czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 1.26 - Redcliffe

Redcliffe wydawało się opustoszałe.
Ellen nie czuła się zbyt swobodnie, idąc w grupie śladem podenerwowanego mężczyzny. Otaczały ich niewysokie krzewy, a poniżej wzgórza, na którym stali, rozciągały się pierwsze budynki miasteczka. Ellen przyjrzała się przycupniętemu na krawędzi zbocza młynowi. Jego ramiona wciąż się obracały, skrzypienie niosło się jak postękiwania starca. Uśmiechnęła się lekko pod nosem.
Nadal nie widziała ani jednej żywej duszy.
Zeszli między domostwa. Ellen uzmysłowiła sobie, że Redcliffe dosłownie leżało tuż na brzegu Jeziora Kalenhad – chaty opadały aż nad samą wodę, a niektóre nawet zostały wzniesione na drewnianych pomostach. Wśród dzwoniącej w uszach ciszy usłyszała głosy. Nie potrafiła zlokalizować mówiących ludzi, ale myśl, że nie byli tu zupełnie sami, dodała trochę otuchy. Mężczyzna maszerował przed siebie, nie oglądając się na nic.
Zaprowadził ich aż pod wrota kamiennej świątyni. Ellen przykazała Shegarowi czekać przed wejściem – wolała nie ryzykować pretensjami o wprowadzanie psa do świętego miejsca. Wślizgnęli się do chłodnego półmroku – i Ellen przystanęła, zaskoczona ilością zgromadzonych w środku ludzi. Wyglądali… źle. Bladzi, wychudli, zdecydowanie przerażeni. Prawie wszystkie spojrzenia zwróciły się w ich stronę i Ellen z trudem zwalczyła potrzebę cofnięcia się. Ich przewodnik już znikał wśród nieznajomych.
— Chodźmy — rzuciła Leliana.
Ellen skinęła głową.
Najwyraźniej tutaj schronili się wszyscy, którzy nie nadawali się do walki. Idąc wśród tych wynędzniałych osób, szczerze wątpiła, czy ktokolwiek do walczenia im pozostał.
Nieopodal ambony wypatrzyła prowadzącego ich mężczyznę – w towarzystwie kogoś jeszcze. Od razu rozpoznała bogatszy strój zgodny z panującą obecnie modą w szlachcie. Obszycia złotą nicią wydawały jej się nieco pretensjonalne i bardzo orlezjańskie. Mimo to przyjęły się w Fereldenie.
— Nazywasz się… Tomas, tak? — odezwał się szlachcic.
Ich przewodnik skinął głową. Obejrzał się na nich – Ellen zatrzymała się po paru krokach i śmiało odpowiedziała na czujny wzrok szlachcica.
Kojarzyła go skądś. Stwórca raczył wiedzieć skąd dokładnie.
— A kim są twoi towarzysze? Nie wyglądają na zwyczajnych wędrowców — rzucił, zerknąwszy na podenerwowanego Tomasa.
— Nie, mój panie. Dopiero co przybyli i pomyślałem, że zechciałbyś się z nimi zobaczyć. — Skłonił się przed nim.
Ach, bann Rainesfere. Teagan, tak?
Ellen bezwiednie wypuściła wstrzymywane powietrze.
— Dobra robota, Tomasie — pochwalił go bann Teagan i uśmiechnął się serdecznie. — Witajcie, przyjaciele. Jestem Teagan, bann Rainesfere, brat arla.
Ellen skinęła głową. Otworzyła usta, chcąc odpowiedzieć, ale nie zdążyła.
— Pamiętam cię, bannie Teaganie, choć kiedy ostatni raz się spotkaliśmy, byłem dużo młodszy i… umazany błotem — odezwał się Alistair.
— Umazany błotem? — powtórzył niepewnie.
Ellen popatrzyła na Alistaira zdruzgotana. Chyba nie myślał poważnie, że ten opis wystarczy, żeby ktokolwiek po latach…
— Alistair? — wykrztusił bann Teagan. — Ty żyjesz! To wspaniała wiadomość!
Cóż, punkt dla Alistaira.
Bann Teagan ścisnął jego ramię, uśmiechając się szeroko. Uniósł przy tym drugą rękę, jakby chciał Alistaira przytulić, jednak się zawahał. Ellen cofnęła się pół kroku.
— Tak, wciąż żyję, ale wkrótce może się to zmienić, jeśli teyrn Loghain będzie miał coś do powiedzenia — skwitował Alistair.
Bann Teagan pokiwał głową.
— W rzeczy samej — zgodził się. — Loghain pragnie, byśmy uwierzyli, że wszyscy Szarzy Strażnicy zginęli wraz z mym bratankiem.
— Nie, nie wszyscy spośród nas zginęli — rzuciła mimowolnie Ellen.
Słowo nas zabrzmiało nieco dziwnie, ale poczuła się lepiej, kiedy powiedziała to na głos. Należała do bractwa, czy tego chciała, czy nie. Musiała to wreszcie zaakceptować.
— A więc… ty też jesteś Szarą Strażniczką? — Bann Teagan popatrzył na nią zaskoczony, lekko marszcząc czoło. — Czy możliwe, że już się gdzieś spotkaliśmy? Wyglądasz znajomo.
W jej gardle pojawiła się zimna, dławiąca gula. Nabrała powietrza, aż unosząc przy tym ramiona, po czym je wypuściła, opuszczając ramiona. Skinęła głową.
Nie mieli czasu na problemy z jej przeszłością. Musiała wziąć się w garść.
— Być może znasz mojego ojca, teyrna Couslanda — mruknęła.
Poczuła na sobie spojrzenia – i Alistaira, i Leliany. Któreś z nich wypalało jej dziurę w tyle głowy. Może Alistaira. Może właśnie poczuł się oszukany, że nie przyznała się wcześniej. Spróbowała to zignorować, uparcie wpatrując się w banna Teagana.
— Ach, tak, zgadza się. Miło mi cię poznać, choć szkoda, że w takich okolicznościach — stwierdził zmęczonym głosem bann Teagan. — Domyślam się, że chcecie zobaczyć się z moim bratem. Niestety, może być z tym problem. Eamon jest poważnie chory. Od wielu dni nikt nie otrzymał żadnych wieści z zamku. Murów nie patrolują strażnicy i nikt nie reaguje na moje nawoływania. Ataki zaczęły się kilka dni temu. Złe… istoty… wynurzyły się z zamku. Odparliśmy je, ale wielu naszych poległo.
— O jakie złe stworzenia chodzi? — spytała.
— Niektórzy nazywają je żywymi trupami. — Skrzywił się. — To rozkładające się ciała, które wróciły do życia, by zaspokajać trawiący je głód ludzkiego mięsa.
Ellen powoli skinęła głową.
Na oddech Stwórcy, co takie potwory robiły w Redcliffe? Przecież to nie tak, że takie rzeczy działy się w każdym mieście od czasu do czasu.
— Następnej nocy znów zaatakowały — westchnął bann Teagan. — Przychodzą co noc, za każdym razem w większej liczbie. Cailan nie żyje, a Loghain walczy o tron i nikt nie reaguje na moje prośby o pomoc. Mam przeczucie, że dzisiejszy atak będzie groźniejszy od poprzednich. Alistairze, wybacz, ale rozpaczliwie potrzebuję pomocy twojej i twoich przyjaciół. — Wbił w niego błagalne spojrzenie.
Ellen mimowolnie też na Alistaira popatrzyła. Podłapała jego wzrok – dość przeszywający i czujny. Może się zastanawiał, ile jeszcze przed nim ukrywała. Udała, że nie wiedziała, o co chodziło.
Alistair obrócił głowę do banna Teagana, na jego ustach pojawił się uśmiech.
— To nie zależy tylko ode mnie — mruknął. — Poza tym bez arla Eamona Szara Straż nie ma wielkich szans w starciu z Loghainem.
— Chcesz naszej pomocy? — rzuciła Ellen. — Przecież nawet nas nie znasz.
Bann Teagan obdarzył ją trochę rozbawionym uśmiechem. Pomimo brzydkich cieni pod oczami sprawiał wrażenie człowieka tętniącego energią. Ellen złapała się na tym, że mimowolnie była gotowa uwierzyć w to, co powie. Chyba tak właśnie powinni wpływać na ludzi urodzeni przywódcy.
— Znam Alistaira — stwierdził bann Teagan. — I ufam tym, których wybiera sobie na towarzyszy podróży. Jak brzmi wasza odpowiedź?
Ellen zerknęła na Lelianę. Nie musiała pytać Alistaira o zdanie – wiedziała, że chciał ochronić Redcliffe, cokolwiek właściwie usiłowało zrównać je z ziemią. Leliana posłała jej uśmiech. Wydawała się entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu.
Ellen westchnęła. W końcu mało mieli na głowie, co?
— Dobrze więc, pomożemy wam — obwieściła.
— Dziękuję! — zawołał bann Teagan. — Dziękuję wam. Nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy. Tomasie, powiedz Murdockowi, co zaszło — zwrócił się do stojącego z boku mężczyzny. — Następnie wracaj na swoje stanowisko.
— Tak jest, mój panie — mruknął Tomas, skłonił się nisko i ruszył biegiem do wyjścia ze świątyni.
— Dobrze więc. Jest jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, zanim zapadnie zmrok — westchnął bann Teagan, odprowadziwszy Tomasa spojrzeniem. — Do obrony na zewnątrz przydzieliłem dwóch ludzi. Murdocka, burmistrza wioski, znajdziecie obok świątyni. Sir Perth, jeden z rycerzy Eamona, jest na urwisku w pobliżu młyna, skąd obserwuje zamek — wyjaśnił, wskazując w przybliżeniu, dokąd powinni się udać. — Możecie pomówić z nimi na temat przygotowań do nadchodzącej bitwy.
— Idziemy. — Ellen skinęła głową i zawróciła.
— Powodzenia! — zawołał za nimi bann Teagan.
Powodzenie stanowczo będzie potrzebne, zważywszy na to, że większość żyjących mieszkańców Redcliffe stłoczyła się w świątyni. Ciekawe, ilu mężczyzn dożyło tego dnia. Ellen miała złe przeczucia, przypatrując się mijanym osobom, przeważnie kobietom. Dzieciaków została garstka. Nawet nie płakały.
— Coś strasznego — mruknęła pod nosem.
— Nie powiedziałaś nam — odezwał się Alistair.
Ellen zerknęła na niego z ukosa. Zdecydowanie tego nie chciała, ale i tak opuściła ramiona pod ciężarem poczucia winy.
— Nie było o czym mówić — burknęła.
— Nie? — Alistair przechylił głowę, próbując odszukać jej spojrzenie, jednak uparcie uciekała nim w bok. — Jesteś córką teyrna.
— Nie jestem. — Na moment zacisnęła zęby. — Już nie.
— Słyszałam, że w Wysokożu miała miejsce wielka tragedia — rzuciła Leliana, doganiając ją z drugiej strony.
Serce Ellen zatrzepotało w piersi.
— Co wam się tak zebrało na plotki? — warknęła, zatrzymując się gwałtownie. — Chyba mamy inne problemy niż los mojej rodziny, prawda? Nie możemy zająć się tym, po co tu przyszliśmy? Co wam do mojej przeszłości?
W chwili, w której wypluła ostatnie słowa, natychmiast tego pożałowała. Podchwyciła zdumiony wzrok Alistaira i poczuła się jak zwykła świnia. Odwróciła głowę, mrugając szybko, by pozbyć się łez. Dlaczego nad sobą nie zapanowała? Nie zasłużyli na ten wybuch. Na ten jad, który krążył w jej żyłach.
Otworzyła usta, by przeprosić. Miała wrażenie, że zadławi się tym słowem, ale przecież tak należało zrobić w tej sytuacji.
— Jesteście Szarymi Strażnikami, zgadza się? — rozległ się kobiecy głos.
Spojrzenie Ellen prześlizgnęło się na stojącą nieopodal kobietę. Chyba w średnim wieku. Miała bardzo ciemne włosy spięte w ciasny kok, a na ściągniętej zmartwieniem twarzy odcisnęło się zmęczenie. Pewnie od kilku dni nie zmrużyła oka.
Ellen powoli skinęła głową. Nikt się nie odezwał.
— Byliście w Ostagarze? W Głuszy Korcari? — Kobieta podeszła parę kroków, patrząc po kolei po każdym z nich. — Mój mąż i syn wyruszyli w tamte strony. Chcieli przekazać Pieśń Światła Chasyndom. Od tamtej pory nie dali znaku życia.
…och.
— Nazywasz się Jetta? — mruknęła Ellen.
Przez napiętą twarz kobiety przebiegł cień. Chyba się tego nie spodziewała.
— Tak — odparła Jetta. — Słyszałaś o mnie?
Ellen westchnęła ciężko. Odruchowo przechyliła głowę, żeby spojrzeć na Alistaira – przypomniała sobie, że powinna unikać jego wzroku, kiedy napotkała jego oczy. Nie zauważyła tam jednak gniewu czy dezaprobaty. Alistair wydawał się zmartwiony. Ellen zająknęła się, bezradnie sięgając do niewielkiej sakwy przy pasie.
— Mam tu coś od twego męża — wymamrotała.
Jetta zmarszczyła czoło.
— Tak?
Ellen czuła na sobie jej spojrzenie. Śledzące każdy, nawet najmniejszy ruch palców odpinających wieko sakwy. Wydostanie stamtąd szkatułki wymagało odrobiny wysiłku – po tak długim czasie jakby przyległa do tej małej przestrzeni i nie chciała jej opuścić.
Wreszcie Ellen wyciągnęła ją w stronę Jetty.
— Och! Jego kasetka! — sapnęła Jetta. — Skoro mi ją przyniosłaś… o nie.
Jej usta zadrżały i mocno je zacisnęła. Ellen zobaczyła, że jej oczy się zaszkliły. Od razu odwróciła wzrok. To dobrze, że się domyśliła. Nie chciała mówić o tym, jak jej bliscy zginęli. Że ich zwłoki prawdopodobnie zostały ogryzione przez pomioty.
— Przepraszam — westchnęła Jetta. — Bardzo ci dziękuję, że mi ją przyniosłaś. Wiele to dla mnie znaczy. Niech ci Stwórca błogosławi.
Ellen odprowadziła ją spojrzeniem. Jej drobne, jakby kruche plecy, dodatkowo przygniecione ciężarem straty, szybko zniknęły wśród innych ciał. Jetta stała się tylko wspomnieniem, rozpłynąwszy się między pozostałymi anonimowymi ofiarami Plagi.
— Dobrze, że się uparłaś — odezwał się Alistair.
Ellen wzruszyła ramionami.
— Już o tym zapomniałam — przyznała.
— Niesamowite — mruknęła Leliana. — Naprawdę znaleźliście to cacuszko w Głuszy Korcari?
— Przypadkiem. — Alistair uśmiechnął się do niej. — Inny Strażnik potknął się o stare ognisko i rozsypał popiół. Kasetka była w środku.
— Był niezdarny — zgodziła się Ellen. — Ale to dzięki niemu się udało.
Sięgnęła do wisiorka z krwią pomiotów. Biżuteria nagrzała się od kontaktu z jej ciałem, Ellen jednak i tak wydało się, że boleśnie ukłuła w palce. Powoli wypuściła wstrzymywane powietrze.
— W drogę? — spytał Alistair.
— Tak. Do… do tego kogoś. — Machnęła ręką w stronę drzwi.
— Murdocka — podpowiedziała Leliana. — Ma być obok świątyni.
— Właśnie.
Ellen starała się nie patrzeć na mijanych ludzi. Tragedia i poczucie beznadziei wisiały w powietrzu, utrudniając oddychanie, i naprawdę nie potrzebowała przyglądać się ich rozpaczy z bliska. Nie żałowała, że się zgodziła. Jeśli ktoś mógł zrobić coś dobrego, należało próbować ze wszystkich sił. Chyba. Podobno tym zajmowała się Szara Straż, tak?
— Ktoś tam płacze — odezwała się półgłosem Leliana.
— Od kilku dni są mordowani przez żywe trupy. Też bym płakał — sarknął Alistair.
Ellen mimowolnie przytaknęła.
— Daj spokój — skarciła go Leliana. — Nie możemy tego tak zignorować.
— A jeśli udowodnię ci, że możemy? — mruknęła Ellen.
I tak zerknęła w stronę, w którą wpatrywała się Leliana. Rzeczywiście, pod ścianą ktoś stał, kuląc się, z drżącymi ramionami. Ellen w pierwszej chwili nie wiedziała, czy patrzyła na dziewczynę, czy na chłopaka. Miała niezbyt kobiecą sylwetkę. Ale faceci, nieważne jak mało męscy, rzadko nosili spódnice.
— Wystarczy, że z nią porozmawiamy, to przecież nic takiego — żachnęła się Leliana, zacisnąwszy dłoń na ramieniu Ellen.
Drgnęła. Gest Leliany był zupełnie zbędny.
— Możemy porozmawiać ze wszystkimi w świątyni, a i tak nie rozwiążemy ich problemów, dopóki nie pozbędziemy się żywych trupów — wytknął Alistair.
— Przepraszam, przeszkadzam wam? — odezwała się niespodziewanie skulona dziewczyna, unosząc głowę, dzięki czemu dało się zobaczyć jej zalaną łzami twarz. — Postaram się być nieco ciszej.
Doskonale. Rozegrali to najlepiej, jak tylko się dało.
Ellen stęknęła, kiedy Leliana natarczywie szturchnęła ją w żebra. Posłała jej poirytowane spojrzenie, ostentacyjnie się odsuwając.
— Wszystko w porządku? — spytała, siląc się na spokojny głos, i przeniosła wzrok na dziewczynę. — Dlaczego płaczesz?
— Te… istoty zabrały moją matkę — wydusiła. — Nie wiem, co się z nią stało, ale cały czas słyszę jej krzyki, wszędzie! — Wplotła dłoń w jasne włosy, zaciskając palce.
— To straszne! — jęknęła Leliana. — Biedactwo… chcielibyśmy móc jakoś pomóc.
Ellen popatrzyła na nią tak, jakby postradała rozum. Przecież taką historię dusili w sobie prawie wszyscy w tym budynku! A na pewno większość! Jak ona to sobie wyobrażała? Że będą tego wysłuchiwać przez cały dzień i przez to pozwolą, żeby żywe trupy zrównały Redcliffe z ziemią, zanim w ogóle zdążą tu dotrzeć pomioty?
— A teraz jeszcze mój brat, Bevin… uciekł, ja… — Dziewczyna zająknęła się, z jej piersi wyrwał się urywany szloch. — Nie wiem, gdzie on jest! Boję się, że jego też dopadły!
Ellen westchnęła.
— Próbowałaś go odszukać?
Może brzmiało to bezdusznie, ale nie zdziwiłaby się, gdyby dziewczyna zwyczajnie nie pomyślała, żeby się rozejrzeć wokół. Wyglądała na roztrzęsioną i jeśli jej umysł był w takim stanie, na jaki wyglądał, logiczne działania raczej nie przychodziłyby jej na myśl.
— Poszłam do naszego domu, stoi przy placu. Nie było go tam. Przeszukałam też resztę wioski. Wołałam i wołałam, ale nie odpowiedział — wyszeptała łamiącym się głosem. — Zastanawiam się, czy nie uciekł czasem do lasu. Tak się martwię! Tylko ja mu zostałam!
Ellen bezradnie uniosła ręce. Dlaczego płaczący ludzie musieli być tak przerażający? Nie mogli na moment przestać płakać, żeby dogadać się z innymi?
— Nie przejmuj się. Poszukamy go — obiecała pośpiesznie.
To było ostatnie, czego potrzebowali, ale co mogła jej powiedzieć?
— Naprawdę? — Dziewczyna uniosła na nich pełen nadziei wzrok. — Bardzo wam dziękuję! Odszukajcie go, proszę!
— Gdzie dokładnie mieszkasz?
— Obok sklepu, po prawej stronie od świątyni. Tuż na skraju pomostu. — Uśmiechnęła się przez łzy.
— Zobaczymy, co da się zrobić — zapewniła, wycofując się kilka kroków. — Teraz musimy już iść. Ale wrócimy, jak tylko się czegoś dowiemy.
Zauważyła, że Alistair uniósł dłoń w geście pożegnania. Ellen wyminęła go i ruszyła w stronę wielkich wrót, w irytacji zaciskając usta. Jak mieli znaleźć dzieciaka w zdziesiątkowanym Redcliffe? I nie dać przy okazji zdziesiątkować go bardziej?
Wypuściła powietrze przez nos. Po co im cudze problemy, skoro nie radzili sobie z własnymi? Powinni walczyć z Plagą, nie żywymi trupami. Nie szukać przerażonego dzieciaka, który w ogóle mógł już nie żyć.
— To szaleństwo — rzuciła przez ramię i naparła na drzwi.
— Może go znajdziemy — żachnęła się Leliana. — Może przypadkiem na niego trafimy, na przykład.
— Tak, potkniemy się o niego po drodze — mruknął pod nosem Alistair.
— Nawet tak nie mów! — Leliana uderzyła go w ramię.
— Nie martw się, nie potkniemy się o niego — Ellen zerknęła na nią, uśmiechając się krzywo — bo wszystkie trupy raczyły ożyć.
— Jak możecie z tego żartować? — Leliana potrząsnęła głową.
— Lepiej tak, niż usiąść i płakać. — Alistair wzruszył ramionami. — Za drzewami ktoś… coś… chyba wydaje rozkazy?
Ellen powiodła spojrzeniem za jego uniesioną ręką. Rzeczywiście, między pniami sosen kręciło się sporo osób – wokół jednego człowieka. Zmarszczyła czoło. Było to stosunkowo blisko świątyni, więc może trafili na burmistrza Murdocka.
— Chodźmy, szkoda czasu — mruknęła i zagwizdała krótko.
Shegar zerwał się spod ściany, gdzie wylegiwał się w cieniu, i w podskokach dopadł do nich, radośnie popiskując. Czasami zachowywał się tak, że nikt by nie pomyślał, że potrafił w okamgnieniu zamordować człowieka.
— Mamy jakiś plan? — zagadnęła Leliana, zrównując krok z Ellen.
Zerknęła na nią. Dlaczego pytała ją? Nie Alistaira?
— Zaraz zobaczymy — westchnęła.
Kiedy przeszli między drzewami, przy wąsatym mężczyźnie stał już tylko jeden chuderlawy chłopak. Gorliwie kiwał głową, słuchając przełożonego, a potem zasalutował – prawie sobie przy tym wybił oko – i pognał w swoją stronę. Ellen odprowadziła go rozbawionym spojrzeniem, powstrzymawszy cisnący się na usta uśmiech. Chłystek nie mógł być wiele młodszy od niej.
— Burmistrz Murdock? — odezwała się.
Mężczyzna drgnął i odwrócił się do nich przodem. Pierwsze, co rzuciło się Ellen w oczy, to jego okrąglejszy brzuch. Nie był wojownikiem. Albo lata, kiedy parał się walką, minęły naprawdę dawno. Nie wyglądał jednak na starego.
Burmistrz Murdock skinął głową, mierząc ich spojrzeniem.
— A więc należycie do Szarej Straży, tak? — rzucił.
Ellen przytaknęła. Nie było sensu doprecyzowywać kwestii Leliany, burmistrz Murdock nawet nie wyglądał, jakby go to interesowało.
— Myślałem, że nie przyjmują tam kobiet — stwierdził pod nosem, krzywiąc się, przez co jego sumiaste wąsy wyraźnie się uniosły.
Ellen zmarszczyła czoło. Serce zabiło szybciej w piersi, podgrzewając rozkwitający w piersi gniew. Skąd tacy ludzie się w ogóle brali?
— No więc przyjmują — warknęła.
Poczuła, że Shegar usiadł na jej stopie, opierając ciało o nogę. Odruchowo pogładziła jego szeroki łeb.
— Skoro tak twierdzisz. — Burmistrz Murdock zacisnął usta. — Cholerny qunari mógłby podejść do mnie i powiedzieć, że jest Szarym Strażnikiem, i nie byłbym w stanie stwierdzić, czy mówi prawdę. Ale nie odprawiamy nikogo, kto chce pomóc — zapewnił, posyłając im uśmiech. — Nie bierzcie mnie za niewdzięcznika czy coś w tym guście.
— Cóż, chcemy pomóc w miarę możliwości. Możesz nam zaufać. — Alistair nieco bezradnie wzruszył ramionami.
— Jestem Murdock, burmistrz tego, co zostało z tej wsi — przedstawił się, zupełnie zignorowawszy słowa Alistaira. — O ile dziś w nocy nie zabiją nas wszystkich i nie zaciągną naszych trupów do zamku.
Ellen uniosła brwi.
— Szybko mu poszło — mruknął pod nosem Alistair.
Ellen musiała się brzydko skrzywić, żeby nie parsknąć cichym śmiechem. Nie powinna się śmiać z takich rzeczy. Na oddech Stwórcy, zmieniała się w potwora.
— Nie trać wiary, Murdocku — odezwała się Leliana, posławszy im obojgu zdruzgotane, karcące spojrzenie. — Razem zwyciężymy to zło.
— Obyś miała rację — westchnął burmistrz Murdock. — Naprawdę. W każdym razie jesteście tu, a oni mówią, że teraz dowodzicie.
— Jak możemy pomóc? — spytała Ellen, siląc się na neutralny uśmiech.
Przemowa Leliany w ogóle nie pomogła. Brzmiała strasznie. Jak ktoś mógł wziąć coś takiego na poważnie?
— Potrzebujemy kogoś, kto prędko naprawi naszą broń i zbroje, inaczej połowa z nas będzie walczyć bez jednego i drugiego — stwierdził burmistrz Murdock. — Owen to jedyny kowal, który mógłby to zrobić, ale to uparty dureń i nie chce z nikim gadać. Jeśli mamy być gotowi na dzisiejszą noc, będziemy potrzebować tego zrzędliwego dziada.
Ellen powoli skinęła głową. Brzmiało łatwo.
Gdzieś musiał być haczyk.
— Dlaczego Owen nie chce z wami rozmawiać?
— Jego córka, Valena, jest jedną ze służących arlessy. Nie dała znaku życia, odkąd się to wszystko zaczęło. Przyszedł tu i zażądał, byśmy zaatakowali zamek, wyłamali bramę i wdarli się do środka. Powiedziałem, że to niemożliwe, ale nie chciał mnie słuchać. — Burmistrz Murdock skrzywił się, kręcąc z głową. — A teraz zamknął się w kuźni. Nie mogę zmusić go, żeby dokonał napraw. Mówi, że wolałby zginąć.
Ach, zrozpaczony ojciec.
Ellen zacisnęła usta. Nie była najlepsza w pokojowych rozmowach, w pocieszaniu, we wszystkim, co wymagało chociaż odrobiny cierpliwości. Może to i dobrze, że mieli pod ręką Lelianę, gotową wesprzeć tandetnie budującym słowem. Zerknęła na nią, ale Leliana rozglądała się po wsi, jakby zupełnie nie słuchała burmistrza Murdocka.
— Potrzebujesz czegoś jeszcze? — spytała Ellen, wracając do niego spojrzeniem.
— Przydałoby się nam więcej ludzi. Obecność weterana takiego jak Dwyn w szeregach straży bardzo by nam pomogła, ale on stanowczo odmawia — mruknął.
Ellen zmarszczyła czoło. Jeszcze więcej opornych? Doskonale. Właśnie tego im brakowało tego dnia.
— Gdzie on mieszka?
Burmistrz Murdock machnął ręką za swoje plecy, na brzeg jeziora, gdzie na pomostach wznosiły się pojedyncze drewniane domy.
— Drzwi naprzeciw stopni.
Ellen skinęła głową.
— Idziemy — mruknęła.
— Do kowala? — zaproponował Alistair, kiedy oddalili się od burmistrza Murdocka.
— Raczej tak. — Ellen podrapała Shegara za uchem. — To chyba ważniejsze. Jak załatwimy im więcej ludzi, ale bez broni, niczego nie zmienimy.
— Myślicie, że córka Owena żyje? — zagadnęła Leliana.
— Mało prawdopodobne — skwitowała Ellen. — Jeśli trupy wychodzą z zamku… z czegoś musiały powstać.
— Widzisz świat w wyjątkowo jasnych barwach, Ellen — mruknęła Leliana, posławszy jej przeciągłe, trochę chyba niedowierzające spojrzenie.
— Polecam się na przyszłość. — Uśmiechnęła się mimowolnie, podłapując jej wzrok.
Kuźnia stała nie tak daleko od świątyni, między pozostałymi chatami w centrum wioski. Relief na szyldzie był już prawie niewidoczny, ale Ellen rozpoznała młot i dziwne szczypce. Śmiało zbliżyła się do drzwi i, zwinąwszy dłoń w pięść, rąbnęła w nie od serca.
— Ellen, na oddech Stwórcy! — Leliana przycisnęła rękę do piersi. — Chcesz te drzwi wyrwać z zawiasów?
Ellen spojrzała na nią zdezorientowana.
— Chcę, żeby usłyszał.
— Myślę, że jego sąsiedzi też usłyszeli — mruknął rozbawiony Alistair.
Shegar zaskomlił, siadając przy jego nodze, jakby chciał zaznaczyć, że go popierał. Ellen wbiła w niego gniewny wzrok.
— Zdrajca — syknęła.
— Won stąd, niech was szlag! — ryknął gardłowy głos zza drzwi. — Dajcie mi spokój! Wszystko już zabraliście z mojego magazynu! Nic nie zostało!
Ellen podskoczyła lekko. Tego się nie spodziewała. Przynajmniej jej metoda zadziałała. Zbliżyła twarz do drzwi, bardziej obracając głowę uchem do desek.
— Mylisz się, niczego nie wzięliśmy! — zawołała.
Cisza.
Ellen przez krótką chwilę zwątpiła, czy Owen nie stracił przytomności.
— Co? — wydusił wreszcie. — To nie Murdock? Kim jesteście i co robicie pod moimi drzwiami?!
— Wolelibyśmy nie mówić przez drzwi. Możemy wejść?
— Oczywiście, że nie! Nie znam was i znać nie chcę. Poszli stąd.
Ellen popatrzyła na drzwi gniewnie. Na oddech Stwórcy, jeśli ten człowiek chciał odnaleźć córkę, powinien wziąć się w garść i pomóc przy walce z cholernymi trupami! Nabrała powietrza pełną piersią, gotowa ryknąć na Owena, ale nie zdążyła.
— Prosimy — wtrąciła się Leliana. — Chcemy tylko porozmawiać.
— Hmm… No dobra, dobra, ale nie wiem, co was tak przypiliło — burknął Owen.
Ellen posłała Lelianie niedowierzające spojrzenie. Jakim cudem wszystko, co powiedziała, działało? Dlaczego jej nigdy tak nie wychodziło?
Leliana uśmiechnęła się do niej jakby triumfalnie.
— Zaraz, otworzę tylko zamki…
Rozległ się szczęk. I kolejny. I jeszcze jeden. Następny.
Na oddech Stwórcy, czy on zaryglował każdy fragment tych drzwi?
Wreszcie zapadła cisza. Ellen niepewnie chwyciła starą klamkę i nacisnęła, sprawdzając, czy ustąpi. Zamek kliknął, zawiasy zaskrzypiały, a niewielka kuźnia stanęła przed nimi otworem. Ellen postąpiła krok w przód, mrużąc oczy, by dojrzeć coś w półmroku.
Zupełnie zabrakło jej powietrza.
Zachłysnęła się kolejnym oddechem, czując palące drapanie w gardle, które wycisnęło łzy z oczu. Natychmiast odwróciła głowę ku otwartym drzwiom – poczuła świeży powiew na skórze i odetchnęła nim głęboko.
— Shegar, waruj — wykrztusiła.
— Na oddech Stwórcy! — zawołała Leliana. — Co to za odór? Jakby gorzelnia płonęła!
O oddechu nie było mowy zdaniem Ellen, ale przełknęła ten komentarz. Zauważyła stojącego kawałek dalej mężczyznę – posiwiałego, brodatego i zmizerniałego, w starych, brudnych ubraniach. Zwłaszcza koszula miała na sobie mnóstwo plam. Pewnie po alkoholu.
— Ktoś tu sobie popił, nie ma co. — Alistair pokręcił głową, ustawiając się tak, żeby nie zasłaniać źródła świeżego powietrza.
— No więc wpuściłem was — burknął Owen. — Chcieliście rozmawiać, więc rozmawiamy. Może powiecie mi, kim jesteście?
Decyzja o rozmawianiu w kuźni była jedną z gorszych, jakie Ellen ostatnio podjęła.
— Nazywam się Ellen, a to Alistair, jesteśmy Szarymi Strażnikami. To Leliana. Pomagamy bannowi Teaganowi — przedstawiła wszystkich, starając się brzmieć normalnie.
— Szarzy Strażnicy, co? — mruknął z rozbawieniem, wolno kiwając głową. — Kogo tu nie przywieje. Tak czy inaczej nazywam się Owen… ale to pewnie już wiecie. Chcecie się ze mną upić do nieprzytomności? Czy może chcecie czegoś konkretnego?
— Straż desperacko potrzebuje twojej pomocy — oznajmiła.
— Dlaczego mam pomagać Murdockowi, skoro on mi nie pomaga, co? — Odepchnął się od ściany, ale tylko z powrotem się na nią zatoczył.
Ellen zmarszczyła czoło. Był pijany w sztok. Nawet jak zgodzi się przygotować broń dla milicjantów, czarno widziała jej jakość.
— Odkąd dwa lata temu zmarła moja żona, córka jest dla mnie całym życiem. A teraz nie żyje albo wkrótce umrze. Nie dbam o to, co się ze mną stanie. Ani z wioską, ani z kimkolwiek — parsknął Owen, podparłszy się ręką.
— Możesz wziąć się do roboty i pomóc ją uratować — zauważyła.
— Jestem stary. Wszyscy mieszkańcy wioski zdają sobie sprawę, że nie przetrwamy nocy — mruknął, wzruszając ramionami. — A może zamierzacie nas ocalić?
Kpina w jego głosie podgrzała krew Ellen. Zacisnęła dłonie w pięści, wpatrując się w niego, gotowa nawet rąbnąć go w mordę, byle trochę otrzeźwić. Poczuła, że Alistair położył rękę na jej ramieniu.
Przecież niczego nie robiła.
— Właśnie tak — warknęła.
Owen zmarszczył czoło.
— Doprawdy? Hmm. Może to efekt gorzały, ale brzmisz, jak gdybyś naprawdę w to wierzyła — mruknął. — Wiecie, co wam powiem? Jeśli chcecie, żebym wykonał naprawy dla Murdocka i jego ludzi, obiecajcie mi, że wejdziecie do zamku i znajdziecie moją córkę.
Tego mogła się spodziewać.
Ellen zerknęła nerwowo na Alistaira – ledwo widocznie skinął głową. Zresztą nie mieli wyboru, albo wóz, albo przewóz. Przeniosła wzrok z powrotem na Owena i spróbowała uśmiechnąć się możliwie przyjaźnie.
— Zrobimy, co w naszej mocy.
— To nie wystarczy. — Owen potrząsnął głową. — Murdock powiedział dokładnie to samo i jemu też nie uwierzyłem. Chcę obietnicy. Obiecajcie mi, że jej poszukacie i do mnie przyprowadzicie, jeśli tylko zdołacie.
Przecież to nie robiło żadnej różnicy. Złożenie obietnicy niczego nie zmieniało. Nie był dzieckiem, powinien to wiedzieć.
Skrzywiła się lekko. Tylko niepotrzebnie przedłużali to bezsensowne paplanie.
— Obiecujemy ci: znajdziemy ją — zadeklarowała mocnym głosem.
— Zgadzam się. To mi przynajmniej daje jakąś nadzieję. — Potarł ręce, wzdychając ciężko. — No dobrze. Wygląda na to, że czeka mnie trochę roboty. Muszę na nowo rozpalić ogień w kuźni i znaleźć jakieś żelazo. Może we młynie? Szlag by to, jeśli mam naprawić wszystko przed zmrokiem, lepiej, żeby Murdock jak najszybciej przysłał tu swoich ludzi. —  Zakręcił się po pomieszczeniu. — Wybaczcie teraz, mam sporo pracy.
Jeśli on w tym stanie zamierzał wykuwać broń, trupy rzeczywiście zaciągną ich tej nocy do zamku i zeżrą.
Ellen wycofała się, ukradkiem prowadzona przez Alistaira, i po chwili drzwi zamknęły się przed jej nosem, odcinając od ciężkiego smrodu alkoholu. Odetchnęła głęboko, ciesząc się świeżym powietrzem. Nie sądziła, by zmobilizowanie Owena przyniosło skutek, ale przynajmniej zrobili to, czego chciał burmistrz Murdock.
— Teraz będziemy musieli rozejrzeć się za jego córką — westchnęła Leliana. — W końcu dałaś mu słowo.
Ellen zerknęła na nią z ukosa.
— Jeśli w ogóle ktokolwiek dostanie się do zamku w najbliższym czasie — zauważyła sceptycznie. — I jeśli to będziemy my, wolałabym znaleźć arla Eamona.
— Na razie się na to nie zanosi — mruknął cicho Alistair.
Jego zgaszony głos ukłuł Ellen w piersi. Drgnęła mimowolnie i zacisnęła dłonie w pięści. Chyba powinna go pocieszyć. Powiedzieć coś miłego. Zdołała tylko bezradnie na niego popatrzeć, lekko marszcząc czoło.
Przecież zrobią wszystko, żeby pomóc arlowi Eamonowi. Nawet gdyby nie mógł ich wesprzeć w walce przeciwko teyrnowi Loghainowi.
— Musimy pójść do tego Dwyna — odezwała się powoli. — Wiesz, którędy?
Alistair posłał jej nieco blady uśmiech.
— Damy radę.
Ellen skinęła głową. Przelotnie dotknęła jego łokcia, kiedy ją wyminął i ruszył w stronę nabrzeża, ale nie powiedziała niczego. Nienawidziła się za to.
Pogładziła sierść idącego przy jej nodze Shegara, zawieszając wzrok na rozciągającym się prawie po horyzont Jeziorze Kalenhada. Drzewa rosnące na drugim brzegu przypominały niewielkie ciemne plamki na bezkresie błękitu.
Ponad tym wszystkim górowała kamienna twierdza na czerwonej skarpie. Ellen przyjrzała się ciemnym murom, czując, jak jej ciałem wstrząsał nieprzyjemny dreszcz. Cokolwiek się tam czaiło, musieli sobie z tym poradzić.
Albo wóz, albo przewóz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz