty pies. Dziękuję, moja pani — odezwała się Niania cierpkim głosem. — Możemy wreszcie wziąć się do pracy. Wy dwoje, nie stójcie tak! — warknęła na służbę.
— W nogi — szepnęła Ellen, klepnęła Shegara w grzbiet i przemknęła do drzwi.
Wypadła na świeże powietrze, jakby goniła ją horda rozjuszonych szczurów. Odetchnęła głęboko i ruszyła ku prywatnym komnatom. Teraz, odzyskawszy Shegara i uratowawszy dzisiejszą kolację, chyba mogła w spokoju przekazać bratu wieści o wyjeździe do Ostagaru. To była – o ile dobrze pamiętała – jakaś ruina na południu. Musieli tam założyć obóz, skoro ojciec wybierał się do tak zapomnianego przez świat miejsca.
Przystanęła, kiedy w przejściu zauważyła matkę w towarzystwie dwojga szlachciców i służki. Szybko przeanalizowała obecną sytuację, a przypomniawszy sobie, że chłopak stojący obok drobnej elfki nie miał jeszcze żony, od razu podjęła decyzję.
Fergusowi się zapewne nie śpieszyło. Za to biblioteka to bardzo ciekawe miejsce.
Schowała się za ścianą, poczekała, aż rozmowa znowu głośniej rozbrzmiała w uliczce, i skinęła głową na Shegara.
— Biegnij pod bibliotekę — rozkazała półgłosem.
Shegar stulił uszy i przemknął niczym złodziej pod same drzwi. Dopiero tam wywalił jęzor i wyczekująco popatrzył na Ellen. Śmignęła w przejściu, po czym ukryła się za kolejnym rogiem – już bezpieczna. Odetchnęła z ulgą, wypuszczając powietrze. Nikt za nią nie zawołał. Wartownik spojrzał na nią zdumiony, więc wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
W bibliotece panowała cisza, wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, stały półki z książkami. Księgi oraz woluminy walały się nawet na podłodze, naprzeciw drzwi radośnie płonęło palenisko. Trudno utrzymywało się ciepło w kamiennej posiadłości, a stare tomiszcza potrzebowały ciepła, by wilgoć nie pożarła ich kruchych kart. Po lewej stronie znajdowały się jeszcze jedne drzwi i Ellen pomyślała, by tam się schować. Było już jednak za późno – brat Aldous ją zauważył, odwróciwszy się od dwóch chłopców, do których mówił.
Skinął na nią dłonią, żeby podeszła. Ellen skrzywiła się, ale bez szemrania wykonała polecenie, podchwytując rozbawione spojrzenie stojącego nieopodal bibliotekarza.
— Witaj, moja droga. Tak się składa, że zaczynam właśnie uczyć tych młodych giermków historii twego rodu — przywitał się Aldous.
Ellen uśmiechnęła się rozbawiona, widząc zbolałą minę maluchów.
— Musimy? — jęknął jeden z chłopców. — Historia jest nudna!
— Chłopcy, mówicie o Couslandach… — upomniał ich Aldous, kręcąc głową. — Rodzie, w którego zamku wszyscy mieszkacie! Okażcie trochę szacunku!
— Nie ma sprawy — uspokoiła go Ellen, patrząc z uśmiechem na nieszczęsnych uczniów. — Historia rzeczywiście jest nudna.
— Widzę, że nic a nic się nie zmieniłaś — stwierdził pogodnie. — Może warto byłoby przyłączyć się do naszej lekcji? — zaproponował.
Ellen lekko wydęła usta. Z jednej strony czaiło się widmo nudnych wykładów uczonego, z drugiej szlachcice dyskutujący o tym kogo, kiedy i gdzie poślubi.
Wzdrygnęła się. Wolała historię.
— Oczywiście. Uczynię to z radością.
— Wspaniale! — ucieszył się. — Historia Couslandów jest długa. Od czego zaczniemy?
— Kiedy nasz ród został założony? — mruknęła.
W odmętach umysłu nie mogła dogrzebać się żadnej konkretnej daty.
— Archiwa nie są w tej sprawie precyzyjne, ale wiadomo, że Couslandowie stali się teyrnami podczas Czarnego Wieku — zaczął Aldous. — Brzmi znajomo, moje dziecko? — Spojrzał na Ellen wyczekująco.
— W okresie zarazy likantropijnej? — podsunęła niepewnie.
Pamiętała, że lubiła ten okres. Z uwagą śledziła poczynania wilkołaków – były dla niej tylko fantastycznymi stworzeniami, które nie istniały, tak samo jak gryfy czy smoki.
— Dobrze! Cieszę się, że zapamiętałaś coś z moich lekcji — pochwalił ją. — W tamtych czasach twoja rodzina dzierżyła tylko mało znaczący tytuł banna. Gdy wilkołaki dotarły na te tereny, bann Mather Cousland wprowadził w mieście godzinę policyjną i zorganizował patrole. Kilku miejscowych bannów wspierało jego wysiłki, składając przysięgę lojalności i czyniąc go swoim teyrnem.
— A więc nasz ród powstał przed powołaniem do życia królestwa, tak? — spytała.
— Cieszę się, że choć część moich lekcji nie zniknęła w otchłani ziejącej między twymi uszami, młoda damo — mruknął złośliwie.
Ellen uśmiechnęła się szeroko.
— Robię co w mojej mocy — zapewniła.
— Wygląda więc na to, że już do końca wykorzystałaś swój potencjał. Szkoda — podsumował. — Tak czy siak, twoja rodzina kontrolowała teyrnir Wysokoże od czasów poprzedzających zjednoczenie Fereldenu przez króla Kalenhada. Prawda jest taka, że teyrna Elethea Cousland walczyła przeciwko Kalenhadowi o zachowanie przez Wysokoże niezależności.
— Sprzeciwiliśmy się królowi? — wyrwało się jej z niedowierzaniem.
— Dzisiaj Couslandowie są żarliwymi rojalistami, ale w tamtym okresie Kalenhad nie był powszechnie znany, a wielu uważało go wręcz za człowieka niebezpiecznego — wytłumaczył. — Gdy armia Kalenhada dotarła do Wysokoża, teyrna Elethea poprowadziła przeciwko niej miejscowych bannów. Kalenhad oczywiście zwyciężył.
— I pozwolił nam zatrzymać teyrnir?
— Kalenhad nie pragnął podboju Fereldenu, tylko jego zjednoczenia. Po tym, jak żołnierze Elethei zostali pokonani, Kalenhad poprosił ją, by przysięgła mu lojalność. — Aldous na chwilę zamilkł. — Głaz, przy którym pertraktowali, po dziś dzień stanowi pamiątkę tamtego wydarzenia.
Ellen skinęła głową. Powróciła myślami do rozmowy odbytej, zdawałoby się, dawno temu – do zachowania Howe’a i życzliwości ojca jego względem.
— Opowiedz o naszych stosunkach z arlem Howe — poprosiła.
— Rody Couslandów i Howe’ów mają wspólną przeszłość sięgającą czasów orlesiańskiej okupacji.
— Kiedy Orlesianie okupowali Wysokoże? — spytała od razu.
— Za rządów twojego dziadka. Oczywiście mieli poważne problemy z utrzymaniem tych ziem. Podczas powstania przeciwko Orlesianom, w pobliżu Wysokoża stoczono kilka bitew. Portowa wioska, Bród Harpera, była stolicą teyrniru. Jej arl nazywał się Terleton Howe. Choć miał blisko dziewięćdziesiąt lat, wciąż był bystry i zawzięty. Twój dziadek otwarcie wspierał powstanie, podczas gdy ród Howe opowiedział się po stronie Orlesian.
Ellen uniosła brwi. Tego się, prawdę mówiąc, nie spodziewała. Nie wyobrażała sobie, jak ktokolwiek mógłby wesprzeć uzurpatorów, którzy rozrywali ojczyznę na kawałki, traktując ją jak swoją żałosną prowincję. Zacisnęła dłonie w pięści, powstrzymując falę palącego pierś gniewu.
Nie znosiła Orlesian i ich fikuśnego akcentu. Oraz ich fikuśnych masek. Fikuśnych ubiorów, fikuśnych domów, fikuśnej polityki.
— Zanim wszystko dobiegło końca, twoja rodzina zmuszona była zająć Bród Harpera — kontynuował Aldous, zupełnie nie zauważywszy złości malującej się w jej oczach.
— To niefortunne — wycedziła przez zęby, w głębi serca uważając, że Howe’om się należało — ale nie mogliśmy pozwolić sobie na utratę Brodu Harpera.
— Zgadza się. To z kolei, jak pewnie się domyślasz, doprowadziło do rozdźwięku pomiędzy oboma rodami. Howe przyłączyli się w końcu do powstania, gdy cały Ferelden zjednoczył się pod przywództwem króla Marica i generała Loghaina. Tak jak teraz jesteśmy zjednoczeni pod wodzą króla Cailana, syna Marica, w walce z mrocznymi pomiotami.
Ellen drgnęła. Jej spojrzenie powędrowało do drzwi, kiedy słowa Aldousa przypomniały o niewykonanym zadaniu.
— Czas chyba zakończyć lekcję — rzuciła.
— Dziękuję, że sprawiłaś przyjemność staremu człowiekowi — mruknął Aldous i skłonił się lekko.
Uśmiechnęła się pogodnie i spojrzała na drzemiącego przy palenisku Shegara. Biedak, jeszcze gorzej znosił lekcje historii.
— Ech! — westchnął jeden z giermków. — To znaczy, że teraz ciebie będziemy musieli słuchać?
— Cisza! — huknął Aldous. — Nie pozwolę, byście zamienili się w przemądrzałych chuliganów! — zagroził, pomachał złowieszczo palcem przed ich nosami, a dzieciaki od razu skoczyły do książek. — Powinnaś już iść — zwrócił się do Ellen łagodniej. — Nie warto ich jeszcze bardziej rozpraszać. Ja tymczasem sobie tutaj usiądę i… — Następne jego słowa były niezrozumiałe, zaczął coś mamrotać pod nosem, jakby stracił kontakt z rzeczywistością.
Ellen uśmiechnęła się rozbawiona, patrząc, jak ze zmęczonym westchnieniem siadał w głębokim fotelu, skąd mógł obserwować pracujących podopiecznych. Cmoknęła na Shegara, skinęła Aldousowi głową – chociaż tego nie widział – i skierowała się do wyjścia.
Miała nadzieję, że tym razem nikt jej już nie zatrzyma.

4 komentarze:

  1. To smutne, że normalne opowiadania są tak mało popularne, a wszelakie blogi z fanfiction o Harrym Potterze są wręcz oblegane. I przyznam szczerze, że Twoje opowiadanie to jedyne fanfiction, jakie toleruję.
    Naprawdę te pierwsze rozdziały były pisane siedem lat temu? Jeśli tak, to jestem zdziwiony, bo przyjemnie mi się czyta. A jestem wybredny i zazwyczaj wytykam błędy i tak dalej.
    Fakt faktem błędy są, ale część z nich wyjaśniłaś, jak chociażby sztylety na plecach. W grze było jak było, dokładne odtwarzanie według mnie nigdy nie miało sensu, bo przecież bohaterowie w grach nigdy nie robią sobie przerwy na siku, prawda? ; )
    Mam nadzieję, że w dalszych rozdziałach niechęć do elfów zostanie podtrzymana. Grałem kiedyś na fabularce w klimacie Dragon Age, Ferelden się zwie. Kwestia traktowania elfów w tej grze niezmiernie mnie bawi, bowiem tylko fabularnie ta rasa jest uznawana za niewolników itp. Gracze natomiast niezbyt się tym przejmują i zamiast patrzeć nieprzychylnie na elfy, patrzą nieprzychylnie na rasistów, co jest dla mnie dziwne.
    Miałem ubaw z Dragon Age w sumie. Nie minęło dwadzieścia minut prologu ludzkiego szlachcica, a moja postać już się z kimś przespała. Jak grałem moim krasnoludem Ogrodowym, do końca misji w Głuszy Korcari czy jakoś tak miałem na koncie trzy niewinne osoby x) Więźnia, rannego żołnierza i bodajże kronikarza w Orzammarze. Tłumaczenie strażnikowi, że zabiłem więźnia, bo ten rzucił się na mnie, zniszczyło mnie x)

    Pozdrawiam serdecznie i nie zapraszam do siebie, bo nie ma po co (jeszcze...),
    Cyberpunk Stories.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama raczej też nie czytam - ani nie piszę - fan fiction. Cieszę się, że to moje coś przypadło ci do gustu, choć poziom nie będzie wysoki jeszcze długi czas. Co do braku popularności, najgorzej i tak mają teksty autorskie, których nie czyta dosłownie nikt.
      Tak, ostatnio dokładnie liczyłam, ile to lat. Łatwiej było, kiedy siedziałam na Onecie, bo miałam tam dokładną datę publikacji pierwszego rozdziału - teraz pamiętam tylko dzień i miesiąc, ale nie rok. Za to pamiętam, w którym momencie edukacji to było, więc przy odrobinie wysiłku umiem to zliczyć.
      Świadomość swobody w tym tekście przyszła do mnie z czasem. Stopniowo coraz mniej poświęcałam uwagi dosłownemu odwzorowaniu i coraz więcej pisałam od siebie, zachowując pierwotny koncept.
      Prawdę mówiąc, nie jestem pewna. Nie ma za bardzo okazji na razie, by położyć na to odpowiedni nacisk, jeśli mam być szczera. Jeszcze nie dotarłam do Dalijczyków, chociaż jestem coraz bliżej. Nie przypominam sobie również, jak to było na przestrzeni tych prawie stu rozdziałów.
      Taaak, Dragon Age to moja ulubiona gra, właśnie z powodu klimatu, możliwości oraz lekkości, która towarzyszy całości. Nie zmieniło się to ani na moment, nawet pomimo upadków, które seria także zaliczyła. Jak jestem fanką, jestem wierną fanką.

      Usuń
    2. Śmiem twierdzić, że poziom Twojego fanfiction jest o wiele lepszy niż jakiegokolwiek innego fanfiction. Nie żebym czytał ich wiele, ale te, na które natrafiłem, były okropne.
      Ja zawsze miałem problem z popularnością, jeśli chodzi o moje blogi. Może jakbym cały czas miał jeden, byłoby inaczej.
      Ale obecnie podjąłem decyzję, że kij z regularnym publikowaniem i zabieganiem o czytelników. Traktuję mojego bloga jako platformę, na której mogę trzymać moje teksty, napisane, sprawdzone i dopieszczone pod każdym względem. Chcę, żeby to mi się podobały i chcę także, żeby inni mieli możliwość ich przeczytania. Dlatego też mam zamiar reklamować się na różnych spisach, żeby dotrzeć do różnych osób. Dlatego raz na jakiś czas pojawi się jakieś opowiadanko, które będę powoli reklamował. A nuż cyberpunk komuś się spodoba ; )
      Preferuję bardziej mroczne światy, jak Wiedźmin, uniwersum Metro 2033 czy Deus Ex. Gdzie nie ma wyraźnego podziału na dobro i zło ; )

      Usuń
    3. Prawdę mówiąc, nie podchodzę ambitnie do tego tekstu. Tak jak wspominałam, mam inne projekty, które chcę dopracowywać, nie fika na podstawie gry.
      Nie zabiegam o czytelników, jak zresztą widać. Właściwie lubię mieć ładne szabloniki i estetyczne blogaski z wyjustowanym tekstem, gdzie wciepuję swoje teksty.
      Ja preferuję fantasy. Kropka.

      Usuń