czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 1.29 - Noc żywych trupów

— Ellen, wstawaj.
Drgnęła i gwałtownie otworzyła oczy, czując, jak mięśnie spinały się w bolesnym skurczu. Nie wiedziała, dlaczego za gardło chwyciła ją panika – zapiekła w całym ciele i zmusiła do zerwania się z ziemi. Świat zamigotał ciemnymi plamami, kształty zupełnie się rozmyły i Ellen zorientowała się, że nie mogła zogniskować wzroku.
— Hej, spokojnie.
Zamrugała, odnajdując kucającą przy niej postać. Szerokie ramiona, jasne włosy, bryła szarawej zbroi. Nabrała powietrza, pozwalając, by ulga chłodną falą rozluźniła mięśnie. Wszystko było w porządku. Tak jakby.
— Alistair — wymamrotała, przecierając oczy.
— Zmierzcha — odpowiedział półgłosem. — Musimy się przygotować.
— Przygotować? — powtórzyła.
Alistair klepnął ją w ramię i wstał, zostawiając samą. Podparłszy się na ziemi, usiadła wygodniej i potoczyła wokół skołowanym spojrzeniem. Okolica nie przypominała ich obozowiska – kawałek dalej dostrzegła młyn. I ludzi.
Och. Redcliffe.
Potrząsnęła głową. Musiała naprawdę głęboko zasnąć, skoro wszystko się jej pomieszało. Odgarniając z twarzy krótkie włosy, dźwignęła się na równe nogi. Obok rozległo się ciche stęknięcie. Shegar przeciągnął się, pomrukując z niezadowoleniem, a kiedy zauważył, że go obserwowała, zamerdał ogonem.
— Gdzie jest…? — zaczęła.
Urwała. Leliana stała kawałek dalej, przygotowując łuk przed walką. Zgięła majdan i założyła na jeden z gryfów pętelkę cięciwy. Na jej twarzy malowało się niecodzienne skupienie, rude włosy opadły tak, że trochę przysłaniały jej oczy. Ellen bezrefleksyjnie zapatrzyła się na kołyszący się miarowo warkoczyk z boku jej głowy.
— Jak wygląda sytuacja? — Otrząsnęła się z odrętwienia.
Alistair przerwał poprawianie naramienników i zerknął na nią.
— Jak widać. — Uśmiechnął się krzywo. — Czekamy.
— Dawno jesteś na nogach?
— Chwilę — przyznał. — Sir Perth mnie obudził.
Ellen mruknęła potakująco i wbiła wzrok w swoje buty. Musiała się mocno zastanowić, czy coś było nie tak i czuła jakąś niewygodę – ciało jej trochę zdrętwiało. Nie powinna spać w zbroi. Poruszyła szyją, by rozluźnić napięte mięśnie karku.
— Przynajmniej jesteśmy przygotowani — odezwała się Leliana.
Odrzuciła włosy z twarzy, prostując się, i posłała Ellen uśmiech.
Ellen uniosła brwi.
— Tak?
— Mamy ten olej. — Machnęła ręką, zataczając łuk po całym wzgórzu. — Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, spalimy trupy.
Żywe trupy. Ellen mimowolnie zmarszczyła nos, czując dławiące gardło obrzydzenie. Musiały być jeszcze gorsze niż mroczne pomioty. A ona dobrowolnie zgodziła się z nimi walczyć. Do niedawna nie pomyślałaby, że coś takiego istniało.
— Co to… to znaczy… jak one…? Żywe trupy? — Bezradnie rozłożyła ręce.
Alistair parsknął z rozbawieniem.
— Z tego, co wiem, to po prostu zwłoki zajęte przez demona — stwierdził. — Demon opętuje czyjeś ciało, a że nie może się nim wyżywić, idzie żerować na tym co żywe.
Ellen posłała mu chyba trochę zbyt zdruzgotane spojrzenie, bo nerwowo wzruszył ramionami, skupiając wzrok na mocowanej na przedramieniu tarczy.
— I co? I one tak sobie… biorą zwłoki, kiedy chcą?
— Nie no, nie. — Pokręcił głową. — Muszą przejść przez Zasłonę. Z Pustki. Nie znajdują nikogo do opętania i trach, łapią się za trupa. Ale to nie takie proste.
— Nie jest do tego potrzebny mag? — wtrąciła się Leliana. — Demony przecież nie przekraczają Zasłony same z siebie.
Ellen zmarszczyła czoło. To… nie brzmiało dobrze. Nawet powiedziałaby, że brzmiało beznadziejnie. Ale gdyby mogli się spodziewać wściekłego maga na dworze arla Eamona, Alistair by ich uprzedził. Znał to miejsce, prawda?
Alistair popatrzył na Lelianę bezradnie. To chyba tyle z odpowiedzi.
— Dwyn! Nie wierzę! — rozległ się zaskoczony głos sir Pertha.
Ellen powędrowała do niego wzrokiem – nieopodal stały trzy nowe postaci. Jedna krępa i niska, dwie pozostałe postury dębów. Krasnolud Dwyn i jego… przyjaciele. Uśmiechnęła się pod nosem, przełykając łaskoczącą pierś satysfakcję.
— Zapraszamy — rzuciła zaczepnie.
Dwyn posłał jej chmurne spojrzenie.
— Niech was szlag, ciebie i wszystkich Strażników — warknął, kręcąc głową. — Skłonni do samobójstwa szaleńcy.
— Ciebie też miło widzieć — odparła rozbawiona Leliana.
Ellen odetchnęła, skupiając wzrok na ciemniejącym niebie. Głosy otaczających ją osób stały się bardziej odległe, gdy obserwowała, jak noc wspinała się coraz wyżej, połykając ostatnie promienie słońca. Powietrze stało się dziwne. Inne. Nie tak pamiętała wieczory nad brzegiem jeziora, gdy lekka bryza otulała brzeg orzeźwiającą mgiełką. Teraz oddychała czymś ciężkim, lepkim. Zacisnęła usta.
Shegar zapiszczał. Zerknęła na niego, marszcząc czoło – chociaż jeżył sierść na grzbiecie, uszy tulił, jakby się bał. To nie wróżyło dobrze. Położyła dłoń na jego łbie, ale chyba nawet tego nie zauważył, czujnie zapatrzony w drogę wiodącą z mostu do zamku.
— Nadchodzą!
Nieco histeryczny głos rozerwał ciszę wzgórza, wywołując na plecach Ellen ciarki. Niewiele myśląc, chwyciła za sztylety, obracając się w stronę towarzyszy broni. Wszyscy wpatrywali się w szeroki kamienny most prowadzący do twierdzy.
Niczego tam nie było – poza kłębami dziwnej, zielonkawej mgły. Powietrze wypełnił duszący zapach zgnilizny, na swój sposób przypominający odór pomiotów. I coś jeszcze. Ellen nie umiała tego nazwać i nawet nie chciała. Skomlący Shegar stanął za jej nogami, poczuła, że przycisnął łeb do jej uda.
Z oddali dobiegły ich krzyki. Niektóre zatrwożone, niektóre bardziej stanowcze, jakby wydające polecenia – ale zniekształcone odległością. Pewnie milicja próbowała zagonić przerażonych ludzi do świątyni. Ellen nabrała głębokiego wdechu, nie przejmując się stającym w gardle powietrzem.
Leliana skoczyła do leżących nieopodal głazów i sprawnie się na nie wdrapała. W ręku ściskała strzałę z grotem owiniętym mokrą szmatą. Ellen zerknęła w tę stronę, ale kiedy jeden z rycerzy sir Pertha podbiegł tam z płonącą pochodnią, odwróciła wzrok. Nie chciała, żeby ją to oślepiło. Trzask ognia wypełnił ciszę.
Coś poruszyło się w półmroku. Wytoczyło się z mgły i jakby runęło w ich stronę, ledwo stawiając krzywe nogi. Ellen wciągnęła ze świstem powietrze, gwałtownie się cofając – nadepnęła na Shegara i prawie upadła. Jeden z rycerzy podtrzymał ją, zanim straciła równowagę. Shegar nawet nie zaskomlił.
— Na Stwórcę — wychrypiała.
Powietrze przecięła płonąca strzała i runęła w trawę – która buchnęła ogniem. Żywioł ukąsił gnijące ciało stwora, ale go nie zatrzymał. Smród stał się prawie nie do zniesienia, zaczął szczypać w oczy. Kolejne żywe trupy wyłoniły się z dymu, głucho rzężąc.
— Paskudztwo — stęknął Alistair.
— Do broni! Powstrzymamy to plugastwo! — ryknął sir Perth.
Rycerze odpowiedzieli zgodnym okrzykiem – jakby chcieli sobie dodać trochę otuchy, zanim zewrą się z tym… tym czymś w walce. Ellen przełknęła ślinę.
To nie były mroczne pomioty. Mimo to widok martwych ciał, poruszających się niezdarnie i gwałtownie, sparaliżował jej mięśnie. Niektórym trupom brakowało kończyn. Fragmentów twarzy. Z jam brzusznych wysypywały się wyschnięte wnętrzności.
Na oddech Stwórcy, właśnie dlatego Zakon palił zmarłych.
Nie miała pojęcia, ile żywych trupów wtoczyło się na wzgórze, wymachując zardzewiałą bronią. Skoczyła do walki, cięła w pierwsze gnijące ciało, które się jej nawinęło. Ostrze weszło gładko, dokładnie tak, jakby mordowała człowieka. Nie mogła oddychać, więc wstrzymywała powietrze. Charczenie zagłuszyło nawet trzask trawiących olej płomieni.
Widziała, jak jej towarzysze broni tłoczyli się tak, by odgrodzić drogę do wioski. Sama kilka razy zahaczyła ramieniem o kogoś innego – ciężkie płytowe zbroje, które mieli na sobie rycerze sir Pertha, zostawiły na jej ręku siniaki. Próbowała ignorować pulsowanie, ilekroć atakowała kolejnego trupa. I jeszcze jednego. I następnego. Jakby nigdy nie zamierzały się skończyć.
Ktoś wpadł na jej plecy i prawie posłał ją na kolana. Zaklęła paskudnie, nerwowo podpierając się ręką. Zobaczyła tylko nogę, z której wystawała połamana kość piszczelowa. Gdy zadarła głowę, błysnęła broń.
Buława ledwie musnęła napierśnik, podbita czyimś ostrzem. Ellen i tak straciła dech, boleśnie upadła na tyłek, podparła się łokciem. Nie było to specjalnie miękkie, ale nie twarde jak ziemia. Wstrząsana dreszczem obrzydzenia, zerwała się z ziemi.
Leżała na trupie. Nie ruszał się. Wyglądał tak samo jak podczas ataku – miał wyłupione oczy, więc nie dało się powiedzieć, czy zniknęło z nich życie. Coś oślizgłego załaskotało Ellen w gardło, miażdżąc je.
Na świecie naprawdę istniały takie potworności?
— Nic ci nie jest? — Dłoń zacisnęła się na jej posiniaczonym ramieniu.
Ellen jęknęła i wyrwała się spod chwytu. Podłapała zaniepokojone spojrzenie Alistaira, ale nawet nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Wyglądasz strasznie — dodał, chyba żeby przerwać milczenie.
— Żyję — wykrztusiła. — Dzięki.
Alistair skinął głową. Przez jego twarz przebiegł cień uśmiechu – i chwilę potem odwrócił się od niej. Jego miecz błysnął, przeszywając pierś najbliższego trupa.
Ledwo sobie radziła. Sam widok tych potworów łamał jej determinację. Co musieli przeżywać mieszkańcy Redcliffe przez cały ten czas? Serce zatłukło się dziko w piersi, pompując w żyły gniew.
— Dwyn! — ryknęła, ciosem głowicy pozbawiając trupa głowy. — Droga do wioski!
Skoczyła w tamtą stronę i dosłownie zerwała z jednego z rycerzy napierającego na niego stwora. Odtrąciła cielsko, posyłając je w skwierczący olej. Brodata morda krasnoluda mignęła jej wśród gnijącego mięsa.
— Leliano?!
Odpowiedziały jej strzały – przeszyły mrok nocy jedna za drugą, powalając kolejne trupy. Chwilę później Leliana z poślizgiem zatrzymała się przy Ellen i naciągnęła strzałę.
— Osłaniaj mnie — zażądała. — Musimy wiedzieć, ile ich zostało.
— Co ty…? — Leliana popatrzyła na nią spłoszona.
Ellen prześlizgnęła się pod jej napiętym ramieniem i, wyminąwszy płonącą pułapkę, pobiegła w górę drogi. Trupy były odrobinę za wolne, żeby zorientować się, że jedna z ich ofiar przedzierała się między nimi – a strzały Leliany trzymały je z dala. Ktoś chyba zawołał jej imię. Albo bardzo chciała, żeby tak było, sama nie wiedziała.
Zahamowała na szczycie drogi, u wejścia na most, i gwałtownym szarpnięciem przerzuciła przez balustradę najbliżej stojącego trupa. Jego bezwładne nogi zahaczyły o drugiego – dobiła go, ledwo dotknął plecami ziemi. Nabierając płytkiego wdechu, wbiła sztylet w czaszkę kolejnego. Nie widziała więcej. Może…
Krzyknęła, gdy tuż za nią rozległo się głuche rzężenie. Obróciła się – o kilka chwil za wolno. Zdezorientowana spojrzała na sterczący z brzucha trupa miecz. Ciało zwaliło się na ziemię u jej stóp, strącone mocnym ciosem tarczy. Alistair posłał jej pełne dezaprobaty spojrzenie, próbując rozluźnić napięte ramiona.
— Nie mogłaś wymyślić czegoś innego? — spytał poirytowany. — Ledwo zdążyłem.
Zająknęła się.
— Wydawało mi się, że to wszystkie — przyznała.
Nie wiedziała, dlaczego gardło zdławił jej wstyd. Może na to zasłużyła.
— Ten — wskazał zabitego przez siebie trupa — był ostatni.
— Myślisz, że to koniec? — Obejrzała się na zasnuty dziwną mgłą most. — Udało nam się to… powstrzymać?
— Nie wiem. I zmieniasz temat — wytknął. — Wracajmy, Leliana się pewnie martwi.
Skinęła głową. Nogi nadal pod nią drżały. Teraz, kiedy większość trupów wróciła do martwych, oddychało się nieco lżej.
— Shegar? — Spojrzała na Alistaira czujnie.
— Nic mu nie jest. — Uśmiechnął się lekko. — Jest mądrzejszy od ciebie.
Prychnęła.
— To na pewno.
Na wzgórzu panował spokój. Rycerze kręcili się pod młynem, spoglądając w stronę ciemnego zamku, ale nic już nie nadciągnęło. Dwyn siedział razem ze swoimi towarzyszami, mruczeli coś cicho, łypiąc na pozostałych. Leliana tkwiła jak słup na środku drogi, tuż za pułapką, i na ich widok bezradnie rozłożyła ręce.
— Nie róbcie tak więcej!
Siedzący przy jej nodze Shegar zaskomlił z wyrzutem. Ellen uciszyła go, delikatnie tarmosząc jego ucho.
— To chyba wszystkie — stwierdziła. — Zabiliśmy to, co się ruszało.
— Mniej czy więcej się ruszało — doprecyzował Alistair. — Powinni poświęcać na żywe trupy więcej zajęć u templariuszy. Nikt nie wspominał, że tak cuchną.
— Czego się spodziewałeś? — Leliana popatrzyła na niego z niedowierzaniem, ale też odrobiną rozbawienia. — Są martwe.
— Martwym można być od niedawna albo dawna — wtrąciła Ellen. — Demony chyba lubią te najbardziej martwe.
— Bardziej martwe niż martwe — zgodził się Alistair.
— Na oddech Stwórcy, posłuchajcie siebie. — Leliana pokręciła głową. — Jeśli szczęście nam dopisze, to już koniec kłopotów.
— Potwory nacierają od strony jeziora! — rozległ się histeryczny krzyk.
Ellen mimowolnie się skrzywiła.
— Zapeszyłaś — mruknęła, przenosząc wzrok na drogę prowadzącą do wioski.
Na wzgórzu zatrzymał się zdyszany milicjant. Jego lekka zbroja zbryzgana była krwią – której żywe trupy przecież nie miały. Serce znów zatrzepotało w piersi Ellen.
— Atakują barykady! Potrzebujemy pomocy! — zawył.
— Idziemy — zdecydowała, zanim w ogóle się zastanowiła. — Wy! — Wycelowała palcem w sir Pertha i jego rycerzy. — Zostańcie tutaj i strzeżcie ścieżki!
Sir Perth skinął głową. Tyle wystarczało.
— No, dalej! Musimy się pośpieszyć! — zawołał milicjant, machając na nich ręką.
Droga ze wzgórza wydawała się dwukrotnie dłuższa niż wtedy, kiedy się na nie wspinali. Ellen czuła, że nabierała prędkości, nad którą nie panowała – zbocze ciągnęło ją do podnóża, zmuszając do przyśpieszania z każdym stawianym krokiem.
Wpadła na plac przed świątynią i zahamowała tak gwałtownie, że szarpnęło ją na kolana. Nawet nie poczuła bólu przeszywającego nogi, gdy skóra zdarła się na kamieniach. Widziała tylko chaos, w którym tonęło Redcliffe.
Milicja walczyła – a powyginane, koślawe cielska wynurzały się z ciemności, bez przerwy atakując. Napierały, spychały zmęczonych mężczyzn, deptały po barykadach i swoich poległych towarzyszach. Maszerowały przed siebie, jakby nie widziały celu, jakby zamierzały zmieść wszystko z drogi. Krzyki mieszały się z rzężeniem, tworząc ogłuszającą, otępiającą kakofonię.
Nie wiedziała, w którym momencie stanęła o własnych siłach. Kiedy wpadła między walczących, biorąc na ramię cios szponiastą łapą. Usłyszała zgrzytające na zbroi pazury i na odlew odwinęła się sztyletem. Mlasnęło, coś obrzydliwego zalało jej dłoń. Pchała dalej, aż przewaliła ciało i zmiażdżyła jego żebra butem. Jeszcze jeden krok. Chrupnęła czaszka. Ellen przełknęła mdłości.
Nie było czasu – i to wydawało się błogosławieństwem. Nie miała pojęcia, kiedy oddychała. Rzuciła się dalej, nadziewając na sztylety kolejne ciała, unieruchamiając je, otwierając pole do wykończenia dla innych. Prześlizgiwała się wśród trupów, depcząc po tych, które runęły z powrotem martwe. Trzask łamanych kości przestał się wyróżniać na tle krzyków. Przywykła. Jakimś cudem.
Potworów nie ubywało. Ellen czuła zmęczenie – wpełzało pod skórę, szarpało mięśniami, oszukiwało kroki, sprawiając, że się potykała. Jeszcze tylko jeden. Jeszcze jeden więcej trup. Nie mogła przestać. Wokół widziała wiele osób, wiele obcych twarzy, ale wydawało jej się, że było ich coraz mniej. Z każdą chwilą jakby tonęli wśród martwych, cuchnących ciał. Jeszcze jeden trup. I jeszcze jeden.
Wpadła na kogoś plecami, obróciła się gwałtownie i na oślep dźgnęła tam, gdzie dostrzegła przegniłą rękę. Jej spojrzenie skrzyżowało się z pełnymi przerażenia oczami burmistrza Murdocka – a jej twarz zalała krew.
Ellen zdrętwiała. Patrzyła, jak mężczyzna, dławiąc się bulgoczącą w ustach krwią, osuwał się na kolana. Nie spuścił z niej wzroku, jakby jeszcze wierzył w ratunek. Że mogła coś zrobić. Że mogła temu zapobiec. Runął bezwładnie w rozdeptaną ziemię. I nikt poza nią go nie zauważył.
Stojący nad burmistrzem Murdockiem trup poruszył zakrwawionymi szponami, jego przegniłe nozdrza zadrgały, jakby próbował zwietrzyć kolejną ofiarę. Ellen cofnęła się, przełykając miażdżący krtań krzyk. Potknęła się, poleciała na plecy, boleśnie stłukła sobie łokieć. Ślepia trupa natrafiły na nią, ale Ellen ześlizgnęła się wzrokiem ku ziemi. Na nieruchomego, wytrzeszczającego oczy Lloyda.
Stwórco jedyny.
Zabiła go. Posłała go na pewną śmierć. Tak po prostu. To nie tak miało wyglądać. Nie miało być tyle krwi. Znowu.
Ramię jakby samo się poderwało, blokując cios ciężkiej buławy. Ellen zogniskowała spojrzenie na rzężącym trupie. Prawie nie widziała przez łzy. Odór zgnilizny zdawał się wgryzać już nie tylko w nozdrza, ale też w gardło, pierś i płuca. Odetchnęła nim głęboko, odpychając się od błota.
Impetem przewaliła żywego trupa, jednym dźgnięciem roztrzaskała jego czaszkę. Skoczyła dalej, wbiła ostrza w plecy i szarpnęła tak mocno, że bezwładne cielsko zmiotło kilka kolejnych. Sapnęła – ramiona zapiekły, jakby nadwyrężyła wszystkie mięśnie. Trudno. Nieważne. Musiała je zabić.
Przedzierała się przez napierające trupy, roztrącała je i dźgała, dźgała wściekle, bez opamiętania, już prawie nie uskakując przed ciosami. Nie każdy z nich miał broń. Pazury rysowały zbroję, ale nie mogły jej przebić. Nie musiała się tym przejmować. Musiała zabić ich więcej. Jeszcze więcej. Aż nie zostanie żaden.
Gdy nagle ścisk zniknął, tak po prostu straciła równowagę. Potykając się na jednym z pokonanych stworów, runęła na kolana. Sztylety wysunęły się ze zdrętwiałych rąk i nawet nie miała siły po nie sięgnąć. Coś jej nie pasowało. Coś…
Cisza. Nie słyszała niczego.
Potoczyła wokół błędnym spojrzeniem. Widziała ludzi, rannych i takich, którym niewiele się stało. Widziała pochylających się nad poległymi i rzucających potwory w jedną stertę. Widziała nocne niebo, zarysy ciemnych budynków, widziała spokój.
I mnóstwo krwi.
— Jesteś.
Drgnęła. Wykręciła szyję, by spojrzeć za siebie – na zdyszanego Alistaira. Wsunął miecz do osłony i podszedł bliżej, na lekko ugiętych kolanach. Chyba powinna wstać.
— Murdock nie żyje — wychrypiała.
Alistair przesunął spojrzeniem po morzu trupów. Na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka – ale bez słowa podał Ellen rękę.
Nie umiała jej chwycić. Opuściła głowę, pozwalając, by poczucie winy wgniotło ją w rozdeptaną glebę.
— Ellen — mruknął Alistair.
— Murdock nie żyje — powtórzyła. — Lloyd też.
— Wielu nie żyje.
Zadrżała.
Właśnie. Wielu nie żyło. Jak bohaterowie z legend sobie radzili? Jak wielcy ludzie historii ratowali świat? Jak mogli ochronić Ferelden przed Plagą, jeśli nie umieli pomóc niewielkiej wiosce?
— Wielu też przeżyło — dodał Alistair, odnajdując jej dłoń.
Zająknęła się. Jej spojrzenie wróciło do chodzących w ciszy mężczyzn. Do obcych, nierozpoznawalnych dla niej sylwetek.
Oni żyli.
— Wstawaj, Ellen — westchnął i pociągnął ją w górę. — To chyba koniec.
Pozwoliła się podtrzymać i postawić na nogach, chociaż w ogóle im nie ufała. Bezmyślnie pokiwała głową. Nie dostrzegała kolejnych trupów. Może już nie przyjdą. Może zaspokoiły dzisiejszą żądzę mordu.
— Leliana czeka przy świątyni. Razem z Shegarem — stwierdził. — Musimy trochę odpocząć. Źle wyglądasz.
— Dzięki — odpowiedziała machinalnie, bezbarwnym głosem. — A jeśli wrócą?
— Wtedy my też wrócimy. — Wzruszył ramionami, ciągnąc ją w odpowiednią stronę. — Będziemy blisko. Ale trzeba odpocząć.
Nie odpowiedziała. Chyba miał rację. Nie czuła rąk ani nóg. Dziwnie się szło, prawie nie panując nad własnym ciałem. Przynajmniej oddech zaczął się jej wyrównywać.
— Zostały cztery godziny do świtu — odezwała się Leliana.
Rzeczywiście stała przy świątyni. Obok niej siedział Shegar – zupełnie spokojny, trochę tylko potargany, dość brudny. Na widok Ellen rozdziawił paszczę, pozwalając sobie na głośne, zadowolone dyszenie. Jego świat był tak prosty.
— Cztery? Sam nie wiem, czy to dużo, czy mało — westchnął Alistair.
— Myślisz, że zaatakują? — Ellen prześlizgnęła się spojrzeniem z niego na Lelianę.
— Oby nie — mruknęła Leliana. — Wszystkim przyda się odrobina snu. Rano będzie trzeba podliczyć straty.
Ellen odwróciła wzrok.
— Chodźmy. — Alistair wyminął je, sięgając do ciężkich wrót świątyni. — Marnujemy czas na sen. Ktoś na pewno nas zawoła, gdyby coś się działo.
Leliana przytaknęła pomrukiem i weszła zaraz za nim. Ellen zawahała się – raz jeszcze obejrzała się przez ramię na ciche, opustoszałe Redcliffe. Na środku placu rosła coraz większa sterta trupów. Nie mogła oderwać od niej wzroku, dopóki jeden z milicjantów w milczeniu nie rzucił na nią pochodni. Płomienie trzasnęły najpierw nieśmiało, ale gdy wgryzły się w stary materiał, gwałtownie strzeliły w niebo.
Powietrze wypełniło się duszącym smrodem palonego ciała. Po raz pierwszy w życiu Ellen skojarzyła ten odór ze zwycięstwem.

***

Ellen nie wiedziała, co wyrwało ją ze snu. Może kolejny koszmar, którego nawet nie pamiętała, kiedy otworzyła oczy. Zesztywniała zapatrzyła się w sklepienie świątyni, czując, jak ból rozchodził się zimną falą po wszystkich mięśniach. Prawie nie oddychała.
— Obudziłaś się?
Na dźwięk znajomego głosu dźwignęła się na łokciu – nie powstrzymała zduszonego jęku, który wyrwał jej się z piersi. Śpiąca kawałek dalej kobieta z niezadowolonym pomrukiem obróciła się na drugi bok.
— Uważaj. — Leliana pomogła jej usiąść, z niepokojem marszcząc czoło. — Jesteś ranna? Dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Nie — wymamrotała. — Tylko się potłukłam.
Leliana przez chwilę wpatrywała się w jej rękę, zanim cofnęła dłonie. Powoli jej twarz rozjaśnił nieco zmęczony uśmiech.
— Alistair jest z bannem Teaganem. Prosił, żebym ci powiedziała, kiedy się obudzisz — stwierdziła pogodnym głosem.
Ellen przymrużyła oczy.
— Z bannem? — powtórzyła. — A… a walka?
— Już świt, Ellen. — Wzruszyła ramionami, uśmiechając się jakby nieco szerzej. — Trupy nie wróciły.
Pierś Ellen wypełniła ulga – przyjemna, ale dławiąca gardło. Musiała zamrugać, bojąc się, że Leliana mogłaby zobaczyć stające jej w oczach łzy. Nie poczuła jednak pieczenia. Był już tylko martwy spokój.
— To dobrze — westchnęła. — Dlaczego Alistair mnie nie obudził?
— Nie chciał. Z troski pewnie. — Leliana machnęła ręką. — Wziął ze sobą Shegara. Jemu też nie podobał się pomysł zrywania cię ze snu.
Ellen powoli skinęła głową. Jej spojrzenie ześlizgnęło się z Leliany na długą nawę świątyni – widziała śpiących pod ścianami ludzi. Sylwetki rozmazywały się wśród snopów światła wpadającego przez witrażowe okna. Kolorowe plamki tańczyły na kamieniach, radośnie migocząc. Było coś kojącego w tym miejscu. Jakby tylko tutaj dało się schować przed okropieństwami świata.
— Może pójdziemy? — Leliana nieco się pochyliła, podchwytując wzrok Ellen. — Alistair chciał, żebyśmy do nich dołączyły.
— Pewnie. — Podparła się zdrową ręką i wstała na drżących nogach. — Dokąd?
— Chyba przy ambonie ołtarzowej.
Ellen ruszyła przodem, ostrożnie stawiając stopy, żeby echo jej kroków nikogo nie obudziło. Leliana przemieszczała się jak cień i gdyby nie to, że Ellen widziała ją kątem oka, mogłaby pomyśleć, że została w tyle.
Pierwszego zauważyła Alistaira. Stał do niej plecami, ale od razu rozpoznała jego rozczochraną czuprynę. Bann Teagan mówił do niego ściszonym głosem, jego poszarzała twarz ściągnęła się w zmartwieniu. Źle spał tej nocy, Ellen zauważyła brzydkie cienie pod jego oczami. Nawet strój miał wymięty, zupełnie nie jak szlachcic.
— Dobrze widzieć was w zdrowiu, moje panie — odezwał się nieco głośniej, kiedy zbliżyły się w zasięg słuchu.
Ellen nie zdołała odpowiedzieć nawet uśmiechem.
— Ciebie również, bannie Teaganie — mruknęła Leliana.
Alistair obejrzał się nieco spłoszony, ale na widok Ellen odetchnął. Cofnął się pół kroku, robiąc dla nich miejsce.
— Sytuacja nie wygląda najgorzej — stwierdził. — W wiosce ponieśliśmy największe straty, spora część milicji zginęła. Ale na wzgórzu nie mamy żadnych poległych.
Żołądek nieprzyjemnie się zacisnął, kiedy Ellen na siłę przełknęła ślinę. Nie wiedziała, jak się czuła z tym, że Alistair próbował ją pocieszać. Że usiłował obrócić tragedię w zwycięstwo, żeby poczuła się lepiej.
— Nikt nie spodziewał się, że trupy nadciągną od strony jeziora — westchnął bann Teagan. — Do tej pory… — Pokręcił głową. — Zrobiliśmy tyle, ile się dało. Bez was ta noc wyglądałaby o wiele gorzej.
— Może.
Ellen prawie nie poznała swojego ochrypłego głosu. Poczuła pod dłonią zimny nos i, drgnąwszy lekko, natychmiast zacisnęła palce na grubej skórze na karku Shegara. Dobrze, że tu był. Jak zawsze zresztą.
— Nie obwiniaj się, pani. — Bann Teagan uśmiechnął się do niej ze zmęczeniem. — Byliśmy przygotowani na straty. Na wojnie zawsze giną niewinni.
Nie powinni.
Tylko to kołatało się po głowie Ellen. Wpatrywała się w banna Teagana i wiedziała, że całe jej ciało wyrażało bunt. Nie umiała nad tym zapanować.
— Co teraz, Teaganie? — odezwał się Alistair.
Kiedy spojrzenie banna się z niej ześlizgnęło, nabrała głębszego wdechu. Poczuła na ramieniu ciepłą dłoń – zerknęła na łagodnie uśmiechniętą Lelianę. Powinna chyba uwolnić się od tego uścisku. Zrobić coś. Zamiast tego uciekła wzrokiem w bok.
— Należy wyjść do ludzi — stwierdził bann Teagan. — Ogłosić dobre wieści.
Poklepał Alistaira po plecach i pomaszerował do wyjścia z nawy. Jego pewne kroki rezonowały głucho wśród murów, roztrzaskując aksamitną powłokę bezpieczeństwa. Rzeczywistość wracała nawet tutaj.
— W drogę — rzuciła Leliana.
Wielkie wrota świątyni zbliżyły się odrobinę za szybko. Ellen nie była gotowa na konfrontację z mieszkańcami Redcliffe. Na ujrzenie ich zawodu, rozpaczy, bezradności. Stracili tej nocy tak wiele. Czy w ogóle kiedykolwiek by się na to przygotowała?
Ktoś popchnął ją w plecy, kiedy bann Teagan przekroczył świątynny próg, i poszła przed siebie jak bezwolna kukiełka.
Jasność panująca na dworze nieco ją oślepiła – a w następnej chwili ogłuszył ją gromki okrzyk z dziesiątek gardeł. Zamrugała szybko, ogniskując spojrzenie na zebranym przed nimi tłumie. Na zmęczonych, pobladłych twarzach, które mimo wszystko jaśniały radością i… jakby nadzieją? Wpatrywali się w banna Teagana, jak gdyby to sam Stwórca zstąpił między nich.
I na nią też patrzyli. Na Alistaira, na Lelianę, na wszystkich, którzy zatrzymali się obok banna Teagana. Ellen zauważyła, że sir Perth skinął jej głową.
— Nadszedł świt, a my nadal żyjemy! — zawołał bann Teagan. — Zwyciężyliśmy!
Tłum zakrzyknął razem z nim, ich głos poniósł się po tafli Jeziora Kalenhad. Ellen nie zdziwiłaby się, gdyby sięgnął drugiego brzegu.
— Choć za zwycięstwo przyszło nam słono zapłacić, musimy pamiętać, że nie byłoby nas tutaj, gdyby nie bohaterstwo tych zacnych ludzi, którzy stoją u mego boku — oznajmił bann Teagan, gestem wskazując ich niewielką grupkę.
Więcej spojrzeń skupiło się na Ellen, aż przestała oddychać. Coś ścisnęło jej ręce i nogi, napięło mięśnie. Może ciężar odpowiedzialności. Starała się zajrzeć każdemu z zebranych w oczy – i nie widziała tam wyrzutu. Nie widziała nienawiści.
— Dziękuję wam, Strażnicy. Zaprawdę, Stwórca spojrzał na nas życzliwym okiem, zsyłając nam was w najczarniejszej godzinie — dodał bann Teagan, szeroko rozłożywszy ramiona, jakby chciał całą ich trójkę objąć.
Ellen zająknęła się. Miała wrażenie, że osuwała się w bezdenną przepaść. Co się robiło w takich sytuacjach? Co się mówiło? Nigdy nie musiała… być kimś. W Wysokożu wystarczyło stać i ładnie wyglądać, czasami się uśmiechnąć.
Ale Ellen z Wysokoża już nie było.
Nabrała wdechu, rozluźniając ramiona.
— Cieszymy się, że mogliśmy pomóc w obronie wioski — stwierdziła mocnym, pewnym głosem, pozwalając, by jej słowa poniosły się nad tłumem.
— Pochylmy więc głowy i oddajmy cześć tym, którzy stracili życie w obronie Redcliffe — odezwała się Wielebna Matka Hannah, splatając dłonie do modlitwy.
Zapadła cisza. Dzwoniąca w uszach i miażdżąca.
— Murdocku z Redcliffe, burmistrzu i ukochany ojcze: oddajemy ci cześć — wychrypiał bann Teagan.
— Wraz z tyloma innymi oddaliście tu życie, kroczcie ze swym Stwórcą — ciągnęła Wielebna Matka Hannah. — Zaznajcie spokoju i jego miłości.
Ellen poruszyła językiem, próbując pozbyć się nieprzyjemnego posmaku z ust. Czuła się dziwnie, słuchając modlitwy. Jakby nie była jej godna. Stwórcy to raczej nie obchodziło, dawno temu zostawił swoje dzieci na pastwę losu. Miała wrażenie, że Wielebna Matka Hannah zwyczajnie kłamała.
— Jeśli Stwórca okaże się łaskawy, zadany dziś przez nas cios wystarczy, bym mógł dostać się do zamku i odnaleźć waszego arla — zabrał głos bann Teagan. — Strzeżcie się i wypatrujcie znaków kolejnego ataku. Wrócę, gdy tylko będzie to możliwe.
Odpowiedział mu pomruk pełen ponurej aprobaty. Ludzie zaczęli się rozchodzić, tłum łamał się, pojedyncze osoby maszerowały w swoje strony. Ellen śledziła ich spojrzeniem, pozwalając, by dławiący niepokój wrócił do jej piersi.
To przecież nie była ostatnia noc koszmaru. Jeśli czegoś nie zrobią, tej nocy stanie się to samo. Żywe trupy znów spróbują zabić wszystkich pozostałych przy życiu. I tak aż do dnia, kiedy zabraknie ofiar – lub kiedy ktoś wreszcie przerwie to szaleństwo.
— Dobrze, nie mamy chwili do stracenia. — Bann Teagan odwrócił się do nich, wzrok jednak wbił w Alistaira. — Spotkajmy się obok młyna. Tam będziemy mogli kontynuować naszą rozmowę.
Alistair skinął głową.
Śledząc wzrokiem maszerującego przez Redcliffe banna Teagana, Ellen nie potrafiła pozbyć się męczącej suchości z ust. Coś oślizgłego i zimnego zacisnęło się na jej piersi – sama już nie wiedziała, czy to był strach, czy coś zupełnie innego.
Kiedy Alistair ruszył, poszła za nim. Potężny kształt rysującego się na wzgórzu młyna przypominał ponure ostrzeżenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz