wtorek, 29 stycznia 2013

Rozdział 1.20 - Lothering

Lothering było przepełnione ludźmi potrzebującymi pomocy. Ellen ze zgrozą patrzyła na kręcących się po niewielkiej wiosce uchodźców. Mieli na sobie podarte łachmany, ich twarze zastygły w pełnym napięcia przerażeniu. Dzieci kurczowo trzymały się spódnic matek, wiodąc ciekawskimi spojrzeniami za ich grupą. Nie dało się tu zatrzymać. Może, ewentualnie, uzupełnić zapasy. O ile wszystkiego nie wykupiono.
Ellen westchnęła, przepychając się między ludźmi. Co oni zrobią, kiedy dotrze tu horda? Nie zatrzyma jej żadna armia. Żaden arl czy bann. Żaden teyrn. Byli zdani tylko na siebie – i niewątpliwą zagładę. Chyba nie zamierzali tu zostawać na dłużej? Skoro oni dotarli tu tak szybko, pomioty też niedługo nadejdą.
— Wy tam!
Jej wzrok powędrował w stronę głosu. Wśród tłumu stał templariusz, jego ciężka płytowa zbroja połyskiwała w promieniach słońca. Na napierśniku widniał płonący miecz – symbol zbrojnego ramienia Zakonu.
— Jeśli szukacie schronienia, ostrzegam: tu go nie znajdziecie! — zawołał.
Musiał zwracać się do nich. A oni wcale nie musieli mu odpowiadać.
Ellen pociągnęła Alistaira na bok, gwizdnąwszy na plączącego się między ludźmi Shegara. Morrigan pewnie sama sobie poradzi. Jak zawsze. Zignorowała nieco oburzone sapnięcie, które rozległo się tuż powyżej jej ucha. Przepchnęli się aż pod prowizoryczną palisadę, gdzie panował mniejszy ścisk. Dopiero tam Ellen puściła Alistaira.
— To nie wygląda dobrze — mruknęła, spoglądając na rozciągające się przed nimi, mało zachęcające Lothering.
Alistair skinął głową.
— Tutaj nic nie ma — przyznał ponuro.
Ellen widziała tylko domy mieszkalne, krzywe, drewniane i z pewnością wymagające naprawy, potężną kamienną bryłę świątyni, a trochę dalej – pola, wzgórza i nic. Może to przez ilość kręcących się tu ludzi, ale nie zauważyła nawet jednego kupieckiego straganu. Jeśli szczęście im dopisze, mieli tu coś na kształt karczmy.
Morrigan wyłoniła się spomiędzy ludzi. Jej twarz wykrzywiła irytacja, usta zacisnęła tak mocno, że ciemny barwnik, którym je pociągnęła, prawie się starł. Wyglądała na wściekłą. Ellen spróbowała nie poczuć satysfakcji – nikt przecież nie chciał jej tu ciągnąć, do obrzydliwego ludzkiego świata. Mogła zostać w Głuszy.
To niedaleko i znajdziecie tam to, czego potrzebujecie — rzucił zmienionym głosem Alistair, mierząc Morrigan nieprzychylnym spojrzeniem. — Może wskażesz nam tę krainę miodem i mlekiem płynącą, gdzie jest to, czego potrzebujemy?
Komentarz w punkt. Ellen udała, że rozmowa jej nie dotyczyła.
— Prawdopodobnie raczyłeś nie zauważyć, ale bliżej Głuszy Korcari nie ma żadnej innej dużej wioski — syknęła wściekle Morrigan. — Słucham twoich propozycji.
Alistair chmurnie zmarszczył czoło.
Cóż, mogli ominąć Lothering i wybrać się prosto do kolejnej dużej wioski, kawałek dalej, ale może z lepszym zaopatrzeniem. Ellen jednak nie zamierzała jeszcze bardziej jątrzyć – tylko kłótni im teraz brakowało.
— Poszukajmy jakiejś karczmy — zaproponowała, wzruszywszy ramionami. — Pewnie będą tam mieli jakieś jedzenie. Potem pomyślimy o namiotach czy czymś.
Plan brzmiał genialnie. Wybitnie.
— Niech będzie — zgodził się Alistair. — A starczy nam pieniędzy?
Ellen westchnęła. Popatrzyła na Alistaira z niezadowoleniem – nie musiał przypominać o kolejnym problemie. Mieli ich dość, żeby niektóre przemilczeć.
Po plecach przebiegł jej dreszcz. Zamierzali powstrzymać Plagę przed zniszczeniem Fereldenu, a nawet nie mieli na czym spać. Zapowiadało się cudownie. Wypuściła powietrze przez zęby i znów wzruszyła ramionami.
— Tego nie wiedzą najstarsi uczeni — mruknęła ponuro.
Nie cieszyło jej wracanie między ludzi, ale zacisnęła zęby i ruszyła w głąb Lothering. Poczuła ocierającego się o nogę Shegara – ogar bez trudu przeciskał się wśród uchodźców i Ellen szybko straciła go z oczu. Trudno. Jeśli się zgubi, sam będzie musiał ją znaleźć.
Przebrnęli aż do niewielkiego strumyka przecinającego miejscowość prawie na pół. Dostanie się na wąski most przerzucony nad wodą graniczyło z cudem. Gdyby nie to, że Ellen zupełnie nie ufała swoim krótkim nogom, może spróbowałaby przeskoczyć na drugą stronę. Musiała jednak przepchnąć się obok cuchnącego tanim piwem chłopa, a potem nie dać się wywrócić biegnącym jak spłoszone łanie dzieciakom.
— Na oddech Stwórcy — sapnęła pod nosem, wspierając się na balustradzie.
— Przynajmniej one nie tracą humoru — odezwał się Alistair.
Ellen obejrzała się na niego przez ramię. Brzmiał prawie normalnie – tylko blady uśmiech na jego ustach wydawał się dość ponury. Postanowiła nie reagować. Zsunęła się z mostu i ruszyła do większego budynku, nad którego drzwiami wisiał stary szyld.
Schronienie u Deina nie wyglądało zbyt zachęcająco, ale przecież nie mieli wyboru. Ellen uwiesiła się na mosiężnej klamce i pchnęła drzwi, krzywiąc się z wysiłku. Albo w środku przebywało wiele osób – wcale nie wykluczone – albo zawiasy się poluzowały, bo deski nieprzyjemnie zazgrzytały na kamieniach. Alistair pomógł jej, ułożywszy dłoń powyżej jej głowy i pchnąwszy z większą siłą. Teraz poczuła się jeszcze mniejsza.
— O rany — stęknął Alistair.
Ellen bez słowa skinęła głową. W środku rzeczywiście było więcej ludzi, niż powinno. Morze ciał prawie zupełnie przysłoniło niewielki kontuar, za którym uwijał się szynkarz.
— Cudownie — sarknęła za ich plecami Morrigan.
Ellen obejrzała się przez ramię. Nie po to, by Morrigan pocieszyć – ześlizgnęła się spojrzeniem na stojącego obok niej Shegara. Pogroziła mu palcem.
— Pilnuj drzwi — poprosiła.
Shegar posłusznie usiadł, przekrzywiając głowę. Przynajmniej on jeden jej słuchał.
Przepychając się do kontuaru, Ellen starała się nikogo nie podeptać – ale bez wzajemności. Kiedy trzeci raz dostała łokciem w brzuch tak mocno, że aż się pochyliła, a Alistair musiał jej pomóc się wyprostować, poczuła mocniej uderzające w piersi serce. Bezceremonialnie odepchnęła kolejnego mężczyznę ze swojej drogi i bez ostrożności ruszyła w dalszą drogę, powarkując na każdego, kto jej nie zauważał.
To zadziałało lepiej. Dotarli do kontuaru bez uszczerbków na zdrowiu – tylko Morrigan wdała się w krótką sprzeczkę z nie do końca trzeźwym mężczyzną. Ellen z niepokojem obrzuciła ich spojrzeniem. Chyba nie użyłaby na nim magii, prawda?
— Morrigan! — zawołała nad gwarem niskich głosów.
Morrigan zacisnęła usta, jakby jej nie usłyszała, ale w końcu oderwała wzrok od mężczyzny i sztywnym krokiem do nich dołączyła. Ellen przyjrzała jej się czujnie. Wyglądało na to, że wszystko w porządku.
— Co za tłum — westchnęła, przenosząc spojrzenie na Alistaira.
— A to dopiero początek. — Zerknął na nią wymownie.
Ellen zmarszczyła czoło. Racja. Uchodźców będzie przybywało, kiedy Plaga się rozprzestrzeni. Może niekoniecznie w Lothering, ale wielu spróbuje uciec coraz dalej na północ. Aż nie zostanie żadne miejsce, by się schronić.
— Wynośmy się stąd jak najszybciej — mruknęła, nie dbając, że Alistair mógł tego nie usłyszeć przez panujący w pomieszczeniu hałas.
Wsparła się na ladzie i pomachała ręką nad głową, by zwrócić na siebie uwagę szynkarza. Mężczyzna od razu ruszył w jej stronę, przesunąwszy kufel piwa do czyichś wyciągniętych dłoni, i zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem.
Racja. Uzbrojenie. Mogła nie wzbudzać zaufania. Szturchnęła Alistaira łokciem w żebra, żeby był gotowy w razie czego ją wesprzeć.
— Chcemy kupić prowiant! — zawołała.
Szynkarz zmrużył oczy.
— Nie rozdajemy jedzenia! — odparł.
Kupić! Zapłacimy! — zaznaczyła, z trudem przełknąwszy prychnięcie.
— Ile?
— Zależy, co dostaniemy!
Szynkarz chwilę milczał, wpatrując się w nią. Odpowiedziała na to spojrzenie – próbowała nie dać po sobie poznać niepewności. Jeśli tu nie zdobędą jedzenia, chyba pozostanie im polowanie. Nie wiedziała, czy którekolwiek z nich poradziłoby sobie z zastawianiem wnyk. Umarliby z głodu, a nie z rąk pomiotów.
Mężczyzna wreszcie skinął głową i zawrócił do drzwi prowadzących gdzieś na zaplecze. Ellen odetchnęła, mocniej opierając się na ladzie. Udało się. Teraz tylko mieć nadzieję, że nie zażyczy sobie horrendalnych kwot za parę bochenków chleba.
— Szukaj pieniędzy — rzuciła do Alistaira i sięgnęła do własnej sakwy.
— Czarno to widzę — poinformował.
Ellen wzruszyła ramionami. Wiedziała, że nie miał za wiele. Ona, w porównaniu do tego, jak spędziła większość życia, teraz też. Ale powinno wystarczyć na początek.
— Patrzcie, co my tu mamy. Chyba zostaliśmy pobłogosławieni.
Ellen odwróciła się, czując, jak twarda gula stawała jej w gardle. Wcisnęła się plecami w krawędź lady – za nimi stało kilku zbrojnych. Trzech, może czterech, źle rozróżniało się ludzi w takim zagęszczeniu. Uśmiechali się do siebie wymownie, spoglądając i na nią, i na Alistaira. Ellen też na niego zerknęła.
To nic dobrego, tak coś czuła.
— Oho — mruknął Alistair. — Ludzie Loghaina. Niedobrze.
O, świetnie.
Przyjrzała się ich zbrojom. Rzeczywiście, zauważyła znajomy herb rodu mac Tir. Tylko co oni robili w Lothering? Nie powinni byli razem ze swoim dowódcą uciec prosto do Denerim? Albo do Gwaren, gdzie ich parszywe miejsce?
Zacisnęła usta, uważnie wpatrując się w wojowników. Chyba nie zamierzali wszcząć burdy w zatłoczonej karczmie? Nabrała powietrza przez nos.
— Czy my przypadkiem nie spędziliśmy całego poranka, wypytując o kobietę i mężczyznę odpowiadających dokładnie takim rysopisom? — spytał mężczyzna z pobliźnioną twarzą. — I wszyscy mówili, że nikt ich nie widział?
— Wygląda na to, że zostaliśmy okłamani — odparł jeden z jego towarzyszy.
Robiło się coraz lepiej. Jakim cudem teyrn Loghain kazał ich szukać? Skąd wiedział, że przeżyli? Chodziło o to, że poszli na Wieżę Ishal, gdzie mieli być bezpieczni? Może tak. Może po prostu środki ostrożności.
Ellen nabrała kolejnego wdechu, przesuwając dłoń w stronę głowicy sztyletu. Na pewno nie szukał ich po to, żeby dać pieniądze i błogosławieństwo na walkę z Plagą.
— Panowie, nie ma powodu do niepokoju — rozległ się kobiecy głos.
Sytuacja nabierała surrealnego wymiaru.
Ellen popatrzyła na zbliżającą się do nich kobietę. W szacie Zakonu. Uśmiechniętą, drobną, z krótko ściętymi rudymi włosami. Zupełnie nie pasowała do tej karczmy, do uzbrojonych mężczyzn – ale za to bardzo pasowała do wypowiedzianych przez siebie słów. Odgarnęła za ucho zapleciony w warkoczyk kosmyk.
— Oni bez wątpienia tylko szukają schronienia — stwierdziła, wskazując na Ellen, Alistaira i chyba nawet na Morrigan.
Na oddech Stwórcy, ona tak na poważnie?
— Na pewno nie — warknął człowiek teyrna Loghaina. — A teraz odsuń się, siostro. Jeśli będziesz bronić zdrajców, spotka cię to samo co ich.
Sięgnął do rękojeści broni. Ellen zesztywniała w napięciu, czując, jak serce podchodziło jej do gardła. Tu było tyle osób! Tyle zupełnie nieświadomych zagrożenia osób. Mieli tak po prostu się na siebie rzucić?
Spojrzała na Alistaira. Nie chwycił za broń – w przeciwieństwie do Morrigan. Widziała, jak zacisnęła palce wokół kostura.
I co teraz?
— Porozmawiajmy o tym, zanim sprawy wymkną się spod kontroli — wykrztusiła, uspokajająco unosząc dłoń.
— Nie wydaje mi się, żeby posłuchał — westchnęła siostra zakonna. — On ślepo wykonuje rozkazy swego pana.
Ellen obrzuciła ją zdumionym wzrokiem. Naprawdę, jeszcze tu stała? Na co czekała, na łaskę Stwórcy? Aż miłosierdzie na nich spłynie? Zaraz zacznie się mordobicie, a ta nigdzie się nie wybierała? Nie miała jakiejś Pieśni Światła do odbębnienia?
— To nie ja jestem ślepy! — zawołał mężczyzna. — Służyłem pod Ostagarem, gdzie teyrn ocalił nas przed zdradą Szarych Strażników!
Zdradą?
Coś zadygotało i umarło w Ellen, boleśnie, kłując w serce, ściskając gardło, uginając nogi. Nabrała chrapliwego wdechu, wbiła wzrok w wykrzywioną gniewem twarz mężczyzny i poczuła, jak zapadała się w dziwną pustkę.
Zdrada. Zdrada Szarych Strażników. Ich. Jej.
Alistair syknął cicho, ale wychwyciła ten dźwięk wśród gwaru obcych głosów. Jej usta zadrżały, zanim mocno je zacisnęła.
— Służę mu z radością — warknął mężczyzna, dobywając broni. — Dość gadania. Bierzcie Strażników. Zabijcie siostrzyczkę i każdego, kto wam stanie na drodze.
— Dobra! — ucieszył się jeden z jego kompanów. — Uwiniemy się z tym szybko.
Po jej trupie.
Wyszarpnęła sztylet i uderzyła głowicą prosto w szczękę sięgającego po broń mężczyzny. Poczuła, jak pod ręką chrupnęły kości – dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Ktoś szarpnął ją w tył i nagle stanęła za plecami Alistaira. Jego miecz zazgrzytał w zetknięciu z ostrzem ranionego wojownika.
Na oddech Stwórcy, jak mieli walczyć wśród tylu ludzi?
Magia Morrigan zatrzeszczała w powietrzu i po podłodze przemknął lodowy pas. Pochwycił w uścisk nogi kolejnego przeciwnika i wspiął się wyżej, aż do jego torsu. Ellen cofnęła się jeszcze trochę, przesuwając się wzdłuż lady.
— Uważaj na miejscowych! — warknęła do Morrigan.
Podłapała jej przeszywające, niezadowolone spojrzenie. Nie miała czasu z nią dyskutować, Alistair potrzebował wsparcia. Odepchnęła się od kontuaru i skoczyła do najbliższego wojownika, ściągając sztyletami jego miecz ku ziemi. Sztych zarył w podłogę, żłobiąc w deskach głęboką koleinę.
Wokół podniósł się wrzask. Ellen nie słyszała własnych myśli, gdy odbijała ciosy mężczyzn, próbując trafić w odsłonięte części ciała. Zroszone potem szyje prawie zachęcały, by zatopić w nich sztylet. Ktoś potrącił ją, kiedy wybiegał z karczmy, i prawie opadła na kolana. Znalazła oparcie w wyciągniętym kosturze Morrigan – odepchnęła się od niego i skoczyła do przeciwnika. Wycofując się po zadaniu ciosu w ramię, wpadła na kogoś plecami. Lodowaty dreszcz wstrząsnął jej ciałem.
Za nią stała ta cholerna siostra zakonna. Obróciła w ręku niewielki sztylet, zaciskając usta, jakby powstrzymywała się od uśmiechu. Śledziła ruch jednego z wojowników, by w ostatniej chwili uskoczyć i wbić ostrze w jego kark. Ellen spojrzała na werżnięty w podłogę miecz konającego w drgawkach mężczyzny. Skąd ta kobieta umiała walczyć?
— Dobra, wygraliście! Poddajemy się!
Ochrypły głos jednego z wojowników wyrwał ją z odrętwienia. Odskoczyła w tył w tej samej chwili, w której Alistair opuścił broń. Spojrzała na niego, z trudem łapiąc oddech. Chyba nikt poza ludźmi teyrna Loghaina nie został ranny? Zerknęła na opustoszałe stoły – pod niektórymi kulili się pechowcy, którzy nie zdążyli uciec z karczmy. Nie widziała nikogo broczącego krwią.
— Dobrze — rzuciła siostra zakonna. — Dostali nauczkę, możemy przestać walczyć.
Posłała Ellen pogodny uśmiech – a Ellen odpowiedziała zdumionym spojrzeniem. Jeszcze się wtrącała? Co prawda pomogła im się z nimi zmierzyć, ale – na oddech Stwórcy – to siostra zakonna. Mogłaby się zająć tym, co robiły jej podobne?
— Nie chcę, żeby zgłosili się do Loghaina — warknęła Ellen, przenosząc wzrok na krwawiącego z rany na ramieniu mężczyzny.
Tylko dwóch z nich jeszcze żyło. Pozostali leżeli na podłodze. Co to za różnica, czy zabiją ich więcej? Oni się nie zawahali.
Cokolwiek zaplanował sobie teyrn Loghain, dla nich najlepiej byłoby, gdyby nie dowiedział się zbyt szybko, że przeżyli. Chciała uderzyć z zaskoczenia. Zemścić się tak, by strach nie opuszczał go przez długie tygodnie. Jego i pieprzonego Howe’a.
— Proszę! — zawołał mężczyzna, wycofując się. — Zaczekajcie!
Alistair wymierzył w niego ostrze miecza. Wyglądał nie niewzruszonego – i Ellen poczuła się spokojniej. Zgadzał się z nią. Miała rację. Mogła liczyć na jego wsparcie.
— Poddają się! Nie mieli z wami szans! — zawołała siostra zakonna, przechodząc w przód, jakby rzucała im wyzwanie. — Zostawcie ich!
Ellen spojrzała na nią. Spokojnie, twardo, wypuściwszy powietrze przez nos. Nie miała czasu na jej histerię, na dylematy moralne, na układanie lepszego planu. Istniały dwa sposoby na rozwiązanie tej sytuacji. Jeden był dla nich korzystny, drugi nie.
— Zabiją nas — stwierdziła obojętnie.
Przynajmniej spróbują, tak samo jak przed chwilą.
— Nie udało im się, a ja nikomu nie życzę śmierci — odparła oschle.
Ellen rzuciła jej jeszcze jedno spojrzenie. Była uparta. Może dlatego, bo ruda? Rudzielce zawsze były uparte, na przykład sir Gilmore. Zacisnęła usta, czując, jak coś przewracało się w jej żołądku.
Żadnych sentymentów. Byli na wojnie.
— Więc zmów za nich ostatnią modlitwę, siostro — zaproponowała cicho.
Alistair delikatnie przesunął ją w tył i skinął głową. Morrigan zareagowała na ten znak bez wahania – magia zatrzeszczała na końcu kostura, opadając wokół drżącymi, wąskimi strużkami energii. Ellen wypuściła powietrze.
— Chcesz powiedzieć…? — wykrztusiła siostra zakonna. — Dobrze więc. Niech Stwórca odpuści wam wasze winy. Niechaj was strzeże i prowadzi.
Jeszcze nie skończyła, kiedy miecz Alistaira przebił ciało jednego z mężczyzn. Magia Morrigan zmiażdżyła w uścisku ostatniego i osunęli się na podłogę. Krew wsiąkała w szpary między deskami, wypełniając duszne powietrze metalicznym zapachem. Ellen zacisnęła usta, wpatrując się w herb na ich zbrojach.
Jeśli było tu więcej ludzi Loghaina, powinni się zbierać. I to szybko.
— Nic tu po nas — mruknęła, przenosząc wzrok na Alistaira.
— Jedzenie? — Zerknął na drzwi prowadzące na zaplecze.
Ellen westchnęła. Gospodarz raczej nie zamierzał wyjść po tym, co usłyszał. Jeśli chciała dobić targu, musiała tam po niego iść. Skrzywiła się.
— Zaczekajcie na zewnątrz — poprosiła.
Wyminęła Alistaira i Morrigan, nie zwróciwszy uwagi na siostrę zakonną. Przy odrobinie szczęścia wreszcie się od nich odpieprzy i będą mogli w spokoju poszukać kogoś, kto chciałby pozbyć się innych przydatnych przedmiotów.
Uchyliła drzwi prowadzące na zaplecze. Gospodarz karczmy stał wciśnięty między dwoma regałami, pod samą ścianą, mocno ściskając worek z prowiantem. Widząc ją, ze świstem nabrał powietrza. Musiała wyglądać bardzo przyjaźnie, zbryzgana krwią i wściekła. Podeszła do niego, starając się przybrać bardziej przyjazną minę.
— Weź piętnaście srebrników — mruknęła, kładąc na półce obok niego niewielki mieszek. — Ja zabiorę jedzenie i więcej tu nie wrócimy.
Stanowczo wyjęła mu z rąk worek, wycofała się, a kiedy gospodarz się nie ruszył – wpatrywał się w nią tak, jakby mogła w każdej chwili go zaatakować – zawróciła do wyjścia. W pomieszczeniu dla gości nadal panował zamęt. Ściszone, przerażone głosy niosły się w ciszy ochrypłym pomrukiem, ale Ellen spróbowała je ignorować. Przestąpiła nad trupem, nawet nie zerknąwszy mu w twarz, i opuściła karczmę.
Alistair i Morrigan już na nią czekali. Alistair uśmiechnął się blado, jednak nie zdążyła odpowiedzieć, bo Shegar skoczył jej w ramiona. Ciężar psich łap na piersi zmusił ją do cofnięcia się pół kroku. Stęknęła, obejmując umięśnione cielsko. Naprawdę, przypominał sobie o swoim wewnętrznym szczeniaku w najmniej odpowiednich momentach.
— Daj spokój — rzuciła, ale podrapała go za uchem. — Na ziemię.
Shegar posłusznie stanął na czterech łapach, nadal merdając ogonem. Ellen podeszła bliżej Alistaira, przesunąwszy spojrzeniem po obcych ludziach po drugiej stronie strumienia. Tłum jakby trochę zelżał – albo tylko jej się wydawało.
— Mam jedzenie. — Uniosła worek. — Ale nadal potrzebujemy… sporo rzeczy.
Alistair westchnął.
— Bez kupca nie będzie łatwo.
Ellen przytaknęła. Bez pieniędzy też, jednak o tym na razie nie chciała wspominać. Miała jeszcze trochę zaskórniaków, Alistair na pewno również. Na Morrigan trudno było liczyć, nie wyglądała jak ktoś, kto kiedykolwiek trzymał w ręku więcej niż dziesięć srebrników.
Trzasnęły drzwi karczmy. Ellen aż się skrzywiła. Jeśli to gospodarz z pretensjami, co mogli zrobić? Przecież go nie zabiją. Morrigan na pewno to by zasugerowała, ale…
Odwróciła się i stanęła oko w oko z rudowłosą siostrą zakonną. Prawie jęknęła. A ta czego tu znowu chciała? Wyspowiadać ich ze zbrodni czy oficjalnie potępić grzeszne czyny? Zauważyła na jej twarzy uśmiech, na widok którego tylko mocniej zmrużyła oczy.
— Przepraszam, że się wtrąciłam, ale po prostu nie mogłam siedzieć i się przyglądać — stwierdziła siostra zakonna, z wdziękiem przekrzywiając głowę.
I? Tylko tyle? Ellen zmarszczyła czoło.
Nie chciała być opryskliwa. Nie było ku temu powodu. Będzie, jeśli ta kobieta nie da im wreszcie spokoju.
— Doceniam, co chciałaś zrobić — odparła ostrożnie.
Zerknęła na Alistaira. Zobaczyła na jego twarzy podobne zdumienie, które wypełniało jej pierś, łaskocząc w gardło. Naprawdę nie powinna się teraz śmiać.
— A ja wiem, że nie mieliście wyjścia. — Siostra zakonna znów się do nich uśmiechnęła, odgarnąwszy za ucho zapleciony kosmyk. — Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Leliana, jedna ze świeckich sióstr zakonnych z Lothering. A raczej… byłam.
Morrigan parsknęła z frustracją. Ellen trochę się jej nie dziwiła.
— Ellen — mruknęła, powstrzymawszy się od wywrócenia oczami. — A to Alistair.
Leliana skinęła głową. Jej entuzjazm był prawie przytłaczający.
— Ci ludzie mówili, że jesteście Szarymi Strażnikami — stwierdziła z lekkim podekscytowaniem.
Ellen westchnęła. Przytaknęła, poprawiając trzymany w garści worek z jedzeniem. Nawet nie zdążyła sprawdzić, co im gospodarz przygotował. Nie byli w pozycji do wybrzydzania, ale gdyby ich oszukał…
Odruchowo skinęła głową, potwierdzając przypuszczenia Leliany.
— Będziecie walczyć z mrocznymi pomiotami? To przecież robią Szarzy Strażnicy — westchnęła Leliana, jakby nawet nie potrzebowała tej odpowiedzi. — Wiem, że po tym, co się stało, będziecie potrzebować każdej pomocy. Dlatego idę z wami.
Ellen gwałtownie zacisnęła dłoń na otwieranym worku i wbiła w Lelianę zdumione spojrzenie. Usłyszała za plecami kaszel Alistaira. Zdecydowanie adekwatna reakcja. Nabrała powietrza, starając się uporządkować myśli.
Co tu się, na płonący miecz Andrasty, w ogóle działo?
— Skąd taka gotowość do pójścia z nami? — spytała, wysoko unosząc brwi.
— Stwórca mi kazał.
O, nie, to nie mogło naprawdę paść.
Zapadła przejmująca, głęboka cisza. Ellen słyszała tylko niosący się na wietrze gwar obcych głosów – ale ani Alistair, ani Morrigan niczego nie powiedzieli. A szkoda. Zwłaszcza Alistair mógłby jakoś pomóc. Wytłumaczyć tej siostrze zakonnej – Lelianie – że to bardzo miłe, jednak nie potrzebowali wsparcia samego Stwórcy. Doskonale radzili sobie sami.
Alistair prawdopodobnie próbował nie parsknąć śmiechem.
— Jasne… — rzuciła, nieco przeciągając samogłoskę. — To chyba ten moment, kiedy zaczynam się powoli wycofywać.
Leliana zająknęła się, jej policzki się zaróżowiły – albo ze wstydu, albo od nadmiaru emocji. Wydawało się, że bardzo przeżywała tę rozmowę.
— Ja… ja wiem, że to brzmi… całkiem niedorzecznie, ale to prawda! — zapewniła. — Miałam sen… wizję!
Ellen mimowolnie się skrzywiła. To brzmiało jak bardzo kiepski żart.
— Jeszcze więcej wariactwa? — rzucił Alistair, nie kryjąc rozbawienia w głosie. — Sądziłem, że wyrobiliśmy już normę.
— Popatrzcie na tych ludzi. — Leliana wskazała kręcących się po Lothering uchodźców. — Są zagubieni w swojej rozpaczy, a ta ciemność, ten chaos… będzie się rozprzestrzeniał. Stwórca tego nie chce. To, co robicie… To, co macie zrobić, to dzieło Stwórcy. Pozwólcie mi pomóc!
Każde jej słowo brzmiało jak zupełne szaleństwo. Ale z drugiej strony przecież widzieli, że umiała walczyć. Całkiem sprawnie. Nie miała na sobie zbroi, uzbrojona była tylko w sztylet, a mimo to zraniła wyszkolonych żołnierzy teyrna Loghaina. W ciasnym pomieszczeniu. Ellen całym sercem wątpiła w tę gadkę o wizji, jednak ktoś sprawny do pomocy podczas podróży…
Westchnęła. Zawsze mogli się jej pozbyć po drodze, prawda?
— Dobrze — ustąpiła. — Nie odmówimy pomocy, kiedy nam się ją oferuje. — Popatrzyła na Alistaira i Morrigan, szukając sprzeciwu.
Alistair nie wyglądał na przekonanego. Skrzywił się lekko – ale skinął głową. Ellen rozluźniła ramiona. Musiała pamiętać, by zawsze podobnie go wspierać.
— Może twoja czaszka została uszkodzona bardziej, niż myślała matka — mruknęła Morrigan, obrzuciwszy Ellen pełnym dezaprobaty wzrokiem.
To mogła zignorować. Zwłaszcza że padało z ust osoby, która udawała, że bawiłaby ją śmierć jej własnej matki. Nie żeby i ona, i Alistair widzieli, jak ciężko jej było się z nią pożegnać w Głuszy Korcari.
— Dziękuję! Doceniam tę szansę — zapewniła Leliana. — Nie zawiodę was.
Ellen wzruszyła ramionami. Co za różnica ostatecznie.
— I co właściwie potrafisz? Wyspowiadasz pomioty z ich grzechów na śmierć? — sarknęła mimowolnie.
Popchnęła Alistaira w ramię, zachęcając, by ruszył w stronę mostku. Podłapała jego rozbawione, trochę zaczepne spojrzenie. To przecież nawet nie był żart? To było raczej smutne. To znaczy Leliana na pewno umiała posługiwać się sztyletem, ale…
— Dobrze strzelam z łuku — oznajmiła Leliana.
Ellen obejrzała się na nią przez ramię. Dzięki temu zauważyła, jak Morrigan przewróciła oczami, maszerując kawałek za Lelianą. Na pewno się polubią.
— Łuczniczka? Nie spodziewałam się — mruknęła, schodząc po drugiej stronie.
— Przecież nie będę pełnić posługi z łukiem w ręku — zauważyła rozbawiona. — Nie zawsze byłam siostrą zakonną.
Ellen wzruszyła ramionami. Zupełnie jej to nie obchodziło.
— I będziesz tak walczyć z pomiotami w kiecce? — Wskazała ruchem brody jasną szatę Zakonu. — Czy może zachowałaś też zbroję z przeszłości?
— Mam wszystko, nie martw się — stwierdziła spokojnie. — Musimy tylko podejść do Zakonu, trzymam to w mojej kwaterze.
— Jeden wydatek mniej. — Ellen wymieniła spojrzenie z Alistairem.
— I jaki macie teraz plan? — odezwała się Morrigan.
— Nie dać się zabić — parsknął Alistair, zanim Ellen w ogóle otworzyła usta. — To znaczy w szerszej perspektywie.
— I coś kupić — uzupełniła Ellen, uśmiechnąwszy się lekko. — Tylko nie bardzo wiem gdzie? Leliano, macie tu jakichś kupców?
Leliana rozłożyła ramiona.
— Większość opuściła Lothering, kiedy dotarły do nas wieści z Ostagaru — stwierdziła. — Jeden jeszcze wczoraj tu był, ale dziś go nie widziałam.
— Nasze szczęście nigdy się nie kończy — skomentował pod nosem Alistair.
— A masz oszczędności może? — Ellen szturchnęła go w bok, posławszy mu zirytowane spojrzenie. — Ja i Alistair…
— Też w Zakonie. Niewiele, ale z chęcią pomogę. — Uśmiechnęła się.
— Miłosierdzie Stwórcy nie zna granic — prychnęła Morrigan, skrzyżowawszy ramiona na piersiach.
Ellen westchnęła. Z Alistairem i nią było dość trudno, ale teraz, kiedy Morrigan znalazła sobie kolejnego wroga, Ellen już nie miała pewności, czy to wytrzyma. Przeczesała palcami potargane włosy, przypatrując się zaludnionemu placowi. Pozwoliła, by Shegar ciężko zwalił się na jej stopę, dysząc głośno.
— Powinniśmy się rozejrzeć. Spotkajmy się tu za kwadrans i ustalimy, czy znaleźliśmy coś przydatnego, co? — Spojrzała na Alistaira i Morrigan.
— W porządku. — Alistair skinął głową. — Daj, wezmę.
Ellen rozluźniła chwyt na worze z jedzeniem, pozwalając go sobie odebrać. Podłapała pogodny uśmiech Alistaira – wydawał się o wiele spokojniejszy, kiedy coś postanowili i trochę porozmawiali. Niepewnie odwzajemniła uśmiech, patrząc, jak w towarzystwie Leliany oddalał się w tłum. Została z Morrigan i odpoczywającym Shegarem.
— Postarasz się nie pozabijać tutejszych mieszkańców? — Popatrzyła na Morrigan, krzywiąc usta w nieco uszczypliwym uśmieszku.
Morrigan prychnęła, uniósłszy ramiona.
— Potrafię sobie radzić — poinformowała chłodnym głosem.
Ruszyła bez pożegnania, sztywno wyprostowana, i ani razu się nie obejrzała. Ellen również ją odprowadziła spojrzeniem.
— Na co nam przyszło — westchnęła, słowa kierując do Shegara.
Odpowiedziała jej cisza. Chyba powinni powoli ruszać.
Wysunęła nogi spod ciepłego ciała Shegara i skierowała się między najbliższe domki. Może ktoś z tutejszych był skłonny przehandlować zbędne koce na parę groszy. Pewnie większość ludzi planowała się z Lothering wynieść – a podróż kosztowała. Musieli też porzucić cały dobytek, nie dało się zabrać wszystkiego.
Shegar dogonił ją truchtem. Jego przyśpieszony, głośny oddech zdawał się nieść ponad wypełniającym Lothering gwarem. Ellen odszukała jego łeb dłonią i czule pogładziła krótką sierść.
— Widziałaś moją mamę?
Ellen zatrzymała się, przenosząc wzrok na stojącego pod jednym z domów chłopca. Uśmiechnął się niepewnie, podłapawszy jej spojrzenie, i zakołysał się z palców na pięty. Wyglądał tak… młodo. Ile mógł mieć lat? Może dziesięć. Pewnie mniej. Chyba był młodszy nawet od Orena.
— To zależy — stwierdziła miękko, starając się uśmiechnąć. — Jak ona wygląda?
— Jest bardzo wysoka… i ma rude włosy — opisał nieśmiałym głosem. — Wszyscy razem mieszkamy w gospodarstwie. Przyszli niedobrzy ludzie z mieczami i mama kazała mi biec do wioski, biec co sił, to pobiegłem! Mówiła, że będzie tuż za mną, ale czekam i czekam, i nie ma jej!
Ellen z trudem nabrała tchu. Zaczęło się bardzo przyjemnie – i szybko się skończyło. Ludzie nie znali litości, wykorzystywali każdą okazję, by coś ugrać na czyimś nieszczęściu. Howe nagle nie wydawał się tak odosobnionym potworem.
Uśmiechnęła się, widząc, jak Shegar lizał dłoń chłopca. Usłyszała cichy, nieco zduszony śmiech. Próbował nie płakać. Dzielny malec.
— Chodź ze mną. Poszukamy twojej mamy — zaproponowała.
Może kobieta zdołała uciec? Może go szukała, przerażona, że zginął po drodze?
— Mama mówiła, że mam nigdzie nie iść, tylko czekać we wsi. — Skrzyżował chude ręce na piersi, patrząc na Ellen podejrzliwie.
Spośród wszystkich osieroconych dzieciaków jej musiał się trafić posłuszny?
— Wiesz, gdzie jest twój ojciec? — spytała, westchnąwszy.
— Poszedł wczoraj z Williamem do sąsiadów, ale nie wrócił.
Coś ciężkiego osunęło się na żołądek Ellen, prawie go miażdżąc. Nabrała powietrza, trochę zbyt świszcząco, niż powinna, i przymknęła oczy. Jak mu to powiedzieć? W końcu się zorientuje. Musiał poszukać pomocy, jeśli chciał przeżyć.
— Ona chyba tu nie przyjdzie, dziecko — wymamrotała, nie wiedząc, jakiego głosu użyć – i nagle wszystkie te słowa zabrzmiały dziwnie pusto.
Podłapała spojrzenie dużych, szklistych oczu. Chłopiec był tak samo rudy jak jego matka. I na pewno bardzo przestraszony.
— Czemu? Przecież mnie nie zostawi, prawda? — zapytał cicho.
— Nie sądzę, żeby zamierzała cię zostawić.
Jak mu to wyjaśnić? Był taki mały. Może nawet jeszcze nie rozumiał, co to śmierć. Że jeśli ojciec nie wrócił od sąsiadów, to znaczy, że już nigdy nie przyjdzie. Serce tak ciężko waliło jej w piersi, że to aż bolało.
— Ale na pewno przyjdzie! — Chłopiec zacisnął usta, gniewnie łypiąc na Ellen.
— Nie możesz stać tu bez przerwy — zauważyła. — A co, jeśli mama nie przyjdzie?
— Nie wiem — przyznał. — Może powinienem iść do domu i jej poszukać?
Oczywiście, musiał wymyślić najgorsze możliwe rozwiązanie tej sytuacji.
— Nie, nie rób tego — żachnęła się od razu, unosząc ręce.
— To co mam robić? — burknął. — Nie mam dokąd iść! Chcę jeść!
Ellen z piersi wyrwał się cichy jęk. Z dziećmi też sobie nie radziła. Oren tylko się z nią bawił, nigdy nie wymagał niczego… trudniejszego. Bez zawahania sięgnęła do sakwy, wsuwając palce do wewnętrznej kieszonki.
— Proszę. — Wyciągnęła stamtąd monetę. — Weź srebrnika, kup sobie coś do jedzenia — zaproponowała, dając chłopcu pieniądze.
— Całego srebrnika? — Wytrzeszczył oczy. — O rany! Dziękuję! Jesteś bardzo miła. Trochę jak mama. Muszę jej poszukać.
Ellen odprowadziła go spojrzeniem. Pobiegł między domy, jakby goniło go stado wilków – i ani razu się nie obejrzał. Zacisnęła usta. Nie tylko on straci wszystkich bliskich w nadchodzącej wojnie. Plaga pochłonie każdego, kto stanie jej na drodze. Pomioty nie znały litości, parły przed siebie bez zastanowienia, żerując na ludziach czy ich zwłokach. Wciągnęła powietrze, przymykając oczy.
Mogliby się rozejrzeć. Przejść się kawałek z Lothering, sprawdzić, czy nie było tam jego matki. Może została ranna i nie miała siły dotrzeć do zabudowań? Przy okazji rozejrzeliby się lepiej po wiosce. Odetchnęła, pogłaskała siedzącego przy jej nodze Shegara i stanowczym krokiem zawróciła w stronę, gdzie zostawiła pozostałych. Alistair na pewno się zgodzi. Leliana prawdopodobnie też. Morrigan mogła tu zostać, jeśli wolała.
Zacisnęła dłoń na ciepłym karku Shegara, próbując dodać sobie otuchy.

***

— Ich gospodarstwo chyba leży gdzieś tam — stwierdziła Leliana, pokazując w stronę porastającego horyzont lasu.
Ellen powiodła spojrzeniem za jej ręką. To dość daleko. Chłopiec przebiegł naprawdę kawał drogi, kiedy matka kazała mu uciekać. Westchnęła.
Może to było głupie. Leliana tak się ucieszyła na myśl, że spróbują dziecku pomóc, że nawet nie zdążyli tego z Alistairem przedyskutować. Poszli za nią, trochę zbyt potulnie, czego nie omieszkała wytknąć Morrigan, ale jak zatrzymać rozentuzjazmowaną siostrę zakonną?
— To bez sensu — westchnęła Ellen. — Za daleko.
Alistair skinął głową. Wymienili spojrzenia i Ellen nagle poczuła się tak, jakby tylko on próbował ją zrozumieć. Co właściwie nie było zbyt odkrywcze – przecież Morrigan nie lubiła wszystkich z zasady, a Leliana chyba z zasady wszystkich lubiła. Po prostu… to wydawało się miłe.
Uśmiechnęła się zupełnie bez powodu, więc szybko odwróciła wzrok. Zbliżali się do niewielkiego gaju. Powinni zawrócić do Lothering i skupić się na zdobyciu wszystkich potrzebnych na podróż rzeczy. Chłopiec dostał pieniądze, wyżyje najbliższy dzień lub dwa. Nie musiała się o niego martwić.
Z gardła Shegara wyrwało się warknięcie. Niskie, ostrzegawcze, a sierść na grzbiecie zjeżyła się jak tuż przed walką. Ellen posłała mu zdumione spojrzenie.
— Co się dzieje? — zainteresowała się Leliana.
— Morrigan, bądź w gotowości — mruknęła Ellen. — Zareagujesz najszybciej.
Usłyszała prychnięcie. Przynajmniej wiedziała, że Morrigan nie puściła jej słów mimo uszu. Nie obejrzała się na nią, podążyła za Shegarem. Nadal powarkiwał, ale teraz wyglądał na bardziej czujnego niż zaniepokojonego. Zmierzał prosto między najbliższe krzewy.
— Idziemy tam? — Alistair zrównał z nią krok.
Ellen zerknęła na niego krótko.
— Z nas wszystkich to on ma najlepszy węch — zauważyła. — Poza tym, nie jest głupi. To mabari. Może znalazł coś ważnego.
— Albo obiad. — Alistair uśmiechnął się pod nosem. — Też bym się zainteresował.
— Warczałbyś na żarcie? — Posłała mu rozbawione spojrzenie.
— Zależy jakie.
Ellen parsknęła mimowolnie. Na oddech Stwórcy, jego żarty były tak złe. Pokręciła głową, rozgarniając gałęzie krzewów.
— Z czego się śmiejemy? — rzuciła za ich plecami Leliana.
Ellen podążyła spojrzeniem za Shegarem. Ogar zakręcił się między krwawymi tropami, odciskami stóp, ale też łap, a potem usiadł przy nogach przykrytych gałęziami. Coś ścisnęło pierś Ellen, uniemożliwiając oddychanie. Zupełnie bezwiednie odszukała rękę Alistaira i zacisnęła dłoń na jego nadgarstku – i nie mogła już puścić.
— Och — wykrztusił Alistair.
— Co się dzieje? — Leliana przepchnęła się przez gęsto rosnące gałęzie i zatrzymała się u boku zesztywniałej Ellen. — O nie.
— Powinniśmy… — zaczęła Ellen.
To przecież nie musiała być ona. Tak wielu ludzi przybyło do Lothering. Grupa rozbójników, której się pozbyli, na pewno nie żerowała na nieszczęściu w pojedynkę.
— Zostań tu. — Alistair oswobodził się z jej uścisku tylko po to, żeby przytrzymać ją za ramię. — Sprawdzę, co dokładnie się stało.
Ellen powiodła za nim spojrzeniem, kiedy ruszył w stronę zwłok i czekającego Shegara. Gdyby nie pies, w ogóle by tego nie znaleźli.
— O, kolejny trup? — rozległ się niezbyt przejęty głos Morrigan.
Ellen przełknęła gorycz.
Tak, kolejny trup.
Alistair odgarnął gałęzie. Ellen pustym wzrokiem powiodła wzdłuż powykrzywianych, zakrwawionych nóg. Na oddech Stwórcy.
— Nie patrz — usłyszała mocny głos Alistaira, prawie warknięcie.
Drgnęła i odruchowo odwróciła głowę. Źli ludzie z mieczami. Zacisnęła powieki.
— Rudowłosa. Zginęła niedawno — odezwał się znów, tym razem spokojniej. — Pasuje do opisu chłopca.
— Niech Stwórca będzie łaskawy — westchnęła Leliana.
— Nigdy nie jest — warknęła Ellen, zanim ugryzła się w język.
Odwróciła się sztywno i prześlizgnęła się między gałęziami. Nie popatrzyła na milczącą Morrigan ani nie odpowiedziała na pytający wzrok Leliany. Nie miała siły na starcia religijne. Jeśli Leliana wierzyła, mogła wierzyć dalej. To było bez sensu, ale przecież nikt nie powinien jej tego zabraniać.
— Wracajmy, nic tu po nas — rzuciła z drobną goryczą.
Czekały na Alistaira kilka chwil. Kiedy wysunął się z krzaków, Shegar przebiegł między jego nogami, dołączając do Ellen. Odruchowo go pogłaskała. Dzielny mały piesek. Bez niego nie odnaleźliby zwłok. Uśmiechnęła się bez wyrazu.
— Jest jeszcze to. — Alistair otworzył dłoń, na której leżał amulet. — Możemy oddać to chłopcu.
Ręka Ellen powędrowała do jej wisiora z krwią pomiotów, ale zanim zacisnęła na nim palce, wstrząsnął nią dreszcz. Z obrzydzeniem ściskającym gardło opuściła ramię.
— Zanieśmy to do Zakonu — zaproponowała Leliana. — Jak tylko chłopiec się tam pojawi, na pewno mu to dadzą.
Ellen wzruszyła ramionami. Albo sprzedadzą, albo powieszą pod posągiem Andrasty, albo zrobią cokolwiek innego zamiast udzielenia pomocy. To nie była już jej sprawa.
— Bez różnicy — mruknęła.
Zawrócili ku niewielkim domom Lothering. Ellen wydawało się, że nad dachami unosiło się więcej słupów dymu. Albo to tylko takie wrażenie. Westchnęła, obserwując jasne, pogodne niebo. Południe było takie… ciepłe? Zwłaszcza w porównaniu do jej rodzinnej północy. Trochę się tu dusiła. Nabrała głębszego wdechu.
Leliana maszerowała z przodu, lekkim krokiem, długa zakonna szata szeleściła miarowo. Nawet Morrigan wyprzedziła Ellen – używała kostura jak laski, ale zaciskała na nim palce, jakby w gotowości do walki. Nie ufała nikomu. Im pewnie też nie. Ze wzajemnością, jeśli Ellen miała być szczera.
— Bardzo źle? — odezwała się, zauważywszy, że Alistair się z nią zrównał.
Podłapała jego ponure spojrzenie.
— Zależy do czego porównywać — mruknął wymijająco.
Ellen westchnęła. Nie radzili sobie z jedną brutalnie zamordowaną kobietą, a mieli uratować państwo. We dwoje. Z pomocą złośliwej wiedźmy i przesadnie optymistycznej zakonnicy. Przecież to brzmiało jak kompletne szaleństwo.
— Opowiedz mi o Szarej Straży — poprosiła.
Nie popatrzyła na Alistaira. Obserwowała plecy Morrigan i Leliany – nawet z tej perspektywy wydawały się zupełnie różne.
— Raczej o tym, co z niej zostało. — Alistair uśmiechnął się krzywo.
— Gdzie są najbliżsi Szarzy Strażnicy? — Zerknęła na niego z ukosa.
— To dobre pytanie — rzucił z odrobiną goryczy. — Wielu jest w Orlais, ale nikt nie wie, gdzie dokładnie można ich znaleźć. A najbliższe orlesiańskie miasto leży wiele tygodni drogi stąd. Udamy się na północ, za morze, na pewno znajdziemy kilku w Wolnych Marchiach. Znowu jednak nie wiadomo, gdzie dokładnie ich szukać. — Wzruszył ramionami. — Nic nie wiem o Szarych Strażnikach w innych miejscach.
Ellen mimowolnie się skrzywiła. To nie brzmiało dobrze. Ale dlaczego członkowie Straży nawet nie wiedzieli, gdzie przebywali ich koledzy? Spojrzała na Alistaira, marszcząc czoło. Nikt nad tym nie panował? Wszyscy biegali, gdzie popadło?
— Jest gdzieś główna siedziba Szarej Straży? — mruknęła.
— Jeśli chodzi o Ferelden, to mamy siedzibę w pałacu w Denerim, ale to wszystko. Loghain na pewno ma ją na oku — westchnął ciężko. — Poza tym jedynym znanym mi miejscem jest forteca Weisshaupt… To baza wszystkich Szarych Strażników z Anderfels — dodał, zauważywszy jej zdezorientowane spojrzenie. — Znajduje się tysiące mil stąd. Nie mam jednak zielonego pojęcia, jak się z nią skontaktować. Tak więc jeśli nie zdecydujemy się wrócić do bazy w Denerim, to odpowiedź brzmi nie. Nie mamy dokąd się udać.
Cudownie. Ellen pozwoliła sobie na sfrustrowane parsknięcie. Co to w ogóle za bractwo? Nikt o niczym nic nie wiedział, nikt z nikim nie miał kontaktu, nikt nigdzie konkretnie nie przebywał. Popatrzyła na Alistaira z wyrzutem, chociaż wiedziała, że to nie jego wina. Był w tym nowy prawie tak samo jak ona. Trochę mniej. Tylko trochę.
Odwróciła wzrok, wypuszczając powietrze przez nos.
— Więc co się teraz stanie, gdy zostało nas tylko dwoje?
Odpowiedź przez chwilę nie nadchodziła, ale Ellen nie miała odwagi spojrzeć na Alistaira. Nie chciała zobaczyć jego bezradności.
— Domyślam się, że Szara Straż spoza Fereldenu zacznie się w końcu zastanawiać, co się stało, dlaczego nie kontaktuje się z nimi ani Duncan, ani ktokolwiek inny. W końcu kogoś przyślą, choć trudno powiedzieć, co im przekażą ludzie Loghaina w Denerim — mruknął, znów wzruszając ramionami.
Słyszała gorycz w jego głosie i miała ochotę się jej poddać. Bo to wszystko było prawdą – że zostali zostawieni samym sobie i że nikt nie widział dla nich żadnych szans. Ba, nikt nawet nie wiedział, że jeszcze żyli. A przynajmniej niewielu.
Wzdrygnęła się. Byli tylko pustymi liczbami, ilością poległych pod Ostagarem. Ani imię, ani tytuł, ani wspomnienie nie zaprzątało nikomu głowy.
— Możliwe też, że nie wyślą nikogo. — Alistair popatrzył na nią, nie kryjąc zmęczenia, i tym razem odpowiedziała na jego wzrok. — Moglibyśmy spróbować nawiązać z nimi kontakt, ale to oznaczałoby opuszczenie Fereldenu… a nawet gdybyśmy zdołali do nich dotrzeć, nie zdążylibyśmy wrócić na czas, by powstrzymać Plagę. Tak więc cokolwiek się stanie, wszystko zależy od nas.
Ellen uśmiechnęła się krzywo. Właśnie to potrzebowała usłyszeć. Przyszłość twojej ojczyzny spoczywa na twoich barkach, chociaż nawet nie umiesz sobie ugotować obiadu. Po co w ogóle trzymano w jakimkolwiek państwie szlachtę? Nagle miała wrażenie, że byli nieprzystosowani do normalnego funkcjonowania, jeśli nie dysponowali pracowitą służbą.
— Będziemy musieli zacząć odbudowę bractwa? — rzuciła mimowolnie, przechylając głowę, żeby lepiej Alistaira widzieć.
— Kiedyś tak — stwierdził powoli. — To znaczy, że musielibyśmy zacząć korzystać z rytuału Dołączenia, żeby zwerbować nowych Szarych Strażników, prawda?
Zapadła między nimi cisza. Ellen nie chciała na to odpowiadać. Język nagle nieprzyjemnie zapiekł, jakby przypominał smak krwi mrocznych pomiotów. Powstrzymała się od sięgnięcia do ciążącego na szyi wisiorka.
Ludzie umierali dla idei. Żadna idea nie wydawała się tego warta.
— Tyle że ja nie wiem, jak przeprowadzić Dołączenie ani co jest do tego potrzebne. Wiem tylko, że wykorzystuje się lyrium i jakieś inne magiczne składniki i że bardzo trudno je przygotować — skwitował, nie kryjąc drobnej irytacji w głosie. — To wszystko. Powinniśmy przyzwyczaić się do myśli, że zostało nas tylko dwoje, chyba że uda nam się dowiedzieć czegoś więcej na temat Dołączenia. Albo zjawią się tutaj inni Szarzy Strażnicy.
Nie brzmiał na przekonanego i Ellen też nie bardzo wierzyła w ten szczęśliwy scenariusz. Nie chciała ratować świata. Ani nawet Fereldenu. To wydawało się tak… niemożliwe. Ogrom wysiłku, który należało włożyć w zrealizowanie tego pomysłu, prawie wgniatał ją w ziemię. W co w ogóle ręce włożyć? Jechać do Redcliffe i co? Próbować wedrzeć się na zamek? Przecież nie tak łatwo dostawało się do szlacheckich posiadłości. Kiedy było się pospólstwem.
Zagryzła wargę. Ten jeden raz, gdy jej tytuł do czegoś by się przydał, nie mogła go użyć. Nie miała go już. Kto by zresztą pamiętał o Ellen Cousland? Fergus Cousland, Eleonora Cousland, Bryce Cousland – te osoby się znało albo chociaż kojarzyło. Były ważne. A ona? Zawsze była po prostu młodszym dzieckiem Bryce’a. To wydawało się dobre, ale teraz… cóż. Teraz nie mogło im pomóc.
— Co by się stało, gdybyśmy stąd po prostu odeszli? — wyszeptała.
Alistair musiał się trochę nachylić, żeby ją usłyszeć. Zauważyła, jak przez jego twarz przemknął cień niepokoju.
— Odeszli? — powtórzył za nią. — To znaczy opuścili Ferelden?
Skinęła głową, wzruszając ramionami. To chyba bez różnicy. Po prostu… gdyby któreś z nich uciekło. Albo oboje. Cokolwiek.
— Ja… nie wiem. Jeśli mamy do czynienia z arcydemonem, to rzekomo tylko my możemy go pokonać — mruknął, zmarszczywszy czoło. — A to by oznaczało, że gdyby nas nie było, Plaga mogłaby się rozwijać bez przeszkód. W końcu dowiedzieliby się o niej Szarzy Strażnicy z Orlais oraz innych krajów i przybyliby z nią walczyć, ale Fereldenu nie zdążyliby już ocalić. Nie ma mowy. — Potrząsnął głową. — Ja się nigdzie nie wybieram.
— Wiem — westchnęła. — Pytałam… tak o.
Poczuła, że Alistair zacisnął dłoń na jej ramieniu. Nie spojrzała na niego.
— Przynajmniej spróbujmy.
Uśmiechnęła się. Cóż, spróbować nie szkodziło. Chyba. Uniosła rękę, żeby ścisnąć jego dłoń, ale gwałtownie ją opuściła, gdy Leliana się odwróciła. Zauważyła na jej twarzy pogodny uśmiech, który nagle ją przestraszył. Odchrząknęła, prostując się, i dotyk z ramienia zniknął równie szybko, co się pojawił.
— Zbliżamy się! Idziemy prosto do Zakonu? — zawołała.
— Tak — odparła Ellen. — A potem gdzieś — dodała ciszej, bardziej do siebie.
Usłyszała ciche, rozbawione parsknięcie Alistaira. Przynajmniej jego to trochę bawiło.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, odwróciwszy wzrok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz