czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 1.27 - Stary sklep

Dom Dwyna znajdował się na pomostach. Woda cicho chlupotała, rozbijając się o drewniane pale, a Ellen wydawało się, że cała konstrukcja lekko się chybotała. Kiedy jednak zerknęła na Lelianę i Alistaira, nie zauważyła, by coś ich niepokoiło. Może tylko jej się wydawało. Zacisnęła dłoń na sierści Shegara.
— To chyba ten? — rzuciła, zatrzymując się przed drzwiami opisanymi przez burmistrza Murdocka. — Naprzeciwko schodów.
Alistair rozejrzał się wokół bez przekonania.
— Nie zaszkodzi spróbować.
Ellen chwyciła za klamkę. Zamek nawet nie drgnął.
— Może najpierw zapukaj? — podsunęła Leliana.
Ellen przewróciła oczami. Miała nadzieję, że uwinęliby się z tym problemem nieco szybciej. Zerknęła na Lelianę z ukosa, wzruszając ramionami.
— Tak planowałam.
Podchwyciła jej rozbawiony uśmiech. Zacisnąwszy dłoń w pięść, od serca rąbnęła w płytę drzwi. Trzask poniósł się po tafli jeziora i odbił się od ciasno stojących domków. Shegar zaskomlił, kładąc po sobie uszy.
— Na oddech Stwórcy — rzuciła Leliana.
— Na jego miejscu bym teraz nie otwierał — mruknął Alistair. — Bałbym się o swoje życie. Co najmniej.
— Zapukałam — żachnęła się Ellen, nie powstrzymawszy lekkiej pretensji w głosie. — Nic to nie dało.
Nie mieli czasu na użeranie się z takimi problemami. Musieli porozmawiać z Dwynem jak najszybciej, inaczej nie zdążą pójść do rycerza na wzgórzu. O szukaniu brata tamtej dziewczyny nie wspominając. Serce szybciej zabiło Ellen w piersi, spłycając oddech.
Za wiele było na ich głowach.
— Halo? — warknęła, przysunąwszy twarz do drzwi.
Żadnej odpowiedzi.
— Kpiny — syknęła wściekle.
— Może nie ma go w domu? — podsunęła Leliana.
— I gdzie niby jest? — Ellen posłała jej miażdżące spojrzenie. — Doskonali umiejętność wstrzymywania powietrza pod wodą?
Alistair parsknął cicho.
— Właściwie to brzmi jak niezła strategia na noc żywych trupów.
— Mógłbyś się czasem powstrzymać — skarciła go Leliana.
Ellen przymrużyła oczy. Drzwi nie wyglądały na pierwszej młodości. Deski nie były w najlepszej kondycji, cała ta wilgoć niespecjalnie im służyła. Lekko przechyliła głowę, przypatrując się framudze.
Trudno, i tak nie miała lepszego pomysłu.
— Przepraszam — mruknęła, cofając się dwa kroki.
Alistair i Leliana posłusznie się rozstąpili. Czuła na sobie ich spojrzenia, ale skupiła się przede wszystkim na drzwiach. Nabrała głębokiego wdechu.
— Ellen, co ty…? — zaczął niepewnie Alistair.
Ellen postąpiła pół kroku w przód i, wykorzystując siłę rozpędu, z częściowego obrotu rąbnęła stopą trochę powyżej zamka. Drzwi jęknęły przeraźliwie, drewno trzasnęło i jeden zawias dosłownie wyskoczył z framugi. Razem z drzwiami jęknął też Alistair. Albo Leliana. Może oboje. Ellen uśmiechnęła się triumfalnie.
Bezceremonialnie pchnęła sponiewierane drzwi i weszła do niewielkiej, zatopionej w półmroku chatki Dwyna.
— Puk-puk — rzuciła, zatrzymując się.
Na spotkanie wyszło jej dwóch mężczyzn. Wysokich, barczystych, z krótko ogolonymi głowami. Serce zabiło nieco szybciej w piersi, kiedy z trudem przełykała ślinę, czując, jak miękły jej kolana. Jeden cios któregoś z nich i nie dość, że nakryłaby się nogami, to pewnie straciłaby przytomność. I zęby. Razem z okiem.
— Mogłem się spodziewać, że tak to się skończy — rzucił Alistair.
Stanął tuż przy niej, odpowiadając na ponure spojrzenia dwóch drabów. Ellen poczuła się nieco lepiej. Tylko trochę. Nie chciała go stawiać w takiej sytuacji. Burmistrz Murdock nie zająknął się choćby słowem, że Dwynów było dwóch.
— Cudownie — rozległ się zrzędliwy głos. — Intruzi.
Spomiędzy drabów wyłonił się… krasnolud. Ellen posłała mu zaskoczone spojrzenie, nie powstrzymawszy się od uniesienia brwi.
— Mam nadzieję, że macie dobry powód, dla którego włamaliście się do mojego domu — warknął ostrzegawczo, podpierając się pod boki.
Dwóch drabów potwierdziło niskimi pomrukami.
Ellen zająknęła się, nie potrafiąc niczego wykrztusić. W ciszy rozbrzmiało gardłowe warczenie Shegara.
Wyłamała drzwi do domu krasnoluda. To brzmiało… prawie komicznie.
— Przepraszamy — odezwała się Leliana.
Stanęła po drugiej stronie Ellen i położyła dłoń na karku Shegara, jakby chciała go przytrzymać, gdyby znienacka zaatakował. Chyba niewiele wiedziała o mabari.
— Nic ci nie zrobimy — dodała i uśmiechnęła się uroczo.
— Przeprosiny przyjęte. — Krasnolud zmrużył oczy. — Nazywam się Dwyn, miło mi was poznać. A teraz wynocha.
Ellen nabrała powietrza, czując, jak zaskoczenie spływało z niej orzeźwiającą falą. Potrząsnęła głową, ale nie odważyła się podejść do przodu. Czuła na sobie spojrzenia barczystych drabów i naprawdę nie chciała zmuszać Alistaira, żeby interweniował.
— Murdock powiedział, że potrzebuje cię w milicji — stwierdziła mocnym głosem.
— No i co z tego? — Dwyn wzruszył ramionami. — Werbujecie dla niego? Posłuchajcie, powtórzę wam, co powiedziałem Murdockowi. Nie będę nadstawiać karku dla tego miasta.
— Tam masz większe szanse niż tutaj — rzucił Alistair.
Ellen zerknęła na niego krótko. Nie wiedziała, czy to jakkolwiek odnosiło się do rzeczywistości. Nigdy nie widziała żywego trupa. Może właśnie siedzenie zamkniętym w małej, starej chatce dawało perspektywy na przeżycie?
— Dziękuję, ale wolę zaryzykować tutaj — prychnął Dwyn. — Pozostali mogą sobie ganiać po otwartej przestrzeni, czekając na śmierć.
— Nie zdołamy cię przekonać? — mruknęła Leliana.
W jej głosie pobrzmiewał prawdziwy smutek. Ellen spojrzała na nią z ukosa – to godne podziwu, że potrafiła się przejmować innymi do tego stopnia. Ellen szczerze wątpiła, czy jeden krasnolud mógł zrobić różnicę. Czy raczej jeden wojownik. Prawdopodobnie jego przyjście wpłynęłoby przede wszystkim na morale, ale poza tym…?
Dwyn potarł brodę, mocniej przymrużając oczy.
— Może. Słucham waszej propozycji.
Ellen posłała mu zdesperowane spojrzenie. Co mogła mu zaoferować? Niczego nie mieli. Nawet konia nie daliby rady przehandlować. Nawet gdyby któregoś zabrali! Wszystkie wyglądały dosłownie żałośnie, nikt by ich nie wziął.
Zacisnęła usta. Krasnoludy lubiły jedno, jeśli wierzyć opowieściom. Szkoda, że nie mieli tego w nadmiarze.
— A co powiesz na złoto? Zatrudnimy cię do obrony wioski — zaproponowała.
— Mówisz poważnie? — zdziwił się.
Nie, miała ochotę rzucić. Ale skoro łyknął haczyk, musiała w to brnąć. Nabrała powietrza, czując, jak bryła zimnego niepokoju utykała jej w gardle.
— Jak najbardziej.
— Za mniej niż sto sztuk srebra nawet nosa nie wyściubię za drzwi. — Skrzyżował ramiona na torsie, lekko odchylając głowę.
Za suwerena?! Przecież to rozbój w biały dzień!
Ellen rozdziawiła usta, ale szybko się opamiętała. Potrząsnęła głową. Miała nadzieję, że wyglądała chociaż w połowie tak stanowczo, jak się teraz czuła.
— Nie damy więcej niż pięćdziesiąt — warknęła.
— Czy ja wyglądam na elfa? — parsknął kpiąco. — Nie jestem aż taki tani. Stówa albo nie ma o czym gadać.
To pozamiatane. W sakiewce mieli żałośnie mało i jeszcze musieli za to przeżyć, ratując pieprzony Ferelden przed zagładą. Żaden krasnolud nie był wart poświęcenia tych funduszy, choćby nie wiadomo jak sprawny w walce.
— Masz — syknęła Leliana.
Ellen spojrzała poirytowana na jej zwiniętą w pięść dłoń.
— Co? — fuknęła.
— Masz, suweren. Wygrałam.
Ellen przyjrzała się jej czujniej.
— Wygrałaś.
Leliana wywróciła oczami.
— To chyba nie jest rozmowa na teraz, co?
— Dobra, zapłacimy — wtrącił się Alistair i wyjął z dłoni Leliany oferowane pieniądze, podając je Dwynowi.
— Łatwo wam tu poszło, jednak to miasto potrzebuje bohaterów — mruknął Dwyn, z triumfalnym uśmieszkiem przeliczając zdobytą kwotę. — I lepiej, żebyście wy też tam byli, kiedy zajdzie słońce. Nie walczę za przegrane sprawy, słyszycie?
Ellen odpowiedziała na jego przeszywające spojrzenie, czując, jak gniew wpełzał pod skórę. Chyba nie myślał, że zamierzali się wycofać? Uciec? Nie byli tacy jak on. Oportunista cholerny. Nie powiedziała jednak słowa, kiedy Dwyn wymijał ich w towarzystwie pilnujących go drabów. Wyszli z niewielkiej chatki na zalany słońcem pomost.
— Co za ciężki przypadek — westchnął Alistair.
— Wygrałaś. — Ellen odwróciła głowę do Leliany.
Podłapała jej poirytowane spojrzenie.
— W karty.
Ellen zerknęła na Alistaira. Wyglądał na podobnie zaskoczonego co ona.
— Na oddech Stwórcy, z kim? — spytała, mocniej marszcząc czoło.
— I skąd wzięłaś karty? — dodał Alistair.
Leliana parsknęła śmiechem. Według Ellen było to zupełnie nie na miejscu, ale zachowała kamienną minę, czekając na wyjaśnienia.
— Jesteście całkiem zgrani — stwierdziła rozbawiona, kręcąc głową.
— Nie zmieniaj tematu — żachnęła się Ellen.
— Grałam z Bodahnem. I to on miał karty. Całkiem nieźle jak na zakonnicę, co? — Uśmiechnęła się zaczepnie.
— Biedny Bodahn — mruknął Alistair.
— Och. — Ellen uniosła brwi. — Na to nie wpadłam. To miło, że wygrałaś. Postaraj się nie przegrywać. I nie grać za wspólne. — Uśmiechnęła się lekko.
Leliana skinęła głową.
— Nie martw się. Poza tym, jaki mamy teraz plan? — Rozejrzała się wokół, po cichych pomostach i przycupniętych na nich domach.
Ellen wsłuchała się w pluskanie wody. Drewno trzeszczało na lekkim wietrze, a słońce ogrzewało plecy, ześlizgując się po dachach. Atmosfera była prawie sielankowa. Nikt by nie pomyślał, że nocą działy się tu tak potworne rzeczy.
— Może sklep? — zaproponowała. — Ta dziewczyna miała obok niego mieszkać. Moglibyśmy poszukać jej brata najpierw w domu.
— A jednak chcesz jej pomóc? — podchwyciła Leliana.
— Przecież się zgodziłam? — Ellen zmarszczyła czoło. — Zresztą to nie tylko moja sprawa. Gdyby nie ty, nawet bym z nią nie rozmawiała.
— W porządku — mruknęła rozbawiona. — To którędy?
— Jeśli go nie przenieśli, powinien być za tym domem — odezwał się Alistair i wskazał jeden z pomostów.
— Doskonale. — Ellen posłała mu uśmiech, ruszając przodem. — Shegar, nie podchodź do krawędzi. Nie będę cię potem wyławiać.
Shegar pisnął radośnie i skoczył przed siebie. Przemknął między nogami Ellen, prawie ją wywracając i, z nosem przyciśniętym do desek, potruchtał na najbardziej wysunięty w jezioro pomost. Ellen odprowadziła go rozbawionym spojrzeniem.
— Nie żartowałam!
— Jest uroczy — stwierdziła Leliana. — Trudno uwierzyć, że potrafi zabić.
Ellen odpowiedziała uśmiechem. Trochę sztucznym. Przeniosła wzrok na pomost, na który wmaszerował Alistair.
Kiedyś Shegar nie musiał zabijać. Po raz pierwszy zrobił, gdy zapłonęło Wysokoże. Tamten dzień zmienił nie tylko ją.
— Och. Chyba splajtował — rozległ się nieco zawiedziony głos Alistaira.
Ellen wraz z Lelianą zatrzymały się obok niego. Nad drzwiami niewielkiego budynku przed nimi rzeczywiście wisiał szyld – ale stary, z którego nic nie dało się odczytać. Okna straszyły ciemnością, w drzwiach przy progu zionęła dziura.
— Niezbyt zachęcający — zgodziła się Leliana.
— Mieli bardzo dobre ciastka — westchnął Alistair. — Z samych tych ciastek mogli się utrzymywać.
— Wygląda na to, że byłeś jedynym stałym klientem — mruknęła zgryźliwie Ellen.
Alistair spojrzał na nią z ukosa. I z góry. Ellen nagle odczuła to wyjątkowo boleśnie. Przymrużyła oczy, odruchowo zastanawiając się, co mogłaby dorzucić do złośliwości, kiedy powietrze dosłownie z niej uszło. Podłapała w jego wzroku coś jeszcze – cichy wyrzut.
Odwróciła głowę. Nie miała siły ani ochoty na tę rozmowę. Na pokazywanie, że pamiętała o problemie. Przecież nie musieli tego rozwiązywać. Wracać do jej pochodzenia.
— Ja i Shegar pójdziemy do domu tej dziewczyny — zdecydowała na wydechu. — Rozejrzyjcie się po sklepie. Może coś znajdziecie.
— W porządku! — zawołała entuzjastycznie Leliana.
Alistair nie odpowiedział. Ellen nie odważyła się na niego spojrzeć. Gwizdnąwszy na Shegara, pomaszerowała ku stojącemu na pomoście obok domkowi.
Może tylko jej się wydawało, a może Alistair obserwował ją, dopóki nie zniknęła za zakrętem. Wolałaby, żeby jej się wydawało.

***

Dom dziewczyny i jej zaginionego brata był otwarty. Może nie mieli już nic cennego. A może zapomnieli zamknąć drzwi, kiedy ukrywali się w świątyni. To znaczy bez brata. Ellen stanęła w progu, marszcząc czoło. Jak on miał na imię? Chyba na „b”.
Shegar przepchnął się obok jej nogi i pomaszerował w duszący półmrok. Ellen powoli podążyła za nim, źle się czując w pustych czterech ścianach. Niewielka izba wyglądała na opuszczoną. Ellen dostrzegała zarys schodów, ale poza tym – niczego tu nie było. Ani jednego mebla. O ozdobach nie wspominając. Zauważyła tylko taboret ze złamaną nogą. Wnętrze nie wyglądało gościnnie.
— Shegar — rzuciła cicho.
Coś ją powstrzymywało przed głośnym mówieniem. Może wrażenie, że stała się intruzem. Pustka jakby potęgowała dzwoniącą w uszach ciszę.
Shegar posłusznie zawrócił. Jego wilgotny nos poruszał się nerwowo, wychwytując zapachy. Ellen pogładziła jego szeroki grzbiet, kiedy się minęli w wąskim przejściu. Chyba powinna zacząć poszukiwania od piętra. Raczej nie było zbyt duże, sądząc po ogólnej wielkości domku. Może to tylko zwykłe poddasze.
Wokół poniosło się niskie warczenie. Ellen zamarła wpół kroku, poddając się lodowatemu dreszczowi, który przemknął wzdłuż pleców. Shegar przestał iść. Zastygł gdzieś, jego ostrzegawczy głos dudnił wśród milczących ścian.
Widziała izbę. Była zupełnie pusta. Niewielki pokoik do niej przylegający też wydawał się pusty. Nie dała się nikomu zaskoczyć. Na pewno.
Ale została prawie zupełnie sama. Miała tylko Shegara. Nawet gdyby krzyknęła, Alistair by nie usłyszał.
Nabrała powietrza, układając dłoń na głowicy sztyletu.
Przeżyła spotkanie z ogrem, nic nie powinno jej przerosnąć. Zresztą co mogło jej grozić w Redcliffe? W najgorszym wypadku żywy trup. Albo dwa.
Odwróciła się sztywno. Shegar stał w progu drugiego pokoiku, sierść na jego grzbiecie nieco się zjeżyła, ale chociaż był napięty i gotowy do skoku, nie wyglądał na naprawdę zdenerwowanego. Ellen nabrała powietrza – nawet się nie zorientowała, że przestała oddychać. Nie puszczając broni, dołączyła do Shegara na lekko drżących nogach.
Co za głupota. Czego ona się bała?
Pod ścianą tkwiła całkiem spora szafa, ale poza tym – Ellen niczego nie zauważyła. Zmarszczyła czoło, sunąc spojrzeniem po nagich drewnianych ścianach. W drugim kącie chyba znajdował się siennik. Nic nie powinno było Shegara…
Coś łupnęło w szafie. Ellen mimowolnie drgnęła i zacisnęła dłoń na karku Shegara. Usłyszała jego głośniejsze warknięcie.
Na oddech Stwórcy, serce prawie wyskoczyło jej gardłem.
— Halo? Ktoś tam jest?
— Odejdź!
Nie brzmiało to zbyt groźnie. Ani zbyt odważnie.
Ellen powoli się rozluźniła i wyprostowała. Wystarczyło parę kroków, żeby zbliżyła się do szafy i chwyciła za drzwiczki. Pociągnęła je – a one szarpnęły się z powrotem.
— To nie jest twój dom! To mój dom! Mój dom! Słyszysz?! — wykrzyczał głosik.
— Bevin? — mruknęła, niepewna, czy w ogóle dobrze zapamiętała. — To ty?
Zapadła chwila ciszy.
— Skąd… skąd wiesz, jak mam na imię?
Ellen wypuściła powietrze. Na miłościwego Stwórcę, naprawdę? Dziewczyna zgubiła brata we własnym domu? W szafie?
Przynajmniej dzieciak żył.
— Rozmawiałam z twoją siostrą w świątyni — stwierdziła i nieco niecierpliwie zabębniła palcami w drzwiczki szafy.
— Czy… kazała ci zabrać mnie z powrotem do świątyni? — spytał podejrzliwie. — Nie rób tego! Nienawidzę tego miejsca! Nienawidzę!
A to było akurat zrozumiałe.
— Nie sądzisz, że twoja siostra może się o ciebie martwić? — rzuciła zamiast tego, zawiesiwszy spojrzenie na Shegarze.
Uspokoił się, teraz z zaciekawieniem przypatrywał się gadającej szafie. Gdyby nie on, pewnie by tego chłopaka nie znalazła. Posłała psu uśmiech.
— Możliwe — westchnął Bevin. — Ale mówi mi tylko, żebym się nie bał, chociaż sama się boi! Mówi, żebym się nie smucił, a sama płacze, bo mama umarła. Ja… ja nie chcę być smutny! Jestem odważny! Będę bohaterem! Przegonię ich wszystkich, zrobię to!
Ellen uśmiechnęła się łagodnie, chociaż nie mógł tego zobaczyć.
Ferelden pewnie wiele by zyskał, gdyby Bevin wyruszył go ratować zamiast niej. Bevin przynajmniej był silny. Nie to co ona.
— Z wnętrza szafy? — rzuciła złośliwie.
— Nie… po prostu usłyszałem, że idziesz — mruknął. — Chyba nie jestem zbyt odważny. Ja… już wychodzę.
Drzwiczki powoli się uchyliły, a ze środka wyślizgnął się chuderlawy, szczudłowaty chłopak. Odgarnął rozczochrane blond włosy z oczu i przyjrzał się Ellen, nawet nie kryjąc zdumienia. Jego wzrok szybko ześlizgnął się na zbroję i broń. Usłyszała, jak przełknął ślinę.
— Dobrze, wyszedłem — wykrztusił. — Nie zrobisz mi krzywdy, prawda? Wrócę do świątyni, jeśli tego chcesz.
— Twoja siostra cię szuka, wiesz? — przypomniała, pokręciwszy głową.
Chyba tylko on w całym Fereldenie się jej bał.
Zawsze coś.
— Ja po prostu… nie chciałem być już dłużej w świątyni. Wszyscy są przerażeni, a ja chcę być dzielny — wytłumaczył, wbijając wzrok w podłogę.
Ręka Ellen drgnęła. Zamierzała go rozczochrać. Przygarnąć do siebie, objąć ramieniem i powiedzieć, że nie było dzielniejszego dzieciaka w całym Redcliffe. Potraktować go tak, jak zawsze robiła z zasmuconym Orenem.
Zacisnęła usta, wpatrując się w niego.
— I okazujesz to, chowając się w szafie? — odezwała się lekko schrypniętym głosem.
Bevin zarumienił się, jeszcze niżej opuszczając głowę. Wydawał się taki bezradny.
Ellen nawet nie drgnęła. Nie umiała. Cząstka niej chciała coś zrobić, ale cała reszta… po prostu stała. Jak kołek.
— Nie siedzę tu przez cały czas! — burknął. — Ukryłem się, gdy cię usłyszałem. Ja… Nie powinienem ci mówić. To tajemnica.
Ellen pozwoliła sobie na płytkie westchnienie. Nie było sensu przedłużać tej rozmowy. Jego siostra musiała umierać ze strachu. Pewnie zasmarkała sobie oba rękawy.
— Dobrze. A teraz uciekaj do świątyni. — Uśmiechnęła się trochę wymuszenie, odsuwając się z przejścia.
Bevin skinął głową, nieśmiało odwzajemniając uśmiech. Raz jeszcze przyjrzał się jej zbroi, jakby widział coś takiego pierwszy raz w życiu, i skoczył do drzwi. Jego stopy zadudniły o drewnianą podłogę.
Ellen odprowadziła go spojrzeniem. Zostawił otwarte wyjście, do izby wpadł powiew świeżego, chłodniejszego powietrza. Shegar zapiszczał, poczuła na sobie jego wzrok. Odruchowo pogłaskała gładką sierść, powstrzymując się od westchnienia.
Może to i lepiej. Może to i lepiej, że Owen nigdy nie zostanie takim Bevinem. Przerażonym, z rozbitą rodziną, zagubionym. Dość, że ona nie przynosiła chluby nazwisku.
— Idziemy, Shegar — tchnęła na wydechu.

***

— Nie wygląda na to, żebyśmy coś znaleźli, prawda?
Alistair odwrócił się od zakurzonych półek i spojrzał na spacerującą wzdłuż lady Lelianę. Sunęła palcem po gładkiej powierzchni, zbierając brud w prostej linii.
— Czy ja wiem? — Wzruszył ramionami. — Może pochowali coś po kątach?
Leliana posłała mu sceptyczne spojrzenie. Poczuł się jak skarcony chłopiec. Co zresztą nie byłoby żadną nowością. Tylko trochę zacisnął usta i znów wbił wzrok w nieczytelne etykietki niskich słoików.
— Naprawdę myślisz, że byśmy się od tego nie pochorowali? — westchnęła Leliana. — Trzeba będzie coś kupić.
Spodziewał się, że to zaraz padnie. Skrzywił się mimowolnie i sięgnął po jeden ze słoików. Spróbował przetrzeć etykietkę. Maść na coś. Może na wrzody. Na pewno na wrzody, znając jego szczęście.
— Ellen się ucieszy — rzucił w przestrzeń, nawet do końca nie zdawszy sobie sprawy, że wymawiał to na głos.
— Właśnie.
Kategoryczny ton Leliany sprawił, że Alistair pośpiesznie odstawił słoik i znów się do niej odwrócił. Odkładała niewielki wiklinowy kosz – w którym najpewniej niczego nie znalazła. Nie mieli tym razem szczęścia.
— Co o niej myślisz? — Leliana przechyliła głowę, przyglądając się mu.
— O niej? — powtórzył mimowolnie.
— O Ellen.
— Och.
Tego się nie spodziewał. Pewnie powinien. Zmarszczył czoło i, zerknąwszy na Lelianę nieco nerwowo, ruszył wzdłuż ściany. Na drugim końcu sklepu coś stało, zatopione w mroku i słabo widoczne. Może coś do jedzenia.
— Boisz się odpowiedzieć? — mruknęła zaczepnie.
— Nie — żachnął się lekko urażonym tonem. — Dlaczego w ogóle pytasz?
— Znasz ją najdłużej. Jestem ciekawa. — Usiadła na ladzie, jej pięty zabębniły o drewno, niosąc się po pomieszczeniu upiornym pogłosem.
Alistair wzdrygnął się, przystając.
— Ellen jest… — zaczął.
…i nic nie przyszło mu na myśl. Może nie spędzili ze sobą zbyt wiele czasu, ale zdążyli przeżyć całkiem sporo. Przede wszystkim rzeczy, których nie powinni byli przeżyć. To chyba na swój sposób zbliżało? Ufał Ellen.
Tylko czy umiał coś o niej powiedzieć?
— …złośliwa — dokończył niezręcznie.
Leliana prychnęła.
— Mogłeś się trochę wysilić — skwitowała krytycznie.
— Nie o to mi chodzi — żachnął się. — Nie uważam, żeby była niemiła? Jest złośliwa. Całkiem zabawnie. Według mnie. Może nie umie inaczej.
Pewnie nie umie, skoro całą jej rodzinę wymordowano. Cały ród Couslandów. Myśl, że była córką teyrna, nadal wydawała się abstrakcyjna. Poznał niewysoką, pyskatą i humorzastą dziewczynę, którą nawet polubił, a która… okazała się ważna?
Zatrzymał się w najciemniejszym rogu i przyjrzał się stojącym tam beczkom. Nic nie śmierdziało, może nic tam nie zgniło. Położył dłoń na jednym wieku, nabierając głębokiego wdechu. Nie chciał wzdychać zbyt głośno, żeby Leliana tego nie usłyszała.
Ta rozmowa okazała się cięższa, niż przypuszczał.
— To wszystko? Jest złośliwa? Rozmawialiście ze sobą w ogóle? — Leliana brzmiała na nieco zirytowaną.
Irytacja zacisnęła się też na piersi Alistaira.
— Słuchaj, jeśli boisz się, że zrobi coś złego albo głupiego… — Odwrócił się, lekko unosząc dłoń, jednak zorientował się, że nie wiedział, co chciał pokazać. — Ufam jej. Dobra? Ufam jej i może nie jest specjalnie sympatyczna, ale sporo zyskuje, jeśli dać jej trochę czasu. Zresztą jestem jeszcze ja. W razie czego…
— Wydawało mi się, że to ona dowodzi — przerwała mu bezceremonialnie i wzruszyła ramionami.
Alistair ze świstem wypuścił powietrze.
Leliana chyba doskonale wiedziała, co chciała usłyszeć, teraz tylko próbowała go wmanewrować w potwierdzenie swoich przypuszczeń.
— Nie. Dowodzimy razem.
— Zawsze jej przytakujesz.
Alistair stanął do niej plecami i uniósł wieko jednej z beczek. Coś w środku było. Ciemnego. Niezbyt cuchnącego. Prawie nic nie poczuł, prawdę mówiąc, ale nie chciał maczać w tym ręki. Przyjrzał się wnętrzu pokrywy.
— Może zawsze się z nią zgadzam — mruknął na odczepnego.
— Wiedziałeś o jej pochodzeniu?
Alistair westchnął. To się robiło naprawdę męczące.
— W Szarej Straży wszyscy jesteśmy bez przeszłości — rzucił i przeciągnął palcem po cienkiej warstwie czegoś wilgotnego.
Olej. Pewnie do lamp.
— To nie jest odpowiedź na moje pytanie, Alistairze — skarciła go.
Alistair wcisnął wieko z powrotem na jego miejsce. Może trochę zbyt mocno. Drewno jęknęło cicho pod naporem dłoni, więc szybko ją zabrał.
— Nie powiem ci o niej niczego, co chciałabyś usłyszeć. Nie ma tu sensacji. Jest dwoje bezradnych Szarych Strażników. Jeden z nich znalazł olej do lamp. — Wskazał kciukiem stojące za nim beczki.
— Nie chciałam cię urazić — mruknęła powoli Leliana. — Przepraszam.
Alistair wzruszył ramionami. Nie czuł się urażony, tylko bezradny. Nie miał pojęcia, o co jej chodziło, ale nie zamierzał Ellen obgadywać za jej plecami. Nawet jeśli czasami mówiła uszczypliwe rzeczy, raczej chciała dobrze.
Drzwi zaskrzypiały. Przez próg przebiegł najpierw Shegar, potem dopiero pojawiła się Ellen. Uśmiechnęła się, kiedy go zauważyła – wyglądała na trochę przygaszoną, ale uśmiech chyba był szczery. Alistair odruchowo go odwzajemnił.
— I co? — rzuciła.
Odgarnęła włosy za uszy. Rozglądała się po sklepie i nagle wydało mu się, że unikała go spojrzeniem. Pokiwał głową.
Wyrzuty sumienia. I dobrze, należało jej się. Tak trochę.
O ile łatwiej byłoby im wtedy na drodze, gdyby na jego „wiesz, jestem synem króla” odpowiedziała „wiesz, jestem córką teyrna”. Albo może nie? Może pomyślałby, że z niego szydziła. To brzmiało zbyt głupio, żeby mogło się wydarzyć.
— Nic. Alistair znalazł olej do lamp — poinformowała pogodnie Leliana.
Ani fałszywej nuty w głosie. Jakby wcale przed chwilą nie dopytywała o Ellen.
— Nie mamy lamp — skwitowała pod nosem, znów odgarniając włosy za ucho.
Alistair uśmiechnął się lekko.
— A u ciebie?
— Znalazłam tego dzieciaka — stwierdziła nieco żywszym głosem. — Bevina — poprawiła się szybko, zerknąwszy na Lelianę. — Poszedł do siostry.
— To dobrze. — Alistair uśmiechnął się szerzej i ruszył w stronę drzwi. — Czyli chyba załatwiliśmy prawie wszystko?
— Poza jedzeniem. — Leliana zeskoczyła na podłogę. — Co teraz?
— Umrzemy z głodu, zamienimy się w żywe trupy i zjemy burmistrza Murdocka — rzuciła na wydechu Ellen.
Alistair nie był pewien, ale chyba tylko on to usłyszał. Zerknął na Ellen z ukosa, mimowolnie unosząc kącik ust. Podłapała jego spojrzenie i równie szybko nim uciekła. Przejmowała się bardziej niż on tą całą sprawą jej pochodzenia.
W takim razie pewnie on też powinien się bardziej przejmować.
— Przy placu jest karczma, może nas nakarmią — odezwał się powoli.
— To chodźmy do Murdocka, a potem na jedzenie, hm? — zaproponowała Leliana.
— Jasne. Nie mogę się doczekać, żeby trochę więcej porozmawiać z tym człowiekiem — westchnęła Ellen i, pociągnąwszy Shegara za kark, ruszyła w stronę drzwi.
— Zawsze mogło trafić na Dwyna — przypomniał Alistair.
Ellen odchyliła głowę i posłała mu teatralnie przerażone spojrzenie.
— Dzięki — mruknęła kwaśno.
Alistair uśmiechnął się niewinnie.
Naprawdę nie była niemiła.

***

Burmistrz Murdock nadal zajmował się wydawaniem rozkazów temu, co zostało z miejscowej milicji. Odprowadzając kolejnych ludzi spojrzeniem, nerwowo gładził wąsy.
Ellen szczerze liczyła, że nie będzie musiała wysłuchiwać komentarzy na temat tego, jak to kobiety do niczego się nie nadawały i nie powinny należeć do Szarej Straży. Kiedyś wydawało jej się, że to tylko szlachta była taka głupia, ale wychodziło na to, że to po prostu choroba mężczyzn.
Burmistrz Murdock zauważył ich i uniósł dłoń w przyjaznym geście. Jego twarz rozjaśnił zmęczony, jednak szczery uśmiech.
— Wygląda na to, że Owen wreszcie zajął się naprawą broni — rzucił zadowolony. — Cholerny głupiec jest tak pijany, że ledwie stoi, a mimo to, patrząc na niego, można odnieść wrażenie, że kowalstwo to bułka z masłem. Da sobie radę. — Skinął głową. — Poinformuję banna Teagana, że straż jest gotowa do walki. Urządzimy tym bękartom powitanie, którego długo nie zapomną!
Ellen zdołała tylko odpowiedzieć na uśmiech. Nie przygotowała się na nagłą zmianę nastroju. Opuściła ramiona, czując, jak bojowy nastrój uchodził z niej wraz z powietrzem.
— Powiedzieć, że jesteśmy gotowi, to za mało, Murdocku — zapewniła Leliana, ustawiwszy się obok Ellen. — Zamierzamy zwyciężyć.
Ellen posłała jej wdzięczne spojrzenie. Nie miała pojęcia, jak Leliana to robiła, że takie tandety działały, ale nie narzekała. Gdyby ona powiedziała to na głos, chyba wszyscy by się opluli ze śmiechu.
— Zrobimy co w naszej mocy — zgodził się burmistrz Murdock. — Będziemy walczyć do końca.
— Wciąż jeszcze musimy pomówić z sir Perthem — odezwał się Alistair.
Ellen drgnęła. Zupełnie o tym zapomniała. Popatrzyła na niego zaskoczona. Albo znał tego rycerza, albo po prostu miał lepszą pamięć od niej. Podłapała jego rozbawiony, pogodny uśmiech, i gardło nieprzyjemnie się jej ścisnęło.
— On i jego ludzie są przy młynie, koło mostu, na północ stąd — stwierdził burmistrz Murdock. — Czuję, że dobrze nam pójdzie dziś w nocy.
Ellen skinęła głową. Przynajmniej odzyskał trochę optymizmu. Tak powinno być łatwiej walczyć. Chyba.
— Do zobaczenia! — rzuciła wesoło Leliana.
Alistair ruszył przodem. Ellen powiodła za nim spojrzeniem, zanim postąpiła pierwszy krok. Oby zmierzał do karczmy, bo jej żołądek coraz bezczelniej domagał się posiłku. Musiała przycisnąć do niego dłoń, żeby trochę stłumić burczenie.
Shegar przebiegł między jej nogami, prawie ją wywracając, i zrównał krok z Alistairem. Ellen pokręciła głową.
Najlepszy przyjaciel człowieka.
— Chyba go polubił — zagaiła Leliana.
Ellen zerknęła na nią niepewnie.
— Chyba tak — przyznała powoli. — Nigdy nie miał za dużo kolegów.
— Dziwne, to bardzo sympatyczna bestia. — Uśmiechnęła się szeroko.
Ellen otworzyła usta, ale kolejne słowa stanęły jej w gardle. Nie umiała powiedzieć Lelianie, że był uciążliwy. Że kradł pieczeń ze spiżarni i Niania zawsze na niego krzyczała. Że ślinił matce najlepsze suknie. Że zawsze zajmował największą część łóżka. Że raz wygryzł Fergusowi dziurę na tyłku.
Zamrugała szybko i odwróciła głowę.
— Rzeczywiście — wykrztusiła.
— Przepraszam!
Znajomy głos zatrzymał Ellen, a po chwili też Lelianę. Obie obróciły się w stronę maszerującej do nich dziewczyny – ocierającej twarz z łez, ale uśmiechniętej.
— Bevin powiedział, że to ty go odnalazłaś — wydyszała, kiedy podeszła bliżej. — Nie wiem, jak mogłabym ci się odwdzięczyć!
Ellen uśmiechnęła się blado. Było w tej dziewczynie coś sympatycznego. Na pewno nie skłonności do płakania, ale zdecydowanie coś.
— Uważajcie na siebie, oboje — poprosiła.
— Zesłał cię sam Stwórca — wymamrotała, ścisnąwszy dłonie Ellen, zanim w ogóle zdążyła je zabrać. — Po prostu to wiem. Jeszcze raz dziękuję.
— Nie ma sprawy — wychrypiała Ellen.
To było dziwne. Niezręczne. Dziewczyna wpatrywała się w nią szklistymi, zachwyconymi oczami, jakby Ellen przychyliła jej co najmniej nieba. A po prostu otworzyła cholerną szafę. To nie było takie trudne.
Dziewczyna nieco mocniej ścisnęła dłonie Ellen, zanim ją puściła i zawróciła do świątyni. Pewnie zostawiła tam Bevina. Biedny dzieciak.
Musieli przeżyć tę noc.
Serce Ellen zabiło mocniej, utrudniając oddychanie.
— Chodźmy coś zjeść — mruknęła. — Musimy jak najszybciej pójść pod młyn. Trzeba skończyć przygotowania do walki.
Poczuła na sobie zaskoczone spojrzenie Leliany.
Bevin i jego siostra musieli przeżyć. Burmistrz Murdock, Owen, Dwyn i bann Teagan też. Choćby Ellen miała za nich zginąć.
Zacisnęła dłonie w pięści, przyśpieszając kroku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz