środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1.21 - Wioskowe problemy

Wrócili do Lothering w nieco lżejszej atmosferze, niż Ellen się spodziewała. Nie odezwała się już do Alistaira i on chyba też nie zamierzał poruszać żadnych tematów – Leliana jednak nie ucichła ani na moment. Ellen słyszała jej pogodny głos i sporadyczne, bardzo lakoniczne warknięcia Morrigan. Musiały się cudownie dogadywać. Wyglądało na to, że były dla siebie stworzone. Popatrzyła wymownie na Alistaira, ruchem brody pokazując plecy ich rozmawiających towarzyszek.
— Jeszcze się zaprzyjaźnią — mruknęła zgryźliwie.
— Przy odrobinie szczęścia tak się zagadają, że zgubimy Morrigan — odparł, nachyliwszy się do niej. — Leliana wydaje się miła, ale stać nas na takie poświęcenie.
Ellen wyszczerzyła zęby.
— I za najbliższym rogiem ukatrupi nas pierwszy-lepszy bandzior.
Alistair przechylił głowę, przez chwilę spoglądając w niebo.
— Znajdziemy sobie kogoś lepszego do towarzystwa. Ktoś na pewno będzie chętny wyruszyć na samobójczą misję, nie? — Spojrzał na nią wesoło.
— Chyba tylko my jesteśmy tak głupi — westchnęła.
Alistair zaśmiał się pod nosem – chyba zwrócił tym uwagę Leliany, by obejrzała się przez ramię, obdarzając ich szerokim uśmiechem. Ellen mimowolnie zmarszczyła czoło. Nie znosiła płaczących ludzi, ale nagle wiecznie radośni też wydawali się podejrzani.
— Czyli co, Zakon? — rzuciła Leliana.
— Kupiec. — Ellen pokręciła głową. — Im dalej na północ, tym zimniej. Potrzebujemy… rzeczy. — Spojrzała bezradnie na Alistaira.
— Wielu rzeczy — przytaknął.
— Kupcy zwykle rozstawiają się pod Zakonem. Może ten jeden jeszcze nie wyjechał. Możemy sprawdzić! — zauważyła wesoło Leliana.
Ellen skinęła głową. I tak szli w tę stronę. Przeniosła wzrok na przesuwających się przed nimi ludzi – przypominali morze zagubionych ciał. Zupełnie jak marionetki, których sznurki ciągnięto to w jednym, to w drugim kierunku. Ciekawe, czy więcej w nich było przerażenia, czy zagubienia. Stracili dom. Stracili wszystko.
Ellen się bała. Teraz… teraz po prostu szła.
— Witaj, moja pani. — Ktoś wyciągnął do niej rękę, próbując ją zatrzymać.
Shegar zawarczał ostrzegawczo, ale Ellen położyła dłoń na jego szerokim łbie. Przystanęła, ze zdumieniem spoglądając na grupkę elfów. Czy raczej – rodzinę? Dwoje dorosłych wyglądało na rodziców małej dziewczynki. Spróbowała uśmiechnąć się uprzejmie, czując, jak żołądek zawiązywał się jej w supeł.
— Tak? — mruknęła.
Ich duże, przenikliwe oczy ją denerwowały. Miała wrażenie, jakby przeszywali ją na wskroś i wydzierali z umysłu każdy sekret.
— Czy… czy mogę prosić o odrobinę chleba, jeśli to niezbyt wielki kłopot? — spytał schrypniętym głosem elf, opuściwszy wzrok.
Ellen bezradnie spojrzała na swoje puste ręce. Oddała worek z jedzeniem Alistairowi. Nie żeby mieli dużo, ledwo starczy na parę dni podróży, ale… wyglądało na to, że mieli więcej niż ta rodzina.
— Co wam się stało? — mruknęła, przechylając głowę.
— Ellen? — rozległ się zaniepokojony głos Alistaira.
Machnęła na niego ręką, rzuciwszy okiem przez ramię. Alistair ruszył w jej stronę, poprawiając chwyt na worku z prowiantem.  
— Myśleliśmy, że w Lothering będzie bezpieczniej, że teyrn sprowadzi tu żołnierzy — przyznał elf. — Na trakcie napadli nas rozbójnicy, zabrali wszystko, jedzenie, ubrania, pieniądze… nawet owieczkę córki. Nikogo nie obchodzi garstka elfów. Pomożesz nam?
Serce Ellen zabiło nieco szybciej. Nabrała powietrza, zastygłszy z workiem w dłoniach. Czyli w Lothering naprawdę przebywali ludzie, których te potwory okradły. Zacisnąwszy usta, ze spokojem przełamała jeden z dwóch bochenków i podała kawałek elfowi. Nie mieli wiele, ale przecież mogli potem coś jeszcze kupić.
— Spotkaliśmy tych bandytów — stwierdziła, przelotnie zerkając na zawiązującego wór Alistaira. — Nie żyją.
— Wy… — Elf zająknął się, Ellen usłyszała, jak ze świstem nabrał powietrza. — Zabiliście ich?
— To wspaniałe wieści! — wtrąciła się elfka, chwytając jego ramię. — Może nasz dobytek wciąż tam jest?
Elf przytaknął, ale nie oderwał przerażonego spojrzenia od Ellen. Nagle poczuła się tym przytłoczona. Może i nie była to najbardziej miłosierna decyzja w jej życiu… jednak bandyci też nie mieli za dużo współczucia w sobie, gdy rabowali dziecięce zabawki.
— Nie wiem, jak ci dziękować, przyjaciółko — wydusił elf. — Nawet jeśli nie odzyskamy wszystkiego, dobrze wiedzieć, że inni będą bezpieczni.
Elfka dźwignęła z ziemi wyraźnie zmęczoną córkę i poprowadziła ją w stronę Zachodniego Szlaku – a ich śladem podążył elf. Ellen powiodła za nimi spojrzeniem, nabierając głębszego wdechu.
Miała już tyle krwi na rękach, chyba tych kilku rozbójników nie robiło jej żadnej różnicy. Inaczej niż tej rodzinie.
— Może odzyskają swoje pieniądze — mruknął Alistair.
— Może. — Ellen wzruszyła ramionami. — Jeśli stąd nie wyjadą, będą martwi.
Alistair posłał jej zaskoczone spojrzenie, uniósłszy brwi. Ellen powstrzymała się od przygryzienia języka – i tak było za późno.
— Jeszcze chwila, a uwierzę, że nic nie jest niemożliwe — skwitował z przekąsem. — Wyjątkowo pozytywna z ciebie osóbka.
— Gdzie Leliana i Morrigan? — spytała, puściwszy jego komentarz mimo uszu. — Musimy znaleźć tego kupca.
— Chodź — westchnął i ujął jej łokieć.
Ellen dała się poprowadzić w tłum, próbując przełknąć gorycz. Nie powinna mówić takich przykrych rzeczy – nawet chyba nie chciała. Po prostu… te słowa same padały, zupełnie bez udziału jej woli. Westchnęła, opuściwszy spojrzenie na własne stopy. Alistair śmiało ciągnął ją do celu, rzucając przeprosiny, kiedy tylko kogoś popchnął.
— To chyba ten kupiec, o którym mówiła Leliana?
Ellen uniosła głowę. Wydostali się z tłoku – nieopodal palisady, przy zakonnych murach otaczających kamienną świątynię, rzeczywiście stał wóz. Krzątał się przy nim mężczyzna, próbując odgonić od siebie grupę proszących o coś ludzi. Towarzyszył im ktoś z Zakonu, Ellen rozpoznała jaskrawą szatę. Zmarszczyła czoło.
— Nie wygląda to zachęcająco — mruknęła do Alistaira.
W odpowiedzi skinął głową. Nie było co wybrzydzać, to chyba naprawdę ostatni kupiec w całym Lothering.
— Cofnijcie się! — warknął mężczyzna i odepchnął starszą siostrę zakonną. — Za moje towary mam prawo żądać, ile zechcę!
— Bogacisz się na ich nieszczęściu! — odparła kobieta, celując w niego palcem. — Powinnam polecić templariuszom, by rozdali tym biedakom wszystko, co masz na wozach!
Kupiec potrząsnął głową. Siostrze zakonnej zawtórował pełen aprobaty pomruk zebranych wokół mieszkańców Lothering i uchodźców, ale chyba się tym nie przejmował.
— Nie śmiałabyś! Niech tylko który zanadto zbliży się do moich towarów…
— Miło widzieć, jak wszyscy współpracują w ciężkiej chwili — skomentował Alistair, nawet nie trudząc się, by zniżyć głos. — Dodaje mi to otuchy.
Zwrócił na nich uwagę kupca. Mężczyzna zmierzył ich czujnym spojrzeniem, od którego po plecach Ellen przebiegły ciarki. Zerknęła na Alistaira z wyrzutem – gdyby trzymał język za zębami, nie znaleźliby się w centrum zainteresowania.
— Hej! — zawołał kupiec. — Wy tam! Wygląda, że się nadacie! Chcielibyście odrobinę zarobić, pomagając nękanemu kupcowi?
— Dlaczego mielibyśmy ci pomóc? — spytała Ellen, krzyżując ręce na piersi.
— Wspomniałem przecież, że możecie zarobić, prawda?
— Życzy sobie horrendalnych sum za towary, których ci ludzie rozpaczliwie potrzebują! — zawołała siostra zakonna. — Ich krew napełnia mu kieszenie!
Ellen westchnęła ciężko. Po co im kolejne konflikty na głowie? Co, mieli go teraz zabić może? Albo wywieźć na tych wozach z Lothering?
— Ostatnio aż roi się od takich ludzi — odezwała się Leliana, podchodząc do nich. — To bezduszni oportuniści i tyle.
Ellen spojrzała na nią zdumiona. Skąd się tu wzięła? Wcześniej jej tu nie widziała, założyła, że poszła do Zakonu. Z drugiej strony, Morrigan by tam dobrowolnie nie weszła, a jej też nigdzie nie dostrzegła. Pewnie czekały gdzieś pod murem albo palisadą.
— Mam ograniczone zapasy — warknął kupiec. — To klienci decydują, ile warte są dla nich towary.
— Większość z nich kupiłeś w zeszłym tygodniu od tych właśnie ludzi! — krzyknęła siostra zakonna. — Oni muszą teraz uciekać, by ocalić życie, a ty chcesz rozmawiać o interesach? — Zacisnęła pomarszczone dłonie w pięści.
— Słuchajcie, nieznajomi, dostaniecie ode mnie sto srebrników, jeśli przegonicie stąd ten motłoch, od klechy poczynając — oznajmił. — Jestem uczciwym kupcem i tyle.
Sto srebrników? Całego suwerena? Z jednej strony Ellen prawie poczuła się obrażona, że zaproponował tak śmieszne pieniądze, z drugiej… w ich sytuacji nie powinni chyba wybrzydzać. Dotknęła wypchanej zbędnymi rzeczami sakwy, nabierając powietrza.
Uczciwość czy pieniądze? Co zdesperowany Cousland powinien wybrać?
— Nie jesteś przypadkiem trochę bezwzględny? — mruknęła.
— Byłoby im lepiej, gdyby w ogóle nic nie mogli kupić? — warknął od razu.
— Wydają ostatnie grosze, bo są zdesperowani. A ten krasnolud bogaci się ich kosztem tak samo jak bandyci za miastem! — prychnęła siostra zakonna, aż wzdrygnąwszy się od ogarniającego ją obrzydzenia.
Ellen mimowolnie uniosła brwi. Pieśń Światła, miłosierdzie, pokój i uczciwość, ale krasnoludy były uosobieniem wszystkiego co najgorsze?
— Koniec dyskusji! — zirytował się kupiec. — Przegońcie tę babę, to dostaniecie swoją stówę. Inaczej biorę wóz i żegnam.
Ellen syknęła przez zęby, posyłając mu zdenerwowane spojrzenie.
— Możesz chyba ustąpić nieco i wciąż wyjść na swoje, nie? — zauważyła.
— Może… Jeśli to babsko zgodzi się, że coś mi się za towar jednak należy — burknął, skrzyżowawszy ramiona na torsie.
— Rób, co musisz, dopóki nie będziesz zdzierać pieniędzy z potrzebujących — zgodziła się siostra zakonna, z wyższością unosząc głowę.
Wyglądała jak przesadnie dumna z siebie kwoka.
— No dobra, już dobra, załatwione — mruknął kupiec. — Ty nie wyglądasz na potrzebującą. Dla ciebie ceny normalne — zastrzegł, celując palcem w Ellen.
— To dobry kompromis — pochwaliła Leliana.
Dobry jak dla kogo. Nie przybyło im pieniędzy dzięki niewątpliwej zaradności Ellen, a rzeczy nadal musieli nabyć. Westchnęła.
— Dziękuję za pomoc — odezwała się siostra zakonna i uśmiechnęła się do nich łagodnie. — Niechaj Stwórca czuwa nad wami.
Kiedy odwróciła się do wzburzonych ludzi, zdołała uspokoić ich zaledwie podniesieniem rąk. Ellen pokręciła głową, obserwując, jak rozstępowali się przed nią, przepuszczając ją do Zakonu.
I wszystko tylko dlatego, że miała na sobie pomarańczową kieckę.
— Pohandlujmy — westchnęła, zwracając się do mężczyzny. — Ekwipunek na podróż. Dla… — Zerknęła przez ramię. — …przynajmniej pięciu osób.
Kupiec potarł brodę i przyjrzał się im, jakby oceniał, czy warto było się targować, czy jednak z marszu ich pogonić.
— Zobaczę, co tu mam — skapitulował i odwrócił się do załadowanego po same brzegi wozu.
Ellen skinęła głową jego plecom.
— Więc… — odezwał się Alistair. — Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Byłaś siostrą zakonną?
Ellen mimowolnie się na niego obejrzała. W pierwszej chwili myślała, że to jej zadał to pytanie, dlatego nie powstrzymała się od uniesienia brwi. Alistair jednak z zaciekawieniem przypatrywał się Lelianie. Ellen odwróciła się z powrotem do kupca.
— A ty pewnie byłeś bratem, zanim zostałeś templariuszem, tak? — odparła bez zająknięcia Leliana.
— Skąd ty…? — zaczął zaskoczony. — Och.
Ellen nie powstrzymała ciekawości. Odchyliła głowę, spoglądając na nich bez zrozumienia. Zauważyła złośliwy uśmiech Morrigan. Leliana musiała pytać o coś konkretnego, kiedy wracali do Lothering. Najwyraźniej Morrigan nie widziała nic złego w zdradzaniu jej większości informacji.
— Nie zostałem templariuszem — oznajmił chłodno Alistair. — Zwerbowano mnie do Szarej Straży zanim złożyłem ostatnie śluby.
— Żałujesz czasem, że opuściłeś Zakon?
Co to w ogóle za pytanie? Ellen uśmiechnęła się do siebie. Chyba nikt o zdrowych zmysłach by czegoś takiego nie żałował.
— Nie, nigdy — stwierdził. — A ty?
— Tak — odparła bez zawahania. — Może w to nie uwierzysz, ale znalazłam tam spokój, którego nigdy wcześniej nie znałam.
— W klasztorze panowała tak przejmująca cisza, że czasem zaczynałem wrzeszczeć, aż przybiegał jeden z braci — przyznał, westchnąwszy. — Potem mówiłem, że tylko chciałem ich sprawdzić. Nigdy nic nie wiadomo, prawda?
Ellen prychnęła. Wystąpiła w przód, widząc, że kupiec składał znalezione towary w niewielką stertę na koźle wozu. Kilka koców, chyba trochę namiotów, może nawet jakieś miski? Coś zagrzechotało w lnianej torbie, którą położył na deskach.
— Ja nigdy nie robiłam niczego podobnego. Lubiłam ciszę — wydusiła Leliana.
— Twoja sprawa — skwitował Alistair. — Ale ich miny były po prostu bezcenne.
— Ile za to? — spytała Ellen, skupiając spojrzenie na rękach kupca.
Przeliczał właśnie drugą stertę materiałów. Pewnie trochę więcej namiotów. Przy odrobinie szczęścia miał dokładnie tyle, ile potrzebowali.
— Za wszystko? — Mężczyzna zerknął na nią z ukosa. — Suweren.
Ellen wypuściła powietrze przez nos. W porządku. Niech będzie. Alistair jeszcze nie wydał swoich oszczędności i Leliana chyba też coś miała. Dadzą radę. Zdobyli koce i chwilowy dach nad głową.
— Już — burknęła, wsuwając dłoń do sakwy.
Wygrzebała z niej złotą monetę i wcisnęła w rękę kupca. Mężczyzna uśmiechnął się, nie kryjąc zadowolenia, i dwornym gestem zezwolił, by zabrała wszystko. Ellen posłała mu jeszcze jedno piorunujące spojrzenie. Doprawdy, czaruś z niego.
— Pomogę — usłyszała miękki głos Alistaira.
Pozwoliła mu zabrać jedną ze stert i sama chwyciła drugą. Wycofali się spod wozu, uważając, by na nikogo nie wpaść. Ponad ułożonymi z wierzchu kocami Ellen podłapała uśmiech Leliany. Nie odpowiedziała na niego – i tak nie byłoby go widać.
— Zaniesiesz amulet, jak będziesz szła po swoje rzeczy? — spytała, nieco chwiejnym krokiem maszerując za Alistairem.
— Oczywiście. — Leliana skinęła głową. — Możecie poczekać na zewnątrz.
— Pewnie tak… — zaczęła Ellen.
Nie dokończyła. Leliana przyśpieszyła i tak po prostu ich zostawiła, szeleszcząc jasną szatą Zakonu. Ellen powiodła za nią spojrzeniem, aż dotarła do wielkich drzwi i wślizgnęła się w cień rzucany przez portal nad wejściem.
— Połóżmy to tu — zaproponował Alistair, ruchem brody pokazując na zacienioną ziemię pod zakonnym murem.
Ellen przytaknęła, ale ledwie zerknęła w tę stronę. Jej uwagę przykuło zamieszanie z drugiej strony niewielkiego placu. Grupa ludzi zebrała się wokół ciemnoskórego mężczyzny, który nerwowym krokiem spacerował wzdłuż murów, wymachując rękoma. Miał na sobie dziwny strój z frędzlami ze skóry i koralikami. Ellen zmarszczyła czoło.
To chyba Chasynd? Tylko do tego ludu wyglądem by pasował. Jeszcze nigdy nie widziała żadnego Chasynda.
— Legiony zła stoją tuż za progiem! Pożrą nasze serca! — ryknął mężczyzna, zatrzymując się przed słuchającymi go ludźmi.
— Proszę! — jęknął jeden z mieszkańców Lothering. — Dzieci się boją!
— Lepiej już teraz poderżnąć im gardła, niż pozwolić, by cierpiały katusze w szponach mrocznych pomiotów! — ryknął Chasynd.
O, prosto z mostu.
Ellen uniosła brwi. Chasyndzi żyli w Głuszy Korcari, więc pewnie widział przetaczającą się przez nią hordę. Może nawet zniszczono jego wioskę, czy gdzie właściwie Chasyndzi mieszkali.
— Tam! — Chasynd wskazał ich palcem.
Zebrani odwrócili się w ich stronę jak pod wpływem zaklęcia. Kilka ciekawskich, podejrzliwych spojrzeń padło i na nią, i na Alistaira, sprawiając, że Ellen nie odważyła się ruszyć do Zakonu. Nabrała ze świstem powietrza.
— Ich słudzy już są wśród nas! Od tych ludzi czuć ich nikczemny smród! Czy nie widzicie ohydnej czerni, która ich wypełnia? — zawołał.
Cudownie. Obwieści wszystkim, że byli Szarymi Strażnikami, których – jak jej się wydawało – teyrn Loghain okrzyknął przynajmniej zdrajcami. Tego właśnie potrzebowali. Jeszcze więcej kłopotów.
Uciekła przed ręką Alistaira, zanim chwycił ją za łokieć, i przeszła w przód. Zatrzymała się przed Chasyndem, wyzywająco zadzierając brodę.
— Mógłbyś mówić trochę ciszej? — warknęła.
— Widziałem, jak na mój lud zstępuje czarna horda! Nie będę milczał!
Ellen prychnęła wściekle.
Gdyby nie reagowała, wystarczyłoby, gdyby weszli do Zakonu. Głupio zrobiła. Powinna była posłuchać Alistaira, kiedy chciał ją zatrzymać. Teraz musiała jakoś to wszystko wyjaśnić, zanim wyniosą ich stąd na widłach.
— P-proszę! — wydukał ktoś z tłumu. — Przestań! Niech ktoś zamknie mu usta!
— Czyż nie ma racji? — odezwała się inny. — Bann nas opuścił! Wszyscy zginiemy!
Przez tłum poniósł się pomruk aprobaty. Ludzie tak łatwo ulegali panice – to było aż głupie. Wystarczyło się chwilę zastanowić, żeby wymyślić rozwiązanie, choćby chwilowe. Czy ktoś trzymał ich tu siłą?
— To jedni z tych, którzy nas zniszczą! — ryknął Chasynd, wskazując na nią i Alistaira, który nadal stał gdzieś za jej plecami.
— Nie bądź głupcem — parsknęła Ellen. — Mroczne pomioty można pokonać.
— Nie! Ja je widziałem! — Chasynd szarpnął za swoje długie włosy. — Nie można przed nimi uciec! Nie można z nimi walczyć!
— Stojąc tutaj i pokrzykując, nie ocalisz życia — zauważyła chłodno.
To było starcie z wiatrakami. Powinna się odwrócić i odejść, ale… nie mogła znieść, że ci wszyscy ludzie zostaliby tu jak skończeni idioci, słuchając spanikowanego Chasynda. Człowieka na granicy szaleństwa ze strachu i rozpaczy.
— Nic nie można zrobić! Nie ma już nadziei! — krzyknął Chasynd.
— Mógłbyś zagdakać jak kurczak, kiedy to robisz? — warknęła bez zastanowienia.
Chasynd spojrzał na nią zdumiony. Powoli opuścił ręce, znieruchomiawszy niczym przestraszona łania. Ellen postąpiła pół kroku w przód. Była tak niska, że nic nie mogło jej pomóc przy wizerunku, ale nie zamierzała się poddawać.
— Nazywasz mnie tchórzem? — spytał ochrypłym głosem Chasynd.
— Nazywam cię idiotą — sprostowała. — Posłuchaj siebie choć przez chwilę!
— Ja… zhańbiłem swych przodków — przyznał i zwiesił głowę. — Ale ciemność nadejdzie!
Ellen musiała odskoczyć w tył, żeby uniknąć potrącenia, kiedy Chasynd nagle rzucił się do biegu. Wypadł za świątynne mury i pognał w tłum na placu przed Lothering. Ellen powiodła za nim spojrzeniem, słysząc niosące się krzyki.
Oszalał. Na pewno postradał zmysły.
— On miał rację, prawda? — odezwał się jeden z zebranych przed świątynią. — Nie ma już dla nas nadziei…
Coś zacisnęło się na żołądku Ellen, utrudniając jej oddychanie. Tak to wyglądało. Nadzieja umarła. Tak jak wszystko inne. Nadchodziła Plaga i jedynym ostrzem między nią a resztą Fereldenu byli oni. Zadrżała.
Ale przeżyła masakrę Wysokoża. Przeżyła Wieżę Ishal. To przecież nie tak, że zajadle o to walczyła. To… po prostu się stało.
— Zawsze jest nadzieja — wyrzuciła z siebie pustym głosem.
Przeniosła wzrok na obserwujących ją ludzi. W ich twarzach widziała przerażenie, niepewność, zerkali na siebie, pomrukując na granicy słuchu. Wszyscy się bali. Ona też.
Obok niej stanął Alistair. Zauważyła lekki uśmiech, który jej posłał, zanim skupił spojrzenie na zebranych. Jego mocny głos bez trudu zagłuszył nerwowe mamrotanie:
— Zbierzcie w sobie odwagę!
— Macie rację — odetchnął ktoś. — Nie możemy się poddać!
— Ale… my nie możemy walczyć! — jęknął inny. — Co mamy zrobić?
— Położyć się i zdechnąć też nie możemy — prychnął kolejny. — Musimy iść na północ, do Denerim.
Odpowiedziały mu aprobujące pomruki. Ellen ze zdumieniem patrzyła, jak wymieniali uściski rąk i powoli ruszali ku wyjściu poza mury. Już ani razu na nich nie zerknęli, jakby nawet nie dotarło do nich to, co wołał Chasynd.
— Łatwo poszło — mruknął Alistair.
— Jak barany idące na rzeź — westchnęła Ellen, kręcąc głową. — Robią i czują dokładnie to, co im powiesz.
— Są zagubieni. — Alistair wzruszył ramionami. — To ich przerasta.
Ellen popatrzyła na niego, mimowolnie marszcząc czoło. Zdołała przełknąć stającą w gardle gulę, chociaż miała wrażenie, jakby pokaleczyła sobie cały przełyk.
— Mnie też — odparła cicho. — Ciebie nie?
Alistair zająknął się, zanim uciekł spojrzeniem. Na jego twarzy pojawił się cień, ramiona opadły i Ellen złapała się na tym, że poczucie winy odbiło się kwaśnym posmakiem na jej języku. Znowu to robiła.
— Przepraszam. — Odwróciła głowę. — Zapomnijmy, że cokolwiek mówiłam. Wejdziemy do świątyni?
— Pewnie. — Jego głos brzmiał na dziwnie odległy. — Co z Morrigan?
— Chyba postanowiła pilnować rzeczy. — Ellen ruszyła, uniósłszy dłoń, by powstrzymać Shegara od pobiegnięcia za nią.
Mabari położył się przy nogach opartej o mur Morrigan i sapnął głośno. Ellen sztywnym krokiem skierowała się do ogromnych wrót, za którymi zniknęła Leliana. Naparła na nie całym ciałem, żeby otworzyć. Drewno było zimne i chropowate, chociaż wcześniej wydawało jej się, że wyglądało na gładkie. Stęknęła. Kto projektował tak wielkie drzwi?
Poczuła, jak jedno ze skrzydeł ustąpiło. Zerknęła na stojącego tuż za nią Alistaira i podłapała jego spojrzenie. Zmusiła się do uśmiechu. Nie wiedziała dlaczego, ale nagle wszystko odczuwała jako zupełnie niezręczne. Nawet to, że pomógł jej otworzyć pieprzone drzwi. Uciekła wzrokiem w bok i wślizgnęła się do chłodnego, przenikliwie cichego Zakonu.
Wewnątrz nie było zbyt wiele osób. Ktoś modlił się w drewnianej ławie pod ołtarzem, jedna z sióstr zakonnych rozpalała kadzidła wokół ambony. Nikt nie recytował Pieśni Światła. Pewnie ominęli porę nabożeństwa. Doskonale. Ellen nie widziała też Leliany, co już nie wydawało się tak świetne. Westchnęła, wolnym krokiem przemierzając ciemnoczerwony dywan, który ciągnął się od wejścia aż pod ambonę. W powietrzu unosił się zapach cynamonu, wanilii i starych książek. Przedziwne połączenie.
— O — rzuciła.
Pod jednym z regałów stał templariusz. Przeglądał jakieś zwoje, nie zwracając na nikogo uwagi. Poza nim nie zauważyła innych w tej charakterystycznej zbroi – może wskazałby jej drogę do osoby wspomnianej w liście zamordowanego rycerza? Zerknęła przez ramię na Alistaira, a widząc, że zainteresował się jedną z niewielkich statuetek Andrasty, skierowała się do templariusza.
Musiał usłyszeć jej kroki, bo uniósł głowę. Zwolniła, podłapawszy jego czujne spojrzenie. Nie miała bliższej styczności z jakimkolwiek templariuszem.
— Tak, pani? — odezwał się. — Kim jesteś?
— Możesz mówić mi Ellen — mruknęła, zatrzymując się przed nim.
Templariusz zwinął studiowany zwój i uśmiechnął się powściągliwie.
— Jestem sir Bryant, dowódca templariuszy Lothering — przedstawił się, skłaniając przed nią głowę. — Tych, którzy jeszcze żyją. Nie przypominasz innych uchodźców. Należysz do rycerzy arla Eamona?
Ellen zająknęła się. To chyba pierwsza osoba, która poświęciła przynajmniej chwilę, by przyjrzeć się jej ubiorowi. Mimowolnie obejrzała się przez ramię – Alistair przypatrywał im się czujnie, odwróciwszy się od statuetki. To niespodziewanie dodało jej otuchy.
— A jeśli tak? — Wróciła spojrzeniem do sir Bryanta.
— To powiem ci to, co i tamtym — skwitował dość chłodno. — Nie ma tu nic, co pomoże ci w twoim zadaniu. Urna Świętych Prochów to mit.
Ellen powoli skinęła głową. Najwyraźniej ludzie arla Eamona nie cieszyli się specjalną sympatią.
— Było tu wielu rycerzy? — spytała.
— Arl Eamon zachorzał, a jego rycerze poszukują świętej urny z prochami Andrasty, która ponoć leczy każdą dolegliwość. — Sir Bryant posłał jej podejrzliwe spojrzenie, przymrużywszy oczy. — Musi być bardzo chory, jeśli cud jest ich jedynym wyjściem.
Ellen usłyszała, jak ktoś gwałtownie nabrał powietrza. Spojrzała na Alistaira – wpatrywał się w nich zdumiony, jakby trochę pobladły. Faktycznie, wspominał, że znał arla Eamona. Ellen westchnęła, pozwalając, by jej ramiona opadły w rezygnacji.
— Jeden z rycerzy arla, sir Donall, jest tutaj i myśli o niebieskich migdałach, a tymczasem… nieważne. Spytaj go, jeśli obchodzą cię te bajki — zaproponował sir Bryant.
Ellen skinęła głową. Kojarzyła to imię. Chyba z listu tego martwego rycerza? Powinna się rozejrzeć za sir Donallem, tak na wszelki wypadek.
— Co do tych bandytów za wioską… — zaczęła powoli.
— Na dech Stwórcy! — przerwał jej. — Ile razy będziemy ich jeszcze przepędzać?!
— Nie będą wam przeszkadzać — zapewniła. — Zabiliśmy ich.
— Wszystkich? — Sir Bryant wysoko uniósł brwi. — Własnoręcznie?
— To prawda.
Głos był zupełnie obcy i Ellen mimowolnie drgnęła. W ich stronę zmierzał inny templariusz – musiał nadejść z niewidocznej dla niej części świątyni, bo nawet się nie zorientowała, kiedy się zbliżył. Cofnęła się pół kroku.
— Widziałem z posterunku — stwierdził, posławszy jej uśmiech. — Skończyło się tak szybko, że nie mieliśmy nawet czasu, żeby tam dojechać.
Sir Bryant pokiwał głową.
— Szkoda, że tak musiało się skończyć, ale sami tego chcieli — stwierdził. — Przyjmiesz drobne wynagrodzenie za tę przysługę? — Sięgnął do pasa, gdzie wisiała niewielka, chyba w ogóle pusta sakwa.
Ellen sama nie wiedziała, czy bardziej przemawiały przez nią szlacheckie przyzwyczajenia, czy obrzydzenie do pieniędzy Zakonu. Poderwała ręce, zanim sir Bryant otworzył sakwę, i potrząsnęła głową.
— Nie trzeba — zapewniła. — Wystarczą podziękowania.
— To niezwykle hojne z twojej strony — stwierdził zaskoczony, powoli opuszczając dłoń, jakby spodziewał się podstępu.
Ellen wymusiła na ustach uśmiech. Gdyby Morrigan tu była, prawdopodobnie zdzieliłaby ją kosturem przez łeb. I słusznie. Potrzebowali pieniędzy, żeby przeżyć. Jej oszczędności nie wystarczą na długo.
Z drugiej strony, nadal coś mieli, a kupili większość niezbędnych rzeczy. Mogła brzydzić się zarobku z ramienia Zakonu do woli.
— Słyszałeś jakieś nowiny? — rzuciła, przechylając głowę.
— Inne niż o hordzie pomiotów, która zmierza w naszą stronę? — mruknął sir Bryant. — Nie ma dobrych nowin. Teyrn Loghain uznał ponoć, że ogłosi się królem. Nieszczęście na nieszczęściu.
Co?
Ellen zmarszczyła czoło. Jak to – teyrn Loghain królem? Przecież nie miał nic wspólnego z Cailanem. To znaczy był ojcem Anory, królowej, ale to wszystko? W jego żyłach nie płynęła nawet kropla krwi Kalenhada. Czego on chciał od ich tronu?
— Co masz na myśli? — rzuciła zaniepokojona.
— Teyrn Loghain nie ma praw do tronu — westchnął sir Bryant. — Być może jest bohaterem, natomiast jego córka królową, ale pochodzi z ludu, a ciało króla ledwie zdążyło ostygnąć. Gdyby arl Eamon mógł zainterweniować, może nie doszłoby do tego. Nie obchodzi mnie, kto zajmie tron. Tylko głupcy biją się o to, do kogo należy chata, kiedy płonie dach — podsumował z gorzkim uśmiechem.
Nie spodziewała się tego. Teyrn Loghain wśród większości Fereldeńczyków uchodził za bohatera – bo też się nim stał w bitwie nad rzeką Dein. Ale to było lata temu i to, czego dopuścił się pod Ostagarem… Westchnęła. Raczej nie często spotkają kogoś, kto nie będzie życzył im śmierci tylko dlatego, że teyrn Loghain tak powiedział.
— Liczę, że możesz mi pomóc — oznajmiła, siląc się na spokojny głos. — Jestem Szarą Strażniczką.
Zapadła cisza. Sir Bryant uniósł brwi i zapatrzył się na nią, jakby wyrosła jej druga głowa. Ellen spróbowała nie dać poznać po sobie irytacji.
— Ro… zumiem — zająknął się. — To godne uwagi. Teyrn Loghain ogłosił wszystkich Szarych Strażników zdrajcami odpowiedzialnymi za śmierć króla. Rozumiem, że o tym wiesz?
Ellen westchnęła. Mogła się tego spodziewać.
— Szarzy Strażnicy nie zrobili nic podobnego — oznajmiła.
— Nie sądzę, żeby Strażnicy byli zdolni do takiej nieuwagi lub takiej zbrodni, ale cóż, jest jak jest. — Wzruszył ramionami. — Lepiej, żebyś tu nie zostawała. Tak… na wszelki wypadek.
— Możesz pomóc jeszcze jakoś? — mruknęła.
Tyle to sama wiedziała. Myślała, że skoro nie popierał teyrna Loghaina, a cała świątynia wyglądała na prawie opustoszałą…
Sir Bryant odwrócił wzrok, zanim potrząsnął głową.
— Obawiam się, że nie mogę, nie tobie i nie otwarcie, ale… — Odczepił od pasa kluczyk. — Proszę. Weź ten klucz. Otwiera dużą szafkę przy ambonie. Jest tam więcej, niż możemy zabrać ze sobą, więc bierz tyle, ile ci trzeba.
Ellen uśmiechnęła się lekko. Skinęła głową, zaciskając palce na chłodnym metalu. Tak, to brzmiało jak uczciwa wymiana. Wymordowani bandyci za trochę zapasów, cokolwiek templariusze trzymali w tej szafce.
Zza rogu wyłoniła się Leliana. Gdyby nie jej krótkie rude włosy, Ellen nawet by jej nie poznała. W skórzanej zbroi wydawała się o wiele smuklejsza, a przede wszystkim – groźniejsza. Poprawiała właśnie umocowanie kołczanu, kiedy zauważyła, że na nią czekali. Pomachała do Alistaira, szeroko się uśmiechając.
Czyli należało się ruszyć.
— Dziękuję — mruknęła do sir Bryanta. — Muszę iść. — Cofnęła się dwa kroki.
Sir Bryant skinął głową.
— Bezpiecznej drogi i niech Stwórca nad tobą czuwa. — Ukłonił się uprzejmie, sięgając po odłożone zwoje.
Ellen skierowała się do Alistaira i Leliany, którzy ustawili się pod przeciwległą ścianą. Triumfalnie uniosła ściskany w ręku kluczyk, posyłając im zaczepny uśmiech. Alistair zmarszczył czoło, chyba nie rozpoznawszy kształtu, ale Leliana od razu odpowiedziała uśmiechem. Ellen zatrzymała się przy nich, nabierając głębszego wdechu.
Zaczynało się powoli układać. Powoli.
— Możemy przejrzeć zawartość jakiejś szafki. Poza tym muszę porozmawiać z jedną osobą. Sir Donallem — stwierdziła.
— Widziałam go niedawno! — rzuciła z entuzjazmem Leliana.
Alistair spojrzał na nią z ukosa, kiedy Leliana ruszyła przodem.
— Sir Donall?
— Znasz go? — Zerknęła na niego, mimowolnie się spiąwszy.
— Tak jakby. — Wzruszył ramionami.
Ellen nie odpowiedziała. Coś w głosie Alistaira kazało jej się zwyczajnie zamknąć. Zacisnęła usta, uciekając spojrzeniem w bok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz