środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1.24 - Poranek w obozie

Wokół panowała ciemność. Przenikliwa, dusząca, tak głęboka, że Ellen nie widziała własnych rąk. Stała gdzieś, na czymś twardym, chyba chropowatym. Albo nie. Przecież miała buty na nogach – nie mogła wiedzieć, czy to było chropowate. Nabrała świszczącego wdechu przez nos, nie zdoławszy otworzyć ust. Mięśnie drżały w napięciu, ale nie umiała choćby drgnąć. Trwała jak posąg, bezradna i zdezorientowana. Serce miarowo biło w piersi.
Jej nogi ruszyły. Szła przed siebie, ze wzrokiem utkwionym w duszącej nicości, sztywno, ale energicznie. Mrok załamał się pod naporem zielonkawego blasku i po chwili zaczęła dostrzegać strukturę otaczającego ją świata. Rzeczywiście chropowata. Chyba twarda. Nie wyglądała przyjemnie. Trudno się oddychało.
Zatrzymała się na skraju półki skalnej, czując pod nogami, jak krawędź zamieniała się w pustkę. Przed sobą widziała niewyraźne kontury ogromnej, prawie czarnej budowli. Górowała nad wszystkim wokół i jakby połykała każdy kształt, który się pojawiał w zasięgu wzroku. A Ellen trwała nad przepaścią, wiedząc, że jeden krok i przestanie istnieć.
Jej spojrzenie natrafiło na coś. Wyglądało jak most. Długi, rzucony powyżej bezdennej przepaści, stary. Kamienny. Zdawał się zupełnie nie pasować do tego miejsca. I przyciągał ją, przyciągał z taką siłą, że prawie ruszyła – ale nogi nawet nie drgnęły. Była jak bezwolna kukiełka, jak lalka w czyjejś garści, która nie mogła o niczym decydować.
Powietrze zawibrowało od głuchego łopotu.
Na moście coś było. Ogromnego, wypełniającego sobą prawie całą przestrzeń wokół. Wpatrywała się w to, już nie oddychając. Czuła osiadający na skórze odór zgnilizny. Rozpoznawała zbudowane z błony skrzydła i długi, najeżony kolcami ogon. Przytłaczająco wielki smok zacisnął łapy na śmiesznie małym w porównaniu z nim moście, w jego gardzieli narósł warkot.
To była siła. To była potęga. A Ellen niczego w jej obliczu nie znaczyła.
Świat na chwilę się skurczył. Kiedy znów widziała wyraźnie, była gdzieś indziej. Oblewało ją światło padające z setek pochodni – albo i tysięcy. Jasne, żarzące się, lśniące aż oślepiająco. Stała z zadartą głową i szczerzyła się bez opamiętania w niejasnej ekstazie. Cieszyła się, tak bardzo, że z trudem oddychała. Działo się coś dobrego.
Otaczało ją morze pomiotów. Z każdej strony. Krępe genloki, wysokie hurloki, potężne ogry i takie, których jeszcze nigdy nie widziała, smukłe, z długimi pazurami i podłużnymi pyskami. Wyglądały tak znajomo i obco jednocześnie. Czuła się wśród nich dobrze, ale też okropnie. Chciała zwymiotować i śmiać się w głos.
Ich miarowe murmurando wypełniało wąwóz, przesiąkało przez umysł, paraliżowało mięśnie. Nie mogła nic zrobić. Była nimi. Musiała z nimi zostać albo zginąć. Zbuntować się albo podzielić wypełniającą pierś, nieokiełznaną radość.
Jej spojrzenie natrafiło na kamienny most. Most dźwigający ogromny ciężar potężnego smoka. Stwór wpatrywał się w morze pomiotów, z jego wąskich nozdrzy ulatywały strużki dymu. Widziała, jak od jego ciała odpadały płaty skóry, jak z powykręcanych kłów skapywała zielonkawa ślina, jak rybie ślepia lustrowały ryczące radośnie pomioty. Słyszała też przyjemne, kuszące mruczenie. Wypełniło ją całą, aż nie mogła regularnie oddychać.
Poszłaby za nim wszędzie. Choćby na skraj świata.
Smok zaryczał ogłuszająco, a wraz z głosem z jego gardzieli wydobył się snop cuchnącego, ciemnofioletowego płomienia. Pomioty wrzasnęły głośniej i jej krzyk dołączył się do ich nakładających się na siebie dźwięków, aż nie dało się rozróżnić, gdzie zaczynał się jeden ton i kończył drugi. Cała niecierpliwie drżała, czekając, aż wreszcie ruszą. Wyrwą się z tych podziemi, podążą za melodią, prosto na powierzchnię, by…
Krzyk zamarł jej na ustach.
Nie była pomiotem. Nie była przecież pomiotem.
Wrzask, który wyrwał się z jej piersi, nie pasował do harmonizujących skrzeków pomiotów. Rozdarł równomierny tembr gardłowych głosów i ściągnął na nią przeszywające, prawie miażdżące spojrzenie smoka.
Musiała stąd uciekać. Natychmiast.

***

Ellen zerwała się, gwałtownie szarpiąc ręką, by pozbyć się czegoś, co zdradziecko ją oplatało. Natychmiast ukąsił ją chłód, gardło zabolało, gdy nabrała chrapliwego, głębokiego wdechu. Powietrze było zimne, kłuło w płuca. Wypuściła je jeszcze szybciej, niż je wciągnęła, i zamieniło się w niewielki obłoczek pary.
Jeszcze nie świtało. W obozowisku cicho syczał dogasający ogień, prawie nie oblewając konturów namiotów i bagażów. Nikogo tu nie widziała, zupełnie jakby została sama. Sięgnęła dłonią w ciemność i natrafiła na ciepłą sierść. Zanurzyła w niej palce, wyrównując oddech. Shegar spał w najlepsze, a na dotyk zareagował cichym pomrukiem.
To był tylko koszmar. Tylko okropny koszmar.
Zamrugała szybko, mając wrażenie, że łzy kłuły ją w oczy, i raz jeszcze się rozejrzała. Nie znajdowała się w namiocie – właściwie dlaczego? Nawet nie pamiętała momentu zaśnięcia. Kiedy się położyła? Spojrzała na leżący na nogach, zerwany z siebie koc. To jego tak się przestraszyła. Ktoś ją pewnie przykrył, kiedy przysnęła.
— Złe sny, co?
Ze świstem wciągnęła chłodne powietrze i obróciła głowę. Natrafiła spojrzeniem na siadającego obok Alistaira. Był rozczochrany i lekko się krzywił, jakby wciąż się nie rozbudził. Wzrok utkwił w jej twarzy.
Popatrzyła na własne nogi, czując, jak serce zaczynało zwalniać bieg. Jego obecność dodała trochę otuchy. Może to nic wstydliwego, bać się rzeczy, które nawet nie istniały.
Skinęła głową.
— Wydawał się taki prawdziwy… — przyznała.
Wciąż tak jakby czuła odór zgnilizny pomiotów i czuła na sobie przeszywające spojrzenie rybich ślepi. Gdziekolwiek rozgrywał się ten sen, było tam ciemno i przerażająco.
— Cóż, jest prawdziwy, w pewnym sensie — mruknął Alistair. — Widzisz, jednym z elementów bycia Szarym Strażnikiem jest zdolność słyszenia mrocznych pomiotów.
Ellen popatrzyła na niego z ukosa.
Tak, przerabiali to. Tak samo jak to, że niczego nie słyszała, żadnych szeptów ani głosów, po których mogłaby rozróżniać poszczególne ścierwa. Tylko jednolite, miarowe mruczenie, doprowadzające prawie do szału.
— Stąd właśnie twój sen. Usłyszałaś je. — Spojrzał jej w oczy z taką powagą, że jej ciałem wstrząsnął dreszcz. — Arcydemon, on… przemawia do swej hordy, a my, podobnie jak jej członkowie, słyszymy jego słowa. Stąd właśnie wiemy, że mamy do czynienia z prawdziwą Plagą.
Brzmiało cudownie. Połączenie z jaźnią rozkładających się stworów.
Przeczesała krótkie włosy palcami, próbując je ułożyć. Czuła, że pojedyncze kosmyki sterczały w dziwne strony.
— Arcydemon? To ten smok? — wymamrotała.
Alistair powoli skinął głową – tylko po to, żeby nią potrzasnąć. Ellen posłała mu poirytowane spojrzenie, na które odpowiedział wzruszeniem ramion. Wydawał się dość bezradny, zupełnie niespodziewanie.
— Nie wiem, czy naprawdę jest smokiem, za to z pewnością na smoka wygląda — westchnął. — Ale tak, to właśnie arcydemon. Trochę to zwykle trwa, jednak w końcu nauczysz się je w sobie tłumić. Te sny. Niektórzy spośród starszych Szarych Strażników mówią, że rozumieją część z tego, co mówi arcydemon, ale ja ani trochę — przyznał, uśmiechając się krzywo. — Tak czy owak, kiedy usłyszałem, jak zaczynasz się rzucać przez sen, pomyślałem, że powinienem ci o tym wszystkim powiedzieć. Z początku też byłem wystraszony. — Niepewnie dotknął jej dłoni.
Drgnęła mimowolnie. Zanim spróbowała to zatuszować albo chociaż naprawić nietakt słowami, Alistair zabrał rękę. Nie spojrzała na niego. Nie miała odwagi. Odsunęła dłoń i ułożyła ją na swoim udzie.
To było takie głupie. Chciał tylko pomóc. Dlaczego zawsze musiała go w ten czy inny sposób zranić?
— Dziękuję ci, Alistairze. Doceniam to — wyszeptała.
— Po to tu jestem — rzucił lekkim tonem. — Aby przekazywać ci nieprzyjemne wieści i rzucać dowcipne teksty.
Ellen uśmiechnęła się blado i odgarnęła kilka kosmyków za ucho, żeby zerknąć na niego. Może wcale nie silił się na pogodny głos. Może naprawdę nie miał jej za złe tego dziwnego zachowania.
Spróbowała uśmiechnąć się szerzej, żeby zauważył.
— No, ale zbudziłaś się już, prawda? Zacznijmy zwijać obóz i szykujmy się do drogi — zaproponował i klepnął się w kolana.
— To dobry pomysł — mruknęła, rozglądając się wokół.
Panowała tu taka przyjemna, aksamitna cisza. To był ten moment w ciągu dnia, kiedy świat jakby się zatrzymywał, wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na wschód słońca. Wszystko zamierało i wypatrywało pierwszych promieni, które zalewały ziemię niczym orzeźwiająca woda – i dopiero wtedy życie zaczynało toczyć się własnym rytmem. Ellen też czuła się dziwnie zawieszona wśród tego wszystkiego.
— A jakieś śniadanie? — zainteresowała się.
Alistair spojrzał na nią z ukosa, nie kryjąc rozbawionego uśmiechu. Pokręcił głową i dźwignął się z ziemi, stęknąwszy pod nosem. Ellen powiodła za nim wzrokiem, czując, jak ciężar z piersi powoli znikał.
— Coś się wymyśli — stwierdził. — Ale nie zasypiaj znowu nad jedzeniem.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Wcale nie…!
— Tylko winny się tłumaczy. — Wycelował w nią palcem.
Ellen zacisnęła usta. To starcie należało do niego.
Alistair przykucnął przy ledwo żarzących się, zwęglonych kawałkach drewna i rozgrzebał je patykiem. Nie wyglądało na to, żeby dało się z nich jeszcze cokolwiek wykrzesać. Ellen dźwignęła się z klęczek, gotowa się poświęcić i pójść głębiej w zagajnik. Byli wśród samych drzew, na pewno znalazłaby trochę…
Z półmroku wyłoniła się zwalista, potężna sylwetka. Gdyby nie odcinające się w słabym oświetleniu białe włosy, Ellen nie rozpoznałaby Stena. Trzymał całe naręcze większych i mniejszych gałęzi, które bez słowa zrzucił na ziemię obok Alistaira.
— Dziękuję — wykrztusił Alistair.
Sten skinął głową. Nie odpowiadając choćby słowem, oddalił się w stronę swojego namiotu. Ellen powiodła za nim spojrzeniem.
— Gadatliwy nam się trafił — mruknęła, zatrzymawszy się przy Alistairze.
Dogada się z Morrigan — skomentował pod nosem.
— Ale ty jej nie lubisz — rzuciła, chociaż nie zamierzała ciągnąć tematu. — Zostało coś z kolacji?
Alistair spojrzał na nią, przechyliwszy głowę.
— Smakowało?
Ellen wzruszyła ramionami.
— Było ciepłe, sycące i nie wyszło spod moich rąk. Same pozytywy. — Uśmiechnęła się nieco krzywo.
— Aż tak źle gotujesz? — spytał, nie kryjąc rozbawienia. — Ellen.
Ostrzegawcza nuta w jej imieniu sprawiła, że Ellen zaniechała odpowiadania. Zerknęła na Alistaira, a potem wbiła wzrok tam, gdzie się wpatrywał. Na granicy cieni, wśród wyłaniających się z nocy kształtów, rozpoznała… wóz. Ktoś się przy nim kręcił. Dwie osoby. Nieprawdopodobnie niskie.
— Mamy gości, można powiedzieć — mruknął Alistair. — Wyglądają jak krasnoludy.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Może to ci z Zachodniego Szlaku? Których uratowaliśmy? — podsunęła powoli. — Chyba powinniśmy z nimi pogadać?
— Gotuję.
— To jest najzwyklejsze w świecie miganie się — żachnęła się, posyłając mu nieco urażone spojrzenie.
Alistair wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
— Nie sposób zaprzeczyć, moja pani.
Ellen prychnęła, ale jej poirytowanie zdecydowanie nie zrobiło na Alistairze wrażenia. Skupił się na wrzucaniu świeżego drewna do ogniska – płomienie powoli wgryzały się w korę, przybierając na sile.
— W porządku — sarknęła. — Pójdę.
Nie czekała na odpowiedź ani na triumfalne spojrzenie Alistaira. Pomaszerowała w kierunku krasnoludów, czując, jak serce zaczynało bić nieco szybciej. Zupełnie jakby się bała. Przecież rozmowa z nimi nie mogła być straszna. Ellen nabrała głębokiego wdechu, zatrzymując się przy wozie.
Był przykryty plandeką. Możliwe, że tam właśnie krasnoludy spędziły noc. Wyglądało na to, że całkiem nieźle się tu zadomowili – wyciągnęli na ziemię kilka skrzyń, pewnie towarów, i na jednej z nich siedział młody krasnolud.
Jego ojciec wyłonił się zza wozu chwilę później, zanim Ellen nawet się odezwała.
— Dobrze cię widzieć, moja ratowniczko! — zawołał, serdecznie rozkładając zabawnie długie ramiona. — Bodahn Feddic, jeszcze raz do usług!
Rzeczywiście, przedstawiał się wczoraj. Ellen niemrawo skinęła głową, cofnąwszy się, kiedy Bodahn Feddic podejrzanie się do niej zbliżył. Wolała, żeby jej nie ściskał.
— Zauważyłem wasz obóz i przypomniałem sobie tę propozycję, którą mi złożyłaś ostatnim razem. Czy jest jakieś bezpieczniejsze miejsce, w którym ubogi kupiec i jego syn mogliby się przespać? Wątpię — skwitował dobitnie. — Jestem gotów wynagrodzić wam naszą przykrą obecność zniżką na moje towary. Co ty na to? Dobra umowa?
Ellen przyjrzała mu się podejrzliwie. Mieć pod ręką kupca z wozem, który mógłby pomóc im nie umrzeć z głodu – brzmiało całkiem nieźle. Raczej nie będą zbyt często odwiedzali większych miast, zwłaszcza jeśli teyrn Loghain pragnie ich głów. Westchnęła, zerkając przez ramię. Alistair pochylał się nad trzaskającym ogniem. Pewnie szykował jedzenie. Chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby się zgodziła?
Nabrała powietrza, jeszcze ważąc w myślach odpowiedź.
— Możecie zostać — zgodziła się. — Ale macie się zachowywać.
— Wspaniale! — Bodahn uśmiechnął się szeroko i klepnął Sandala w plecy. — Podziękuj tej dobrej pani, synu.
— Dziękuję, dobra pani — powtórzył posłusznie Sandal.
— Nie będziemy wam przeszkadzać, zapewniam. — Bodahn posłał jej kolejny szeroki uśmiech, lekko prężąc pierś. — Jeśli trzeba wam zakląć jakieś przedmioty, pogadajcie z moim synem, ze wszystkim innym zapraszam do mnie. Chłopak nie jest zbyt bystry, ale zna się na zaklinaniu. Jeden z tych Wyciszonych nazwał go… jak to było? Sawantem? Nie miałem pojęcia, że istnieje coś takiego — stwierdził z niejakim oburzeniem. — Potrafi wpleść lyrium w niemal każdą broń lub pancerz. Te wykonane z bardziej ekstrawaganckich materiałów będą, oczywiście, wymagać więcej lyrium. To proces, którego tajniki znają niektórzy mistrzowie kowalstwa w Orzammarze, ale mój mały robi to z równą wprawą co oni. Prawda, synu? — Uśmiechnął się do skupionego na swoich butach Sandala.
Młody krasnolud zareagował od razu. Poderwał głowę i popatrzył na Ellen roziskrzonymi, jasnymi oczami.
— Zaklęcie! — wykrzyknął.
Ellen uśmiechnęła się niepewnie. Sandal chyba nie miał wszystkiego po kolei w umyśle, ale wydawał się całkiem sympatyczny.
— Z pewnością skorzystamy — stwierdziła uprzejmie. — Jeśli będzie nas stać — dodała już ciszej, bardziej do siebie.
W najbliższym czasie powinni zacisnąć pasa. Nie zanosiło się, żeby mieli gdzie zarobić porządne pieniądze.
— Do zobaczenia — pożegnała się i uniosła dłoń, powoli się wycofując.
Bodahn energicznie jej pomachał, nadal uśmiechnięty tak szeroko, że unosiły mu się wąsy. Wyglądał na bardzo miłą osobę. Ellen nie wiedziała, czy jej zaskoczenie wynikało z braku bliższej znajomości jego rasy, czy z podświadomego zakładania, że każdy, kogo napotka na swojej drodze, będzie najzwyklejszą w świecie mendą.
Zawróciła do obozowiska, gdzie Alistair już rozlewał odgrzany gulasz do misek. Ellen bez słowa chwyciła dwie, żeby zanieść Morrigan i Stenowi. Wymieniła z Alistairem uśmiech – i prawie wpadła na Lelianę. Zachłysnęła się powietrzem, w ostatniej chwili odskakując. Śniadanie zakotłowało się w miskach, oblewając jej palce.
— Przepraszam — sapnęła.
— Nic się nie stało. — Leliana potrząsnęła głową. — Pomóc?
— Nie trzeba — odpowiedziała trochę szybciej, niż wypadało.
Odmaszerowała, czując na sobie uważne spojrzenie Leliany. To było głupie, takie uciekanie od wszystkich, ale coś ją dławiło na samą myśl, że miałaby się przed nimi otworzyć. Nic ich nie łączyło. Chcieli wypełnić szalone zadanie, może po drodze zginąć, i już. Nabrała wdechu i postawiła miskę na pniaku przy niewielkim ognisku Morrigan.
Jej samej nigdzie nie widziała – może jeszcze spała albo udała się na spacer. Nie dociekając, gdzie Morrigan się ukryła, zawróciła, rozglądając się za Stenem. Nie było trudno go wypatrzyć – wyłonił się ze swojego namiotu zgięty wpół, ale kiedy się wyprostował, stał się jednym z najwyższych punktów obozowiska.
Ellen podała mu miskę, uśmiechnęła się nieśmiało i pośpiesznie usiadła obok Alistaira. Przyjęła od niego własną porcję i zamieszała w gulaszu. Jej nozdrza połaskotał przyjemny aromat. Żołądek ścisnął się nieprzyjemnie z głodu. Kiedy zaczęło ją aż tak ssać? Przecież wieczorem się najadła. Pokręciła głową, zabierając się do jedzenia.
Nikt się nie odzywał. Po Stenie nawet tego nie oczekiwała, ale Leliana też milczała. Grzebała w gulaszu, jakby nie do końca jej smakował, nieco nieobecne spojrzenie wbiła w krawędź miski. Ellen zerknęła na nią trochę dłużej, lekko mrużąc oczy.
— Co ktoś taki jak ty mógłby robić w świątyni w Lothering? — zagadnęła.
Leliana drgnęła i spojrzała na Ellen spłoszona. Szybko się uspokoiła, na jej twarzy pojawił się sympatyczny uśmiech, który doprowadzał Ellen do szału.
Ktoś taki jak ja? — powtórzyła. — Co to ma znaczyć?
Ellen wzruszyła ramionami. Chyba mówiła wyraźnie.
— Nie wydajesz mi się pasować do klasztoru — przyznała.
Spuściła łomot wojownikom w karczmie, posługiwała się łukiem, poza tym było w niej coś takiego… co kazało Ellen zachować czujność. Może to po prostu ten przyjazny uśmiech, który sprawiał wrażenie, jakby coś ukrywał.
— Myślałaś, że zawsze byłam siostrą zakonną? — rzuciła rozbawiona. — Zakon udziela wsparcia oraz bezpiecznego schronienia wszystkim, którzy go potrzebują.
Alistair rozkaszlał się nagle. Ellen aż podskoczyła, czując, jak jej serce gubiło kilka uderzeń. Prawie zapomniała, że siedział obok. Odruchowo klepnęła go w plecy, posyłając mu podenerwowane spojrzenie.
— Przepraszam — wydusił. — Pójdę pozmywać.
Ellen odprowadziła go wzrokiem, posłusznie oddawszy miskę. Z pustymi rękoma czuła się mniej komfortowo, ale postanowiła to ignorować. Odchrząknęła i znów popatrzyła na Lelianę, lekko unosząc brwi.
— Ja… — zająknęła się Leliana, śledząc Alistaira spojrzeniem aż pod sam staw, nad który pomaszerował. — Postanowiłam się schronić i zostać…
— Zaakceptowaną?
— Akceptujemy naszą wiarę w Stwórcę, w Andrastę oraz w Pieśń. Poza tym nie składamy żadnych innych ślubów — uściśliła.
— Dlaczego szukałaś bezpiecznej przystani?
Leliana zerknęła na nią, przez jej twarz przebiegł cień. Nie podobała jej się ta rozmowa i Ellen czuła coraz większą potrzebę, by uparcie drążyć temat. Leliana coś ukrywała i zupełnie jej się to nie podobało. Dość mieli problemów na głowie – z Plagą i teyrnem Loghainem na czele, kończąc na zabiedzonych koniach, na które wydali większość pieniędzy.
— Zakon nie wtrąca się w nieswoje sprawy — stwierdziła Leliana. — Pragnęłam odpocząć przez jakiś czas od całego świata. Byłam wędrownym minstrelem w Orlais. Moim życiem stały się opowieści i pieśni. Występowałam, otrzymując w zamian oklaski oraz pieniądze. A co do moich zdolności bojowych… cóż, w czasie podróży można nauczyć się różnych rzeczy, prawda? — rzuciła od niechcenia.
Wędrowny minstrel z Orlais? Ellen zmarszczyła czoło. Po Fereldenie, zwłaszcza wśród szlachty, krążyły różne plotki. Wiele z nich dotyczyło Wielkiej Gry, którą prowadziła szlachta orlesiańska – polityka w eleganckich fatałaszkach, ale śmiercionośna, podstępna i przerażająca. Minstrele czy bardowie zwykle brali w niej udział, pomagając opłacającym ich szlachcicom osiągnąć ich cele.
Z drugiej strony istnieli też tacy, którzy naprawdę po prostu śpiewali głupoty i opowiadali bajki dla dzieci. Może Ellen niepotrzebnie doszukiwała się drugiego dna.
— Pewnie — skwitowała nieco oschle. — W każdym razie, czas się zbierać. Trzeba poskładać namioty, zgasić ogniska… — Rozejrzała się bezradnie dokoła.
Zauważyła klęczącego nad stawem Alistaira. Nie mieli aż tyle misek, żeby szorował je tyle czasu – może coś się stało? Zmarszczyła czoło.
— Trzeba też przekazać Morrigan, że za godzinę będziemy wyjeżdżać — dodała powoli, dźwigając się z miejsca. — Ja zaraz wrócę.
Nie była pewna, czy Sten albo Leliana jej posłuchali – w razie czego po prostu będzie musiała zrobić wszystko razem z Alistairem, kiedy wrócą. Ominęła szerszym łukiem wóz Bodahna Feddica i Sandala, wbijając wzrok w zgarbione plecy Alistaira. Jego ramiona poruszały się miarowo – pewnie szorował miskę. Chyba od ładnych kilku minut.
Nawet nie zauważył, że podeszła. Zerknęła ponad jego rękoma na to, co robił. Rzeczywiście zmywał, ale miska wyglądała na zupełnie czystą. Ellen zacisnęła usta. Jego nieobecny, ponury wzrok mógł oznaczać jedno – znów wracał myślami do Ostagaru. Przestąpiła z nogi na nogę, zerkając za siebie. Leliana szarpała się z namiotem, w jej stronę maszerował Sten. Morrigan w swoim odległym kącie gasiła małe ognisko. Wszyscy szykowali się do wyjazdu i Ellen mogła pójść im pomóc. Alistair pewnie chciał w spokoju przetrawić to, co się stało.
Westchnęła i kucnęła obok niego. Drgnął, nieco się odsuwając, posłał jej zdumione spojrzenie – na które nie odpowiedziała. Wygrzebała z piachu nad brzegiem kamyk i od niechcenia wrzuciła go do wody. Plusnęło.
— Chcesz porozmawiać o Duncanie? — spytała powoli.
Serce biło ciężko w piersi, ale wydawało jej się, że to powinna teraz zrobić. Wreszcie okazać mu wsparcie, którego potrzebował. Na które zasługiwał. Sama ciągle uciekała przed Wysokożem – to nie było przyjemne. Ani mądre. Po prostu nie umiała inaczej. Może gdyby pomogła Alistairowi, Ostagar nie ciągnąłby się za nim w taki sposób?
Alistair milczał. Ellen nie miała odwagi na niego patrzeć – obserwowała zawisłe nad stawem drzewa, patrzyła na przesączającą się przez liście łunę porannego światła. Ferelden był piękny. Szkoda, że nigdy wcześniej po nim nie podróżowała.
— Nie musisz tego robić — odezwał się.
Ellen mimowolnie zesztywniała. Nawet nie wiedziała kiedy, ale podciągnęła nogi pod brodę, jakby próbowała się odgrodzić. Pewnie się pomyliła. Pewnie jej nie potrzebował. Tylko się wygłupiła.
— Wiem, że nie znałaś go tak długo jak ja — dodał, przenosząc na nią wzrok.
Ostrożnie uniosła spojrzenie. Alistair wydawał się… zmęczony. Uśmiechał się lekko, trochę krzywo, ale jego oczy były zupełnie zgaszone. Nadal trzymał tę nieszczęsną miskę. Ellen, nabierając wdechu, drżącą ręką sięgnęła po nią i delikatnie wyjęła z dłoni. Nie protestował – tylko się przyglądał, jakby dotyczyło kogoś innego. Odłożyła ją na stertę pozostałych, które już umył.
Nie znała Duncana. Nawet nie była pewna, czy lubiła go po tym, do czego ją zmusił. Uratował może jej życie, a Wysokoża nie dało się ocalić, ale… gorycz została.
— Był dla ciebie jak ojciec. Rozumiem — wychrypiała zdławionym głosem.
Alistair zacisnął luźne dłonie w pięści, przymykając oczy. Cisza ciążyła. Ellen zaczynała żałować, że w ogóle podjęła ten temat. Nabrała niepewnego, drżącego wdechu, uparcie wpatrując się w taflę stawu.
— Ja… — zająknął się. — Powinienem był lepiej to znieść. Duncan od samego początku mnie ostrzegał, że to się może zdarzyć. Każdy z nas mógł zginąć w tej walce. Nie powinienem był tracić nad sobą panowania, szczególnie w chwili, gdy tak wiele od nas zależało, gdy pojawiła się Plaga i… — załamał mu się głos. — …i tak dalej. Przepraszam.
Coś zdławiło jej gardło. Spróbowała przełknąć duszącą gulę, ignorując piekące oczy. Nie mogła teraz płakać. Wylewać własne żale, kiedy Alistair potrzebował pomocy. Wsparcia. Wysokoże już minęło. Ostagar nadal bolał.
Znów nabrała wdechu, zadarłszy wzrok, by pozbyć się łez.
— Nie ma za co, Alistairze.
Milczenie chyba nie było już tak ciężkie. Ellen nie potrafiła tego ocenić, z trudem panując nad oddechem. Bała się, że Alistair usłyszałby, że zrobił się płytszy albo szybszy. Że zwróciłby na nią uwagę, zadał pytanie, a wtedy by się rozpadła. Tak trudno było się trzymać w jakiejkolwiek stabilności.
— Ja… — odezwał się zduszonym głosem. — Chciałbym urządzić mu stosowny pogrzeb. Może kiedy to wszystko się skończy… Nie wydaje mi się, żeby miał jakąś rodzinę.
— Miał ciebie — wymamrotała.
Przez kilka chwil trwała cisza.
— To prawda — zgodził się cicho.
Usłyszała stuknięcie misek. Alistair ułożył je nieco równiej i postawił dalej od wody, w trawie, żeby nie oblepiły się wilgotnym piaskiem. Ellen przypatrywała się temu zupełnie bezmyślnie, licząc uderzenia serca. Chyba biło za szybko.
Nie spodziewała się, że rozmowa mogła być tak trudna.
— Pewnie zabrzmi to głupio, ale jakaś część mnie żałuje, że nie było mnie razem z nim. Na polu bitwy. Czuję się tak, jakbym go opuścił — westchnął Alistair.
Nadal poprawiał miski. Drewno cicho klekotało za każdy razem, kiedy ścianki zderzyły się ze sobą.
Ellen wydało się, jakby uleciało z niej całe powietrze. Ramiona nagle zaciążyły, coś przygniotło ją do ziemi, utrudniając nabranie wdechu. Zaświszczała przez zaciśnięte zęby i zamknęła oczy. Serce chyba przestało bić.
Uciekła z Wysokoża. Zostawiła ich wszystkich na pewną śmierć. Zamiast walczyć z nimi, umknęła jak tchórz. Wyciągnęli ją za uszy z bagna – i zupełnie na to nie zasługiwała. Alistair nie zrobił niczego takiego. Walczył, tak samo jak Duncan, i umarłby z nim, gdyby nie interwencja Flemeth. Nie był nawet w połowie tak tchórzliwy jak ona.
— Nie, doskonale cię rozumiem — wyszeptała.
Powinna była zginąć. Tamtej nocy. Dawno temu. Co ona tu robiła?
— Oczywiście w takim wypadku byłbym teraz martwy, prawda? — skwitował dziwnym, napiętym głosem. — Nie uczyniłoby go to szczęśliwszym.
Nieprzyjemna gula zacisnęła się na jej gardle. Nie odpowiedziała. Nawet nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Czy w ogóle dobrze by zrobiła, odzywając się.
— Wydaje mi się, że pochodził z Wysokoża, tak przynajmniej mówił — westchnął Alistair, uśmiechając się blado. — Może kiedyś się tam wybiorę, postaram się, żeby go jakoś uhonorować. Nie wiem.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści, aż poczuła, jak paznokcie wbijały jej się w skórę. Alistair chyba tego nie zauważył. Chyba nawet na nią nie patrzył. To dobrze. Miała tak szkliste oczy, że cały obraz się rozmazywał.
W Wysokożu wielu czekało na pochówek. Duncan nie będzie sam, kiedy Alistair wybierze się tam pewnego dnia. Przejdzie po trupach jej rodziny, żeby uhonorować zapomnianego przez świat Szarego Strażnika.
— Czy… zmarł ktoś bardzo ci bliski? Nie chcę naciskać, tylko…
Głos Alistaira poniósł się wokół niej, ale prawie go nie słyszała. Nabrała powietrza i otarła twarz, nerwowo, trochę za szybko – w porę, żeby łzy nie pociekły po policzkach.
— Niedawno wymordowano całą moją rodzinę — wyrzuciła z siebie na wydechu.
Zakłuło w sercu, jednak nie poczuła niczego więcej. Wypełniła ją dziwna, odrętwiająca pustka, która uspokoiła szumiącą w uszach krew i wyrównała oddech.
To wszystko. Całą tragedię dało się zamknąć w jednym zdaniu. Nic trudnego.
— Och… — wykrztusił Alistair.
Chyba był zaskoczony. Nie tego się spodziewał. To… znowu zachowała się egoistycznie. Miała mu pomóc z jego cierpieniem, a tylko taplała się we własnych problemach. Żałosne.
Odgarnęła krótkie włosy z twarzy, próbując zaczesać je za uszy, ale niewiele to dało. Bała się spojrzeć na Alistaira. Powinna go chyba przeprosić. Powiedzieć coś. Najlepiej, gdyby obróciła to w żart – ale to przecież niemożliwe.
— Tak mi głupio — jęknął Alistair. — Gadam bez przerwy o Duncanie, podczas gdy ty… tak mi przykro.
Poczuła ciepło na dłoni. Drgnęła odruchowo, ale zanim się odsunęła, Alistair zacisnął palce na jej ręku. Wzdłuż ramienia przebiegł dziwny dreszcz, od którego napięły się mięśnie – nie umiała jednak się wyszarpnąć. Odetchnęła, wpatrując się w staw.
Nie protestowała, kiedy Alistair niepewnie ją objął. Ani kiedy delikatnie przyciągnął ją do siebie, pozwalając się przytulić. Zamknęła oczy, wtulając twarz w jego ramię. Serce biło boleśnie w piersi, jakby gorzko, pod samym gardłem, i trudno przełykało się ślinę. Przytulenie chyba nie pomagało. Czuła się spokojniej, ale wspomnienia nie mijały. Po prostu… nie była z nimi sama.
— Dziękuję — mruknął Alistair.
Ellen od razu się wyprostowała – spojrzała na niego zaskoczona. Musnęła palcami swój policzek, jednak nie wyczuła pod palcami wilgoci. To dobrze.
Alistair uśmiechnął się ciepło.
— Naprawdę, mówię poważnie. Miło było porozmawiać z tobą na ten temat, choć trochę — dodał, lekko przechyliwszy głowę.
Nie wiedziała, w którym momencie się to stało, ale też się uśmiechnęła. Rozluźniła zaciśnięte w pięści dłonie, czując, jak mięśnie przestawały drżeć.
— Może wybiorę się do Wysokoża razem z tobą — wychrypiała.
Była im to winna. Duncanowi też.
— Byłbym zaszczycony. Jemu, jak sądzę, też by się to spodobało. — Zsunął rękę z jej ramion, sprawiając, że raz jeszcze przeszyły ją dreszcze.
Ellen uśmiechnęła się nieco szerzej – ale bardziej krzywo. Przynajmniej Alistair czuł się trochę lepiej.
— Namioty złożone!
Wołanie Leliany poniosło się wokół jak grzmot. Ellen natychmiast podparła się rękoma na ziemi i zerwała się na równe nogi. Serce zgubiło kilka uderzeń.
— Na oddech Stwórcy — warknęła.
Nic się nie działo, oczywiście. Potrząsnęła głową, posyłając obozowisku poirytowane spojrzenie. Leliana machała do nich i chyba uśmiechała się wesoło, zachęcając, by podeszli.
Alistair stanął obok Ellen, podpierając się pod boki. W jednej dłoni kurczowo ściskał miski, tak koślawo włożone jedna w drugą, że w każdej chwili mogły się rozsypać.
— To czas w drogę. — Alistair posłał jej uśmiech.
— Do Redcliffe — przytaknęła.
Ramię w ramię ruszyli ku Lelianie, do której dołączył Sten. Tylko Morrigan trzymała się na uboczu, jak najmłodsze dziecko z rodzeństwa ciężko obrażone na całą rodzinę.
Ellen mimowolnie uśmiechnęła się na to skojarzenie.

***

Siodłanie koni okazało się większym wyzwaniem, niż Ellen się spodziewała. Było jej zwyczajnie przykro, kiedy zarzucali rząd na kościste grzbiety, ale nie mieli za bardzo wyboru. Musiała porozmawiać z Bodahnem Feddikiem na temat zakupienia u niego odrobiny siana. Na samej trawie konie nie przybiorą na wadze, póki będą razem z nimi w podróży.
Przy czyszczeniu pozlepianej brudem sierści swojej niezbyt normalnej klaczy, Ellen musiała od czasu do czasu przeganiać Shegara. Kręcił się przy niej niecierpliwie, prześlizgując się pod nogami konia, a Ellen dość już miała na głowie, próbując uniknąć kłapiących zębów. Nie wiedziała, co tę kobyłę spotkało dawniej, że tak nienawidziła ludzi, ale nie było na to teraz czasu.
— Powinniśmy nadać im imiona — odezwała się Leliana, podciągając popręg.
Rozległo się kpiące prychnięcie Morrigan. Ellen zerknęła na Lelianę ponad grzbietem swojego konia.
— Teraz? — Uniosła brwi.
— Nie teraz. — Leliana wywróciła oczami i opuściła strzemiona. — Tak ogólnie. Powinny mieć imiona.
— Jak chcesz, możesz im wymyślić — mruknęła Ellen, sięgając po leżące z boku siodło. — Nie mam do tego głowy.
— Dla mojego już mam! — zapewniła wesoło i chwyciła swojego kasztana za wodze, by odprowadzić kawałek na bok. — Będzie się nazywał Tallon.
— Pięknie — rzuciła na odczepnego Ellen.
Popatrzyła na stulone uszy kobyły i ostrzegawczo uniesioną tylną nogę. Doskonale wiedziała, co zaraz nastąpi, wpatrywała się w trzymane siodło. Ellen nie miała pojęcia, jak radzić sobie z takimi szalonymi końmi.
— To nic takiego — stwierdziła, podchodząc do niej bardziej od przodu – chyba wolała zęby niż kopyta. — Trochę ciężaru po prostu.
Klacz kłapnęła zębami. Dosłownie ucieleśnienie dobroci i łagodności.
— Dokąd się wybieramy, Strażnicy? — rozległ się dziarski głos Bodahna Feddica.
Ellen aż warknęła, kiedy jej kobyła gwałtownie podskoczyła, spłoszona nowym dźwiękiem. Odszukała spojrzeniem Alistaira – chyba miała wystarczająco wymowną minę, bo od razu odszedł od swojego ogiera, żeby porozmawiać z Bodahnem.
Ellen wykorzystała okazję i zarzuciła siodło na krótki grzbiet. Rozległ się kwik, klacz podrzuciła zadem, ale Ellen chwyciła tybinkę i przytrzymała ją, żeby się nie zsunęła. Drugą ręką odszukała powróz i pociągnęła w dół, przechylając łeb w swoją stronę.
— Stało ci się coś? — fuknęła. — Chyba nie, co? Uspokój się.
Odpowiedziało jej ponure spojrzenie.
— Podciągnę popręg — dodała powoli. — To nie boli. Naprawdę.
Wstrzymując oddech, sięgnęła pod brzuchem – była prawie pewna, że kobyła wymierzy jej soczyste kopnięcie, ale nic się nie stało. Udało jej się przyciągnąć popręg do przystuł i zapiąć na pierwsze dziurki. Koń wściekle kłapnął zębami, jednak szczypnął własną pierś, nie tyłek Ellen.
— Widzisz? — odetchnęła. — Nie było tak źle.
Shegar zapiszczał za jej plecami. Chyba miał co do tego inne zdanie.
— Bodahn już wyjechał — poinformował Alistair, wróciwszy do swojego siwka.
— Świetnie — mruknęła. — Zaraz zrobimy to samo.
— Byle dziś — sarknęła Morrigan.
Tę uwagę Ellen zdecydowała się zignorować.
Przeszła do łba kobyły i przełożyła przez szyję wodze. Każdy jej ruch śledziło czujne, podejrzliwe spojrzenie, do tego stopnia przeszywające, że Ellen lekko drżały ręce. To było takie głupie. Jak mogła się bać cholernego konia?
— Otwieraj paszczę — zażądała, przysuwając wędzidło do pyska. — Nie będę cię szarpać. Jeżdżę beznadziejnie, ale mogę trzymać się grzywy.
Klacz chwilę nie reagowała, jednak kiedy Ellen nacisnęła jej wargi, rozluźniła mięśnie. Z ogłowiem poszło błyskawicznie, jeśli porównać to do siodła, i po chwili były gotowe, by wsiadać. Ellen nerwowo zebrała wodze w garść, powtórzyła Shegarowi, żeby nie podchodził bliżej, i wsunęła stopę w strzemię.
W jej stronę zwróciło się ucho kobyły.
— Nic nie robię przecież — burknęła.
Obciążyła podniesioną nogę i odbiła się od ziemi. Chciała usiąść delikatnie, ale klacz gwałtownie przeszła w bok i Ellen dosłownie rąbnęła w siodło. Chwyciła wolną ręką za grzywę chwilę przed tym, jak wierzgnęła, wyrzucając ją na szyję. Wsparła się ramieniem, nerwowo wycofując z powrotem w siodło. Nie zdążyła wrócić – znów bryknęła.
— Hej, hej, hej! — zawołała, ściągając wodze. — Taika, stój!
Kobyła zatrzymała się równo na czterech nogach, tuląc uszy. Ellen nabrała powietrza, pewniej siadając w siodle, i z trudem przełknęła gorycz w ustach.
Na Taice uczyła się jeździć w Wysokożu. To była taka dobra, spokojna klacz. Nie miała nic wspólnego z tym potworem, ale Ellen chyba za bardzo przywykła do imienia. Przynajmniej ta cholera na nie reagowała.
— No, już. — Pogładziła napiętą szyję. — Bez gwałtownych ruchów.
— Koniec przedstawienia? — zainteresowała się Morrigan.
Ellen posłała jej poirytowane spojrzenie. Nie było sensu się sprzeczać, wszyscy musieli być zmęczeni czekaniem. Nabrała powietrza i przeniosła wzrok na lekko uśmiechniętego Alistaira.
— Poprowadzisz? Nie trafię stąd do Redcliffe — poprosiła.
Alistair skinął głową. Ruszył przodem, a za nim pojechała Leliana. Po chwili Ellen wyminął też Sten. Powinna ich dogonić. Szkoda, że tak cholernie bała się przyłożyć łydki do napiętych boków głupiej kobyły.
Nabrała powietrza i ostrożnie przycisnęła nogi. Poczuła, jak mięśnie klaczy zadrżały – ale zamiast wyskoczyć w górę, po prostu ruszyła stępem. Ellen wyciągnęła w przód wodze, wypuszczając ich więcej, i odetchnęła.
— Shegar — rzuciła za siebie.
Ogar podbiegł do konia, nie zważając na to, że mógłby dostać kopniaka, i wlepił w Ellen szczęśliwe spojrzenie.
— Uważaj — przykazała mu.
Obok nich znalazła się Morrigan. Ellen, zerknąwszy na nią kątem oka, musiała przyznać, że na swój sposób pasowała do tego karosza. Obie wyglądały, jakby nienawidziły życia, świata i ludzi. Uśmiechnęła się kącikiem ust.
Ciekawe, czy odnajdzie się w Redcliffe? Chyba opuszczała czasami Głuszę Korcari? Albo nie. I to pierwsze chwile spędzone w cywilizacji. Ellen zmarszczyła czoło. Mogli mieć z tego tytułu mnóstwo problemów. Wystarczy, że jakikolwiek templariusz wyczuje jej magię. Nie wytłumaczą się z tego do końca świata.
Westchnęła i przesiadła się w siodle tak, by lekko przechylić się w stronę Morrigan.
— Wychowałaś się w Głuszy Korcari? — spytała.
— Dlaczego zadajesz mi takie pytania? — Morrigan rzuciła jej lodowate spojrzenie. — Ja nie wyciągam z ciebie informacji, prawda?
Ellen uniosła brwi. Drażliwa.
— Mogłabyś, gdybyś chciała — zauważyła chłodniejszym głosem.
Morrigan spojrzała na nią, unosząc brew. Jej wzrok był oceniający, prawie miażdżący, jakby nie zostało w niej nic poza dezaprobatą. I wtedy parsknęła cichym, krótkim śmiechem – czy nawet bardziej zachichotała? Ellen wbiła w nią zdumione spojrzenie, zupełnie nad sobą nie panując. Przynajmniej nie rozdziawiła ust.
— Och, co za szczęście — mruknęła z przekąsem Morrigan. — O co pytałaś? Czy wychowałam się w Głuszy? Ciekawe pytanie. A gdzie byś mnie widziała?
Może to tylko przesłyszenie, ale Ellen nagle się wydało, że jej głos nabrał bardziej pogodnego brzmienia.
— Przez wiele lat mieszkałam tylko z Flemeth. Głusza ze swymi zwierzętami była dla mnie prawdziwsza niż opowieści Flemeth o świecie ludzi. Z czasem jednak nabrałam ciekawości. Wychodziłam z Głuszy, żeby poznawać otaczający mnie świat. Nigdy na długo. Były to krótkie wycieczki do cywilizacji — opowiedziała, wzruszywszy ramionami.
— I nikt cię nie zauważył? — Ellen mimowolnie zmierzyła ją spojrzeniem.
Z takim ubiorem, cóż, przykuwała uwagę najpierw mężczyzn, a potem ich wybranek, którym nie podobała się fascynacja mężów. Wyprawy do niewielkich wiosek musiały być dla niej ryzykowne.
— Przeważnie nie. — Morrigan pokręciła głową. — Flemeth dobrze mnie wyszkoliła. Jednak mimo całej tej nauki rzeczywistość mnie… oszołomiła. Wydawałam się taka śmiała, taka pewna siebie, lecz pojawiło się mnóstwo rzeczy, na które Flemeth mnie nie przygotowała.
— Wyobrażam sobie — skwitowała Ellen.
Pewnie miało to coś wspólnego z tym, jak należało się zachowywać wśród obcych, żeby ich nie urazić. To Morrigan wychodziło beznadziejnie.
— Wątpię — parsknęła. — Tylko raz oskarżono mnie o bycie wiedźmą z Głuszy i zrobił to Chasynd, który przypadkiem podróżował z kupiecką karawaną. Wskazał na mnie, sapnął i zaczął krzyczeć w swoim dziwnym języku, a większość ludzi założyła, że rzuca na mnie jakąś klątwę. Udałam przerażone dziewczę i oczywiście go aresztowano.
— Co się stało z tym biedakiem?
Miał niezłego pecha, że trafił na Morrigan.
— A kogo to obchodzi? O ile pamiętam, został stracony. — Znów wzruszyła ramionami, nie patrząc na Ellen. — Chodzi o to, że dość łatwo podróżowałam po ziemiach ludzi. Zupełnie nie pasuję do ich wizji wiedźmy z Głuszy. Nie żebym nie miała kłopotów. W ludzkim społeczeństwie są rzeczy, które zawsze mnie dziwiły. Na przykład dotyk. Po co to całe dotykanie przy zwykłym pozdrowieniu?
Ellen potrzebowała paru chwil, żeby zorientować się, o czym mówiła.
— Dotyk? — Popatrzyła na swoją rękę. — Na przykład podawanie dłoni?
— A chociażby i to. Po co ktoś ma dotykać mojej dłoni? Uważam to za nachalne i odpychające — stwierdziła chłodno. — Było tam wiele niuansów, o których Flemeth mi nie powiedziała. Kiedy patrzeć komuś w oczy, jak jeść przy stole, jak się targować, nie obrażając rozmówcy… nic z rzeczy, które znałam. Prawdę mówiąc, wciąż nie rozumiem wszystkiego. Ale z drugiej strony już dawno przestałam do tego dążyć. Gdy wróciłam do Głuszy, przyrzekłam Flemeth, że nie mam już zamiaru wyruszać na następną wyprawę.
— Cóż, cieszę się, że wyszło tak, jak jest — mruknęła Ellen.
Poczuła na sobie oceniające spojrzenie Morrigan, na które wzruszyła ramionami. Nawet jeśli trudno się z nią rozmawiało i przez większość czasu człowiek się jej bał, była przydatna. W walce, w podróży, ogólnie chyba lepiej mieć maga niż nie. Po prostu musieli uważać, żeby nie chwalić się tym przed templariuszami.
— Tak? — rzuciła dziwnym głosem Morrigan. — Zignorujmy więc całe zagrożenie ze strony pomiotów i obecność półgłówka jako jedynego Szarego Strażnika przy boku. Doceniam jednak dobre chęci. Dziękuję — dodała ciszej.
Tym razem to Ellen popatrzyła na nią zdumiona. W jednej chwili wydała się jej o wiele bardziej zagubiona i niepewna niż przez cały spędzony razem czas. Zająknęła się, nie mając pojęcia, jak na to zareagować.
— Jest znak! Możemy ruszyć galopem! — rozległ się głos Alistaira.
Ellen przeniosła wzrok na przód grupy. Alistair wpatrywał się w nią, uśmiechnięty wesoło, i wskazywał coś z boku drogi.
— Prowadź! — odkrzyknęła.
Trochę mocniej przyłożyła łydki do boków kobyły – przy odrobinie szczęścia nie fiknie z niej na pierwszym zakręcie. Klacz ruszyła, postawiła kilka kroków kłusem, a potem, skoczywszy w powietrze, przeszła w galop. Ellen szarpnęło w siodle, zacisnęła dłoń na grzywie i wyhamowała łokciem, żeby nie przelecieć na szyję.
— Jesteś złośliwa — sapnęła.
Klacz zupełnie ją zignorowała. Dogoniła lekkim galopem siwka Alistaira, kilka razy machając łbem, jakby sprawdzała, ile ma swobody w pysku.
Ellen podłapała rozbawione spojrzenie Alistaira i uśmiechnęła się do niego krzywo. Pozostawało mieć nadzieję, że do Redcliffe było blisko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz