środa, 30 stycznia 2013

Rozdział 1.25 - Ostatni dziedzic

Konie nie sprawiały takiego wrażenia, ale radziły sobie całkiem sprawnie. Męczyły się szybko – często przechodzili do stępa, by dać im odetchnąć, jednak Ellen i tak była pozytywnie zaskoczona. Zwłaszcza swoją klaczą. Zachowywała się prawie bez zarzutu, jeśli nie liczyć jednego incydentu, kiedy spróbowała odgryźć rudzielcowi Leliany ucho. Ellen nadal nie miała pojęcia, co ją tak rozwścieczyło, a Leliana zdecydowała się trzymać w bezpiecznej odległości.
Panowała cisza. Prawie nikt ze sobą nie rozmawiał i Ellen nie wiedziała, czy jej to odpowiadało, czy trochę denerwowało. Leliana nuciła coś pod nosem, jednak nie dało się rozróżnić słów. Melodii Ellen nie znała. Pewnie jakieś smęty z Orlais. Wzdychając, obejrzała się przez ramię – najbardziej z tyłu jechała Morrigan. Nawet nie patrzyła na drogę, obserwowała mijane ostępy. Las rzucał przyjemny cień i chociaż dzień był słoneczny, nie odczuwali wyższej temperatury.
Spokój wydawał się taki nie na miejscu. Ferelden niedawno stracił prawie całą armię, króla i większość Szarych Strażników. Plaga bez pośpiechu rozlewała się po żyznych ziemiach, wysysając z niej życie, a oni niewiele mogli na to poradzić. Póki co. O ile dożyją momentu, kiedy będą w stanie coś zrobić. Ellen prześlizgnęła się spojrzeniem po Stenie. Siedział wyprostowany w siodle, jak urodzony kawalerzysta. Jego nieprzenikniona, prawie kamienna mina trochę niepokoiła. Ciekawe, jak wolny czas spędzali qunari? Na groźnym wyglądaniu?
Przynajmniej Shegar dobrze się bawił. Biegał między końskimi nogami, wyprzedzał ich, znikając z oczu, a potem z głośnym tumultem wracał, szarpiąc za sobą uschnięty konar albo inne śmieci. Zdecydowanie się nie nudził. Ellen przypatrywała mu się z lekkim uśmiechem. Kiedyś bardzo rzadko opuszczali Wysokoże. Fergus zabierał go na polowania, urządzane chyba raz albo dwa razy do roku, i to wszystko. Ciągle siedział w posiadłości, bo był nieznośny i prawie nikogo nie słuchał. Teraz wielki Ferelden na pewno go zachwycił. Chociaż tyle dobrego.
Okolica niewiele Ellen mówiła. Przemieszczali się traktem, tyle potrafiła stwierdzić. Może powinni zainteresować się, czy Bodahn Feddic miał wśród asortymentu mapę do sprzedania? Nie potrafiła ich poprawnie odczytywać, ale ktoś z grupy raczej by sobie z tym poradził, w przeciwieństwie do niej.
Trochę zirytowana jednostajną melodią dobywającą się ze strony Leliany, lekko pogoniła grzecznie stępującą kobyłę. Nie zakłusowała – leniwa cholera wyciągnęła nogi, przyśpieszając w stępie, i zrównała się z siwkiem Alistaira. Ellen podłapała jego pytające spojrzenie, które zignorowała. Zapatrzyła się na drogę.
I jaki właściwie mieli plan? Przyjechać do Redcliffe, zażądać widzenia z arlem Eamonem, chociaż trawiła go choroba, bo…? Zerknęła na Alistaira. Wydawało się, że Redcliffe było mu bliskie. Na tyle, żeby znał tamtejszych rycerzy i samego arla. A także – chyba – arlessę. Ellen zmarszczyła czoło. Oczywiście, też ich kojarzyła, trochę bardziej z widzenia, bo z pasją unikała zacieśnienia kontaktów politycznych, ale na pewno się spotkali na kilku uroczystościach w Wysokożu.
Kim więc był dla Redcliffe Alistair?
— Mówiłeś chyba, że wychował cię arl Eamon…? — rzuciła od niechcenia.
Poczuła na sobie jego wzrok – nieco spłoszony, na pewno zaskoczony. Podchwyciła go chwilę przed tym, jak Alistair uśmiechnął się szeroko, unosząc brwi.
— Tak mówiłem? — zdziwił się.
Ellen powoli skinęła głową. Nie do końca tak, co prawda, ale to nie było ważne.
— Miałem na myśli, że wychowywały mnie psy — stwierdził i wzruszył ramionami. — Ogromne, zaślinione psy z Anderfels. Tak naprawdę to cała wataha.
Co.
Ellen wpatrywała się w jego profil. Miał taką opanowaną, poważną minę – ale na nią nie patrzył. Oczywiście, że się wydurniał. Musiał się wydurniać, chyba oszalał, jeśli myślał, że mu uwierzy. Przymrużyła oczy, mierząc go niezadowolonym spojrzeniem.
Nucenie Leliany ucichło.
— To by wyjaśniało, skąd ten zapach — prychnęła.
Alistair wreszcie na nią spojrzał – ze szczerym zaskoczeniem. Chyba się nie spodziewał. I dobrze.
— Cóż, dopiero w wieku ośmiu lat odkryłem, że nie trzeba oblizywać się do czysta. Starych nawyków trudno się pozbyć — odparł, uśmiechając się wesoło.
Ellen wywróciła oczami. Jak długo można było ciągnąć taki durny żart?
— A to by z kolei wyjaśniało, skąd ten oddech — mruknęła.
Za ich plecami rozległo się zduszone chichotanie Leliany. Ellen mimowolnie się uśmiechnęła. Dawno nikogo nie rozśmieszyła, to było całkiem miłe.
— I moje maniery przy stole — uściślił Alistair, kręcąc głową. — Choć w sumie w tym względzie niewiele różniłem się od innych templariuszy. A może to wszystko mi się przyśniło? — westchnął, nieco markotniejąc.
Ellen odchyliła głowę, czując, jak irytacja zalewała jej pierś. Zadała przecież proste pytanie. Co się nagle stało, że Alistair tak wściekle unikał odpowiedzi? To nie tak, że właziła mu z butami w życie prywatne zupełnie bez powodu. Jechali do Redcliffe, musiała wiedzieć, czego się tam spodziewać.
Podłapała wesołe spojrzenie Leliany i jej pogodny uśmiech. Mimowolnie na niego odpowiedziała, tylko po to, żeby szybko się wyprostować. Odgarnęła włosy z twarzy, nabierając głębszego wdechu.
— Zabawne, jakie sny przychodzą człowiekowi do głowy, kiedy sypia na twardej, zimnej ziemi, prawda? Ty też miewasz dziwne sny? — Alistair przechylił głowę, żeby lepiej ją widzieć, i uśmiechnął się lekko.
— Tak — sarknęła. — I każdy z nich kończy się tym, że cię duszę.
Alistair roześmiał się cicho. Ellen nie widziała w tym niczego zabawnego – naprawdę miała ochotę przynajmniej walnąć go w ramię za te wszystkie bzdury, które wygadywał.
— Użyłabyś przemocy? Przeciwko mnie? Jestem zszokowany i przerażony. Psy nigdy by mnie w taki sposób nie potraktowały — rzucił wesoło.
Ellen prychnęła. Może nie powinna była pytać. Pewnie w ten delikatny sposób dawał jej do zrozumienia, żeby się zamknęła.  
— Zobaczmy… — westchnął nagle i zawiesił wzrok gdzieś przed sobą. — Jak mógłbym to wyjaśnić? Jestem bękartem.
Zapadła krótka chwila ciszy. Ellen zająknęła się mimowolnie.
Cóż, rozmowa szybko nabrała dramaturgii.
— I zanim rzucisz jakiś uszczypliwy komentarz, dodam, że chodzi mi o takiego, który nie ma ojca. — Alistair uniósł dłoń, jakby chciał powstrzymać ją od mówienia, ale Ellen i tak nie wiedziała, co odpowiedzieć. — Moja matka była służką na zamku Redcliffe i zmarła, kiedy byłem jeszcze bardzo mały. Arl Eamon nie był moim ojcem, ale wziął mnie do siebie i dał dach nad głową. Był dla mnie dobry, a przecież nie musiał. Szanowałem go i kiedy dorosłem, przestałem obwiniać za to, że odesłał mnie do Zakonu — przyznał.
Ellen nieco nerwowo przygładziła długą grzywę swojej kobyły.
— Dlaczego to zrobił? — mruknęła.
— Ożenił się w końcu z młodą kobietą z Orlais, co stało się źródłem różnych problemów pomiędzy nim a królem, bo miało miejsce krótko po wojnie. Ale on ją kochał — westchnął. — Tak czy owak nowa arlessa nie mogła znieść plotek, wedle których byłem jego bękartem. Nie były prawdziwe, ale istniały. Arl o to nie dbał, jednak ona tak. Tak więc w wieku dziesięciu lat spakowałem się i wyruszyłem do najbliższego klasztoru. Zresztą może to i lepiej. Arlessa postarała się, żebym w zamku czuł się obco. Nie cierpiała mnie.
To dlatego tak zareagował, gdy w Lothering usłyszał o arlessie. Ellen odwróciła wzrok i przesunęła nim po pniach mijanych drzew.
— To okropne. Zrobić coś takiego dziecku — skwitowała.
Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco, ale chyba nie umiała wykrzesać z siebie więcej emocji. Żołądek dziwnie się jej zwinął, jakby w stresie. Nie wiedziała, czego się spodziewała, zadając Alistairowi tamto pytanie, jednak… na pewno nie tego.
— Może i tak. Czuła się zagrożona moją obecnością. Teraz to rozumiem. — Alistair uśmiechnął się blado. — Nie mogę powiedzieć, żebym ją za to winił. Na pewno sama się zastanawiała, czy plotki są prawdziwe.
Plotki wśród szlachty były potężną bronią. Matka wielokrotnie to powtarzała – lubiła rzucać takimi stwierdzeniami trochę w przestrzeń, ale tak, żeby razem z Fergusem na pewno to usłyszeli. I żeby na pewno dało się powiedzieć, czy to potępiała, czy nie. Chyba nigdy nie powtórzyła żadnej plotki.
Ellen wzruszyła ramionami. Jeśli arlessa kochała męża, powinna była mu wierzyć. Zresztą to nie mogły być bardzo popularne plotki, skoro nigdy nie dotarły do Wysokoża. Ellen czasami wydawało się, że wiedziała o niektórych szlachcicach więcej, niż by chciała.
— Pamiętam, że miałem amulet ze świętym symbolem Andrasty — odezwał się.
Ellen spojrzała na niego, lekko unosząc brwi.
— Była to moja jedyna pamiątka po matce. Kiedy dowiedziałem się, że zostanę odesłany do klasztoru, zdarłem amulet z szyi i rzuciłem nim o ścianę, rozbijając na kawałki. — Zacisnął dłonie na wodzach, chociaż na jego twarzy nie pojawiły się żadne emocje. — To było głupie. Arl kilka razy odwiedzał klasztor, żeby zobaczyć, jak sobie radzę, ale byłem uparty. Nie cierpiałem tego miejsca i obwiniałem go o wszystko. W końcu przestał przyjeżdżać.
W jego głosie kryło się wiele goryczy i Ellen wydało się, że nie była na to gotowa. Zrzucał na jej barki bardzo dużo. Westchnęła, sunąc palcami po miękkiej sierści klaczy. Jej skóra zadrżała, jakby czuła łaskotki.
— Byłeś młody — rzuciła nieco bezradnie.
— I wychowywany przez zaślinione psy — przypomniał pogodniejszym głosem. — A przynajmniej mogłem być, bo tak się zachowywałem. Może jednak wszystkie bękarty zachowują się tak w młodości? Nie wiem. Wiem tyle, że arl jest zacnym człowiekiem i lud go kocha. Był także wujem Cailana, więc ma osobistą motywację, żeby ukarać Loghaina za to, co zrobił — skwitował z mocą. — To już w zasadzie cała historia.
Ellen pokiwała głową. Przynajmniej wiedziała, czego się w Redcliffe spodziewać. Trudno powiedzieć, czy obecność Alistaira mogła im pomóc, czy zaszkodzić. W ich sytuacji już chyba nic nie mogłoby zaszkodzić.
— Dziękuję, że mi to powiedziałeś — mruknęła.
Odpowiedział uśmiechem, trochę zgaszonym, ale szczerym.
Temat chyba się wyczerpał. Ellen zerknęła na Alistaira, niepewna, czy chciał coś jeszcze powiedzieć, ale odwrócił głowę i zapatrzył się przed siebie. Chyba powinna zostawić go samego, żeby w spokoju przetrawił powrót do nieprzyjemnych wspomnień. Odruchowo ściągnęła wodze – co spotkało się z oporem ze strony kobyły. Szarpnęła łbem, wściekle tuląc uszy, i Ellen natychmiast oddała rękę.
— Ale ty jesteś niemądra — rzuciła pod nosem.
Kobyła parsknęła.
Może i imię Taika, zupełnie ironicznie, do niej pasowało. Jakieś przecież musiała jej nadać, żeby móc na nią złorzeczyć. Ellen uśmiechnęła się krzywo i trochę niezdarnie poklepała kobyłę po szyi. Jeszcze jej nie zabiła, należało to docenić.
Zupełnie jak na złość, kobyła zatrzymała się gwałtownie. Ellen szarpnęło w siodle, uderzyła piersią o jej szyję, aż na chwilę zabrakło jej tchu. Alistair nerwowo ściągnął wodze swojego ogiera, obracając się, by na nią spojrzeć.
— Co się stało? — spytał.
— Nie wiem — sapnęła Ellen, wracając na miejsce. — Oszalała.
— Jakby wcześniej była normalna — rozległ się zza jej pleców pełen szyderstwa głos Morrigan – jednak na tyle odległy, że Ellen mogła udać, że wcale tego nie słyszała.
— Dalej — syknęła i ścisnęła boki kobyły łydkami. — Taika, ruszaj.
Doczekała się tylko potrząśnięcia łbem i cofnięcia o kilka kolejnych kroków. Wpadły zadem w rosłego wierzchowca Stena – koń nawet nie drgnął, jakby to przedstawienie zupełnie go nie ruszało. Ellen nabrała powietrza, czując, jak serce przyśpieszało bicie.
— Coś ją spłoszyło — mruknął Sten.
Tak, cóż, niewątpliwie. Dobrze, że jej powiedział, bo by się, cholera, nie zorientowała.
Ellen ugryzła się w język, zanim ofuknęła Stena. Próbował pomóc. Chyba. O ile qunari w ogóle znali ideę pomocy. Posłała mu bezradne spojrzenie, zaciskając usta.
— To nie powód, żeby zacząć chodzić do tyłu — prychnęła.
— Może pojadę się rozejrzeć? — zaproponowała Leliana. — Albo was poprowadzę kawałek? Może to coś zmieni?
Ellen już miała rzucić, że jak dla niej to żadna różnica, czy kobyła by szła w ręku Leliany, czy samodzielnie, ale się powstrzymała. Przede wszystkim, guzik się na koniach znała. Co innego sir Gilmore. Gdyby tu był, powiedziałby jej, co się działo.
Serce zabiło jakby boleśniej, skurczywszy się.
— Może… — odezwał się Alistair.
Urwał, kiedy wokół poniosło się gardłowe warczenie Shegara. Ogar stanął przed grupą, jeżąc krótką sierść, natarczywe spojrzenie wbił w leśne ostępy. Ellen popatrzyła na niego zaskoczona i rozluźniła napięte do granic możliwości nogi.
Coś tam naprawdę było.
— Sten miał rację — rzuciła, ściągając wodze drżącej kobyły.
— I co w związku z tym? Zostawiamy tę chabetę? — sarknęła Morrigan.
Ellen potrząsnęła głową. Gwizdnęła na Shegara i ogar posłusznie się cofnął, nie przestał jednak warczeć. Ellen przeniosła wzrok na Alistaira, szukając wsparcia. Nie zaszkodziłoby, gdyby się wypowiedział odnośnie tej niecodziennej sytuacji.
Alistair zmarszczył czoło. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego.
— Chwileczkę, to chyba…
W powietrzu coś świsnęło, przecięło przestrzeń między szyją konia Stena a uchem Ellen. Zesztywniała w siodle, nawet nie sięgnęła po broń – poczuła, jak stabilne ciało kobyły wysuwało się spod niej. Czas zwolnił. Próbowała jeszcze złapać wyślizgujące się z dłoni wodze, zanim gruchnęła na trakt. Osłoniła twarz rękoma, kiedy coś przemknęło nad nią z tętentem – dźwięk rozdarł zasłonę ciszy, która na moment ją otuliła. Wraz z kolejnym oddechem wszystko wróciło do normy.
— Niech to szlag!
— Chwila, chwila, chwila!
— Kretyni!
O, to na pewno była Morrigan.
Ellen dźwignęła się na łokciu – i znalazła się oko w oko ze szczerzącym zęby genlokiem. Ciało zareagowało samo. Przeturlała się, nim spadł na nią cios, odepchnęła się od ziemi i zerwała na równe nogi. Dobyła sztyletu, jej ostrze skrzyżowało się z bronią ryczącego wściekle hurloka. Na ubity trakt posypały się iskry.
— Shegar, won! — krzyknęła.
Nie widziała go nigdzie, ale musiał trzymać się z dala od walki.
Za jej plecami coś łupnęło. Odruchowo naparła na przeciwnika, popychając go w tył, na oślep cięła drugim sztyletem. Poczuła, jak pod naciskiem ręki ustępowało ciało. Gorąca posoka zalała dłonie.
Posoka. Nie tylko Shegar był w niebezpieczeństwie.
— Krew! — wrzasnęła, odtrącając kopnięciem hurloka.
Runął na ziemię, do której przyszpilił go miecz Alistaira.
— Trzymajcie się od niej z dala! — dodała, obróciwszy się dokoła własnej osi.
— Mają emisariusza! — warknęła Morrigan.
Stała na ziemi w rozkroku, światło na jej kosturze pulsowało miarowo, kiedy po trakcie i poboczu przy niej rozpełzał się lód. Ellen nabrała powietrza, sunąc spojrzeniem po najbliższej okolicy. Nigdzie go nie widziała.
— Leliana, zdejmij go! — zawołała, uderzając ramieniem w genloka.
Zabrakło jej tchu, ale spróbowała to zignorować. Cios pomiota chybił bok Stena o centymetry, a genlok runął na kolana. Ellen przygwoździła go własnym ciałem i wściekle dźgnęła. Raz, drugi, trzeci, krew siknęła wokół, obryzgując jej twarz.
Paskudny odór zgnilizny wgryzł się w nos, prawie wyżerając jej oczy.
— Ja pieprzę. — Przycisnęła przegub do policzka, żeby zetrzeć paskudztwo.
Podłapała opanowane spojrzenie Stena. Przesunął wzrokiem od pomiota do niej, zanim rąbnął zakrwawionym kamieniem w łeb hurloka. Ellen poczuła, jak jej serce gubiło kilka uderzeń.
Przecież on wciąż nie był uzbrojony. Jak mogli tego nie dopilnować?
— Wstawaj! — Alistair chwycił ją za łokieć i dźwignął na równe nogi.
— Mam go! — rozległ się okrzyk Leliany.
Powietrze przeciął skrzek, który zaraz zagłuszył bulgot. Ellen nabrała powietrza i rozejrzała się – wokół leżały tylko pomiocie truchła. Sten odrzucił zakrwawiony kamień i, zmrużywszy oczy, przyjrzał się swojej poplamionej dłoni. Leliana opuściła łuk, wpatrując się w zabitego wroga. A Morrigan zdawała się nie być poruszona tą sytuacją. Stuknęła kosturem w ziemię, sprawiając, że magiczny lód zaczął się błyskawicznie topić.
Ellen przełknęła ślinę.
Jakim cudem przegapili ten oddział?
Poszukała spojrzeniem Alistaira, ale on ruszył złapać konie, który rozbiegły się dokoła, przestraszone walką. Poczuła się nagle przeraźliwie samotna. Prawie… odsłonięta. Czekała na cios. Ze strony kogokolwiek.
Nie pamiętała, kiedy jej gardło ostatnio było aż tak ściśnięte.
— O rany, to… — zaczęła Leliana. — …intensywna walka.
Ellen wyciągnęła dłoń do Stena. Poczuła na sobie jego pytające spojrzenie, więc nieco sztywno skinęła palcami, ogniskując wzrok na jego ubrudzonej ręce.
Mogli go zabić. Dlaczego go nie uzbroili?
Sten bez słowa wyciągnął do niej ramię. Ellen niepewnie ujęła jego dłoń, mając wrażenie, że dotyk dosłownie palił ciało, i nerwowo starła krew pomiotów. Nawet nie drgnął, w milczeniu czekając, i nagle wydało jej się to zwyczajnie głupie. Mogła użyć czegokolwiek poza własnymi dłońmi.
Z drugiej strony co to za różnica, i tak już była skażona.
— Unikajcie kontaktu z tą krwią — odezwała się bezbarwnym głosem. — Za wszelką cenę. Może was zabić.
Leliana westchnęła. To był jedyny wyraźny dźwięk wśród dzwoniącej w uszach ciszy.
Sten zabrał rękę i Ellen zdołała oderwać wzrok od niewyraźnych ciemnych smug na jego palcach. Przyjrzała się własnym dłoniom – poplamionym prawie czarną posoką. W ustach zebrała jej się ślina, jakby zaraz miała zwymiotować. Odchrząknęła.
— Alistair złapie konie i ruszymy dalej — rzuciła.
— Pewnie. — Leliana brzmiała pogodnie.
Zbyt pogodnie jak na okoliczności.
Ellen poczuła coś ciepłego przy nodze. Spojrzała mało przytomnie na dyszącego Shegara, który przytulił się do niej bokiem, wspierając na niej ciężar. Uśmiechnęła się blado. Przynajmniej on jej słuchał. Pogłaskała go przegubem, żeby nie ubrudzić mu sierści.
Wokół poniósł się stukot kopyt. Alistair powoli wracał. Ciekawe, czy jej głupia kobyła dała się złapać, czy spędzą kolejne minuty, próbując ją dopaść.
— Wspaniale — odezwała się Morrigan.
Ellen mimowolnie poderwała głowę. Natrafiła na przenikliwe, miażdżące spojrzenie.
— Wyruszamy przeciw Pladze z dwoma ostatnimi Szarymi Strażnikami w Fereldenie, którzy nie potrafią poradzić sobie nawet z małym oddziałem pomiotów — sarknęła.
Wzdłuż pleców Ellen przebiegł lodowaty dreszcz, ale nie zdołała odwrócić od Morrigan wzroku. Poczucie winy rozlało się w piersi, kalecząc całe wnętrze, jednak kryło się w tym coś pokrzepiającego. Znajomego.
Zawiodła. Zawsze zawodziła. Nawet bycie Szarą Strażniczką jej nie wychodziło.
— To dość niesprawiedliwe — żachnęła się jakby z oddali Leliana.
Ellen sztywno odwróciła się od nich i trochę na oślep ruszyła w stronę swojej kobyły. Szła za prowadzonymi przez Alistaira końmi, wściekle tuląc uszy. Pewnie się przestraszyła. Głupie zwierzę. Zupełnie jak ona.
— W drogę — zarządziła bezbarwnym głosem.
Podłapała zaskoczone spojrzenie Alistaira, ale uciekła przed nim wzrokiem.
Nie było o czym mówić.

***

Bodahn Feddic czekał na skrzyżowaniu traktów. Ellen najpierw rozpoznała jego wóz zaprzęgnięty w poczciwego muła, dopiero potem niewysokie sylwetki siedzące na koźle. Uśmiechnęła się mimowolnie – iskrę ulgi natychmiast zmiażdżyło poczucie winy. Uciekła wzrokiem w bok, zaciskając dłonie na wodzach.
— Jak trasa, moi ulubieni podróżnicy? — zawołał Bodahn Feddic, zerwawszy się na ich widok na równe nogi.
Odpowiedziała mu cisza. Ellen zgarbiła się w siodle – zignorowała krótkie spojrzenie, które posłał jej Alistair.
— Całkiem ciekawie! — odkrzyknęła Leliana. — Daleko do Redcliffe?
— Niecała godzinka! — Bodahn Feddic nie przestawał do nich machać.
— Szybko zleciało — mruknął Alistair.
Ellen zacisnęła usta.
— Bodahnie. — Uniosła głowę i popatrzyła prosto na niego, nabierając głębokiego, uspokajającego wdechu.
— Tak, Strażniczko? — Bodahn Feddic uśmiechnął się przyjaźnie.
Ellen powoli przełknęła ślinę. Ściągnęła wodze swojej kobyły, ale zatrzymała ją dopiero po kilku krokach. Zdecydowanie nie chciała jej słuchać. Trudno, musiały jakoś dożyć do końca Plagi i będą mieć wszystko z głowy.
— Mógłbyś gdzieś w pobliżu rozbić obozowisko? — spytała.
Czuła na sobie uważne spojrzenie Alistaira. Nie mogła tego teraz konsultować. Powinna wcześniej wszystko planować – oboje powinni. Improwizowanie w biegu nikomu nie służyło.
— Oczywiście! — Bodahn Feddic z rozmachem usiadł na koźle.
— Leliano. — Ellen obróciła się w siodle i przeniosła na nią wzrok. — Udałabyś się ze mną i Alistairem do Redcliffe?
Leliana uśmiechnęła się niepewnie i powoli skinęła głową.
— Czegoś tu chyba nie rozumiem — prychnęła Morrigan. — Co z nami?
Ellen wyprostowała się – niczego to nie dało, nawet na koniu była mała.
— Wybacz, Morrigan, ale ani ty, ani Sten nie wyglądacie na osoby wzbudzające zaufanie — stwierdziła, przywoławszy na usta nieco sztuczny uśmiech. — Nie chciałabym… ryzykować nieporozumieniem, gdyby ktoś się was przestraszył. Wolę, żebyście zostali z tyłu, wypatrywali kolejnych oddziałów pomiotów. Tak będzie bezpieczniej.
Zauważyła kątem oka, że Alistair skinął głową. Czy się z nią zgadzał, czy nie, przynajmniej nie próbował podważać decyzji przy wszystkich.
— Poza tym, Stenie, mógłbyś wykorzystać ten czas, by z pomocą Bodahna dobrać dla siebie uzbrojenie. — Przeniosła wzrok na Stena. — Nie chcę więcej ryzykować twoją krzywdą. Na pewno będzie nas stać na coś solidnego.
— W porządku — mruknął Sten.
Jego spokój nieco ją zaskoczył. Spodziewała się raczej…
— Doprawdy, genialny plan — sarknęła Morrigan.
…czegoś takiego.
— I jak niby mamy was poinformować o pomiotach? — warknęła.
Ellen wyrzuciła nogi ze strzemion i zeskoczyła na ziemię. Kobyła stuliła uszy, ale nie spróbowała jej ugryźć. Ellen wczepiła się dłonią w długą czarną grzywę i nabrała kolejnego głębokiego wdechu.
W porządku. Wszystko w porządku. Tylko spokój rozwiązywał takie spory. Tyle razy widziała to w domu.
Ale jej ojciec potrafił rządzić. Ona nie.
— Jesteś Wiedźmą z Głuszy — rzuciła, zanim ugryzła się w język. — Na pewno coś wymyślisz, jak będzie trzeba. Zresztą nie będziemy tam długo.
Spojrzenie Morrigan wwiercało się w tył jej głowy tak mocno, jakby chciała ją w ten sposób zabić. Ellen udała, że tego nie czuła. Tyle jej pozostało. Lekko drżącymi palcami zabrała się do rozpinania sprzętu kobyły.
— Konie zostawiamy? — Głos Alistair wyrwał ją z zamyślenia.
Drgnęła, łapiąc się na tym, że miała przez ten czas zupełną pustkę w głowie. Piętrzyło się przed nimi tyle problemów, a ona pozwalała sobie o nich nie myśleć. Zacisnęła usta i bez słowa przytaknęła. Nikt nie pytał o nic więcej, tylko Morrigan prychnęła parę razy.
Decyzje należało podejmować. Jeśli nikt się do tego nie kwapił, mogła to robić ona. Przecież to i tak bez różnicy.

***

Milczeli. Droga wiodła przez zielone wzgórza, wśród wysokich drzew rzucających kojące cienie, świergot ptaków zagłuszał ciszę i Ellen nawet nie odczuwała napiętej atmosfery zbyt boleśnie. Shegar biegał jak mały szczeniak, poszczekując entuzjastycznie. Świat był piękny. Zaskakiwało ją to za każdym razem. Naiwnie wierzyła, że coś się zmieniło po tym, jak bestialsko zamordowano jej rodzinę – ale przecież to w żaden sposób nie wpływało na nikogo poza nią. Nikogo nie obchodziło.
Odetchnęła głęboko przesiąkniętym zapachem igliwia powietrzem, przymykając oczy. Serce biło równo, spokojnie. Jakby dopasowało się do rytmu toczącego się wokół życia.
— Patyk? — rozległ się rozbawiony głos Leliany.
Ellen zerknęła przez ramię. Shegar skakał wokół Leliany, popiskując niecierpliwie, w wielkim pysku rzeczywiście trzymał znaleziony kij. Uśmiechnęła się lekko. On nie miał żadnych zmartwień.
— Chcesz się pobawić? — Leliana delikatnie zabrała mu zdobycz. — Słodziaku.
Nie nazywałaby go tak, gdyby kilka razy usiadł jej na twarzy w nocy.
— Przynieś! — zawołała, rzucając kij przed siebie.
Shegar zerwał się do biegu, jakby od tego zależało jego życie. Pogodny śmiech Leliany zakłócił ciszę, ale niespecjalnie Ellen drażnił. Odetchnęła, trochę uspokojona tym, że każdy potrafił udawać, że nic się nie działo.
Każdy poza nią.
— Słuchaj, możemy chwilę porozmawiać? — odezwał się Alistair.
Ellen drgnęła, zatrzymując się. Leliana chyba tego nie zauważyła – pobiegła za Shegarem, który złośliwie nie chciał oddać kija. Ellen przez chwilę nie odrywała od nich spojrzenia, zanim zerknęła na Alistaira.
Był poważny. Zbyt poważny.
Powoli skinęła głową.
— Muszę ci coś powiedzieć… w sumie powinienem był zrobić to wcześniej — przyznał, uciekając wzrokiem w bok.
— To mi się nie spodoba, co? — rzuciła.
Alistair opuścił ramiona. Może lepiej by zrobiła, gdyby ugryzła się w język. Westchnęła i powoli ruszyła, nie chcąc alarmować Leliany i nie zamierzając stać jak kołek. Alistair ruszył z nią, nie patrząc w jej stronę.
— Nie wiem. Wątpię — odparł zdławionym, ponurym głosem. — Mnie nigdy się nie podobało. — Wzruszył ramionami.
Ellen popatrzyła na niego. Twardo, intensywnie, chcąc wymusić, żeby odpowiedział na kontakt wzrokowy.
— Mówiłem ci już, że arl Eamon mnie wychowywał, prawda? Że moja matka była służką w zamku, a on się mną zajął? — wyrzucił z siebie na wydechu, płochliwie uniósłszy spojrzenie, ale równie szybko nim uciekł. — Zrobił to dlatego…
Cisza, która zapadła, sprawiła, że wzdłuż pleców Ellen przebiegły ciarki. Nie oderwała spojrzenia od Alistaira i prawie się potknęła na nierówności drogi. Wyglądał na przytłoczonego tym, co chciał powiedzieć. Co mogło być takie straszne w kwestii jego rodziny? Której zresztą nawet nie miał. Zacisnęła dłonie w pięści, nie potrafiąc stwierdzić, czy lepiej spróbować dodać mu otuchy, czy trzymać się z daleka.
— Cóż, dlatego, że moim ojcem był król Maric. Co sprawia chyba, że Cailan jest moim… przyrodnim bratem.
Ellen zatrzymała się jak wryta. Alistair przeszedł jeszcze kilka kroków, zanim też stanął, ale nie obrócił się do niej. Znajdujące się między nimi powietrze nagle zaczęło przypominać gruby mur.
Syn Marika. Ostatni jakkolwiek powiązany z krwią Kalenhada. Ostatni Theirin.
Serce zamarło jej w piersi. Nie wiedziała skąd, jednak w gardle zebrała się nieprzyjemna warstwa chrypki. Odchrząknęła, próbując pozbyć się suchości w ustach.
— Dlaczego zwlekałeś, żeby mi o tym powiedzieć?
Jej głos zabrzmiał pusto i obco. Tak samo jak obco wyglądał dla niej Alistair, kiedy patrzyła na jego zgarbione plecy. Nie był już po prostu… Alistairem.
Zimne wrażenie samotności oplotło jej ciało, zaciskając się niczym lodowa obręcz. Nie mogła oddychać.
— Powiedziałbym ci o tym, ale… tak naprawdę nie miało to dla mnie nigdy znaczenia — przyznał cicho. — Byłem niewygodny, stanowiłem zagrożenie dla władzy Cailana i utrzymywano moje istnienie w tajemnicy. Nigdy z nikim o tym nie rozmawiałem.
Ellen odwróciła głowę, przenosząc wzrok na rozciągające się wokół ostępy. Nie powstrzymała się od otoczenia ramionami. To było… to było bardzo dużo jak na jedną rozmowę. Jeden dzień.
Stała przed ostatnim człowiekiem z prawem do sukcesji. Dość spornym prawem, skoro był nieślubnym potomkiem, ale jednak.
— Wszyscy, którzy o tym wiedzieli, albo mnie nie cierpieli, albo rozpieszczali… nawet Duncan nie dopuszczał mnie z tego powodu do walki. Nie chciałem, żebyś się o tym dowiedziała. Przepraszam — podjął Alistair, ale jego głos gasł z każdym słowem.
Drgnęła, chociaż nie stało się nic, co mogło to wywołać. Spłoszona obróciła w jego stronę głowę – i odkryła, że wpatrywał się w nią. Zranionym, smutnym wzrokiem, jakby działo się właśnie to, czego najbardziej się bał. Serce zabiło jej nieco szybciej.
Wyglądał tak samo. Tak jak zawsze. Jak w dniu, kiedy spotkali się po raz pierwszy. Nic się nie zmieniło. I nic się nie zmieni, bo Ferelden stał na skraju zagłady. Nie straciła kolejnej osoby. Po prostu… musiała się trochę postarać, żeby zaakceptować o nim wszystko to, co nie do końca jej się podobało.
Tak robili przyjaciele, prawda?
— Chyba rozumiem — mruknęła.
Nie rozumiała może dziedziczenia, nawet częściowego, tronu państwa, ale była córką teyrna. Znała szlachtę. Znała ludzi, którzy obracali się w tym środowisku. Mogła zrozumieć jego… poczucie zakleszczenia. Schwytania w pułapkę.
Alistair uśmiechnął się niepewnie, w jego oczach pojawił się pełen nadziei blask.
— To dobrze. Cieszę się. Zresztą i tak nic dobrego mi z tego nie przyszło.
Przynajmniej to jej się udało. Nie zraniła go bardziej.
— W każdym razie to tyle. Wszystko, co chciałem ci powiedzieć. — Znów wzruszył ramionami, ale jakby swobodniej. — Pomyślałem, że powinnaś o tym wiedzieć.
Jego uśmiech wyglądał znajomo. Ellen nie była pewna kiedy, jednak go odwzajemniła. Ruszyła, dołączając do Alistaira, i po chwili szli dalej ramię w ramię.
— Jesteś pewien? — rzuciła uszczypliwie, zanim się powstrzymała. — Nie ukrywasz przede mną czegoś jeszcze?
Podłapała jego rozbawione spojrzenie. Rozbawione i… coś jeszcze. Zmarszczyła czoło, niepewna, jak to rozumieć.
— Poza bezgranicznym uwielbieniem dla delikatnych serów oraz drobną obsesją na punkcie fryzury, nie. — Wyszczerzył w uśmiechu zęby. — To wszystko, tylko ta sprawa z księciem.
Parsknęła. Może służka, która była jego matką, urodziła się w Orlais? Zabrzmiał bardzo mało fereldeńsko.
— A więc powinnam zwracać się do ciebie per „książę Alistair”? — odparowała, posyłając mu krytyczne spojrzenie.
— Nie! — zawołał, gwałtownie chwytając ją za łokieć. — Na oddech Stwórcy, na sam dźwięk tych słów dostaję ataku serca!
Ellen zerknęła nerwowo przed siebie – Leliana odwróciła się i spojrzała na nich czujnie, zaalarmowana krzykiem Alistaira. Ellen wyprostowała się sztywno, mimowolnie wbijając wzrok w zaciskającą się na jej ręku dłoń Alistaira.
To nie wyglądało dobrze. Na pewno nie wyglądało.
— Zresztą to nieprawda. Jestem synem prostej kobiety. Zawsze jasno dawano mi do zrozumienia, że nie mam co liczyć na tron — stwierdził lekko drżącym głosem. — Mnie to odpowiada. Jeśli można gdzieś znaleźć jakiegoś następcę tronu, to jest nim sam arl Eamon. W jego żyłach nie płynie królewska krew, ale jest wujem Cailana… a, co ważniejsze, cieszy się popularnością wśród ludu.
Ellen skinęła głową i delikatnie zsunęła dłoń Alistaira ze swojej ręki. Nie zwrócił na to uwagi – spochmurniał, spuszczając wzrok.
— Choć… jeśli naprawdę jest tak chory, jak słyszeliśmy… — szepnął. — Nie, nie chcę nawet o tym myśleć. Naprawdę nie chcę.
Potrząsając głową, znowu ruszył. Ellen powiodła za nim spojrzeniem. Widziała, że Leliana zawróciła i maszerowała do nich, chyba nawet nerwowo zaciskała usta. Musieli ją przestraszyć. Co za podły dzień.
Zrównała się z Alistairem, dla uspokojenia próbując ułożyć niesforne włosy.
— No więc tak to właśnie wygląda — podjął Alistair, zapatrzywszy się na Lelianę. — Może pójdziemy do Redcliffe, a ja będę udawał, że nadal uważasz mnie za… mało ważnego człowieka, który miał szczęście nie zginąć razem z pozostałymi Szarymi Strażnikami? — Zerknął na nią z ukosa.
Ellen zmarszczyła czoło. Coś w jego głosie jej się nie podobało.
— Tak naprawdę to wcale tak nie myślisz, prawda?
— Nie… chyba nie — przyznał. — Szczerze mówiąc, to wcale nie uważam się za szczęściarza. — Spojrzał na nią bez wyrazu.
Coś dławiącego chwyciło jej gardło, odbierając dech.
To jest nas dwoje.
— Stało się coś? — rzuciła Leliana, zbliżywszy się na tyle, żeby nie krzyczeć.
Ellen przeniosła na nią spłoszony wzrok.
— Nie, wszystko w porządku — stwierdziła, zanim Alistair nabrał powietrza. — Trochę się posprzeczaliśmy.
Nie wyglądali przekonująco i Ellen widziała to w spojrzeniu Leliany. Mimo to w odpowiedzi otrzymała tylko skinięcie głowy. Leliana obróciła w rękach trzymany kij, którym bawiła się z Shegarem, i po chwili odrzuciła go na bok.
Zapadła cisza. Tym razem Ellen wydawało się, że mogła się w niej udusić.

***

— Jesteśmy blisko.
Głos Alistaira odbił się od wzgórz i wznoszącego się przed nimi muru. Ellen oderwała wzrok od starej fortyfikacji, zerkając na niego.
Wydawał się… umiarkowanie smutny. Jeśli można było powiedzieć coś takiego.
— Wiecie, skąd wzięła się nazwa Redcliffe? — zagadnęła Leliana.
Ellen odruchowo przeniosła na nią spojrzenie. Ten temat wydawał się neutralnie zbawienny. Uśmiechnęła się nieco krzywo, chcąc ją zachęcić do mówienia.
— To przez kolor tutejszej gleby — stwierdziła pogodnie. — Jest tu dużo czerwonej gliny, którą można zauważyć na brzegu jeziora. Klify mają rudoczerwony kolor.
Ellen powoli pokiwała głową.
— Ciekawe — rzuciła.
Ledwie to wypowiedziała, pożałowała.
Mogła była milczeć.
W ciszy poniosło się warczenie Shegara. Ellen przeniosła wzrok w stronę, w którą szli – z pobliskiego wzgórza zsunął się jakiś mężczyzna. W ręku ściskał łuk z nałożoną cięciwą i chociaż nie miał na sobie zbroi, Ellen odruchowo sięgnęła po broń.
— Mam go — mruknęła Leliana.
Stała gotowa do strzału. Ellen popatrzyła na nią skonsternowana. Kiedy zdążyła to wszystko zrobić? Na oddech Stwórcy.
— Alistairze? — Zerknęła na niego.
Alistair pokręcił głową. Czyli nikt znajomy.
— Wydawało mi się, że widzę podróżnych na drodze, ale nie chciało mi się w to wierzyć — odezwał się nieznajomy, jego głos drżał. — Jesteście tu, by nam pomóc?
Ellen wymieniła z Alistairem spojrzenie.
— Mamy ważną sprawę do arla Eamona — stwierdziła powoli.
Usłyszała, jak Leliana za jej plecami opuściła łuk. Shegar usiadł ze zjeżoną sierścią, ale już nie warczał. Kimkolwiek mężczyzna był, raczej nie stwarzał zagrożenia.
— Arla? — powtórzył, cofając się o krok. — Czyli… nie wiecie? Czyżby nikt nie wiedział, co tu się stało?
— Słyszeliśmy, że arl Eamon jest chory, jeśli o to ci chodzi — mruknęła Ellen.
To nie wyglądało dobrze. To wcale nie wyglądało dobrze.
— Możliwe, że już nie żyje. — Mężczyzna nerwowo wzruszył ramionami. — Nie wiemy. Od wielu dni nie było wieści z zamku.
Alistair drgnął. Ellen chwyciła go za łokieć, jak gdyby mógł ruszyć bez opamiętania prosto do Redcliffe. Poczuła pod palcami zesztywniałe mięśnie.
— Jesteśmy oblężeni — ciągnął mężczyzna, jego oczy stały się szkliste. — Każdej nocy potwory wychodzą z zamku i atakują aż do świtu. Wszyscy walczą… i giną. Nie mamy armii, która by nas obroniła, nie mamy arla ani króla, który mógłby przysłać nam pomoc. Ci, którzy jeszcze żyją, drżą ze strachu, że będą następni w kolejce.
— Chwila — przerwał mu twardo Alistair. — Co to za zło, które was atakuje?
Ellen w pierwszej chwili pomyślała o pomiotach. Ale… z zamku? Kto trzymałby pomioty w zamku? Poza tym były za głupie, żeby zająć jakąkolwiek fortecę i zrobić sobie z niej główną kwaterę… czego właściwie, Plagi? Zmarszczyła czoło.
— N-nie wiem, przykro mi — wyjąkał mężczyzna. — Nikt nie wie. P-powinienem zabrać was do banna Teagana. Tylko on trzyma nas jeszcze w kupie. Będzie chciał się z wami zobaczyć. — Machnął ręką, jakby zapraszając, żeby ruszyli z nim.
— Bann Teagan? — powtórzył Alistair. — Brat arla Eamona? Jest tutaj?
— Tak. To niedaleko, proszę za mną. — Mężczyzna poprawił łuk na ramieniu i podążył drogą w stronę Redcliffe.
— Znasz go? — Ellen spojrzała na Alistaira czujnie. — Teagana.
— Tak, całkiem dobrze. — Alistair wzruszył ramionami. — Dobrze, że tu jest. Z nim powinniśmy się dogadać.
Ellen skinęła głową. Przynajmniej tyle.
Kiedy ruszyli za idącym przodem mężczyzną, mimowolnie obejrzała się przez ramię, na drogę, którą przeszli. Powiedziała, że niedługo wrócą.
Nagle nie była tego już taka pewna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz