środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1.22 - Qunari

— Powinien gdzieś tu być.
Ellen skinęła głową, niemrawo się uśmiechając. Dlaczego budowano tak wielkie świątynie w tak małych miejscowościach? Nie lepiej byłoby nadmiar materiału rozdać ludziom, którzy wznosili domy z drewna i strzechy? Westchnęła. Dało się tutaj zgubić, jeśli ktoś mało uważnie przemierzał nawy.
— I ta szafka, o której mówiłaś, jest chyba tam. — Leliana zatrzymała się po paru krokach i wskazała zacienioną ścianę. — Sir Bryant pozwolił ci zabrać swoje rzeczy?
— Nie wiem czyje. — Ellen obróciła kluczyk w dłoni. — Po prostu stwierdził, że mają więcej zapasów, niż potrzebują.
— To bardzo… hojne z jego strony — mruknęła Leliana i obejrzała się na nią przez ramię, lekko mrużąc oczy.
Chyba nie myślała, że kłamała? Ellen bezradnie uniosła kluczyk. To był jej jedyny argument przeciwko podejrzliwemu spojrzeniu Leliany.
— Możesz tam pójść z nami, wiesz — zauważyła, kiepsko maskując irytację w głosie. — Przydadzą się dodatkowe ręce do pomocy.
— Albo niczego tam nie znajdziemy. — Leliana posłała jej kolejny uśmiech, ale jakby mniej pogodny niż wszystkie poprzednie. — Templariusze niechętnie się dzielą.
Ellen westchnęła ciężko. Oczywiście, że mogli zostać wykiwani – jednak nie pójść tam i nie sprawdzić, to byłaby głupota. Potrząsnęła głową i poirytowana odgarnęła krótkie włosy z twarzy, kiedy opadły jej na oczy.
— Nie zaszkodzi sprawdzić — żachnęła się.
Przeniosła wzrok na Alistaira, nie rozumiejąc, dlaczego nie brał jej strony. Zwykle jednak przychodził z odsieczą, gdy tego potrzebowała. Tyle że Alistair patrzył w zupełnie przeciwną stronę i chyba nawet ich nie słuchał. Ellen przechyliła głowę.
— Coś się…? — zaczęła.
W pobliżu widziała tylko jedną siostrę zakonną, która robiła coś przy miseczce na kadzidła, i przeglądającego grubą księgę mężczyznę. Chyba wojownika? Nie miał na sobie zbroi, ale przy ławie stał oparty miecz i tarcza.
Ellen mocniej zmrużyła oczy. Skądś znała ten herb.
— Sir Donall? — rzucił Alistair, ruszając w stronę nieznajomego. — Czy to ty?
Ellen mimowolnie wymieniła spojrzenie z Lelianą.
— To on? — mruknęła.
— Chyba?
Cóż, każda pomoc się przydawała, czy coś.
— Idź do tej szafki. Jak mają tam jakieś pieniądze, zaopiekuj się nim. — Wcisnęła w dłoń Leliany kluczyk, nawet na nią nie patrząc.
Nie zaczekała na odpowiedź, energicznym krokiem ruszyła śladem Alistaira. Mężczyzna, do którego podszedł, poderwał głowę, ukazując brzydką bliznę przecinającą policzek. Popatrzył na Alistaira ze szczerym zdumieniem, przez chwilę bezgłośnie poruszając ustami. Ellen stanęła nieco z tyłu, przypatrując im się uważnie.
— Alistair? — spytał powoli, na jego wąskich ustach wykwitł szczery uśmiech. — Na Stwórcę, jak się masz, chłopcze? — Chwycił Alistaira za ramiona i serdecznie po nich poklepał. — Byłem przekonany, że nie żyjesz.
To naprawdę był sir Donall. Ellen obrzuciła go uważniejszym spojrzeniem. Wydawał się… dojrzały. Na pewno stoczył już trochę walk – w jego wzroku czaiła się charakterystyczna dla doświadczonych wojowników twardość.
Alistair uśmiechnął się krzywo, ostrożnie wysuwając się z uścisku.
— Żyję, ale nie dzięki teyrnowi Loghainowi — zauważył.
— Gdyby arl Eamon był zdrowy, szybko wyjaśniłby sprawę z Loghainem. — Sir Donall pokiwał głową, uciekając spojrzeniem w bok.
— Więc szukasz Urny Świętych Prochów? — spytał Alistair.
Jego głos przygasł, Ellen usłyszała w nim ogrom rezygnacji. Jak dobrze, właściwie, Alistair znał arla Eamona? Skoro kolegował się też z jednym z jego rycerzy…
— W rzeczy samej — przytaknął sir Donall, wzdychając ciężko. — Prochy Andrasty mogą podobno uleczyć każdą chorobę. Boję się jednak, że gonimy za legendą. Z każdym dniem moja nadzieja słabnie.
— Nie powinieneś uciekać przed mrocznymi pomiotami? — wtrąciła Ellen.
Sir Donall popatrzył na nią zdumiony, jakby nawet się nie zorientował, że podeszła razem z Alistairem. Odchrząknęła zakłopotana, z trudem powstrzymawszy się od cofnięcia.
— Moje zadanie jest ważniejsze — stwierdził grobowym głosem. — Obawiam się jednak, że powrócę do Redcliffe z pustymi rękami.
Z piersi Ellen wyrwało się westchnienie. Podłapała zaniepokojone spojrzenie Alistaira. Choroba arla Eamona źle wróżyła ich początkowym planom. Po co mieliby jechać do Redcliffe, jeśli arl nie był w stanie im pomóc? Szkoda czasu.
Zacisnęła usta i przeniosła wzrok na sir Donalla.
— Mieliśmy nadzieję, że spotkamy się z arlem Eamonem — przyznała.
— A po co, jeśli mogę spytać? — Przywołał na usta pogodny uśmiech.
Ellen już chciała odpowiedzieć, kiedy coś ścisnęło jej gardło. Prawdopodobnie niepokój. Zawahała się, napinając ramiona.
— Wolałabym tego nie zdradzać — mruknęła.
Poczuła na sobie spojrzenie Alistaira. Wiedziała, że mógł w tej chwili zupełnie zignorować jej decyzję i po prostu powiedzieć sir Donallowi, w jakim celu potrzebowali wsparcia arla Eamona, ale udała, że niczego nie zauważyła.
Alistair za to milczał. Serce zabiło jej mocniej, gdy połaskotało je zdumienie.
— Do czasu wyzdrowienia arl z nikim się nie zobaczy, nieważne, w jakiej sprawie — stwierdził spokojnie sir Donall.
— Nie podoba mi się to — westchnął Alistair, spoglądając na Ellen. — Powinniśmy sami obejrzeć arla Eamona i ustalić, co się dzieje.
— Możecie zajrzeć do Redcliffe, jeśli chcecie — zaproponował sir Donall.
Ellen zerknęła na niego, uparcie milcząc. Może to była pułapka zastawiona przez teyrna Loghaina. Tyle że skąd mógł wiedzieć, że na pewno przeżyli? Własnoręcznie zabili jego ludzi, zanim te wieści do niego dotrą, oni już znajdą się w Redcliffe.
Nie, to nie była pułapka. Ale może arl Eamon wcale tak po prostu nie zachorował. Jako szlachcic spokrewniony z matką króla Cailana na pewno stawał się niewygodny dla polityki teyrna Loghaina. Ellen zmarszczyła czoło.
To brzmiało szaleńczo. Naprawdę posunąłby się tak daleko, żeby… żeby co? Przejąć władzę? Ale po co?
— Może wyzdrowiał — westchnął sir Donall. — Albo jego syn wam pomoże. Jestem pewien, że na zamku Redcliffe godnie cię powitają — zwrócił się do Alistaira. — Jest tam arlessa, a ona może ci powiedzieć znacznie więcej niż ja.
Ellen zauważyła, że Alistair skrzywił się lekko. Posłała mu uważne spojrzenie, przechyliwszy głowę. Godnie go powitają? I znał też arlessę? Jej żołądek ścisnął się nieprzyjemnie, z trudem przełknęła.
Alistair czegoś jej nie mówił. A ona nie wiedziała, jakie pytanie mu zadać… ani czy w ogóle powinna.
Nabrała powietrza, powoli przenosząc wzrok na sir Donalla.
— Mam do ciebie jeszcze jedną sprawę — stwierdziła. — Twój przyjaciel, sir Henrik, nie żyje. Mam coś, co do niego należało.
— Co?!
Sięgnęła do sakwy i wydobyła z niej list wraz z poplamionym krwią amuletem. Podała te rzeczy sir Donallowi, wbiwszy wzrok w jego dłonie. Nie chciała patrzeć, jak kolejny człowiek zapadał się w sobie z powodu straty kogoś bliskiego.
— To jego medalion… I list? — wymamrotał sir Donall. — Na oddech Stwórcy. Dziękuję, że mi to dałaś. Inaczej mógłbym się nigdy nie dowiedzieć, co go spotkało.
Ellen zerknęła na niego. Nie patrzył na nią, wpatrywał się w list, który mu dała. Medalion kołysał się w zaciśniętej dłoni, metal błyszczał matowo pod warstwą krwi.
— Przykro mi z powodu twojego przyjaciela — rzuciła przez ściśnięte gardło.
Te słowa były takie puste. Prawie się nimi zadławiła.
— Dziękuję. Zastanawiam się, ilu z nas spotkał ten sam los na tej szalonej wyprawie — mruknął, odkładając obie rzeczy obok studiowanej wcześniej księgi.
Ellen podłapała spojrzenie Alistaira. Wydawał się zdumiony, chyba nie miał pojęcia, skąd to wzięła. Rzeczywiście, parę godzin temu nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół niego. Spróbowała się uśmiechnąć, ale jak zawsze wyszło krzywo.
— Cóż, skoro Henrik nie żyje, muszę wracać do Redcliffe. Być może później poszukam tego uczonego, o którym wspomniał w liście — westchnął sir Donall, kręcąc głową. — Muszę jechać. Jeszcze raz ci dziękuję, pani. Bardzo mi pomogłaś. — Ukłonił się przed Ellen, a kiedy się wyprostował, uśmiechnął się do Alistaira.
W milczeniu patrzyli, jak zbierał swoje rzeczy i ruszał w stronę jednych z bocznych drzwi. Może miał tam kwaterę, gdzie zostawił zbroję. Jego kroki odbijały się lekkim pogłosem wśród milczących ścian.
— Skąd to wzięłaś? — odezwał się Alistair, kiedy sir Donall zniknął za drzwiami.
— Z Zachodniego Szlaku. — Spojrzała na niego. — Zabili go rozbójnicy. Jego ciało… leżało wśród całego tego bajzlu.
Alistair zmarszczył czoło. Niepokój napiął jego twarz w dziwnym, obcym dla niej grymasie. Z trudem powstrzymała się od zerknięcia w bok.
— Nawet nie zauważyłem — rzucił na wydechu.
— Morrigan też nie. — Spróbowała się uśmiechnąć. — Przynajmniej ja na niego wpadłam, prawda?
Odpowiedział podobnie niemrawym uśmiechem, a mimo to Ellen poczuła przyjemny spokój. Odetchnęła, trochę się rozluźniając.
— Dobrze, że pozbyliśmy się tych bandytów — stwierdził twardo.
— Nikt za nimi nie tęskni — zgodziła się.
Wymienili spojrzenia. To było… zwyczajnie przyjemne. Mieć kogoś, z kim się dogadywało. Ellen nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale jeszcze niedawno wydawało jej się, że bez Wysokoża to niemożliwe. Że już nigdy nic nie zmieni się na lepsze.
Uśmiechnęła się – chyba nawet nie do Alistaira.
— A gdzie Leliana? — zainteresował się, tocząc wokół spojrzeniem.
Drgnęła i obróciła się w stronę ambony, za którą miała się znajdować wskazana przez sir Bryanta szafka. Dostrzegła Lelianę w cieniu – pewnie czekała, aż skończą rozmawiać. W ręku ściskała niewielki worek.
Może to zapasy od templariuszy.
— Tam — mruknęła i pomachała do niej. — Brała to, co dał nam sir Bryant.
Leliana ruszyła do nich energicznym krokiem, zauważywszy znak od Ellen. Znów się uśmiechała i wydawała zupełnie zadowolona – pewnie to, co znalazła w szafce, uspokoiło wszelkie podejrzenia.
— To co, w drogę? — Alistair przesunął spojrzeniem od jednej do drugiej. — Głowa mnie zaczyna boleć od tych kadzideł.
Ellen skinęła głową i wyciągnęła ręce po worek trzymany przez Lelianę.
— Co mamy? — zainteresowała się.
— Trochę pieniędzy, opatrunki, chleb, koc. — Leliana wzruszyła ramionami.
— Pieniądze? — Ellen rozwinęła worek i zajrzała do środka – rzeczywiście, na złożonym kocu leżał niewielki mieszek.
— Nie liczyłam.
Ellen zerknęła na nią czujnie. Na pewno policzyła. Ciekawe tylko, czy zabrała kwotę na ich korzyść, czy korzyść templariuszy.
Uśmiechnęła się, uznawszy, że to i tak niczego nie zmieniało.
— Zdecydowanie już stąd chodźmy. Przy odrobinie szczęścia Morrigan przez ten czas nikogo nie zabiła — mruknęła, zawracając do wielkich drzwi.
— Za to przy odrobinie szczęścia ktoś przez ten czas zabił Morrigan — rzucił za jej plecami Alistair.
Ellen uśmiechnęła się szerzej.
Jakże wszyscy uwielbiali tę sympatyczną wiedźmę z samego serca Głuszy Korcari.

***

Morrigan żyła. Alistair spostrzegł to, wzdychając ciężko, kiedy tylko wyszli ze świątyni. Ellen udała, że niczego nie słyszała. Rzuciła na stertę zakupionych rzeczy wór od templariuszy i posłała Morrigan lekki uśmiech. Nie doczekała się odpowiedzi – za to Shegar przylgnął do jej nogi i zaczął wylewnie lizać po dłoni. Pogładziła jego szeroki łeb, wznosząc spojrzenie do nieba.
Minęło południe. Już dawno, prawdę mówiąc. Nie miała pojęcia, która to godzina, ale dość późna, żeby powoli się stąd zbierać. Westchnęła.
— Czyli udajemy się do Redcliffe? — usłyszała głos Leliany. — I co zamierzamy?
— Porozmawiać z arlem Eamonem, jeśli to będzie możliwe — stwierdził spokojnie Alistair, chociaż Ellen wychwyciła w jego głosie dziwną nutę. — Nie możemy… w takim składzie mierzyć się z Plagą.
Morrigan prychnęła. Chyba zgadzała się ze słowami Alistaira, ale trudno było orzec.
— Wyruszymy rano, tak myślę — wtrąciła Ellen. — Tyle tylko…
Nie wiedziała, czy powinna podsuwać im ten pomysł. Mieli trochę pieniędzy, oczywiście, ale mogło nie starczyć. Albo mogli już nigdy więcej nie zdobyć choćby złamanego grosza. Zmarszczyła czoło.
— Co jest? — Alistair przechylił głowę, patrząc na nią czujnie.
Ellen westchnęła.
— Chodzi mi o to, że, cóż, mamy do przebycia… cały Ferelden? — Wymownie uniosła brwi, spoglądając na każdego z osobna. — Gdybyśmy teraz udali się do Redcliffe, a potem, na przykład, do Denerim, ile by nam to zajęło?
Odpowiedziała jej cisza. Leliana odwróciła wzrok, jakby zakłopotana, i Ellen zauważyła wzruszającą ramionami Morrigan.
— Długo — odpowiedział usłużnie Alistair.
— Dlatego pomyślałam — Ellen posłała mu wdzięczne spojrzenie — że moglibyśmy kupić, no, konie.
— Konie — powtórzył Alistair.
Nie brzmiał już na zaciekawionego tym pomysłem. Dość chmurnie zmarszczył czoło, jakby te wieści w ogóle mu się nie podobały.
— Przecież nie wynajmiemy wozu, który będzie nas dostarczał, gdzie trzeba. — Wzruszyła ramionami. — I w każdej wiosce są konie? Nawet taki od pługa by się nadał, byle miał cztery nogi na miejscu.
— W tej dziurze ktoś w ogóle trzyma konie? — westchnął Alistair.
— Właściwie to tak — przyznała Leliana. — Cedric. Dość… dziwny człowiek. Ale zajmował się skupowaniem niechcianych koni, żeby potem sprzedać je podróżującym po Zachodnim Szlaku.
— O. — Ellen uśmiechnęła się mimowolnie. — To jak?
Morrigan znowu wzruszyła ramionami. Opuściła skrzyżowane pod piersiami ręce i schyliła się, by podnieść jeden z worków.
— Pieszo będziemy poruszać się w tym samym tempie co Plaga — przyznała spokojnie. — Warto zyskać nad nią przewagę.
— Na pewno konie? — westchnął Alistair.
— A co innego? — Ellen popatrzyła na niego zdumiona. — Wieprze?
Alistair skrzywił się, biorąc resztę zakupionych rzeczy.
— Konie niespecjalnie za mną przepadają.
— Nie musisz się z nim zaprzyjaźniać, tylko na nim jechać — zauważyła rozbawiona Leliana, posyłając Alistairowi uśmiech.
Nie wiedzieć dlaczego, nie rozbawiło go to.
— Stać nas w ogóle? — Przeniósł wzrok na Ellen.
— Chyba? Kupiliśmy większość potrzebnych rzeczy, więc… — Bezradnie spojrzała na trzymane przez niego worki.
— Nie sądzę, by Cedric miał teraz duży utarg — mruknęła Leliana. — Tutejszych i uchodźców nie stać na zakupienie konia, zwłaszcza że nie wszystkie nadają się na juczne zwierzęta. Chętniej wynajmują wozy albo kupują jedzenie.
Ellen skinęła głową.
— Warto spróbować. — Zerknęła na Alistaira.
— Pewnie. — Uśmiechnął się nieco krzywo.
Chyba mogli uznać temat za wyczerpany. I to samo musiała pomyśleć Morrigan, bo ruszyła w stronę wąskiego mostku, na nikogo nie czekając. Shegar otrzepał się z kurzu i potruchtał za nią, głośno dysząc.
— Musimy iść w stronę młyna — stwierdziła Leliana. — Ma tę swoją zagrodę na skraju Lothering.
Ellen przytaknęła. Popatrzyła krótko na Alistaira, ale nie zgłosił już żadnego sprzeciwu. Ruszyli za Lelianą, która całkiem szybko dogoniła maszerującą przed nimi Morrigan. Nie zagadywała jej jednak i Ellen z pewną ulgą powitała milczenie.
Tłum w Lothering nieco się przerzedził. Ludzie prawdopodobnie poszli przygotowywać posiłki z tego, co udało im się zdobyć. Zostawili po sobie wydeptany, twardy plac między domkami. Ellen czuła pod podeszwami nawet najdrobniejsze kamyczki, jakby maszerowała po brukowanym trakcie.
Leliana poprowadziła ich na sam skraj Lothering, a potem odbiła lekko w lewo, ku Zachodniemu Szlakowi. Szli w cieniu rzucanym przez ogromny wiatrak, między złocistymi polami porośniętymi pszenicą albo innym owsem. Ellen mimowolnie wyciągnęła dłoń do źdźbeł, żeby przeczesać je palcami, ale się zawahała. To chyba wyglądałoby dość głupio. Może lepiej…
— Aż ciężkie od ziaren, co? — mruknął Alistair.
Ellen drgnęła i cofnęła rękę, przenosząc na niego wzrok. Przystanął kawałek z przodu, delikatnie przesuwając palcami po kłosie. Leliana i Morrigan zostawiły ich w tyle.
— Ktoś miałby udane zbiory — odparła cicho i zanurzyła dłoń między łanami.
— To owies czy pszenica? Nigdy nie pamiętam. — Spojrzał na nią wesoło, uśmiechając się szeroko.
Ellen parsknęła.
— Mnie pytasz?
— Dlaczego nie?
Zawahała się. Podniosła na niego zdumiony wzrok, czując nieprzyjemny, zimny dreszcz na plecach. Przecież mu nie powiedziała. Ani razu nie zająknęła się na temat swojego pochodzenia, rodziny, przeszłości.
Dziwna gula stanęła jej w gardle, utrudniając oddychanie.
— Nie znam się na tym. — Uciekła spojrzeniem na złociste pole.
— Idziecie?!
Głos Leliany sprawił, że Ellen drgnęła. Zabrała rękę i cofnęła się, jakby zboże ją poparzyło. Zostali dość daleko w tyle, Leliana i Morrigan stały już na zakręcie.
— Idziemy! — odkrzyknęła, szybko ruszając.
Usłyszała za plecami kroki Alistaira. Shegar nie plątał się pod jej nogami i ukłuł ją zimny niepokój. Zmrużyła oczy, tocząc dokoła spojrzeniem – dostrzegła swojego mabari nieopodal Morrigan. Chyba ją polubił. Dziwne.
Tuż za zakrętem, poza kolejnymi, ale nie tak gęsto postawionymi domkami, znajdowała się też… klatka. Do przetrzymywania więźniów, zardzewiała i na tyle wysoka, że w środku zmieściłby się wyprostowany człowiek bez najmniejszego problemu. Ellen zupełnie nie spodziewała się, że kogoś w niej zamknięto. Kogoś… naprawdę dużego. Uniosła brwi, zapatrzywszy się na zwalistą postać.
To nie był człowiek. Ani na pewno elf, o krasnoludzie nie wspominając. Ledwo mieścił się w tej klatce – na wysokość i szerokość. Jego skóra miała ciemny, ziemisty odcień, zupełnie dla Ellen egzotyczny. Na jego kark opadały spięte w kitkę białe, grube warkocze. Nie pasował do tego miejsca, do zapomnianego przez świat Lothering, do za małej dla niego klatki i zdecydowanie zbyt kusych łachów, które rozłaziły się na nim w szwach.
Zatrzymała się przy klatce, obdarzając nieznajomego zdumionym spojrzeniem. Była przy nim taka mała! Nie wiedziała, gdzie mu sięgała, ale jeśli przynajmniej do ramienia, to uznałaby to za niezły wynik. Usłyszała, że pozostali też przystanęli, jakby nie wiedząc, co zrobić w tej sytuacji.
Olbrzymi mężczyzna zwrócił na nią spojrzenie – miał przedziwne oczy, o tęczówkach w kolorze prawie ciemnego fioletu, z pomarańczowymi refleksami. Ellen nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego.
— Nie jesteś żadną z osób, które mnie schwytały — stwierdził niskim, spokojnym głosem. — Nie rozbawię cię bardziej niż resztę ludzi. Daj mi spokój.
Ellen zająknęła się, wysoko unosząc brwi. Brzmiał… równie dziwnie, jak wyglądał.
— Jesteś więźniem? — spytała mimowolnie. — Kto cię tu wsadził?
— Zostałem tu umieszczony przez Zakon — odparł.
Naprawdę ktoś dał radę go tu wpakować? Jakim cudem, na oddech Stwórcy? Jeśli przyjąć, że przeciętny templariusz w Lothering był postury sir Bryanta… Ellen zmarszczyła czoło, przesuwając spojrzeniem po szerokich barkach nieznajomego.
— Wielebna Matka powiedziała, że wybił całą rodzinę — wtrąciła Leliana napiętym głosem. — Nawet dzieci.
— Racja — przyznał.
Ellen popatrzyła na Lelianę, nie kryjąc zdumienia. Słyszała w jej głosie, że z trudem panowała nad gniewem. Jednego nie potrafiła zrozumieć – dlaczego go uwięziono, zamiast od razu skazać? Chyba zwykle tak się robiło w podobnych sytuacjach.
— Jestem Sten z Beresaad, przedniej straży ludu qunari — odezwał się znowu.
Ellen wróciła do niego spojrzeniem.
Qunari. W ogóle o nich nie pomyślała. Chyba nie zapuszczali się tak daleko na południe Thedas? A przynajmniej do teraz. Poza tym słyszała, że wszyscy, też kobiety, mieli na głowach rogi. U Stena nie widziała nawet małych.
— Jestem Ellen — odparła po chwili. — Miło cię poznać.
— Albo ze mnie szydzisz, albo okazujesz maniery, jakich próżno szukać w waszym kraju — orzekł, mrużąc oczy. — A zresztą to przecież bez znaczenia. Wkrótce i tak umrę.
Ellen przełknęła ślinę. W jego głosie czaiła się moc, brak poruszenia na twarzy sprawiał, że czuła się nieswojo. Sten tylko wpatrywał się w nich przeszywająco, nie krzywił się, nie uśmiechał, nie pokazywał po sobie żadnych większych emocji.
Nieprawdopodobne.
— Nie chcę się czepiać, lecz qunari są doskonałymi wojownikami — odezwał się Alistair. — Gdybyśmy zdołali go uwolnić, być może mógłby nam pomóc.
Ellen spojrzała na niego zaskoczona. Sten wyglądał na dobrego wojownika i, co tu dużo mówić, rzeczywiście potrzebowali pomocy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skład ich grupy w obliczu zadania, które mieli wykonać. Jeden Alistair nie miał szans uciągnąć starcia z pomiotami, podczas gdy reszta towarzyszących mu bab starałaby się nie przeszkadzać.
Ellen zacisnęła usta.
— Radzę wam pozostawić mnie własnemu losowi — mruknął Sten.
Z drugiej strony rozmawiali o olbrzymie, który bez skrupułów wymordował całą bezbronną rodzinę. Łącznie z dziećmi.
— Mogłabym dać ci trochę jedzenia i wody — stwierdziła powoli, kładąc dłoń na jednej z toreb.
— Kusząca propozycja, ale nie, dzięki — odmówił. — Czy będąc na moim miejscu, chciałabyś przedłużać swoją niewolę?
Na oddech Stwórcy, Sten nie tylko wyglądał dziwnie, on po prostu był dziwny. Inna sprawa, że Ellen jeszcze nigdy nie miała bliższej styczności z nikim z jego ludu. Słyszała o qunari wiele niestworzonych opowieści – jak na przykład to, że brutalnie torturowali swoich magów – ale w większość nie chciało jej się wierzyć.
I nadal potrzebowali wojownika. Dobrego. Lepszego od niej, na przykład. W ich sytuacji trudno byłoby wybrzydzać.
— Potrzeba nam kogoś silnego do pomocy. — Popatrzyła wyczekująco na Stena.
Zauważyła, że zmierzył ją spojrzeniem, a potem przyjrzał się Morrigan i Lelianie. Niczego nie zdołała odczytać z wyrazu jego twarzy.
— Nie dziwię się — uznał. — A jakiej konkretnie potrzebujecie pomocy?
Czy to był sarkazm? Cień poczucia humoru? Usta mu nawet nie drgnęły i Ellen nie wiedziała, jak odebrać te słowa.
— Przysięgliśmy bronić świata przed Plagą — oznajmiła, chwytając łokieć Alistaira, żeby pociągnąć go bliżej siebie.
Usłyszała, że stęknął cicho, niezbyt zadowolony, ale stanął z nią ramię w ramię. Od razu poczuła się pewniej.
— Plagą? — powtórzył Sten. — Jesteście więc Szarymi Strażnikami?
— Tak.
— Hmm — mruknął, przekrzywiając głowę. — To zaskakujące. Mój lud zna legendy o sile i biegłości Szarych Strażników… Przypuszczam jednak, że nie każda legenda mówi prawdę. — Posłał im spokojne, miażdżące spojrzenie.
Ellen odchrząknęła. Nawet zamknięty w klatce qunari pozbawiony całego rynsztunku widział, że nie mieli szans w obliczu Plagi. Postanowiła puścić ten komentarz mimo uszu.
— Wielebna Matka zgodzi się ciebie uwolnić? — rzuciła.
— Może jeśli powiecie jej, że Szara Straż potrzebuje mojej pomocy — zauważył, nieznacznie uniósłszy ramiona. — Wtedy zginę równie szybko, co czekając tutaj.
Spokój, z jakim o tym mówił, porażał.
— Pozostawić kogoś na śmierć głodową lub żer dla pomiotów… — westchnęła Leliana, kręcąc głową. — Nikt na to nie zasługuje, nawet morderca.
— Na twoim miejscu wypuściłabym go stąd — zgodziła się Morrigan, krzyżując ręce na wysokości piersi. — Choćby z litości.
Ellen zerknęła na nią zdumiona.
— Litości? — powtórzył Alistair, chyba odgadując myśli Ellen. — Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek usłyszę od ciebie coś tak ludzkiego!
— Zamiast niego możemy tam wsadzić Alistaira — zaproponowała bez zająknięcia Morrigan, nawet nie obdarzywszy go spojrzeniem.
— A tego akurat mogłem się spodziewać — uznał.
Ellen uśmiechnęła się pod nosem.
— Nie ma sensu wracać do tej cholernej świątyni — stwierdziła. — Moglibyśmy spróbować… — Rzuciła okiem na ciężką kłódkę. — …magii? Głowicy miecza?
— Wytrychu? — podsunęła Leliana.
Odsunęła Ellen spod klatki, sięgnąwszy do sakwy przy pasie. Wyciągnęła z niej wąskie kawałki metalu – wsunęła je w zamek, przykucnęła przed drzwiami i rozpoczęła pracę. Ellen słyszała ciche, ledwo uchwytne zgrzytanie mechanizmów, kiedy Leliana szukała odpowiednich zapadek – i wreszcie rozległo się charakterystyczne kliknięcie. Kłódka spadła na wyciągniętą dłoń Leliany.
— Doskonale — ucieszyła się Ellen, chwytając za pręty klatki.
Pociągnęła drzwiczki, które dały się otworzyć, przeciągle skrzypiąc. Dźwięk chyba przetoczył się po całym Lothering, a na pewno odczuły go zęby Ellen. Aż nimi zgrzytnęła, wciskając głowę w ramiona.
Sten musiał się schylić, by wyjść, ale kiedy stanął poza klatką, nagle wydał się jeszcze większy. Ellen zorientowała się, że sięgała mu trochę poniżej ramienia.
Już nigdy nie zdoła zapomnieć, że była cholernym kurduplem.
— Stało się — stwierdził Sten. — Pójdę za wami w bój. Tak odkupię swe winy.
— Dziękuję, Stenie — wykrztusiła Ellen. — Miło cię mieć z nami.
Sten poruszył głową, chyba nią kiwając.
— Możemy ruszać? Chciałbym już iść.
— Pewnie. — Ellen wzruszyła ramionami. — Leliano? W którą stronę?
— Tędy — mruknęła, wskazując drogę, po której szli. — Mam nadzieję, że Cedric się za bardzo nie przestraszy.
— Cedric jak Cedric, ciekawe, co na to jego konie. — Alistair posłał Ellen lekki, nieco zaczepny uśmiech.
Ellen prychnęła, nie powstrzymawszy się od uśmiechnięcia. Oby ta decyzja była dobra. Zdawało się, że już na wstępie plasowała się wśród mądrzejszych, porównując ją z zabraniem, na przykład, Leliany.
Obejrzała się przez ramię na cichego Stena i podłapała jego przeszywające, oceniające spojrzenie. Może zdąży do tego przywyknąć, zanim szlag ich wszystkich trafi po drodze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz