czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 1.28 - Karczma

W gospodzie pachniało pieczonym mięsem. Ellen nagle wydało się, że nie czuła niczego lepszego od lat. Przycisnęła dłonie do brzucha, próbując zagłuszyć jego burczenie, chociaż z marnym skutkiem. Podchwyciła rozbawione spojrzenie Leliany.
— Zajmijmy miejsce — zaproponował Alistair, wskazując wolne stoliki.
Nie było to trudne. W karczmie nie przebywał prawie nikt – Ellen zauważyła trzech mężczyzn w jednym rogu i samotnika w drugim. Trochę dłużej, niż powinna, przypatrywała się jego szpiczastym uszom. Co tak daleko od miasta robił elf? Poszła śladem Alistaira i Leliany, dyskretnie ciągnąc za sobą Shegara. Ogar bardzo zainteresował się siedzącą przy ladzie kobietą i Ellen nie zamierzała wyjmować jego łba spod jej spódnicy.
— Całkiem przytulnie — rzuciła Leliana, wsuwając się na drewnianą ławę.
— Mhm — mruknęła Ellen.
Podłapała spojrzenie ciemnowłosego elfa. Wydawał się zaniepokojony i kiedy zorientował się, że go zauważyła, sztywno odwrócił głowę. To nie było normalne zachowanie. Zmarszczyła czoło, obejmując masywną szyję Shegara.
— Pójdę się dowiedzieć, co mają — zaproponował Alistair, wsparłszy się dłonią na stole. — Jakieś specjalne życzenia?
— Dużo. — Ellen lekko wydęła usta. — Zaraz umrę z głodu.
— Straszny z ciebie żarłok — skomentowała nieco uszczypliwie Leliana.
Ellen zignorowała tę uwagę. Sięgnęła do mieszka z pieniędzmi, boleśnie odczuwając jego niewielkie rozmiary. Jak się zarabiało na trakcie? Nie mogli przecież brać pieniędzy od potrzebujących, którym pomagali. Nie mieli też czasu na zlecenia wymagające śledzenia lub znalezienia kogoś. Oczywiście poza zgubionymi w szafach braćmi.
Westchnęła. Będą się martwić, kiedy zbankrutują, trudno.
— W granicach rozsądku dużo — poprawiła się, oddając mu mieszek.
Alistair pokiwał głową. Jego mina wyrażała to samo zmartwienie, które zaciskało się na gardle Ellen.
— Zaraz wrócę — obiecał.
Ellen odprowadziła go spojrzeniem. Znów wydawało jej się, że ktoś ją obserwuje – a kiedy odwróciła głowę, natrafiła na tego cholernego elfa. Zerkał to na nią, to na Alistaira. Przyłapany na gorącym uczynku, nerwowo obrócił się do nich plecami.
To naprawdę nie było normalne.
Ellen dźwignęła się z miejsca, ruchem dłoni uspokajając Lelianę, żeby nie ruszała za nią. Dogoniła Alistaira, który już zatrzymywał się przy ladzie. Powinna zwrócić mu uwagę na to wszystko, może wiedziałby, czy się tym przejmować. Przy odrobinie szczęścia…
Zdążyła tylko otworzyć usta, natarczywie chwyciwszy go za łokieć.
— Widzę, że kolejne zagubione dusze przyszły utopić tu swoje smutki — odezwała się siedząca przy ladzie kobieta, posyłając im pogodny uśmiech. — Jeśli przyszliście się napić, musicie porozmawiać z Lloydem. Nikogo nie dopuszcza do kurka. Ja pilnuję tylko, żeby chłopcy się nie buntowali. — Wskazała ruchem głowy siedzących w kącie mężczyzn.
Alistair uśmiechnął się do niej, kierując spojrzenie na kręcącą się po zapleczu postać. Drzwi były uchylone i cień ze środka padał na podłogę, szybko się poruszając to w jedną, to w drugą stronę. Ellen ledwie prześlizgnęła się po tym wzrokiem.
— Co wiesz o tym elfie w kącie? — spytała.
Poczuła na sobie zaskoczone spojrzenie Alistaira. Powoli puściła jego rękę – nie zorientowała się, że nadal go ściskała.
Kobieta wyglądała na zdziwioną. Uniosła brwi, zerknęła w stronę, gdzie siedział elf, po czym bezradnie wzruszyła ramionami.
— Niewiele. Jest bardzo spokojny. Mówi, że nazywa się Berwick i jest tutaj, by spotkać się z bratem, ale mnie się zdaje, że kłamie. Jest trochę… dziwny. — Skrzywiła się.
Ellen przymrużyła oczy. To stawiało go w gorszym świetle. Czego mógł od nich chcieć? Gdyby chodziło o znalezienie brata, zwyczajnie by zapytał. A skoro nie był stąd…
— Jak tam idzie interes? — usłyszała przyjazny głos Alistaira.
Kobieta zachichotała, chociaż dość ponuro. Ellen wróciła do nich spojrzeniem, dziwnie się czując z myślą, że chyba została wykluczona z pogawędki.
— Jaki interes? Bez zamkowych rycerzy jedyni klienci to miejscowi. A na dodatek wszyscy są w straży, więc nie mają pieniędzy — westchnęła ciężko kobieta. — Jest tu kilku tych, którym zostało jeszcze parę miedziaków, ale to zdecydowanie za mało. Lloyd to wredna, chciwa świnia, i gdybym tak bardzo nie potrzebowała tej pracy…
Zerknęła nieco nerwowo ku drzwiom od zaplecza. Lloyd jednak nie wrócił do izby i kobieta wyraźnie odetchnęła.
— Rozumiem, że nie przepadasz za Lloydem? — mruknęła Ellen.
— Obmacuje mnie i płaci grosze, ale pewnie mogło być gorzej. — Znów wzruszyła ramionami. — Raczej nie mam za wielu możliwości.
Ellen zerknęła na Alistaira. Uśmiechał się ze współczuciem, jednak chyba czuł się niezręcznie. Pewnie się nie spodziewał, że rozmowa obierze taki tor.
— Możemy porozmawiać o tym z Lloydem — zadeklarowała Ellen.
Alistair w zbroi, z mieczem i tarczą, wydawał się dostatecznym argumentem, żeby zaryzykować temat.
— Nie, nie, to tylko pogorszy sytuację. — Kobieta potrząsnęła głową, chociaż na jej twarzy pojawił się pełen niedowierzania uśmiech. — To bardzo miłe, ale poradzę sobie.
— Co powiesz w takim razie na podwyżkę? — spytała zaraz.
— Ellen — mruknął na wydechu Alistair.
To chyba miało być karcące. Ellen udała, że tego nie usłyszała. Przecież nie mogła zachowywać się tak, jakby los tej kobiety był jej – i całemu światu – obojętny. Nie chciałaby znaleźć się na jej miejscu, na łasce i niełasce wrednej, chciwej świni.
— Chętnie — przyznała ze śmiechem kobieta. — Może moglibyśmy porozmawiać dłużej po bitwie? Jeśli oczywiście wciąż tu będziemy.
— Nie widzę przeszkód. — Ellen spojrzała wymownie na Alistaira.
Alistair lekko pokręcił głową, ale raczej w niedowierzaniu niż dezaprobacie.
— W porządku. A teraz może kupimy coś do jedzenia?
— Droga wolna.
— Obiad, jak rozumiem? — wtrąciła kobieta. — Dla dwóch osób?
— Trzech — poprawił ją Alistair.
— I psa — dodała Ellen.
Podłapała rozbawione spojrzenie Alistaira. Szybko popatrzyła z powrotem na kobietę, przywołując na usta przyjazny uśmiech.
— Coś sycącego — uściśliła.
— I niezbyt drogiego. — Alistair uśmiechnął się szerzej.
— Oczywiście. — Kobieta wyglądała na zadowoloną, kiedy zsuwała się ze stołka i ruszała w stronę zaplecza.
Ellen odprowadziła ją spojrzeniem. Była prawie pewna, że ten cholerny elf znowu się im przyglądał. Chwyciła łokieć Alistaira i pociągnęła go lekko, żeby się nad nią nachylił.
— On nas obserwuje — mruknęła półgłosem.
Alistair zerknął w jego kierunku.
— Może czegoś potrzebuje — odpowiedział w podobnym tonie.
— Myślisz, że powinniśmy z nim porozmawiać? — Ellen popatrzyła ukradkiem przez ramię – elf znowu siedział do nich plecami.
— Nie zaszkodzi.
Ellen powoli puściła rękę Alistaira i skierowała się do zajmowanego przez nieznajomego stolika. Usłyszała za sobą kroki – to dodało jej trochę otuchy. Odetchnęła głębiej, nieznacznie przyśpieszając.
Nie wiedziała nawet, czego się bała. Może i koło ławy elf trzymał łuk i strzały, ale przecież ich było dwoje. I Leliana wraz z Shegarem kilka stolików dalej. Mimo to serce biło Ellen w piersi tak mocno, że chyba dało się to usłyszeć.
— Przepraszam… — zaczęła, zatrzymując się obok nieznajomego.
Elf gwałtownie podskoczył, jego związane w kitkę włosy zsunęły się z ramienia na plecy. Obejrzał się na nich – na jego twarzy wymalowało się przerażenie, które równie szybko ustąpiło miejsca frustracji. Odwrócił głowę i zapatrzył się w ścianę.
— Nie szukam towarzystwa — stwierdził opryskliwie.
Ellen zmarszczyła czoło. Był bardzo nerwowy jak na kogoś, kto chciał spotkać się z bratem. Zerknęła na Alistaira, nabierając wdechu.
— Podobno nazywasz się Berwick — mruknęła.
— Co? — Popatrzył na nich skołowany, marszcząc czoło. — Skąd o tym wiecie?
Zapadła cisza. Ellen nie zamierzała na to odpowiadać.
— Eee… — zająknął się bezradnie. — Cóż, tak mam na imię. A co?
— Wydajesz się okropnie zdenerwowany — wtrącił Alistair. — Dlaczego?
— Bez powodu — fuknął wściekle. — Po prostu… nie wiedziałem, skąd znacie moje imię, to wszystko.
— Pytaliśmy tu i ówdzie. — Ellen uśmiechnęła się cierpko.
— Och… no tak, to ma sens. — Berwick nabrał głębokiego wdechu, prześlizgując się spojrzeniem po jej twarzy. — Słuchaj, jesteś bardzo ładna i tak dalej, ale polecono mi… eee… Po prostu zostaw mnie w spokoju!
Ellen uniosła brwi. Tego zdecydowanie się nie spodziewała. Co ten głupi elf sobie w ogóle pomyślał? I z czym prawie się wygadał?
— O co ci chodzi? — spytała nieco natarczywie. — Co miałeś zrobić?
— Nic. Nikt mi nie mówił, co mam robić. — Wzruszył ramionami. — To, że jesteście Szarymi Strażnikami, nie znaczy, że możecie chodzić i grozić wkoło ludziom!
Ellen podłapała spojrzenie Alistaira.
— Skąd wiesz, że jesteśmy Szarymi Strażnikami? — spytał powoli Alistair.
Berwick na moment zesztywniał.
— Po prostu… tak usłyszałem. To wszystko — wyjąkał. — Wybaczcie mi… chcę dotrzeć do świątyni przed zachodem słońca. — Sięgnął po swój łuk.
Ellen oparła się o stół, odgradzając go od broni. Berwick wydał z siebie zduszony jęk i błyskawicznie zabrał rękę. Nie uniósł spojrzenia na zastygłą w wyrazie zacięcia twarz Ellen.
— Będzie łatwiej, jeśli powiesz nam po prostu, co ukrywasz — mruknęła.
— Nie chcę mieć kłopotów. — Berwick potrząsnął głową. — Ja… pójdę już do świątyni. Po prostu… dajcie mi spokój.
Znowu sięgnął po łuk, ignorując rękę Ellen.
Zacisnęła dłoń na jego przegubie i mało delikatnie przyparła go do stołu. Rozległ się jeszcze jeden, bardziej piskliwy jęk – i usłyszała niezadowolone syknięcie Alistaira. To było mało przemyślane, ale wyglądało na to, że okazała się silniejsza od elfa. Albo bardziej zdeterminowana. Berwick spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami.
Ellen odetchnęła, poluzowując chwyt.
— Nie ruszaj się — warknęła. — Odpowiesz na nasze pytania albo będzie źle.
— Dobrze, dobrze, powiem wam! — jęknął, kuląc ramiona, jakby się bał, że zaraz spadnie na niego cios. — Tylko… nie róbcie mi krzywdy. Nie na to się pisałem, słuchajcie, po prostu zapłacili mi, żebym obserwował zamek i dał znać, jeśli coś się zmieni. Ale nigdy nie mówili nic o potworach! Od kiedy to się zaczęło, nie mogłem nawet złożyć raportu! Utknąłem tu na dobre, tak jak wy, słowo!
— Kim są ci „oni”? — spytał Alistair, ujmując przegub Ellen, żeby już nic głupiego nie zrobiła. — Kto cię do tego najął?
— Taki wysoki gość. Zapomniałem, jak się nazywał. Mówił, że pracuje dla arla Howe. Arla Rendona Howe — wymamrotał Berwick. — To ważny człowiek, prawa ręka teyrna Loghaina! A więc nie zrobiłem niczego złego!
Coś się stało w żołądku Ellen. Ścisnął się i wywinął na drugą stronę, zginając jej nogi w kolanach. Całym ciężarem wsparła się na stole, łapiąc świszczący wdech.
Arl Rendon Howe.
Zauważyła wyciągniętą do niej rękę Alistaira – ale gniew poderwał ją z powrotem i pchnął przed siebie. Zakręciła się wokół stołu, maszerując za plecami Berwicka jak padlinożerca. Serce biło tak szybko. Tak boleśnie. Zacisnęła zęby, zgrzytając nimi głucho.
Ten szczur. Ten cholerny szczur.
— Po co masz obserwować zamek? — usłyszała jakby z oddali głos Alistaira.
Wyrzuciła z siebie głuche warknięcie. Nie powinna dawać się ponosić emocjom, jeśli chcieli cokolwiek z tego elfa wyciągnąć. Nie powinna też…
Gówno. Rozerwałaby go na strzępy.
Uśmiechał się tego dnia do ojca. Obiecywał, że będzie jak dawniej. Że zawalczą ramię w ramię przeciwko pomiotom. Patrzył mu w oczy. Jak on śmiał patrzeć mu w oczy? Wspominał o własnej rodzinie! Zamierzał ją spotkać z tym pieprzonym Thomasem!
Chciało jej się wyć. To nie był dobry moment, ale nie mogła się opanować.
— Tylko po to, by donieść o zmianach, naprawdę! Udało mi się wysłać jedynie wieści o tym, że arl zachorował! Potem z zamku zaczęły wychodzić potwory! — zawołał Berwick.
— Skąd mamy wiedzieć, że mówisz prawdę? — Alistair brzmiał na spokojnego.
Dziwne. Wydawało jej się, że sama już nigdy się nie uspokoi.
Jeśli macki Howe’a sięgały aż do Redcliffe, jak szeroko zakrojona była ta zdrada? O ilu sprawach pomyśleli, zanim poderżnęli jej rodzinie gardła? Zanim spalili jej dom?
Ktoś chwycił ją za ramię. Szarpnęła się, ale nie zdołała się wyrwać. Spojrzała szklistymi oczami na Alistaira – uważnego, trochę zaniepokojonego, wciąż opanowanego. Pociągnął ją w swoją stronę, postawił obok, zupełnie jakby karcił niesfornego dzieciaka. Nabrała wdechu.
Nie będzie płakała. Nigdy więcej.
Zamrugała szybko, zwracając spojrzenie na grzebiącego w kieszeni Berwicka. Wydawał się jeszcze bardziej obcy niż przed chwilą.
— Proszę. Oto list od nich. — Wyciągnął zwitek papieru i podał Alistairowi. — Są w nim rozkazy i tak dalej… zatrzymajcie go! Możecie z nim zrobić, co zechcecie! Myślałem, że po prostu służę królowi, zarabiając trochę na boku. Musicie mi uwierzyć!
Alistair rozłożył kartkę i zaczął czytać. Ellen nie umiała oderwać wzroku od Berwicka. Był przerażony. I szczery. Po prostu oszukany. Zagryzła wewnętrzną stronę wargi, aż poczuła na języku posmak krwi.
Oddychaj. Panuj nad sobą. Nic już nie przywróci ich do życia. Zwłaszcza twój gniew.
— Myślę, że powinieneś pomagać dziś w obronie Redcliffe — rzuciła.
Jej głos był zupełnie pusty. Jakby cała furia tląca się w piersi spaliła resztę emocji.
Berwick wcisnął głowę w ramiona, spoglądając na nią szeroko otwartymi oczami. Tylko jego świszczący oddech zagłuszał ciszę.
— Do-dobrze. Zrobię to. Dziękuję wam za miłosierdzie, nie zapomnę tego! — Zerwał się z miejsca, chwytając za swój łuk.
Ellen odprowadziła go spojrzeniem, kiedy wymaszerowywał z karczmy sztywnym krokiem. Ani razu się nie obejrzał. Trzasnęły drzwi – drgnęła nieco nerwowo. To było głupie. Nabrała drżącego oddechu.
— Spójrz — mruknął miękko Alistair.
Ellen przejęła od niego świstek papieru. Nie znała tego pisma. Było koślawe, drobne i słabo czytelne. Zmarszczyła czoło.
Berwicku,
Twoje oczy i uszy potrzebne nam są w Redcliffe. Zostań we wsi, staraj się nie zwracać na siebie uwagi i obserwuj zamek. Donoś nam o jakichkolwiek zmianach sytuacji, a zostaniesz odpowiednio wynagrodzony.
Bez podpisu.
— Nawet w tym maczał palce — wymamrotała.
— Kto? — Alistair delikatnie wyjął z jej dłoni list i złożył go z powrotem.
— Howe — warknęła. — Arl Amarantu, niech go szlag jasny trafi.
Alistair milczał. Pewnie nie wiedział, jak zadać pytanie. Przy jej przeszłości spiętrzyło się tyle niezręczności, że ten wybuch chyba nie zrobił na nim wrażenia. Ze sfrustrowanym sapnięciem oparła się o stół, przy którym siedział Berwick.
— Przyjaciel mojego ojca — rzuciła z goryczą, przez ściśnięte gardło.
Alistair ustawił się przed nią, czuła na sobie jego uważne, zatroskane spojrzenie. Przejmował się tym. Na oddech Stwórcy, jakby nie było innych zmartwień. Wysokoże przestało płonąć, nie zostało z niego nic. Poza nią.
Zacisnęła dłonie w pięści.
— Jego przyjaźń była gówno warta. — Wbiła wzrok w drzwi. — To on…
Nie umiała tego powiedzieć. Urwała, walcząc ze łzami. Dość żałosne. Po co w ogóle zaczynała temat, skoro nie potrafiła skończyć własnej wypowiedzi?
— Może dowiemy się czegoś więcej — odezwał się Alistair. — Co go tu interesowało, co planował.
— Pewnie wymordować ród Guerrin i spalić całe Redcliffe — warknęła.
Alistair dotknął jej ramienia. Wzdrygnęła się, mocniej odwracając głowę. Wiedziała, że zwyczajnie się nad nią litował. Jak inaczej zresztą traktować taką rozhisteryzowaną smarkulę? Która nie radziła sobie z samą sobą?
— Zamówienie! — rozległ się głos pomagającej w karczmie kobiety.
— Chodźmy jeść — mruknęła, wyślizgując się spod jego ręki.
Leliana nie zadawała pytań. Ellen czuła na sobie jej uważne spojrzenie, ale nawet nie próbowała na nie odpowiadać. Zerknął na kawałek pieczeni na talerzu, czując, jak żołądek zwijał się w supeł. Musiała to zjeść. Czekała ich całonocna walka. Tylko nie mogła przełknąć nawet własnej śliny, a co dopiero coś takiego.
Odruchowo zajęła się głaskaniem pchającego się do talerza łba Shegara. Miękka sierść pod palcami trochę uspokajała. Na ile dało się uspokoić po czymś takim. Alistair i Leliana pogrążyli się w cichej rozmowie, której nawet nie słuchała. Skupiła się na oddychaniu, wpatrując się w jedzenie.
Musiała jeść. Czas przestać histeryzować, czas przynajmniej udawać dojrzałą, odpowiedzialną osobę.
Zacisnęła powieki, walcząc ze łzami. Nawet rodzice nie wierzyli, że kiedykolwiek wyrośnie na kogoś ogarniętego. Zawsze żartowali, pozwalali jej na głupoty. Fergus traktował ją tak, jakby nigdy nie skończyła sześciu lat.
Teraz wszyscy nie żyli i nagle miała zacząć żyć jak dorosła.
Wepchnęła sobie do ust pierwszy kawałek pieczeni, walcząc z mdłościami.
— Nie mogę uwierzyć, że Lloyd nie chce nawet dać nam za darmo piwa — rozległ się głos jednego z obecnych w karczmie mężczyzn. — Taka chwila, a on myśli tylko o zyskach?
Ellen spojrzała na ich stolik znad swojego talerza. Z trudem przełknęła kolejny kęs.
— Czego się spodziewałeś? — rzucił drugi. — Ten gnojek zawsze był skąpy jak dziwka z Antivii. Albo i bardziej.
— To my tu bronimy wioski, a on nie ma nawet dość przyzwoitości, żeby nam pomóc! — sarknął kolejny i pokręcił głową, pochylając się nad brudnym blatem.
Ellen nie wiedziała dlaczego, ale nagle zaczęło ją to śmieszyć. Każdy miał, najwyraźniej, własne problemy. Wymordowana rodzina czy za drogie piwo, bez różnicy. Opuściła ramiona, czując cisnący się na usta uśmiech.
Może już oszalała.
— Wolicie być pijani podczas nadchodzącej bitwy? — fuknęła Leliana, obracając się do nich przodem na ławie.
Mężczyźni wymienili spojrzenia. Chyba nie spodziewali się zainteresowania.
— Podczas dwóch ostatnich bitew byłem pijany i tak wolę — oznajmił jeden z nich. — Gdybyś miała okazję walczyć z tymi… istotami… wiedziałabyś dlaczego.
Ellen przyjrzała mu się uważnie.
— Lloyd żąda od nas pieniędzy, których już nie mamy — westchnął drugi z mężczyzn. — Nikt przecież nie pracuje, teraz próbujemy tylko przeżyć!
— Aaach, co to za różnica? I tak będzie miał to gdzieś.
Leliana pokręciła głową.
— Głupota — skwitowała.
Ellen zmarszczyła czoło.
Wszystko chyba było lepsze niż grzebanie się we wspomnieniach i walczenie z pieprzonym żarciem na talerzu.
— Poczekajcie chwilę — mruknęła do towarzyszy.
— Dokąd idziesz? — Alistair posłał jej czujne spojrzenie.
Uśmiechnęła się blado. Byłby spokojniejszy, gdyby przestał się o nią martwić. Nie widziała w tym sensu.
— Niedaleko, zaraz wrócę.
Podniosła się i, przykazawszy Shegarowi, żeby czekał, skierowała się do lady. Kręcił się za nią otyły, szeroki w barach mężczyzna – prawdopodobnie uwielbiany przez wszystkich Lloyd. W dodatku był rudy. Nie wspominając o tłustych włosach, które niezdarnie ulizał tak, żeby przykryć łysinę. Ellen mimowolnie się skrzywiła, patrząc na niego.
Wyglądał jak stereotyp ożłopanego piwskiem idioty.
— Witaj, przyjaciółko — odezwał się, zauważywszy ją przy ladzie. — Nie mogę powiedzieć, byśmy się już spotkali. Rozumiem, że jesteś tu od niedawna.
Ellen powoli skinęła głową.
— Niewielu podróżnych nas ostatnimi czasy odwiedzało. To wszystko źle wpływa na interesy. Na pewno żałujesz, że się tu zjawiłaś, co? — Uśmiechnął się wyrozumiale.
Pytanie trochę zbiło ją z tropu. Zająknęła się, odruchowo rzuciwszy okiem za siebie, na czekających towarzyszy, ale też na siedzących w kącie mężczyzn. Właściwie chyba powinna żałować? Chcieli audiencji z arlem Eamonem, dostali problem nieumarłych i mordowanych wieśniaków. Mieli ważniejsze sprawy niż to bagno.
— Ani trochę — odparła spokojnie.
— Odważne słowa, odważne słowa — zamruczał. — Cóż, przekonamy się, kiedy zapadnie noc, prawda? No, więc jak będzie? Jesteś tu po to, by pić, mam nadzieję?
Ellen wróciła spojrzeniem do Lloyda.
— Podobno każesz milicji płacić za piwo — rzuciła.
Nie zamierzała mu odpowiadać na pytania. Wydawał się męczącym człowiekiem. Na pewno taki był, zresztą. Każdy mężczyzna obmacujący kobietę bez jej zgody był, cóż, męczący. Może powinna poprosić Alistaira, żeby połamał mu ręce, tak na zaś.
— A czemu nie? Może nie mają dużo pieniędzy, ale chyba nie będę go rozdawać za darmo, co? — warknął Lloyd.
Ellen wypuściła powietrze przez nos. Wiedziała, że jeśli zacznie na niego krzyczeć, niczego nie uzyska. Zdążyła już zauważyć, że nie umiała sobie radzić z ludźmi. Patrząc na jego niezdrowo rumianą twarz – pewnie sam żłopał to piwsko na zapleczu – spróbowała sobie wyobrazić, co powiedziałaby Leliana.
— Pomyśl o sympatii, jaką zyskasz — mruknęła ostrożnie.
— Szczerej sympatii! Ha! — Uderzył dłonią o ladę. — Wolę ich szczere złoto, ot co.
To nie działało. Oczywiście, że nie działało. Po co w ogóle próbowała być miła?
— Pieniądze ci nie pomogą, jeśli umrzesz — warknęła.
Lloyd zająknął się, rumieniec na jego twarzy ustąpił miejsca bladości.
— Hej, nie musisz mówić takich rzeczy! To byłoby morderstwo!
Ellen uniosła brwi. Czy on uznał, że właśnie mu…? Zdecydowanie nie to miała na myśli. Przecież każdy mógł zginąć z łap potworów, prawda? W ogóle uwierzył, że była mu w stanie zagrozić? Sięgała mu głową do ramienia, gdyby podskoczyła, może by go rąbnęła w łeb, to wszystko.
Z drugiej strony, i tak nie umiała być miła.
— Czy ktoś by za tobą tęsknił? — Zmrużyła oczy.
— Hej, spójrz… — Sięgnął pod ladę, skąd wyciągnął niewielki mieszek. — Widzisz? Osiemdziesiąt srebrników! Mogę ci zapłacić za… ee… ochronę! Unikniemy w ten sposób jakichkolwiek… nieprzyjemności.
Ellen przez chwilę wpatrywała się w mieszek. Potrzebowali pieniędzy. Niech to szlag, potrzebowali ich bardzo. Mogła je zdobyć zupełnie na krzywy ryj, całkowitym przypadkiem. Nawet nie po to podnosiła się od stołu.
Ojciec nigdy by nie przyjął takiej łapówki.
— Wolę, żebyś wstąpił do milicji — stwierdziła twardym głosem.
— Ale… ale ja… — zająknął się. — Och, no dobrze! Ale to wszystko ma na mnie czekać! Nie chcę, żeby pod moją nieobecność wypili całe zapasy! Niech to szlag…
Cisnął trzymaną ścierką na ladę i zawrócił na zaplecze. Ellen odprowadziła go wzrokiem, próbując zapanować nad zdumieniem odbijającym się na twarzy. Coś załaskotało ją w gardło i to chyba był śmiech.
Udało jej się. Tak po prostu… coś osiągnęła.
Zabębniła palcami w ladę, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Może i nie pomogła milicjantom, ale wzmocniła szeregi walczących. Lloyd doskonale nadawałby się na żywą tarczę. Zasłaniał cały prześwit w drzwiach, kiedy stawał w progu.
— Widzę, że zmusiłaś tego drania, żeby wstąpił do straży — rozległ się znajomy, pogodny głos.
Ellen obróciła się do zatrzymującej się obok kobiety. Podłapała jej promienny uśmiech, który nieco ją speszył. Nie zdobyła się na odpowiedzenie na niego.
— Najwyższy czas, żeby zrobił coś dla innych. Ale to chyba znaczy… że teraz ja tu rządzę! — zawołała z satysfakcją, szeroko się uśmiechając. — Ha, biedny Lloyd dostanie apopleksji na samą myśl o tym.
Ellen wzruszyła ramionami.
Zdecydowanie coś się jej udało.
— Mogłabyś za darmo nalać piwa dla straży? — spytała powoli.
— Ha! Lloyd nie miałby nic przeciwko… To doskonały pomysł! — skwitowała zadowolona, ustawiając się za ladą.
Cóż, jakkolwiek długo kobieta tu nie pracowała, chyba nie poznała pracodawcy najlepiej. Ellen jednak nie zamierzała wyprowadzać jej z błędu. Odgarnąwszy włosy za uszy, zawróciła do stolika, gdzie nadal siedzieli jej towarzysze.
Podchwyciła rozbawiony uśmiech Leliany – i zaskoczone spojrzenie Alistaira. Przycupnęła przed swoim talerzem, udając, że tego nie zauważyła.
— A dla nas niczego za darmo nie załatwiła — wytknęła wesoło Leliana.
— Może nas nie lubi — mruknął Alistair, lekko nachyliwszy się nad stołem, żeby posłać Ellen pogodny uśmiech.
Zerknęła na niego krótko, marszcząc czoło, i szybko odwróciła wzrok. Nie mogła się uśmiechnąć, to był potwornie głupi żart. Zacisnęła usta i skupiła się na jedzeniu.
— Nie będę pracować z upitymi osobami — odparła.
— Czy ja mówię, że koniecznie piwo? — roześmiała się Leliana. — Chociaż winem bym nie pogardziła.
— Wino? W takim miejscu? — Alistair posłał jej pobłażliwe spojrzenie.
— Dlatego powinno być za darmo!
Ellen pokręciła głową. Pieczeń smakowała jakby lepiej. I o wiele łatwiej się ją połykało, każdy kawałek nie stawał już w gardle.
— Słyszeliście, chłopcy? — zawołała kobieta, ruszając z pełnymi kuflami piwa. — Napitek dla straży na koszt zakładu!
— Ha-ha! — wykrzyknął jeden z mężczyzn. — Jesteś skarbem, kochana!
— Tylko… obrońcie nas, chłopcy. I przeżyjcie — westchnęła.
Kufle stuknęły, lądując na blacie.
Ellen wypuściła powietrze przez nos, rozluźniając ramiona. Musieli zaraz pójść na wzgórze przy młynie. Upewnić się, że wszystko było pod kontrolą.
Niedługo zapadnie zmrok. Potem nie będzie odwrotu.

***

— Witajcie, Szarzy Strażnicy.
W ich stronę ruszył barczysty mężczyzna. Jego kasztanowe włosy lśniły w słońcu podobnie jak dokładnie wypolerowany płytowy napierśnik. Pod pachą trzymał hełm zwieńczony fikuśnym piórem. Ellen nieodparcie kojarzyło się to ze zbrojnymi z Orlais. Tylko u nich mogła narodzić się taka durna moda.
— Ja i bann Teagan czujemy ulgę, że jesteście tu z nami — zapewnił, rozkładając przyjacielsko ramiona.
Hełm grzmotnął o ziemię. Rycerz wyraźnie się zmieszał, pośpiesznie się schylił i go podniósł, ukradkiem otrzepując z piachu.
Za jego plecami długi cień rzucał młyn – skrzydła obracały się leniwie na wietrze, cicho skrzypiąc, i cała sceneria sprawiała prawie sielankowe wrażenie. Ellen zapatrzyła się na to nieco dłużej, niż powinna, ukradkiem oceniając też pozostałych mężczyzn z oddziału.
Nie zostało ich wielu. Czterech. Dzisiejsza obrona wioski będzie trudna.
— Muszę przyznać, że nie wiem, jak się do ciebie zwracać.
Ellen drgnęła, wróciła spojrzeniem do rycerza. Zauważyła, że puszczał właśnie dłoń Alistaira – ale patrzył już na nią. Mimowolnie uniosła brwi.
— Czy „moja pani” wystarczy? — spytał, uśmiechając się uprzejmie.
Coś ścisnęło ją w żołądku. Zmiażdżona przez to pieczeń wywołała nieprzyjemne mdłości. Ellen przełknęła ślinę, siląc się na lekki uśmiech.
Na oddech Stwórcy, modliła się, by już nigdy nikt jej nie tytułował.
— Mów mi Ellen, jeśli łaska.
— Jak sobie życzysz. Uprzejmie ci dziękuję. — Ukłonił się przed nimi, prawie upuszczając hełm. — Jestem sir Perth, do niedawna w służbie arla Eamona z Redcliffe. Teraz moim zadaniem jest obrona wioski przed atakami tych niecnych istot. Gdybym zdecydował się wyruszyć na poszukiwania Urny Świętych Prochów, być może poradziłbym sobie ze złem, które opanowało zamek… albo straciłbym przy tym życie. No cóż. W obronie pomagają nam Szarzy Strażnicy, więc może nie wszystko jeszcze stracone.
Brzmiał jak rycerz. Ellen spróbowała nie dać po sobie poznać rozbawienia – to chyba byłoby nieuprzejme.
Sir Gilmore nie wysławiał się aż tak. Czasami mu się zdarzało. Kiedy indziej bezczelnie się z nią droczył. Nie miała pojęcia, jakim cudem zawsze balansował na granicy wymaganego dystansu, jednocześnie nie dając jej odczuć odsunięcia.
Odwróciła wzrok i przyjrzała się panoramie Redcliffe, które rozciągało się u stóp młyńskiego wzgórza.
— Rozważaliście wykorzystanie oleju z wioskowego magazynu? — zagadnął Alistair.
— Nikt mi o tym nie powiedział — stwierdził sir Perth, marszcząc czoło. — Olej, powiadasz? Ile dokładnie?
— Dość, by spłonęło wiele potworów. — Alistair wzruszył ramionami.
— Zakładając, że w ogóle zrobi im krzywdę… tak. — Pokiwał głową. — Tak, rozumiem, co masz na myśli. Może okazać się skuteczny, jeśli używać go ostrożnie. Tak, to wyśmienity pomysł! Poślę ludzi, by przynieśli tu olej. Użyjemy go, by spowolnić potwory. A tymczasem macie jeszcze jakieś pytania?
— Czy możemy jakoś pomóc? — odezwała się Ellen.
Zerknęła na Alistaira i Lelianę, ale nie zauważyła, żeby któreś zamierzało się sprzeciwić. Odetchnęła cicho, wracając spojrzeniem do sir Pertha.
— Mamy dość broni i pancerzy, ale dysponujemy zbyt małą liczbą rycerzy, by bez niczyjej pomocy odeprzeć atak potworów. Być może Matka Hannah mogłaby zaoferować wam jakąś świętą ochronę przed złymi mocami? — westchnął ciężko, opuszczając wzrok na swój hełm. — Poza tym nie wiem, jak moglibyście nam pomóc. Ogólnie mówiąc, jesteśmy tak dobrze przygotowani, jak to tylko możliwe.
— Zobaczymy, co da się zrobić — mruknęła Ellen.
Święta ochrona? Naprawdę? Nie przypominała sobie, żeby rycerze byli aż tak religijni. Przecież to głupota.
Nie mogła jednak rzucić mu tego w twarz. Uśmiechnęła się krzywo.
— Raduje się moje serce, gdy to słyszę. — Sir Perth znów się ukłonił.
Ellen skierowała się na drogą prowadzącą do Redcliffe. Usłyszała za sobą kroki pozostałych – a Shegar wyprzedził ją radosnym galopem. Najwyraźniej kawałek pieczeni, który dla niego zostawiła, dodatkowo poprawił mu humor.
Ellen teraz niewiele mogło humor poprawić. Czuła się jak skończona idiotka, maszerując ku świątyni, żeby zdobywać świętą ochronę dla rycerzy.

***

Alistair zaprowadził ich do Wielebnej Matki. Świątynia nadal była zatłoczona, ale wszelkie siostry zakonne łatwo dało się rozpoznać po charakterystycznych pomarańczowych szatach. Ellen mimowolnie przypatrywała im się podejrzliwie. Wszystkie zajmowały się ocalałymi, część się modliła. Gdyby na przykład dołączyły do mężczyzn naprawiających umocnienia, przydałyby się bardziej. Prawdopodobnie jednak poczułyby się dotknięte taką propozycją i może nawet wyrzuciłyby Ellen ze świątyni.
Wielebna Matka zajmowała się grupą przerażonych dzieci. Możliwe, że osieroconych. Ellen ruszyła w jej stronę śmiałym krokiem, kiedy tylko Alistair ją wskazał. Nie było czasu na krygowanie się i czekanie, aż okaże im odrobinę zainteresowania.
Ciche syknięcie Leliany sugerowało, że ten pomysł nie przypadł jej do gustu.
— Przepraszam — rzuciła Ellen.
Wielebna Matka obróciła się do nich i zmierzyła ich uważnym, przeszywającym spojrzeniem. Pomarszczona twarz jakby się rozluźniła.
— Jesteście tutaj obcy… a mimo to bronicie naszego domu w najczarniejszej godzinie — westchnęła. — Jesteśmy wam wdzięczni.
Ellen spojrzała na nią zdezorientowana. Matka Mallol też tak czasami robiła. Wciskała kazania we wszystko, w co się tylko dało.
— Nie możemy stać z boku, podczas gdy potwory atakują bezbronnych — odezwała się Leliana, stając obok Ellen.
Dobrze, że tu była. Ellen prawdopodobnie dałaby radę się pokłócić.
— Niewielu jest w tych czasach ludzi, którzy gotowi są coś takiego powiedzieć. Jesteście niezwykle wartościowymi osobami, Stwórca spojrzy na was łaskawym okiem — mruknęła Wielebna Matka, uśmiechając się łagodnie.
Ellen popatrzyła na Lelianę, marszcząc czoło. Powinna coś odpowiedzieć? Wygłosić formułkę, żeby Wielebna Matka zaczęła z nimi normalnie rozmawiać?
— Pozwólcie, że się przedstawię — podjęła kobieta. — Jestem Wielebna Matka Hannah, przełożona tej świątyni… która stała się aktualnie miejscem schronienia dla tych biednych wieśniaków.
— Straszne! — jęknęła Leliana. — Czy to wszyscy, którzy przeżyli?
— Tak, wszyscy, którzy nie są w stanie sami się bronić — potwierdziła Wielebna Matka Hannah. — Panicznie boją się ataku, który nastąpi dziś w nocy, a ja obawiam się, że za tymi murami nie będą bezpieczni. Jak mogę wam pomóc w wypełnieniu waszego zadania?
— Sir Perth potrzebuje dla rycerzy świętej ochrony — stwierdziła Ellen.
Wreszcie zaczynały rozmawiać o czymś normalnym. Odetchnęła.
— Zrobiłam dla nich wszystko, co w mojej mocy. Co wieczór modlę się i błagam Stwórcę, by wybaczył im grzechy, zanim spotka ich śmierć — zapewniła Wielebna Matka Hannah. — Tego, o co prosi mnie sir Perth, dać mu nie mogę.
Ellen uniosła brwi. To faktycznie pomogła. Cieszcie się, bo proszę Stwórcę, żeby był dla was miły, jak już wreszcie zginiecie?
— Nie możesz po prostu ich pobłogosławić? — burknęła.
— Mogę się z nimi pomodlić i obdarować błogosławieństwem, ale sir Perth chce, bym prosiła Stwórcę, żeby ochronił ich przed złem — mruknęła, gniewnie marszcząc czoło.
— Cóż, a nie możesz mu po prostu powiedzieć, że Stwórca będzie nad nim czuwał? Morale to bardzo ważna rzecz — wtrącił Alistair.
— Chcecie, żebym dała im do zrozumienia, że Stwórca ich chroni w sensie dosłownym? — spytała oburzona Wielebna Matka Hannah. — Nie zamierzam kłamać!
— Ale jeśli uznają, że im to pomaga… — westchnęła Ellen.
Dlatego nie znosiła tego całego bajzlu. Jeśli Stwórca w ogóle istniał, raczej niewiele go obchodziło, co się wkładało w jego usta. Zwłaszcza że i tak był na nich obrażony, a duchowni wciąż i wciąż coś robili w jego imię. Bez sensu.
— Nie… nie mogę tego zrobić. Wiem, że inspiracją dla nich może być ich własna wiara, ale sami muszą ją odnaleźć. Nie zamierzam ich okłamywać. — Wielebna Matka Hannah potrząsnęła głową. — A teraz, proszę, pozwólcie mi zająć się tymi biedakami. Muszę robić, co w mojej mocy i sugeruję, byście czynili tak samo.
— Żegnam — warknęła Ellen.
Odwróciła się do wyjścia, zanim wymyśliła, co jeszcze mogłaby powiedzieć. Nie potrzebowali teraz religijnej wojny. Nie dostali ochrony? Trudno. Sir Perth będzie musiał z tym żyć. Najwyżej nie przeżyje. Najwyraźniej Wielebnej Matki to nie interesowało.
— Stara prukwa — burknęła.
— Słyszałem — rzucił idący obok Alistair.
Ellen spojrzała na niego zmrużonymi oczami.
— I dobrze. Templariuszu.
— Niedoszły. — Alistair uśmiechnął się lekko.
— To nie było zbyt uprzejme, Ellen — dodała Leliana.
— To mogłaś to sama załatwić. — Ellen posłała jej poirytowane spojrzenie. — To nie ja spędziłam kilka lat w świątyni w Lothering.
Leliana chwilę wpatrywała się w nią, chyba próbując zapanować nad gniewem. Ostatecznie jednak nie powiedziała niczego.
I dobrze.

***

— Rycerze z Redcliffe gotowi są walczyć pod waszymi rozkazami. — Sir Perth ukłonił się, ledwie zobaczył ich na wzgórzu.
Ellen westchnęła ciężko. Wędrówka przez całe Redcliffe w tę i z powrotem nieco ją zmęczyła. Złapała głębszy oddech, zerknąwszy przez ramię na wijącą się wokół wzniesienia drogę. Oby nie musieli już więcej łazić z góry na dół i znowu na górę.
— Mówiłeś, że przydałaby się wam święta ochrona — odezwała się, wracając do sir Pertha wzrokiem.
Skinął głową.
— Tak. Rozmawialiście z Wielebną Matką? Miała coś dla nas?
— Matka Hannah nie sądzi, by była w stanie wam pomóc.
Nadzieja zgasła na twarzy sir Pertha jak zdmuchnięta świeca.
— Rozumiem. W takim razie zmuszeni jesteśmy polegać na własnych modlitwach. Stwórca nam nie pomoże. — Zapatrzył się w dal. — Dziękuję za wasze wysiłki. Tak czy inaczej będziemy walczyć.
— W takim razie pozostaje nam poczekać na zmierzch — uznała Ellen.
Sir Perth przytaknął i wskazał miejsce u stóp wysokiego klifu, gdzie padał przyjemny cień. Wzgórze tonęło w zaskakującym spokoju i Ellen poczuła, jak napięcie powoli z niej uchodziło. Uśmiechnęła się blado.
— Tam możecie odpocząć. Zostało jeszcze trochę czasu, zatem sen byłby wskazany. Obudzimy was, kiedy nadejdzie pora — obiecał sir Perth i skłonił się lekko.
Leliana od razu znalazła dla siebie wygodne miejsce, podłożyła sobie pod głowę torbę i przygotowała się do snu. Ellen przyglądała się jej z drobną zazdrością – wydawało jej się, że to niemożliwe, żeby zasnęła. W środku dnia. Przetarła twarz i usiadła tak, by opierać plecy o chłodną skałę. Zbroja nieco uwierała, ale nie chciała poluzowywać rzemieni. Gdyby atak ich zaskoczył, nie byłoby czasu tego poprawić.
Shegar położył się przy niej, tylko w głębszym cieniu. Oddychał głośno – chyba ciepła pogoda nie za bardzo mu się podobała. Ellen pogładziła jego mocny grzbiet, uśmiechając się blado. W domu też lubił wylegiwać się w chłodzie. Wysokoże zapewniało więcej orzeźwiającego powietrza dzięki kamiennym murom.
Zacisnęła usta. Gdyby nauczyła się nie myśleć o swojej przeszłości, byłoby prościej.
— Mogę spytać, dlaczego to przemilczałaś?
Ellen przeniosła wzrok na Alistaira. Usiadł przy niej, dość blisko, żeby nie rozmawiali zbyt głośno. Leliana obróciła się na drugi bok – chyba udając, że nie podsłuchiwała.
— Co? — mruknęła wymijająco.
— Ellen — westchnął.
Żołądek zwinął jej się w kłębek. Spokój, który towarzyszył siedzeniu na wzgórzu, odszedł w niepamięć. Przetarła twarz dłonią, próbując zebrać myśli.
Nie chciała o tym rozmawiać.
— To bez znaczenia — wymamrotała.
— Nie powiedziałbym — żachnął się półgłosem. — Wiesz, nikt mnie nie przygotował na to, że jesteś… szlachcianką. Teyrn ważnością ustępuje tylko królowi. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem w Straży…
— A mnie nikt nie przygotował na to, że jesteś synem Marika — odparowała, zanim ugryzła się w język.
Poczuła uderzające w policzki ciepło. To było głupie. Nie powinna tego mówić.
Alistair przypatrywał się jej przez chwilę i nie umiała stwierdzić, czy go tym zraniła, czy znowu jej wybaczył. W końcu odwrócił wzrok, uśmiechając się blado.
— W porządku — stwierdził. — Słuszna uwaga. Ale ja ci o tym powiedziałem.
— I niczego to nie zmieniło — wykrztusiła. — To też bez znaczenia.
Zagryzła wargę. Źle to zabrzmiało. Drżącą ręką przeczesała włosy, uparcie wpatrując się w zieloną trawę u stóp.
— Nie w tym sensie — dodała na wydechu. — To… nie tak, że mnie to nie interesuje. To ważne. Tak jakby. Rozumiem, chyba. Nie wiem — jęknęła. — Po prostu niczego nie zmieniło. Prawda?
— Byłoby miło, gdyby nie zmieniło — przytaknął powoli.
Ellen uśmiechnęła się głupkowato. Pięknie się zrymowało.
— Chcę zapomnieć — wychrypiała. — Że wszystko straciłam. Że nigdy nie chciałam zostać Strażniczką. Że przez resztę życia będę spotykać ludzi, którzy będą o mnie myśleć tylko jako o młodszym dziecku Bryce’a. To boli i… i wkurwia. — Wbiła wzrok w młyn.
— Bardzo szlachecki język — mruknął Alistair, w jego głosie usłyszała rozbawienie.
— Ty masz tę przewagę, że nikt nie wie. — Ellen wzruszyła ramionami, ostatecznie zapatrując się w swoje dłonie. — Jesteś Alistairem. Ja jestem młodszym dzieckiem Bryce’a Couslanda, które wszystko spieprzyło.
— Przecież to nie… — zaczął zaskoczony.
Poderwała głowę, posyłając mu spojrzenie – nie wiedziała, co zobaczył w jej oczach, że zamilkł. Może desperację. Rozpacz. Bezradność. Wypuścił powietrze, podtrzymując kontakt wzrokowy.
— Młodsze dziecko Bryce’a Couslanda, które wszystko spieprzyło — powtórzyła uparcie, z naciskiem. — Nawet nie odnalazłam Fergusa. Gdyby to on był na moim miejscu… — Jej głos zadrżał i złamał się, zginając kark tak, że ukryła twarz w cieniu.
— Ellen — mruknął.
Poczuła, że ją objął. Pozwoliła się przyciągnąć bliżej, a potem przytulić. Nabrała urywanego wdechu, mrugając szybko – i nie poczuła pieczenia pod powiekami. Tak jakby… skończyły się łzy. Nie było już nad czym płakać.
— Dlatego nie chciałam o tym mówić — wykrztusiła. — Bo mi wstyd. Bo jestem… bo chciałabym… bo…
— W porządku — westchnął. — Nie było tematu. Jesteś Ellen. Małą paskudną Ellen. Może tak być?
Uśmiechnęła się, pokonując sztywność mięśni.
— Może — odparła cicho.
Niepewnie otoczyła Alistaira ramionami, mocniej wciskając twarz w jego objęcia. Nie protestował, nawet nie drgnął, jakby uważał, że tak mogło być. Chyba nie do końca. Przynajmniej tak jej się wydawało. Zresztą nie zamierzała siedzieć tak długo. Tylko chwilę. Aż uwierzy, że naprawdę… naprawdę było prawie w porządku.
Ród Couslandów umarł przez nią. Nic nie mogło tego zmienić. Jedyne, co jej pozostało, to wmówić sobie, że od zawsze miała w sobie siłę, by zostać bohaterem. Szarym Strażnikiem. Że nie była skończonym tchórzem, który porzucił rodzinę na pastwę arla Rendona Howe’a. Na pastwę zdrady.
Sama była zdrajcą. I małą paskudną Ellen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz