środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1.23 - Hodowca

Cedric, handlarz końmi, nie miał już za wiele na zbyciu. Ellen podejrzliwie spojrzała na prawie pustą zagrodę. W środku stał dokładnie jeden wierzchowiec, skubiąc lichą, wydeptaną trawę. Ciemny, dość drobny. Ellen za cholerę nie znała się na koniach, w przeciwieństwie do Fergusa. Zacisnęła usta, przenosząc wzrok na Lelianę.
— Na jednym się nie zmieścimy — zauważyła nieco oschle.
Leliana uśmiechnęła się, odsuwając się od płotu, przy którym stanęła, by podziwiać mało zainteresowanego nimi konia.
— Za to na pewno będzie nas na niego stać — wtrącił Alistair.
Ellen posłała mu niezadowolone spojrzenie. Akurat teraz nie potrzebowała takiego pomocnego komentarza.
— Bardzo śmieszne — mruknęła gardłowo.
Alistair wzruszył ramionami, uśmiechając się. Chyba nie przejął się jej miną.
— To na pewno nie wszystkie — stwierdziła Leliana. — Może po prostu są w… stodole? — podsunęła.
Jakiej stodole? — prychnęła Morrigan.
To była inna kwestia – Ellen nie zauważyła żadnej stodoły.
— Koni nie trzyma się w stodołach — żachnęła się zamiast tego.
To jedno wiedziała na pewno. Mogła udawać, że się znała na koniach, jeździe konnej i kupowaniu. Hodowaniu. Czymkolwiek.
— Pójdę go poszukać. Cedrica. — Leliana wzruszyła ramionami. — W worku od templariuszy są też moje pieniądze. Możecie je przeliczyć, zanim wrócę.
Ellen spojrzała na nią poirytowana. Od kiedy to Leliana rozporządzała ich czasem? Powstrzymała się od uszczypliwego komentarza i skinęła głową. Zdecydowanie powinni sprawdzić, jakimi kwotami dysponowali. Przecież musieli też zostawić coś na potem.
Leliana pomachała im, odchodząc w stronę niewielkiej chatki. Koń w zagrodzie nadal spokojnie skubał trawę, zupełnie nie zwracając na nich uwagi.
— W porządku — westchnął Alistair. — Który to worek?
Ellen bez słowa wskazała ten leżący na wierzchu i usiadła pod płotem, grzebiąc w swojej sakwie. Na pewno miała najwięcej pieniędzy. Zerknęła na Morrigan, potem na milczącego, jakby odległego duchem Stena.
Nie było się co łudzić, oni nie mieli przy sobie złamanego grosza.
— Policz te od templariuszy i Leliany — poprosiła Alistaira, wygrzebując pierwsze srebrniki z wewnętrznej kieszonki sakwy.
— Raczej nie będzie tego dużo.
Ellen nie skomentowała. Musiało być wystarczająco.
W ciszy poniosło się skrzypnięcie drzwi. Ellen poderwała głowę, ogniskując wzrok na chatce – do Leliany wyszedł niski, o płowych włosach mężczyzna. Z tej odległości nie rozumiała, o czym rozmawiali, słyszała tylko zniekształcone głosy. Przesypała monety z jednej dłoni do drugiej i powróciła do liczenia.
Wyglądało lepiej, niż się spodziewała. Mieli trochę ponad trzy suwereny. O ile ten cały Cedric nie krzyknie suwerena za konia – chyba musiałby mieć linię prosto z hodowli szlacheckiej, żeby tyle tu wziąć – było ich raczej stać.
— Niecałe dwa suwereny — mruknął Alistair. — I moje osiemdziesiąt srebrników.
Ellen uśmiechnęła się do niego.
— To całkiem dobrze! — stwierdziła zadowolona. — Może się uda.
Alistair skinął głową.
— Najwyżej weźmiemy największego i pojedziemy wszyscy na nim.
Ellen zmarszczyła czoło. Alistair powiedział to na tyle poważnie, że już nie była pewna, czy żartował.
— Chodźcie! — rozległ się głos Leliany.
Ellen chwyciła wyciągniętą rękę Alistaira i z jego pomocą dźwignęła się z ziemi. Otrzepując skórzaną zbroję z trawy, ruszyła do Leliany i czekającego z nią Cedrica. Usłyszała za sobą kroki, więc odruchowo się obejrzała – przy zagrodzie została tylko Morrigan. Skrzyżowała ręce na piersiach, spoglądając za nimi chmurnie.
— A ty? — zdziwiła się Ellen.
— Zaczekam — mruknęła.
Ellen wzruszyła ramionami. Jak chciała.
Leliana uśmiechnęła się szeroko, kiedy tylko podeszli. Wyglądała na bardzo zadowoloną z tego, co udało jej się osiągnąć. Może dowiedziała się, że Cedric miał więcej koni niż to kościste stworzenie na wybiegu.
— To Cedric. — Wskazała mężczyznę, który w odpowiedzi skinął głową. — Jest gotów z nami pohandlować. Uczciwie. — Zerknęła na niego znacząco.
— Przysługa dla Zakonu to zawsze przyjemność — mruknął.
Ellen posłała Lelianie zdumione spojrzenie, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Leliana położyła dłoń na ramieniu Cedrica, nadal się uśmiechając.
— Ma więcej koni, tylko są na stanowiskach. — Wywróciła oczami. — Za chatą. Możemy tam przejść, prawda?
Cedric skinął głową. Nie wyglądał na przejętego tą sytuacją – splunął przez ramię i ruszył przodem, wsadziwszy ręce do luźnych, workowatych spodni. Ellen odprowadziła go spojrzeniem, wysoko uniósłszy brwi.
To nie wyglądało najlepiej.
— Wcisnęłam mu, że jesteśmy misjonarzami z Zakonu — mruknęła półgłosem Leliana, kiedy podążyli za Cedrikiem. — Zna mnie, więc uwierzył.
Ellen popatrzyła na nią przerażona. Chyba oszalała? Oni we troje może jeszcze, nawet Morrigan dałoby się wcisnąć w tę rolę, ale Sten? Cedric na pewno kojarzył go chociaż z widzenia. To szaleństwo!
Plan dobry, ale zupełnie nieprzemyślany.
— Idźcie przodem — rzuciła nerwowo i lekko popchnęła Lelianę w plecy. — Zaraz was dogonimy! — Zatrzymała się przed Stenem, wyciągając rękę, żeby jej nie wyminął.
Alistair zerknął na nią zaskoczony, unosząc brwi. Uśmiechnęła się do niego i zamachała rękoma – nie miała czasu na tłumaczenia, a jeśli wszyscy nagle staną, Cedric na pewno zwróci uwagę na Stena.
Leliana ujęła Alistaira pod ramię i pociągnęła go w przód. Próbował się zbuntować, żachnąć, jeszcze parę razy oglądając się za siebie, jednak w końcu skapitulował. Ellen mimowolnie odetchnęła.
— Stenie, przepraszam — zaczęła, przesunąwszy spojrzeniem w jego stronę – natrafiła na jego tors, więc musiała zadrzeć głowę, żeby odnaleźć twarz — ale chyba powinieneś poczekać z Morrigan.
Sten milczał, patrząc na nią spokojnie. Ellen przełknęła ślinę.
Rozmawiało się z nim jak z głazem. Wykazywał podobne zaangażowanie.
— Leliana powiedziała, że jesteśmy misjonarzami — westchnęła. — Nie wyglądasz na misjonarza naszego Zakonu. Poza tym Cedric na pewno…
— Rozumiem — mruknął Sten. — Nie musisz tego tłumaczyć.
Ellen zająknęła się bezradnie. To dlaczego milczał?
— W takim razie…?
— Mam zaczekać razem z tą czarodziejką? — Sten lekko uniósł brwi.
— Z Morrigan, tak. Gdybyś mógł — przyznała ostrożnie.
Nie umiała powiedzieć, czy jego głos był pełen dezaprobaty, czy pasywnej niechęci. Z jego twarzy nie mogła wyczytać niczego.
Sten zawrócił. Tak po prostu. Ellen odetchnęła, opuszczając głowę – w karku cicho jej chrupnęło. Będzie musiała przywyknąć.
Westchnęła i ruszyła śladem pozostałych. Wszyscy zniknęli już za chatką, więc musiała kawałek podbiec, żeby nie wyglądało to podejrzanie. Raz tylko zerknęła przez ramię – Sten prawie dotarł do Morrigan. W porządku, powinni wytrzymać razem parę chwil.
Dogoniła Alistaira i Lelianę tuż przed… wiatą. Spojrzała skonsternowana na dość prymitywną konstrukcję – trzy ściany i dach. Prowizoryczne przegródki, wąskie, akurat na szerokość konia. Większość pusta, ale w niektórych tkwiły końskie zady.
Stanowiska, tak? Ellen jeszcze nigdy nie widziała tak żałośnie wyglądających stanowisk. Dobrze, że Cedric nie nazwał tego stajnią, bo by się chyba zapluła od śmiechu.
Przebiegła spojrzeniem po grzecznie czekających na swój los koniach. Nie było ich wiele i nie wyglądały – nawet z takiej perspektywy – zbyt dobrze. Ellen zmarszczyła czoło.
— To tylko cztery — zauważyła podenerwowana.
— Piąty jest na wybiegu. — Cedric skrzywił się dziwnie. — To ile wy chcecie?
— Pięć — przyznała powoli. — Wszystkie poszły?
Cedric wzruszył ramionami.
— Do wozów, na mięso… wam też ubić?
Ellen posłała mu zdruzgotane spojrzenie. Zająknęła się, wysoko unosząc brwi, ale nic składnego nie przyszło jej do głowy. Wiedziała, że ludzie jedli koninę, zwłaszcza w obliczu wojny i nieszczęścia, mimo to w gardle stanęła jej gula.
— Nie, nie. — Leliana potrząsnęła głową. — Mówiłam ci, jesteśmy misjonarzami. Zamierzamy na nich podróżować.
Cedric przyjrzał jej się, mrużąc oczy.
— No tak — mruknął. — Czyli skórę też weźmiecie?
— Skórę? — powtórzyła Ellen.
— Rząd. — Leliana uśmiechnęła się do niej krótko. — Oczywiście.
Cedric milczał, wsparłszy się ramieniem na prowizorycznym słupku podtrzymującym przegrodę między dwoma pustymi stanowiskami. Ellen złapała się na tym, że czekała, aż cała konstrukcja runie. Niemożliwe, żeby wytrzymała taki ciężar.
— Potargujmy.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Chwila, a konie? Nie zobaczymy ich? — wykrztusiła zdumiona.
— Co wam za różnica? — Wzruszył ramionami. — Chcecie pięć, mam pięć. Jak jakiś się nie nada, zjecie go.
Ellen zacisnęła usta. Może gdyby władowała mu pięść w splot słoneczny, zacząłby inaczej gadać. Przecież to niedorzeczne! Chyba wyrazili się jasno, że nie zamierzali zjadać tych nieszczęsnych zwierząt?
Poczuła, że Alistair zacisnął dłoń na jej ramieniu. Powoli wypuściła powietrze, z trudem rozluźniając mięśnie szczęki.
— W porządku — wycedziła przez zęby. — Ile?
— Za konie — wskazał je ruchem brody — dwa suwereny. Za pięćdziesiąt srebrników dorzucę jakiś szmelc.
— Cedric — mruknęła z naciskiem Leliana.
Nawet nie krył się z brzydkim wykrzywieniem twarzy. Wzniósł oczy do nieba, jakby bardzo cierpiał, sprzedając swój dobytek, i westchnął ciężko.
— Suweren i pięćdziesiąt srebrników — warknął. — Do tego trzydzieści srebrników za skóry.
Ellen nabrała powietrza. To chyba dobra cena? Tak? Na oddech Stwórcy, nigdy nie obracała tak niewielkimi kwotami. Nie miała pojęcia, jak powinno się wyceniać zaniedbane konie z Lothering. Zerknęła bezradnie na Alistaira, szukając pomocy.
— Chyba możemy sobie na to pozwolić — stwierdził powoli. — O ile żaden nie jest kulawy, oczywiście.
— Właśnie — podchwyciła, przenosząc wzrok na Cedrica.
— Nie są. — Wzruszył ramionami. — Zaraz zobaczą.
Ellen przypatrywała się, jak Cedric wciskał się do wolnego stanowiska obok jednego ze swoich koni – na początek wziął stojącego z brzegu siwka. Odwiązał go i, cmokając dość natrętnie, klepnął w pierś. Wierzchowiec posłusznie się wycofał, lekko tuląc uszy, ale nie pokazując więcej niechęci. Ellen skrzywiła się, widząc, że pod skórą odciskały się żebra. Poza tym wydawał się całkiem mocny. Miał bystre oko.
— Piękny — stwierdziła Leliana. — Ma jakieś imię?
Cedric posłał jej zdumione spojrzenie.
— Żałuję, że spytałam — mruknęła.
— Alistair, weź go — rzuciła Ellen, widząc, że Cedric nie bardzo wiedział, co zrobić z trzymanym postronkiem.
— Ja? — jęknął.
Ellen tylko na niego popatrzyła. Przecież nie kazała mu wsiadać? Najpierw musieli je porządnie nakarmić, sądząc po tym, jak niewiele tłuszczu mu zostało. Prawie skóra i kości. Ale nie było w czym wybierać.
Alistair przejął postronek i wycofał się, żeby zrobić więcej miejsca. Siwek ufnie podążył za nim, nastawiając uszy. Nawet skubnął wargami dłoń Alistaira, na co biedny aż podskoczył, wciągając powietrze.
— Widzisz, lubi cię — rzuciła ciut złośliwie Ellen.
— Albo zamierza mnie pożreć — odparł cicho.
Cedric stanął w stanowisku po siwku i odwiązał kolejny powróz. Tym razem wycofał drobniejszego, karego konia – i o wiele mniej spokojnego. Kilka razy wściekle kłapnął zębami, ale nie odważył się ugryźć Cedrica. Ogon ze świstem przeciął powietrze, kiedy z wierzchowiec z frustracją kopnął powietrze.
Ellen uniosła brwi. Tego to nawet strach zjadać.
— Musimy go dać Morrigan — skwitował Alistair, uśmiechnąwszy się szeroko.
— Ją, to kobyła — burknął Cedric i wcisnął powróz w ręce Ellen.
Klacz stuliła uszy, mierząc ją gniewnym, oceniającym spojrzeniem. Ellen jeszcze nigdy nie poczuła się taka bezradna w obliczu jakiegokolwiek konia.
— Dobra dziewczynka — wykrztusiła, dotykając rozdętych chrap.
Klacz od razu odsunęła pysk i mocniej stuliła uszy. Chyba nie lubiła głaskania. Wyglądała też odrobinę lepiej – albo to przez ciemny kolor sierści trudniej było dostrzec żebra. Ludzie naprawdę je zjadali, kiedy nawet nie miały dość mięsa?
— Zabierzemy się ze wszystkimi? — spytała ostrożnie Ellen.
Cedric już wchodził po kolejnego konia. Tym razem padło na rude zwierzę. Zatańczyło niespokojnie na swoim stanowisku, głośno tupiąc, kiedy Cedric się zbliżył.
— Cedric poprowadzi dla nas jednego — zdecydowała Leliana.
Rudy wierzchowiec gwałtownie szarpnął łbem, ledwie się wycofał. Powróz zatrzeszczał pod napięciem, ale natychmiast się poluzował – wystarczyło, by Cedric uniósł rękę. Koń lekko przysiadł na zadzie, już się nie szarpiąc, a tylko nerwowo zadzierając pysk. Był chyba nawet chudszy od tamtego siwka.
Serce boleśnie się Ellen ścisnęło. Może i to najgorsza inwestycja w jej życiu, ale przecież nieludzkim byłoby zostawić je tutaj, z tym… wieśniakiem.
— Wezmę go — zadeklarowała się Leliana, wyciągając ręce po powróz.
Cedric wzruszył ramionami.
— Jeszcze jeden.
— Umiemy liczyć — wymamrotała Ellen.
Trzymana przez nią klacz nastawiła w jej stronę jedno ucho. Ellen mimowolnie wstrzymała powietrze. Zachowywała się trochę jak Alistair – ale ten koń był dziwny. Bardzo… charakterny. Może rzeczywiście powinni wcisnąć go Morrigan.
Cedric wyprowadził ostatniego, skarogniadego, nieco potężniej zbudowanego – tyle że niewiele różnicy to robiło, biorąc pod uwagę, jak chudy był. Ellen westchnęła cicho, przypatrując się jego spokojnemu, pełnemu pogodzenia z losem wyrazowi pyska. Przynajmniej one uratują się przed Plagą. Na pewien czas.
Trawa pewnie nie wystarczy, by utrzymać je w dobrej formie. Przydałoby się trochę… siana? Chyba tak. Kiedyś sir Gilmore jej tłumaczył, że od owsa tylko się we łbie roi. Nie potrzebowali wściekłych koni, tylko silnych i dobrze utrzymanych. Siano nie powinno być drogie. Na pewno będzie tańsze od owsa.
— W porządku, to chodźmy po tego piątego — westchnęła, ruszając w drogę powrotną – klacz, kiedy pociągnęła ją za powróz, grzecznie poszła za nią.
— Ta, pewnie — mruknął Cedric.
Ellen zerknęła na niego czujnie. Nie wydawał się zbyt szczęśliwy. Poszukała spojrzeniem Leliany, ale dostrzegła tylko jej nogi. Szła po drugiej stronie rudzielca, niczego nawet nie zauważyła. Trudno.
Morrigan, Sten i Shegar czekali na nich nieopodal wybiegu. Morrigan na widok prowadzonych koni uniosła brwi, jednak nie skomentowała. Ellen pomaszerowała prosto do niej i wręczyła postronek z karą, poirytowaną nie wiedzieć czym klaczą. Morrigan posłała jej jeszcze bardziej zdumione spojrzenie.
— Masz, dogadacie się, jest twoja — rzuciła. — Ja go wezmę. — Podeszła pośpiesznie do Cedrica, przejmując od niego rosłego konia. — Idź pan po tego ostatniego.
Cedric spojrzał niechętnie na wybieg.
— Problem jest taki, że ta cholera nie lubi być trzymana na postronku — westchnął wreszcie. — Znalazłem ją nad zwłokami na Zachodnim Szlaku, złapałem i tu przytargałem. Zupełnie dzika. Nie mam pojęcia, co to za pomiot.
Ellen przeniosła wzrok na ciemnego, niedużego konia. Wydawał się niewinny i spokojny. Zresztą nie mogli wybrzydzać – gdyby nie to, że pozostałe wierzchowce wyglądały zwyczajnie źle, na upartego ktoś mógłby jechać w dwie osoby na jednym. W tej sytuacji nie do końca to by zadziałało.
— Łap ją pan i nie narzekaj — warknęła.
Cedric wzruszył ramionami. Furtka od zagrody zaskrzypiała, kiedy ją uchylił, a potem wślizgnął się do środka. Nie sprawiał wrażenia takiego pewnego siebie jak wcześniej. Nerwowo obracając w dłoniach postronek, ruszył w stronę pasącego się konia.
— Po co nam taka bestia? — rzucił Alistair. — Co z nią zrobimy?
— Zajeździmy, jak będzie trzeba. — Ellen wzruszyła ramionami.
— A potrafisz?
Posłała mu poirytowane spojrzenie.
— Wiesz, możemy umówić się tak, że ja wezmę tego siwego przystojniaka, a ty tę ciemną cholerę. Co ty na to? — burknęła.
— Uznajmy, że nie było pytania — mruknął powoli.
— Uznajmy. — Przymrużyła oczy.
Zresztą ile problemów mógł sprawiać koń? Zwłaszcza że tamten był dość niewielki. Proporcjonalny, mniej wychudzony od pozostałych i wyglądał zupełnie łagodnie. Ellen przymrużyła oczy, obserwując, jak Cedric przeciągał powróz pod kantarem. Wierzchowiec miał bardzo ciemną sierść – ciemnogniadą może? Albo skarogniadą tak samo jak ten większy, dla Stena? Ellen nie potrafiła określić. Sir Gilmore na pewno by wiedział.
Kiedy Cedric pociągnął za powróz, koń nagle szarpnął się w tył, siadając na zadzie. Gwałtownie się wspiął, zadzierając łeb tak mocno, jakby zaraz miał się wyrwać. Kopyta świsnęły w powietrzu, niebezpiecznie blisko głowy Cedrica.
— Ścierwo!
Dłoń Cedrica śmignęła do pyska konia i zderzyła się z nim z głuchym plaśnięciem. Ellen drgnęła, postępując krok w przód. Albo dwa.
Hej! — ryknęła.
Prawie natychmiast zagryzła wargi. Poczuła na sobie spojrzenia pozostałych z grupy, ale nie umiała na nie odpowiedzieć. To był impuls. Pewnie głupi. Cedric raczej wiedział, jak się obchodzić z końmi, przecież na tym zarabiał.
Przykucnęła przy siedzącym obok Shegarze i zanurzyła dłonie w jego sierści, szukając otuchy. Jego głośny oddech trochę ją uspokoił. Wtuliła twarz w mocny kark.
Sir Gilmore nigdy nie uderzył żadnego ich konia. Bardziej ufała jemu niż jakiemuś cholernemu wieśniakowi z Lothering.
Cedric przyprowadził ostatniego wierzchowca – który wściekle tulił uszy, błyskając białkami oczu, ale już więcej nie zaatakował. Cedric na sztywno wyprostowanej ręce podał Ellen powróz. Zerwała się na równe nogi i przejęła konia, czując, jak jej serce przyśpieszało w piersi. Niech to szlag, nie miała pojęcia o tych zwierzętach, a magicznym sposobem wzięła na swoje barki takiego dzikusa.
— Idę po skórę, a potem płacicie — mruknął Cedric.
— Oczywiście — odparła.
Ledwie Cedric odwrócił się plecami, trzymany przez nią koń wylewnie użarł ją w ramię. Gdyby nie skórzany naramiennik, na pewno poszłaby krew. Z jej piersi wyrwał się zdumiony, trochę bolesny okrzyk – uskoczyła w bok, na co wierzchowiec szarpnął łbem, jakby unikał ciosu.
— To… nie było miłe — wydusiła.
Shegar potwierdził gardłowym warknięciem. Dobrze, że się nie rzucił na tę ciemną cholerę, jeszcze im tu walki międzygatunkowej brakowało.
— Strasznie dzika jesteś — dodała pod nosem.
Koń w odpowiedzi wściekle parsknął.
Na pewno się dogadają. Ciekawe, czy w tej sytuacji Plaga w ogóle zdąży zabić Ellen.

***

Opuścili gospodarstwo Cedrica z małym tabunem wychudzonych koni i kiepskiej jakości siodłami, które prawdopodobnie rozlecą się, kiedy tylko ich użyją. Ruszyli ku krańcowi wioski – musieli znaleźć miejsce na obozowisko przed zapadnięciem zmroku, a Ellen nie chciała spędzać więcej czasu wśród ciasnych domków Lothering. Może trochę za bardzo przywykła do spokoju towarzyszącego im w Głuszy Korcari.
Konie szły potulnie i nawet dzika klacz Ellen nie robiła żadnych problemów. Wydawała się najbardziej nerwowa ze wszystkich, ale w dość spokojnym stadzie zachowywała się prawie jak udomowione zwierzę. Ellen nie odważyła się jej pogłaskać. Szanowała swoje palce – które z pewnością jeszcze się przydadzą.
Następnego dnia chyba musieli wyruszyć do Redcliffe. Sprawdzić, co takiego działo się z arlem Eamonem. W razie potrzeby wymyślić, skąd wytrzasnąć innego sojusznika. Była w ogóle w stanie zdobyć względy szlachty? Fereldeńczycy szczycili się swoją dumą i niezależnością, rządzenie tym państwem przypominało rzucanie głazami w mur. Przy odrobinie szczęścia dało się go skruszyć, ale jeśli się przesadziło, odłamany fragment spadał ci prosto na łeb.
Westchnęła. Może lepiej wierzyć, że arl Eamon poczuł się lepiej i kiedy przyjadą do Redcliffe, będzie w stanie ich przyjąć.
Ellen przesunęła spojrzeniem po górującym nad nimi wiatraku i ześlizgnęła się na drogę, po której maszerowali. Do wejścia na Zachodni Szlak zostało jeszcze trochę, w tym tempie chyba niecały kwadrans. Nie była jednak pewna, czy powinni rozkładać się blisko traktu. Może lepiej poprosić Morrigan, żeby poprowadziła ich głębiej w pobliskie lasy?
— Co jest? — usłyszała zaniepokojony głos Alistaira.
Nie zdążyła na niego spojrzeć. Zauważyła to samo co on – zbierających się przed nimi ludzi. Wszyscy byli uzbrojeni w widły albo sierpy, ponuro spoglądali na ich grupę. Nie wyglądali zbyt przyjaźnie. Ellen zmarszczyła czoło, wbijając paznokcie w postronek.
Chyba nie zamierzali ich obrabować? Przecież to szaleństwo.
— Żeśmy słyszeli, co się gada — odezwał się jeden z nich. — Żeście Strażnicy. Nie wiem, czy zabiliście króla Cailana i, niech mi Stwórca przebaczy, nic mnie to nie obchodzi. Ale z tej nagrody za wasze głowy można wykarmić wiele rodzin. Do ataku!
Odpowiedział mu ochrypły okrzyk z gardeł towarzyszących mu mężczyzn. Ellen aż się cofnęła parę kroków, czując, jak nabierane powietrze zaczynało ją dusić.
Teyrn Loghain oszalał? Wyznaczył nagrodę za każdego Szarego Strażnika, który przeżyje pod Ostagarem? O co mu chodziło?
— To chyba żarty — warknął Alistair.
— Leliano, zabieraj konie! — zawołała Ellen i rzuciła jej postronek. — Na bok!
Nie poczekała na odpowiedź. Nie wiedziała, czy pozostali zrobią to samo. Wyminąwszy Shegara, skoczyła w przód, wślizgując się pod dźgnięcie wideł – zablokowała je ostrzem sztyletu. Usłyszała przeraźliwy wrzask, kiedy jej ogar dopadł pierwszego przeciwnika – głos szybko zmienił się w niewyraźny bulgot.
Przecież ci ludzie nawet nie byli uzbrojeni. Nie mieli niczego. Co ich podkusiło, by próbować pokonać grupę wojowników?
Magia Morrigan zatrzeszczała w powietrzu, eliminując wieśniaków jeszcze szybciej niż broń Ellen i Alistaira. To była rzeź. Po chwili stali wśród nieruchomych, zakrwawionych ciał, między którymi przechadzał się podenerwowany Shegar. Ellen odetchnęła głębiej i opuściła broń.
— Zdurnieli! — krzyknęła wściekle. — Po co?!
— Dla pieniędzy — westchnął Alistair. — Byli zdesperowani.
— A teraz są martwi! — Obrzuciła go spojrzeniem szklistych oczu, z pretensją wskazując trupy.
Zapadła cisza. Ellen podłapała bezradny wzrok Alistaira i poczuła, jak zaciskająca się na gardle gula coraz bardziej rosła. Odwróciła głowę, nie chcąc, by ktoś widział, że mogła się rozpłakać. Teraz już żadnych słabości. Teraz musiała trzymać się w ryzach. Nikt nie powinien jej taką zobaczyć. Nigdy. Nabrała powietrza przez nos, mając wrażenie, jakby całe płuca ją paliły. To takie głupie. Wystarczy, że Alistair wiedział, jak słaba była.
— Ruszajmy — warknęła przez zęby, gwałtownie zawróciwszy po swoją dziką klacz.
Leliana bez słowa oddała jej powróz. Ellen nawet na nią nie zerknęła. Pomaszerowała przed siebie, a koń za nią – po chwili dołączył do niej też Shegar. Chyba trochę pozostałych wyprzedziła, ale i tak nie słyszała żadnych rozmów.
Może potępiali ją w milczeniu. Dlaczego nie.
— W porządku, Stenie? — odezwał się Alistair.
Ellen mimowolnie drgnęła.
— Walczyłeś… gołymi rękoma? — usłyszała niedowierzający głos Alistaira.
— Jak widać — odparł spokojnie Sten.
Niech to szlag. Przecież wyciągnęli go z klatki, jako więźnia. Skąd wziąć ekwipunek na takiego kolosa?
Ellen nerwowo otarła twarz, chociaż wygrała ze łzami i żadna nie pociekła na policzki. Odetchnęła głęboko. Może lepiej skupić się na ważnych sprawach. Na przykład na tym, że ledwo opuścili Lothering, a już wszystko znów się sypało. Przełknęła gorycz, powoli uspokajając bicie serca.
Shegar zaskomlił cicho. Pogłaskała jego szeroki łeb, nie poświęciwszy mu uwagi. Skąd mogli wziąć uzbrojenie dla Stena? Po drodze do Redcliffe nie było żadnej większej miejscowości, gdzie dostaliby coś godnego uwagi. Z drugiej strony, czy w ogóle wystarczyłoby im pieniędzy teraz?
Sapnęła sfrustrowana. To nie miało sensu.
Zatrzymała się, kiedy klacz szarpnęła się na postronku, prawie wyrywając jej ramię z barku. Syknęła, posyłając jej gniewne spojrzenie. Co jej znowu odwaliło? Stała ze stulonymi uszami i lekko zadartym łbem, z napięcia aż drżała. Ellen zerknęła poirytowana na wejście na Zachodni Szlak. Byli już tak blisko, a to zwierzę musiało teraz odstawiać sceny?
No dalej — burknęła.
— Wszystko dobrze? — odezwał się Alistair.
— Raczej nie — ofuknęła go, zanim ugryzła się w język. — Uparła się, nie mogę jej w ogóle ruszyć.
Alistair spojrzał bezradnie na zatrzymującą się obok niego Lelianę.
— Może…
Pomocy!
Ellen obróciła się w stronę Zachodniego Szlaku. Głos poniósł się w ciszy, trochę gardłowy, ale pełen szczerego przerażenia. Nawet się nie zastanawiała, kiedy rzucała postronek swojej dzikiej klaczy w ręce zdumionej Leliany.
— Zostań z końmi! — rzuciła tylko.
Shegar ruszył przodem, jeżąc sierść na karku. Ellen chwyciła za sztylet, wysunęła go do połowy ostrza i równie gwałtownie przystanęła. W nozdrza połaskotał ją duszący zapach.
— Pomioty — wykrztusił Alistair.
Spojrzała na niego zdumiona. Skąd wiedział? Niczego nie czuła! Przecież przeszła to cholerne Dołączenie, gdzie te głosy do rozróżniania?
— Kilka — dodał po chwili. — Parę genloków. Chyba jeden hurlok.
Ellen zgrzytnęła zębami.
— Shegar, waruj! — krzyknęła za ogarem.
Shegar posłusznie przypadł do ziemi, ale zapiszczał z wyrzutem, posyłając jej niezadowolone spojrzenie. Nie rozumiał, dlaczego nie pozwalała mu walczyć z tymi potworami. Może by do niego dotarło, gdyby przynajmniej raz łyknął pomiociej krwi.
— Sten, trzymaj się z dala od walki! — zwróciła się do niego, gdy Alistair ją wyminął. — Morrigan, osłaniaj nas!
Ruszyła za Alistairem. Krew zaszumiała w uszach, kiedy przeskakiwała po dwa stopnie, wspinając się na Zachodni Szlak. Dlaczego ten oddział odłączył się od hordy? W dodatku ominął Lothering? Może wyłaziły ze swoich kryjówek dopiero wieczorami? Zbliżał się zmierzch, słońce wisiało nisko nad horyzontem. Alistair wcześniej niczego nie wyczuł.
Nie wspominając o niej.
Pomiotów nie było wiele. Otoczyły przewrócony wóz, za którym ktoś się chował, krzycząc głośno. Pewnie to on wzywał pomocy. Nie zatrzymując się, uderzyła z całą siłą pędu w plecy genloka, wciskając go w balustradę Zachodniego Szlaku. Sztylet zatopił się w gnijącym ciele, płuca wypełnił jej znajomy, duszący smród rozkładu.
Poczuła się prawie jak za starych czasów, psiamać.
Poderżnęła pomiotowi gardło i skoczyła pod tarczą Alistaira, by podciąć rosłego hurloka. Powietrze zaiskrzyło od przywoływanej magii – wyciskający łzy z oczu odór rozwiał powiew wiatru, który przyniósł mróz. Nogi jednego z genloków zostały schwycone w lodową pułapkę. Miecz Alistaira przeszył jego szkaradny ryj, coś żółtawego pociekło po przebitej na wylot czaszce. Ellen zerwała się z ziemi i dźgnęła następnego pomiota, czując, jak jej serce zmieniało rytm bicia. Z przyśpieszonego na równe, jakby poddawała ciało zwykłemu wysiłkowi. To było dziwne – niosło pewność, stabilność ruchów. Żadnego zmęczenia gwałtownymi zrywami.
Obróciła się na stopie i sparowała atak genloka, ostrza broni szczęknęły o siebie. Zanim którekolwiek wykonało pierwszą kontrę, Alistair uderzył w plecy pomiota i nadział go na sztylet Ellen. Dokoła zapanowała dzwoniąca w uszach cisza.
— Rzeczywiście mało — sapnęła Ellen.
Alistair uśmiechnął się krzywo.
— Maruderzy.
Skinęła głową. Najważniejsze, że byli już martwi. Zerknęła na Morrigan, która – nie kryjąc obrzydzenia na twarzy – przestępowała nad jednym z trupów. Wyglądała na całkowicie opanowaną. Ciekawe, z iloma pomiotami się zmierzyła podczas życia w Głuszy Korcari. Przynajmniej w ostatnim czasie.
— Zawołam pozostałych — zdecydował Alistair i podszedł do barierki.
— W samą porę, przyjaciele — rozległ się nieco drżący, ale nieznany Ellen głos.
Rozejrzała się – i natrafiła na wygrzebującego się zza wozu krasnoluda. Wyglądało na to, że nic mu nie było. Ani jego jasne włosy, ani związana w warkocz broda nie zostały splamione krwią, znoszone ubranie prezentowało się dobrze, tyle że się ubrudziło. Spojrzenie Ellen zsunęło się na drugiego krasnoluda, chyba młodszego, który wlepił w nią duże, pełne ciekawości oczy. Zmarszczyła czoło.
— Jestem zobowiązany — zapewnił brodaty krasnolud.
— Nie ma za co — stwierdziła powoli.
Krasnolud uśmiechnął się szeroko, aż uniosły się jego wąsy, i skłonił się przed nią dwornie. Ellen wydało się, że jego ręce były nieproporcjonalnie dłuższe w porównaniu do reszty ciała.
— Jestem Bodahn Feddic, kupiec i przedsiębiorca — przedstawił się. — A to mój syn, Sandal. Powiedz dzień dobry, synku.
Sandal skinął głową i uśmiechnął się z dziecięcą naiwnością. Nie wyglądał na przesadnie młodego – z drugiej strony Ellen nie miała nigdy do czynienia z krasnoludami i nie potrafiła oszacować ich wieku.
— Dzień dobry — przywitał się Sandal.
— Drogi zrobiły się ostatnio niebezpieczne — ciągnął Bodahn. — Mogę spytać, co was tu sprowadza? Może zmierzamy w tym samym kierunku?
Alistair dołączył do niej, posyłając krasnoludom zaciekawione spojrzenie. Ellen mimowolnie odetchnęła. Wolała, żeby był blisko w takich sytuacjach. Usłyszała za plecami stukot kopyt, ale się nie obejrzała – za to Bodahn Feddic zerknął tam z zainteresowaniem.
— To trochę skomplikowane, ale możesz iść z nami, jeśli chcesz — wykrztusiła, mając wrażenie, jakby każde słowo stawało jej w gardle.
Nie chciała skazywać go na samotną, niebezpieczną podróż, jednak nie potrzebowali też zbędnego balastu. Nie wiedziała, jak to dyplomatycznie rozegrać. Usłyszała sfrustrowane syknięcie Morrigan – czyli rozegrała to beznadziejnie.
— Skomplikowane? — Bodahn Feddic roześmiał i machnął ręką. — Coś mi się zdaje, że to nawet nie połowa prawdy. Dziękuję za propozycję, ale zgaduję, że czeka was na trakcie więcej rozrywki niż ja i mój syn jesteśmy w stanie znieść. Pozwólcie mi jednak życzyć wam powodzenia.
Ellen bezradnie skinęła głową. Wyszło lepiej, niż się spodziewała.
— Do widzenia — odezwał się Sandal.
— Dobrze więc, posprzątajmy nieco ten bałagan — postanowił Bodahn i popchnął syna w stronę roztrzaskanej skrzyni, samemu ruszając do uszkodzonego wozu.
W porządku, nie było najgorzej. Ellen uśmiechnęła się z ulgą i podłapała nieco rozbawione spojrzenie Alistaira. Najważniejsze, że mogli się teraz zająć swoimi sprawami.
— Znajdźmy miejsce na obóz — zdecydowała.
Zabrała od milczącej Leliany powróz z dziką klaczą, popatrzyła na Stena, a upewniwszy się, że nic mu się nie stało, zagwizdała na Shegara. Ogar dołączył do nich chwilę potem, kiedy wyminęli zniszczony wóz Bodahna Feddica i ruszyli dalej Zachodnim Szlakiem.
Przy odrobinie szczęścia znajdą miejsce na obozowisko już niedaleko. Przede wszystkim jednak – przed zmrokiem.

***

Płomienie cicho trzaskały, trawiąc drewno. Ellen siedziała na twardej kłodzie, z głową opartą na dłoni i półprzymkniętymi oczami. Obserwowała zawieszony nad ogniskiem kociołek, w którym gotowała się kolacja. Łapała się na tym, że jej powieki opadały, więc potrząsała głową. Ten dzień dał jej w kość. Przynajmniej konie siedziały cicho. Rano będzie się martwiła co dalej.
Dobre miejsce na odpoczynek znaleźli nad niedużym stawem. Rozbili namioty – tylko Morrigan się od nich odłączyła, nawet rozpaliła własne ognisko. Ellen nie zamierzała jej przekonywać do swojego towarzystwa, a już na pewno zabiegać o sympatię. Miała serdecznie dość przepychanek tego dnia. Alistair bez słowa skargi zajął się gotowaniem, zauważywszy, że jego żarty nie mogły Ellen rozśmieszyć. Leliana gdzieś się kręciła w okolicy – chyba – ale Ellen nigdzie jej nie widziała. Za to Stena dostrzegała nawet w ciemności. Jego zwalista sylwetka przesuwała się na granicy obozowiska, jakby pełnił wartę. Nawet Shegar odsunął się od ogniska. Chyba było mu za ciepło.
Miarowy trzask płomieni coraz bardziej usypiał Ellen. Z trudem obserwowała mieszającego w kociołku Alistaira.
— No, gotowe — oznajmił zadowolony, sięgając po chochlę i miskę.
Wyciągnął pierwszą porcję w jej stronę i uśmiechnął się ciepło.
— Masz, jedz — mruknął.
Ellen podziękowała niewyraźnym pomrukiem, zamieszała w gorącym gulaszu i westchnęła, czując smakowity zapach. Nie miała pojęcia, jak Alistair to przygotował z tego, co udało im się kupić, ale w jednej chwili zrobiła się głodna.
Alistair ruszył na poszukiwania pozostałych, nalawszy resztę porcji. Ellen powiodła za nim spojrzeniem i uśmiechnęła się do siebie. Wokół panował taki cudowny, kojący spokój. Zupełnie jakby nie działo się nic strasznego. Westchnęła.
Gdyby nie to wszystko, może nawet umiałaby się cieszyć tą sytuacją. Tym miejscem. Towarzystwem. Odwróciła wzrok od Alistaira i wbiła go w gulasz.
Ale to chyba byłoby niesprawiedliwe. Wobec tych, którzy zginęli.
Dokończyła kolację, odstawiła miskę i westchnęła głębiej niż przed chwilą. Ognisko dawało mnóstwo ciepła. Jej powieki opadły, a ona nie miała siły z nimi walczyć.
Tylko na moment. Parę minut. Przecież nie traciła czujności.

1 komentarz:

  1. Mam kilka uwag odnośnie tego rozdziału.

    1. Handlarz mówiący o genetyce. Wątpię, by nawet fereldeńscy magowie znali takie pojęcie jak "genetyka", więc to, że mówi o tym zwykły chłop z zabitej deskami dziury, czyni całą jego wypowiedź jeszcze bardziej absurdalną.

    2. Skrzyżowanie konia z hallą. Jeśli taki mieszaniec by powstał, najpewniej trafiłby do któregoś banna lub nawet króla, nie do wieśniaka z Lothering. Mógłby kosztować tyle, co połowa Denerim, niezależnie od jego charakteru.
    Czemu ma służyć ten bastard? Podkreśleniu wyjątkowości bohaterki? O tym powinny świadczyć jej czyny; nie musisz dodawać do tego zdziczałego pół-konia, pół-halli. W ten sposób robisz z Ellen Mary Sue.

    3. Poetyckie opisy wyglądu Kreoisa są po prostu śmieszne.

    4. Cena. Konie, zwłaszcza tak idealne, jak wymyślona przez ciebie rasa, w średniowiecznych realiach powinny kosztować równowartość dobrego pancerza lub nawet wioski. Dziesięć srebrników to dobra cena za chabetę, która zdechnie tuż po zakupie, nie za zdrowego i wytrzymałego wierzchowca.

    5. Wygląd konia podobny do wyglądu właściciela.
    „była maści karej, jej sierść przypominała wypolerowany heban, idealnie czarna i lśniąca. Ellen z zaskoczeniem zauważyła, że ma jasnobrązowe oczy” – co za przypadek, że koń dla Morrigan ma taki sam kolor oczu i owłosienia, jak Morrigan.
    „maść zwierzęcia zamykała się w kategorii kasztanów – intensywnie ruda sierść i podobnego koloru ogon i grzywa” – co za przypadek, że Leliana jest ruda.
    „Zwierzę było naprawdę urodziwe, o ciemnobrązowej, niemal mahoniowej – zupełnie jak włosy Ellen – sierści” – co za przypadek, że maść bastarda ma identyczny kolor, jak włosy głównej bohaterki…
    Bohaterowie mają uratować świat. Każdy z nich ma ciekawą przeszłość i osobowość. Naprawdę potrzebują koni o podobnej kolorystyce i charakterze, żeby czytelnik uwierzył, że są wyjątkowi? Zwykłe wierzchowce by im nie wystarczyły?

    6. Ten handlarz to jakiś idiota. „Nie zależy mi na zarobku na tych zwierzętach.” To jakim cudem jest w stanie utrzymać całą stadninę, skoro sprzedaje konie po tak niskich cenach?

    7. „Potrzebujemy pieniędzy.” – i dlatego kupujemy konie dla każdego członka drużyny, tracąc połowę oszczędności.

    8. Usta Stena, „wygięte w podkówkę”. To określenie w odniesieniu do Stena jest komiczne.

    OdpowiedzUsuń