środa, 23 stycznia 2013

Rozdział 1.3 - Rodzinna pułapka

Wiadomość dla brata była ważna. Cholernie ważna.
Ellen jęknęła cicho i znowu wychyliła się zza rogu, z przerażeniem spoglądając na matkę stojącą w towarzystwie szlachciców. Niewiarygodne, zdążyła powtórzyć całą historię rodu, a oni dalej plotkowali! Największym problemem było to, że znajdował się tam młodzieniec – którego imienia nie przypomniałaby sobie za żadne skarby – najpewniej nadal jeszcze pozbawiony żony. Wiązało się to z wieloma utrudnieniami.
— Och, Shegarku, czemu akurat tu muszą stać? — spytała szeptem.
Pies nastawił ucho i czujnie przekrzywił łeb. Ellen potarmosiła go przyjaźnie za kark i westchnęła cicho.
— Chyba lepiej, żebyś ich nie rozganiał. Matka się nie przestraszy, a ta kobieta narobi zamieszania. Cóż, trzeba zachować się jak godny wojownik. — Uśmiechnęła się krzywo. — Idziemy! — zdecydowała raźnie i odsunęła się od ściany.
Przeszła zaledwie kilka metrów, zanim bystry wzrok matki wypatrzył ją w półmroku nadchodzącego zmierzchu. Na jej sędziwym obliczu pojawił się urokliwy uśmiech.
— A oto i moja cudowna córka — ucieszyła się Eleonora, jej jasnozielone oczy rozbłysły entuzjastycznie. — Z obecności twego uciążliwego ogara wnoszę, że sytuacja w kuchni wróciła do normy. — Spojrzała na merdającego ogonem Shegara.
Ellen ponuro zerknęła na stojącą naprzeciw niej kobietę, zastanawiając się, czy ją znała. Miała szpakowaty nos i ciemnosiwe włosy sięgające ramion, brązowe oczy wpatrywały się w nią uważnie. Tak, już się na pewno spotkały, tak samo jak z tym młodzieńcem o orzechowych włosach. Był dość mocno zbudowany, z grubą szyją i… dużymi policzkami.
Ellen przyjrzała się stojącej nieopodal służce. Jej drobna sylwetka wyraźnie wskazywała na elfkę, jasne blond włosy sięgały łopatek, zielone oczy przyglądały się każdemu z osobna.
— Głowa Niani eksplodowała, a Shegar pożarł kuchenną służbę — mruknęła Ellen.
— Cóż, przynajmniej on jeden zjadł porządny obiad — podsumowała z uśmiechem Eleonora i przyjrzała się z ciepłym błyskiem w oczach radosnemu psu.
Shegar szczeknął entuzjastycznie.
— Być może twój ogar zostawił coś, czym będę mogła nakarmić gości. Kochanie, pamiętasz panią Landrę? — spytała Eleonora. — Żonę banna Lorena?
Ellen przyjrzała się jej i od razu pomyślała, że wyglądała jak wiedźma.
— Wydaje mi się, że ostatnio spotkałyśmy się na wiosennym przyjęciu u twojej matki — podsunęła pani Landra.
Dopiero wtedy Ellen sobie to przypomniała.
— Oczywiście. Dobrze móc cię znów widzieć, moja pani — przywitała się grzecznie.
— Jesteś zanadto uprzejma, droga dziewczyno — stwierdziła zakłopotana i uśmiechnęła się nerwowo. — Czy nie spędziłam połowy przyjęcia, próbując przekonać cię, byś wyszła za mojego syna?
Ellen poczuła potrzebę powiedzenia „tak, próbowałaś.
— I to niezbyt skutecznie, jeśli mogę dodać — odezwał się niskim głosem młodzieniec.
 — Pamiętasz mojego syna, Dairrena? — podjęła Landra. — On też nie założył jeszcze rodziny.
— Nie słuchaj jej — wtrącił się.
Ellen spojrzała na niego zaskoczona.
— Dobrze móc cię widzieć, moja pani. Jak zwykle wyglądasz olśniewająco. — Ukłonił się uprzejmie.
Ellen odetchnęła w duchu – nie ujął jej dłoni, by ją pocałować.
— Pochlebca — mruknęła.
— A oto moja dwórka, Iona. Powiedz coś, moja droga — zwróciła się do elfki Landra.
— To dla mnie ogromna przyjemność, moja pani — stwierdziła, rozciągając zmysłowe usta w uroczym uśmiechu. — Jesteś tak piękna, jak opisuje twoja matka.
— Można by sądzić, że zamiast utrudniać, powinno to ułatwić znalezienie dla niej pary — westchnęła Eleonora, patrząc na córkę znacząco.
Ellen przymrużyła oczy z łobuzerskim uśmiechem i ani mrugnęła.
— Być może Ellen ma po prostu swoje zdanie, jaśnie pani — zauważył Dairren. — Powinnaś być z niej dumna.
— Duma nie da mi więcej wnucząt — żachnęła się Eleonora.
— Poradzę sobie ze swoimi sprawami. Dziękuję — oznajmiła Ellen.
— Wszystko wskazuje na to, że jest wprost przeciwnie.
Ellen posłała jej gniewne spojrzenie, gotowa ciągnąć spór – spór nigdy się nie kończący, bo temat wracał przy okazji prawie każdego wspólnego posiłku – ale ich rozmowę przerwała Landra. Odchrząknęła cicho, zwracając na siebie uwagę, i uśmiechnęła się lekko.
— Sądzę, moje drogie, że powinnam udać się teraz na spoczynek — oznajmiła. — Dairrenie, z tobą oraz Ioną zobaczymy się po kolacji — zastrzegła.
Dairren skinął głową.
— Być może udamy się do biblioteki — stwierdził po chwili namysłu, ujął przegub dwórki i poprowadził ją za sobą.
Landra ukłoniła się przed Ellen i jej matką.
— Dobry wieczór, jaśnie panie — pożegnała się i odeszła do komnat gościnnych.
Zostały same w cieniu rzucanym przez wysokie mury rezydencji. Ellen posłała Shegarowi rozbawione spojrzenie, zauważywszy, że rozciągnął się jak długi, głośno dysząc z gorąca. Ellen musiała przyznać, że na wieczór zrobiło się nieprzyjemnie parno.
— Powinnaś pożegnać się z Fergusem, póki masz ku temu okazję — odezwała się Eleonora, przerywając dzwoniącą w uszach ciszę.
Ellen wydęła usta. Puściła słowa matki mimo uszu, wiedząc, że powinna iść – mimo to nie ruszyła śladami pani Landry. Jeśli teraz odejdzie, nie uda jej się porozmawiać z nią aż do kolacji, a może dłużej. Nie zamierzała marnować tej okazji.
— Wiedziałaś, że jest tutaj członek Szarej Straży? — spytała.
— Tak, twój ojciec o tym wspominał — przyznała i skinęła głową.
Ellen dostrzegła cień troski w jej oczach.
— Chyba nie wbiłaś sobie do głowy, by się do nich przyłączyć? — zaniepokoiła się od razu, zanim nawet Ellen zdołała się oburzyć, że była jedyną, która niczego nie wiedziała o planowanej wizycie.
Nieco zaskoczona pytaniem matki, milczała trochę dłużej, niż zamierzała. Niby odmówiła, ale teraz, kiedy miała okazję na spokojnie się zastanowić, sama już nie wiedziała, czy postąpiła słusznie. Jeśli samodzielnie nie wyrwie się z Wysokoża, prędzej czy później ugrzęźnie wśród nudnej szlachty do końca życia. Szara Straż mogła być jej ratunkiem.
W głębi serca po prostu się bała. Chciała zmian, wydawało jej się, że starczyłoby jej sił na dokonanie ich, ale kiedy znalazły się na wyciągnięcie ręki, zwątpiła. To głupie.
— Ojciec by na to nie pozwolił — wymigała się i niedbale wzruszyła ramionami.
— Ja też — zauważyła Eleonora.
Ellen uśmiechnęła się pod nosem. Któż mógłby zapomnieć o upartej matce, która zawsze robiła wszystko tak, by było dobrze? Ciekawe, kiedy uwolni się spod opiekuńczych skrzydeł? Jak znajdzie sobie męża, szepnął złośliwy głosik z tyłu głowy.
— I zdaję sobie sprawę, że nie odpowiedziałaś na moje pytanie — dodała Eleonora. — Tutaj, na zamku, znajdziesz wystarczająco dużo do zrobienia. Nie musisz wystawiać się na niebezpieczeństwo jak twój brat.
— Dlaczego nie mogę wyruszyć razem z ojcem i Fergusem? — spytała znienacka.
Wiedziała, że decyzja została podjęta, ale nie zamierzała poddać się tak łatwo. Może i była kobietą, może i należało ją chronić trochę bardziej niż jej starszego brata, ale – na Stwórcę – bez przesady. Przecież nie nadziałaby się na własny sztylet, ledwo opuściwszy bezpieczne mury Wysokoża!
— Wiem, że trudno ci zostać i patrzeć, jak inni odjeżdżają, ale każdy z nas musi przede wszystkim robić to, co do niego należy — przypomniała Eleonora. — Rozumiesz, co mam na myśli, prawda?
— A co, jeśli beze mnie zawiodą? — jęknęła.
— To leży teraz w rękach Stwórcy, a my musimy radzić sobie najlepiej, jak możemy — przyznała z niechęcią.
— Mam co do tego wszystkiego złe przeczucia — wyznała, wbijając wzrok w stopy.
Gdyby była z nimi, mogłaby pomóc. A tak? Będzie siedziała na tyłku, obrastała w tłuszcz i modliła się, żeby rodzina znów znalazła się w komplecie. Bez sensu.
Eleonora westchnęła, położyła dłoń na jej ramieniu i czule zacisnęła palce.
— Ja również — przyznała. — Twój ojciec i brat wyruszają Stwórca wie gdzie. Żadne zapewnienia nie przynoszą mi otuchy. Ale nic by to nie dało, gdybyśmy chwyciły za broń i pojechały za nimi. Fergus i twój ojciec mają swoje obowiązki, a my swoje.
Ellen westchnęła ciężej nawet niż Eleonora.
— Planujesz zostać na zamku?
— Przez kilka dni. Później udam się z panią Landrą do jej majątku i dotrzymam jej przez jakiś czas towarzystwa. — Przekrzywiła głowę, zauważywszy niedowierzanie na twarzy Ellen. — Twój ojciec uważa, że moja obecność tutaj może nadszarpnąć twój autorytet.
— Myślę, że nie powinnaś wyjeżdżać — mruknęła zasępiona.
Jak to będzie, kiedy wszyscy odejdą? Zostanie sama w posiadłości z Shegarem, wrzeszczącą Nianią, zabieganym sir Gilmorem i kilkoma gwardzistami? To się nie mogło udać. I to się na pewno nie uda.
— Nie zamartwiaj się, moja droga — upomniała ją matka. — Niedługo wrócę.
— Powinnam już iść. — Ellen wzruszyła ramionami.
Ściśnięte serce nie pozwalało dłużej prowadzić rozmowy – miała ochotę pójść do swojej komnaty i zostać w niej do rana, jak obrażone dziecko. Nie zamierzała się przyznać, ale czuła się zraniona, prawie zdradzona. Dlaczego wszyscy ją zostawiali, kiedy akurat potrzebowałaby ich pomocy? Nie wierzyła, żeby aż tak jej ufali.
— Kocham cię, moja droga dziewczynko — szepnęła Eleonora. — Wiesz o tym, prawda?
Ellen uśmiechnęła się krzywo.
— Ja też cię kocham.
— A więc ruszaj i rób, co do ciebie należy. Wkrótce się zobaczymy. — Eleonora skierowała się na główną drogę.
Ellen westchnęła, cmoknęła na Shegara i ruszyła, mijając doniczki z kwiatami. Jeden ze strażników powitał ją, więc skinęła mu głową. Nie miała już daleko do ich prywatnych komnat – minąwszy kolejny zakręt, stanęła przed poszukiwanymi drzwiami. Raźno przekroczyła próg, przytrzymując deski, żeby przejście nie zamknęło się na wślizgującym się do środka Shegarze.
Obojętnie minęła komnaty gościnne, przechodząc do kolejnego pokoju. Ten korytarz był szerszy oraz dłuższy, w ścianach znajdowało się więcej drzwi. Ellen przesunęła spojrzeniem po doskonale znanych portretach rodziny – dawniej musiała umieć wymienić ich wszystkich z imienia, teraz nawet połowy nie pamiętała – i skręciła do własnej komnaty.
Nie mogła wpuścić ubrudzonego po walce ze szczurami Shegara do pokoju Fergusa. Jego żona prawdopodobnie zasłabłaby ze zgrozy, że jej syn ryzykowałby pogłaskaniem brudnej sierści. Ellen wywróciła oczami, przypominając sobie jej natrętny, ciut piskliwy głos, i przepuściła Shegara przodem. Wystarczyłoby go trochę przeszorować, powinna mieć jeszcze trochę wody w balii.
Shegar nie był zachwycony pomysłem Ellen, ale zniósł go z godną podziwu pokorą. Dziewczyna poświęciła na to ładnych kilkanaście minut – przynajmniej pod koniec nikt nie mógłby zarzucić Shegarowi nieodpowiedniego wyglądu. Przygładziła zmierzwioną w kilku miejscach sierść ogara, podrapała go za uchem i zawróciła do wyjścia. Shegar na wszelki wypadek raz jeszcze się otrzepał, zanim do niej dołączył.
Fergus, tak jak przewidywała, znajdował się w swojej komnacie w towarzystwie żony i syna. Kiedy Ellen przekroczyła próg, właśnie się żegnali. W oczach Oriany dostrzegła łzy, za to Oren wyglądał na podekscytowanego. Ellen zdecydowanie wolała towarzystwo bratanka niż bratowej. Cicho zamknęła za sobą drzwi, starając się nie przeszkodzić w rozmowie.
— Naprawdę będzie wojna, papo? — dopytywał Oren, wpatrując się w Fergusa niczym w obraz. — Przywieziesz mi miecza?
— Mówi się „miecz”, Orenie — upomniał go Fergus, klękając przed synem. — I tak dostaniesz największy, jaki uda mi się znaleźć. Przyrzekam. Wrócę, nim się obejrzysz.
— Chciałabym wierzyć, że zwycięstwo jest tak pewne — westchnęła Oriana. — Moje serce jest… niespokojne. — Nerwowo odgarnęła kosmyki blond włosów, które wyślizgnęły się z upiętego koka.
— Nie strasz chłopaka, kochanie — mruknął Fergus i uśmiechnął się pokrzepiająco. — Mówię prawdę.
Shegar wyminął nogi Ellen i bezczelnie potruchtał do jej brata, nie dbając o to, że przeszkadzał w dość ważnej chwili. Dziewczyna zdążyła tylko syknąć karcąco – nawet nie było sensu ruszać za ogarem. Położył się z zadowolonym stęknięciem obok Fergusa, sapnął sobie z głębi serca i złożył łeb na łapach. Nie dało się tego nie zauważyć.
Fergus przeniósł wzrok na stojącą bezradnie pod drzwiami Ellen. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który od razu rozgonił cień kryjący się w spojrzeniu.
— A oto i moja mała siostrzyczka, przyszła, żeby mnie odprowadzić — ucieszył się.
Mała siostrzyczka uśmiechnęła się krzywo, powstrzymując się od pokazania mu języka. Wszyscy zawsze zachwycali się tym, jak podobni z wyglądu do siebie byli, jak zgodni pomimo różnicy wieku – a prawda była taka, że po prostu kłócili się najzajadlej wtedy, kiedy nikt nie widział ani nie słyszał.
— Wytrzyj oczy, kochanie, i życz mi szczęścia. — Fergus zwrócił się do żony.
— Dajcie mi znać, kiedy skończycie — zaproponowała nerwowo Ellen.
Nienawidziła płaczących ludzi. Co robiło się z płaczącymi osobami? Pocieszało? Klepało po ramieniu i okłamywało, że wszystko będzie dobrze? Zdobyła się tylko na niezręczny uśmiech, kiedy padło na nią załzawione spojrzenie Oriany.
— Gdy w twoim życiu pojawi się mężczyzna, zrozumiesz — odparł ze śmiechem Fergus i otoczył ramieniem żonę.
Ellen potrząsnęła głową.
— Dziękuję, nie skorzystam — mruknęła. — Wolę swoją wolność.
— Pewnego dnia spotkasz kogoś, kto cię usidli. — Pogroził jej palcem, uśmiechając się szeroko. — Zapamiętaj moje słowa.
Powstrzymanie się od wywrócenia oczami kosztowało ją naprawdę wiele. Skrzyżowała ręce na piersiach i łypnęła na brata z niechęcią. Doskonale wiedział, że nienawidziła rozmów na takie tematy, a i tak uparcie do nich wracał. Może matka mu kazała? To było całkiem do niej podobne.
— Chciałabym móc wyruszyć razem z tobą — westchnęła.
— Chciałbym, żebyś mogła to zrobić! — Pokręcił głową, uśmiechając się lekko. — Zabijanie tych wszystkich mrocznych pomiotów w pojedynkę będzie męczące.
— W Kalabrii nie do pomyślenia jest, by kobieta brała udział w walce — rzuciła Oriana, niby ogólnie, ale Ellen doskonale wiedziała, że zwracała się do niej.
To był jeden z powodów, dla którego się nie dogadywały. Przynajmniej nie do końca. Ellen nie zamierzała porzucić lekcji walki, a Oriana nie zamierzała udawać, że jej to nie przeszkadzało.
— Naprawdę? — zdziwił się Fergus. — Wielokrotnie słyszałem, że kalabryjskie kobiety są dość niebezpieczne.
— Dzięki swej dobroci i truciznom, mój mężu. — Oriana uniosła brwi.
— I to mówi kobieta, która podaje mi herbatę. — Zachichotał.
Ellen uśmiechnęła się krzywo. Nie wiedziała dlaczego, ale gardło nieprzyjemnie się jej zacisnęło, gdy uświadomiła sobie, że jutro już nie usłyszy żadnego głupiego żartu brata. Ojciec nie będzie jej strofował, kiedy zacznie mówić nieodpowiednie rzeczy w gniewie. Nawet matka przestanie przeszywać ją wzrokiem, ilekroć popełni jakikolwiek błąd.
Wojna coraz mniej się jej podobała.
— Będziemy za tobą tęsknić, bracie — burknęła, spojrzawszy w bok.
— Jeśli będzie to dla was jakąś pociechą, z pewnością przemarznę na południowym deszczu i będę wam zazdrościł ciepła i bezpieczeństwa — rzucił, szczerząc do niej zęby.
— Perspektywa czekających cię niewygód napełnia mnie ogromną radością, mężu — mruknęła sceptycznie Oriana.
Ellen wywróciła oczami. Może za jego głupimi żartami nie będzie tęskniła aż tak.
— Wiesz, że na zamku jest Szary Strażnik? — Spojrzała wyczekująco na brata.
— Naprawdę?! — wykrzyknął Oren. — Przyleciał na gryfie?
— Cicho, Orenie — upomniała go Oriana. — Gryfy istnieją tylko w opowieściach.
— Słyszałem o tym — wtrącił Fergus. — Zdradził, co tu robi?
— Zamierza poddać testowi sir Gilmore’a — odparła, zerkając na Orena skaczącego wokół Oriany.
Chyba udawał, że leciał na gryfie. Właściwie też chętnie przeleciałaby się na gryfie – gdyby istniały. Podobno istniały, ale setki lat temu, żaden już nie żył. Ciekawe, jakiego sprzętu do nich używano, czy podobnego do…
— No i dobrze! — ucieszył się Fergus.
Ellen posłała mu oburzone spojrzenie. Nie widziała niczego dobrego w tym, że ich straż straci swojego dowódcę… a ona przyjaciela. Bez sir Gilmore’a musiałaby przesiadywać całymi dniami z Nianią w kuchni, słuchając jej narzekania.
— Mam nadzieję, że wynik okaże się pomyślny — ciągnął Fergus, zupełnie ignorując minę Ellen. — Jednak ja na miejscu Szarych Strażników miałbym cię na oku… chociaż ojciec nigdy by się na to nie zgodził.
Ellen wypuściła powietrze przez nos. Nikt by się nie zgodził. Jej przeznaczeniem było siedzieć tu i ładnie wyglądać, z czego to drugie nie mogło się udać. Nie przy ściętych dość krótko – bo do wysokości żuchwy – włosach, wiecznie umorusanej twarzy i niewyparzonym języku, który, podobno, odbierał jej cały urok odziedziczony po pięknej matce.
— Naprawdę sądzisz, że wojna szybko się skończy? — zagadnęła.
— Z wieści napływających z południa wynika, że bitwy przebiegły po naszej myśli — zauważył Fergus, dokładnie dobierając słowa. — Nie istnieją dowody na to, że mamy do czynienia z prawdziwą Plagą – to raczej większy najazd.
— To prawda? — spytała z niedowierzaniem Oriana.
— Już wkrótce sam się o tym przekonam — podsumował. — Módl się za mnie, ukochana, a za miesiąc lub dwa do was wrócę.
Ellen tym razem wywróciła oczami – tylko żołądek nieprzyjemnie się jej ścisnął. Miesiąc? Dwa? To długo. Stanowczo za długo. To powinno trwać tydzień. Trzy dni. Jeden.
— Tak w ogóle, przynoszę wiadomość — mruknęła, zacisnąwszy usta. — Ojciec chce, byś wyruszył bez niego.
— A więc ludzie arla naprawdę się spóźniają. Można by pomyśleć, że maszerują tyłem — westchnął ciężko i poczochrał włosy syna, kiedy Oren wpadł na jego nogę podczas zabawy. — Cóż, czas się zbierać. Trzeba jeszcze odrąbać łby tylu mrocznym pomiotom… A więc w drogę. Zobaczymy się wkrótce, kochana — zwrócił się do żony i dotknął jej policzka.
Ellen odwróciła wzrok, trochę jak mała dziewczynka, ale naprawdę nie chciała patrzeć na ich pożegnanie. Zapatrzyła się na drzwi, jakby mogły jej pomóc – i zauważyła opadającą klamkę. Zdążyła tylko unieść brwi, zanim próg przekroczyli jej rodzice.
Czyli wpadła w pułapkę zastawioną przez własnego ojca. Doskonale wiedział, że nie znosiła takich ckliwych momentów. Musiał to planować przynajmniej od wczoraj.
— Mam nadzieję, drogi chłopcze, że planowałeś na nas zaczekać — zwrócił się do Fergusa Bryce.
— Życzę ci szczęścia, synu — szepnęła Eleonora, kładąc dłonie na jego ramionach. — Każdego dnia będę się modlić o ciebie.
Jej oczy lśniły szkliście. Ellen uświadomiła sobie, że to pierwszy raz, kiedy widziała w jej spojrzeniu łzy. Odwróciła wzrok, czując, jak gardło ściskało się pod napływem emocji.
— Fergusowi nic się nie stanie — wydusiła.
Była beznadziejna w pocieszaniu płaczących ludzi.
— Wciąż ci powtarzam, żaden mroczny pomiot nie da mi rady — poparł ją Fergus.
Jedno sceptyczne spojrzenie Eleonory i zgarbił się jak skarcone dziecko.
Stwórco, chroń i pomagaj nam wszystkim. Strzeż naszych synów, mężów i ojców. I bezpiecznie sprowadź ich z powrotem do nas — zaintonowała cicho Oriana.
— A przy okazji sprowadź nam piwa i dziewek! — dołączył się entuzjastycznie Fergus. — Eee… dla naszych ludzi, znaczy się — poprawił się, nerwowo patrząc na purpurowiejącą twarz żony.
— Fergusie! — zawołała.
— Dziewek? Małych drzew w lesie? — wtrącił Oren.
Ellen wytrzeszczyła oczy, zanim podle zachichotała.
— Dziewka to kobieta rozlewająca w gospodzie piwo, Orenie — przyszedł z pomocą Bryce. — Albo taka, która sama dużo tego piwa wypija — dodał po chwili zastanowienia.
Ellen zaśmiała się głośniej, ale szybko zatkała usta dłonią.
— Bryce! — fuknęła Eleonora. — Na oddech Stwórcy! Jakbym mieszkała z parą niedojrzałych chłopców — oburzyła się, gromiąc męża i syna wzrokiem. — Na szczęście mam jeszcze córkę.
Ellen zastygła, próbując wytrzeć oplutą od śmiechu brodę. Na widok miażdżącego spojrzenia Eleonory, uśmiechnęła się niewinnie.
— Będę za tobą tęsknił, droga matko — stwierdził wesoło Fergus. — Zaopiekujesz się nią, Ellen?
— Matka potrafi sobie poradzić. Jak zawsze — zauważyła.
Fergus skinął głową.
— To prawda — zgodził się. — Powinni wysłać ją, a nie mnie. Przepędziłaby te mroczne pomioty aż na Głębokie Ścieżki.
— Cóż, miło, że cię to bawi — mruknęła nieco urażona Eleonora.
Fergus wyszczerzył zęby.
— Starczy, starczy. — Bryce uniósł uspokajająco ręce, uśmiechając się pobłażliwie. — Lepiej idź dziś wcześniej spać. Masz jutro dużo do zrobienia — zwrócił się do Ellen.
Jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia. Jej rodzina jechała na wojnę, a ona miała iść spać? Nie była już małą dziewczynką i odrobina niewyspania nie mogła zepsuć jej całego dnia, zwłaszcza w takiej sytuacji. Zazgrzytała zębami, nie zdążyła jednak odpowiedzieć. Poczuła szarpnięcie za rękę, więc spojrzała w dół.
Oren spoglądał na nią bardzo poważnym wzrokiem, tak przejęty, jakby zamierzał przedyskutować sprawę wagi państwowej. Ellen uśmiechnęła się do niego łagodnie.
— Mama mówi, że będziesz się nami opiekować pod nieobecność taty — oznajmił. — Czy to prawda, ciociu?
— Tak, to prawda, Orenie — odparła.
— A jeśli zaatakują zamek? Zobaczę smoki?! — ucieszył się.
Ellen zmarszczyła czoło. Mieli zaatakować ich smokami, czy to ona miała się bronić, używając smoków? Prawdę mówiąc, wolała drugą wersję.
— Smoki to straszne potwory, Orenie — uświadomiła mu Oriana. — Pożerają ludzi.
— Tak! — Oren aż klasnął w dłonie. — Chcę zobaczyć smoka!
— To przez ciebie, Fergusie — stwierdziła oskarżycielsko Oriana.
Fergus spojrzał na nią zdumiony. Ellen nie powstrzymała pełnego satysfakcji uśmiechu – małżeńskie kłopoty brata sprawiały jej satysfakcję. Nie tylko ona dostawała ciągle po uszach, z tą różnicą, że na niego warczała żona, nie rodzice. Przynajmniej nie tak często, jak zwykli byli to robić.
— Co? — sapnął oburzony. — Przecież nic nie powiedziałem.
— Nauczysz mnie, jak posługiwać się mieczem, ciociu? — spytał podekscytowany Oren, zwracając na siebie jej uwagę. — Ja też mógłbym walczyć ze złem! A masz, straszliwy króliku! — wykrzyknął i wykonał taki ruch, jakby trzymał oręż. — Mroczne pomioty obawiają się mojego miecza prawdowatości!
— Pewnie! — ucieszyła się. — Chodźmy!
Wszystko, byle wyrwać się z tego niezręcznego pożegnania.
— Fergusie, czasami twoja rodzina sprawia mi dużo bólu — jęknęła Oriana.
— Wystarczy już — upomniał ich Fergus, chwytając ramię Ellen. — Pamiętaj o matce, Orenie.
— Nigdy nie mogę niczego robić! — nadąsał się.
— Nie martw się, synu — spróbował go pocieszyć. — Obiecuję, że niedługo zapoznasz się z mieczem — stwierdził pojednawczo i przytulił go.
— Lepiej już się zbieraj. — Bryce spojrzał na Ellen. — Jutro czeka nas długi dzień.
— Na pewno sobie poradzisz? — spytała.
— Wyruszamy z twoim bratem na wojnę, a nie popołudniową herbatkę — przypomniał. — Kto wie, co nas czeka? Chciałbym powiedzieć ci jedno: jesteś moją ukochaną córką, kocham cię i ufam, że jeśli spotka mnie najgorsze, będziesz godnie nosiła nazwisko Couslandów. — Dotknął jej policzka, uśmiechając się łagodnie.
Właśnie dlatego Ellen nienawidziła takich sytuacji. Z całej siły zacisnęła zęby, musząc skupić się na tym, by się nie rozpłakać. Tak samo jak nie radziła sobie z płaczącymi, sama też nienawidziła płakać. Miała wrażenie, że pokazywała po sobie za dużo słabości.
Nie chciała płakać z powodu wojny, wyjazdu ojca i brata, wyjazdu matki, możliwego rekrutowania Gilmore’a. To wszystko było tak bezsensowne.
— Nie martw się o mnie, moja droga. Będziesz miała wystarczająco dużo na głowie pod moją nieobecność — dodał Bryce, chyba zauważywszy jej zmagania.
— Czy wysłanie całych naszych sił na południe to dobry pomysł? — burknęła, spojrzawszy w bok, by ukryć błyszczące w oczach łzy.
— Skoro król tego żąda. Tak naprawdę to nie wysłanie naszych wojsk na południe byłoby zdecydowanie złym pomysłem. — Położył dłoń na jej ramieniu. — Nie zamartwiaj się, dziecinko. Nie powinnaś mieć wielu problemów. Chcę jednak, abyś przygotowała żołnierzy, którzy zostają tu, na miejscu. Na wszelki wypadek.
— Na wypadek czego? — nacisnęła, przełykając gulę w gardle.
— Legendy o Pladze pełne są różnego rodzaju okropieństw. Mroczne pomioty zagrażały niegdyś wielu ziemiom. Jeśli nie uda nam się ich powstrzymać… musisz przygotować się na najgorsze — powiedział poważnie.
— Zrobię co w mojej mocy, ojcze. Przyrzekam — wykrztusiła, czując, jak jego silne palce wbijały się w jej ramię, jakby chcąc wymusić tę przysięgę.
— Wiem o tym. W końcu należysz do rodu Couslandów — szepnął. — Ale nie mówmy już o złych rzeczach. Powinniśmy założyć, że wszystko pójdzie jak należy, a Stwórca będzie miał nas w swojej opiece.
Ellen skinęła głową, chociaż nie była do końca przekonana. Nie lubiła udawania, że problem nie istniał, kiedy ewidentnie próbował pozbawić kogoś w najbliższym otoczeniu zdrowia lub życia. Westchnęła, spoglądając w posadzkę.
— Jeśli chodzi o tego Szarego Strażnika… — zaczęła.
— Ach, a już się zastanawiałem, ile to potrwa. Chciał cię zwerbować? — spytał.
Ellen otworzyła usta, zastygła tak na chwilę, po czym potrząsnęła głową.
— Nie. Tylko tak sobie myślałam.
— Jeśli naprawdę na południu zagraża nam Plaga, Szara Straż będzie potrzebna. —Bryce uśmiechnął się blado. — Nie ma szczytniejszej sprawy. Jeśli do tego dojdzie, porozmawiamy o tym, gdy wrócę. Do tego czasu traktuj go z pełną uprzejmością. Duncan to wspaniały człowiek i do tego bohater.
Skinęła głową. Przynajmniej to jedno nie brzmiało jak coś, z czym nie mogłaby sobie poradzić. W razie kryzysu zawsze pozostawało zamknąć się w komnacie i płakać cały dzień.
— Pójdę już — zdecydowała.
Shegar jakby tylko czekał na te słowa – podniósł się, odciążając przygniecione stopy Fergusa, i podszedł do niej.
— Wiem, że będę mógł być z ciebie dumny. Widać, że wyrosłaś na rozsądną kobietę — zamruczał Bryce.
Ellen spojrzała na ojca nerwowo. Niespodziewanie zabrzmiał jak stary, zmęczony życiem człowiek, jakby stracił już wiele sił i teraz chciał spokojnie obserwować to, dokąd zmierzał świat. Jeszcze nigdy tak wyraźnie nie dostrzegała zmarszczek na jego twarzy.
— Wysłali cię wcześniej do łóżka, co? — spytał złośliwie Fergus, wyrywając ją z zamyślenia.
Uśmiechnęła się do niego kąśliwie.
— Miłego długiego marszu — pożyczyła mu. — Na zimnie.
— Hmm. Skoro już o tym mowa, ciepłe łóżko nie brzmi tak źle — westchnął pokonany. — Tak czy owak, będzie mi ciebie brakować. Dbaj o wszystkich i bądź tu, kiedy wrócę — poprosił szeptem.
Ellen cofnęła się pół kroku, przytłoczona szczerością Fergusa. Przebiegła zdenerwowanym spojrzeniem po wszystkich – i dostrzegła łagodną dumę matki. Nabrała powietrza, próbując zapanować nad wzbierającymi w piersi emocjami. Czuła się jak głupi dzieciak, który nie wiedział, jak rozwiązać nowy problem. Nie chciała się przy nich rozpłakać – udawała, że nie płakała od lat. Przecież już dorosła. Skończyła całe siedemnaście lat, nikt nie będzie mówił, że ryczała jak mała dziewucha.
Zagryzła wargę prawie do krwi.
— Ja… — zaczęła, ale zabrzmiała tak piskliwie, że potrząsnęła zirytowana głową i odwróciła się na pięcie. — Dobranoc — rzuciła i wypadła przez otwarte drzwi na korytarz, dławiąc ściskający gardło szloch.
Wbiegła do swojej komnaty na oślep i z rozmachem zatrzasnęła przejście, nie dbając o to, że narobiła hałasu. Łzy stoczyły się po jej policzkach, zanim zdążyła otrzeć oczy – wściekle je otarła, ale napłynęły kolejne. Warknęła przez zęby przekleństwo, nerwowo ściągając koszulę przez głowę. Cisnęła ją na łóżko, wściekle zmiąwszy ją w dłoniach w żałosną kulkę. Spojrzała na pogięty materiał, walcząc z drżącą brodą.
Wszystko było nie tak. Wszystko.
Szloch wygrał. Po prostu rozpłakała się, stojąc w starych, znoszonych spodniach treningowych, rozpaczliwie zaciskając dłonie w pięści i próbując zagryzać wargę tak, żeby jej nie przegryźć. Wskoczyła na łóżko, potknęła się o koc i opadła na poduszki, nawet nie próbując podeprzeć się rękoma. Objęła jedną mocno, wciskając w nią twarz. Stłumi łkanie. Będzie płakała tak długo, aż wszystko się ułoży.
Poczuła na policzku zimny, wilgotny nos. Na oślep wyciągnęła dłoń i wczepiła się w szyję Shegara. Jego ciepły oddech niósł ulgę – nie była tak zupełnie sama. Nie musiała płakać do zupełnie pustej komnaty.
Niech ta Plaga już się skończy.

10 komentarzy:

  1. Znalazłam tylko jeden błąd:

    za to jej siostrzeniec wyglądał na podekscytowanego
    Siostrzeniec-syn siostry. Więc Oren jest bratankiem Ellen.
    Szerzej skomentuję, jak przeczytam więcej.
    Pozdrowienia
    Efei

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się ukryło, cholerstwo! W jednym albo dwóch miejscach zmieniłam, bo w gimnazjum głupim dzieckiem byłam, ale najwyraźniej jednak nie wszystko dorwałam. Szlag by to!

      Usuń
  2. Te parę lat temu miałaś tendencję do pisania, że dana postać mruczy. Stado kotów? ; ) Chociaż to i tak lepsze niż "bąknął".
    Kiedyś czytałem, że powinno się unikać dopisywania określeń do "powiedział", "rzekł" i tak dalej. Kiedy indziej czytałem, że powinno się taki zabieg stosować. Z jednej strony pomaga w określeniu emocji, z drugiej jednak nadmiar bywa szkodliwy. Ale co autor, to inny styl pisania i powinno się stawiać na oryginalność. Ja np. lubię czyste dialogi bez dodatków w postaciu opisów czynności. Ot, stawiam bardziej na dynamizm. Chociaż to zależy od sytuacji.
    W sumie dziwnie się czyta opowiadanie, kiedy grało się w grę i fabuła jest znana. Niby wiem, co stanie się za chwilę, ale też zastanawiam się, czy przypadkiem czegoś nie zmieniłaś, nie dodałaś od siebie.

    Serdecznie pozdrawiam i nie zapraszam do siebie, bo nie ma po co,
    Cyberpunk Stories.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siedem lat temu miałam najróżniejsze dziwne maniery i obawiam się, że niektóre mogły ze mną zostać, niestety. Ale cóż, to tylko fik, tego nie wydam.
      Według mnie wszystko zależy od kontekstu, a tłumaczenie ewentualnych błędów stylem jest głupie. Enyłej, trzeba mieć wyczucie, wiedzieć, kiedy dopowiedzenie jest ekspozycją, a kiedy się przydaje, czy można je zamienić, czy zostawić tak jak jest. Pisanie to przede wszystkim wyczucie, którego nie da się nabrać, jeśli się z nim nie urodziło. Tho można je szlifować. Na tym etapie zdecydowanie wyszlifowanego go nie miałam, ba, nie wiedziałam o istnieniu ekspozycji.
      Cóż, tak jak mówiłam, koncept był taki, by pójść za linią fabularną gry. Ale gra oferuje różne wybory i różne możliwości, a słowo pisane jeszcze więcej. Z tego, co wiem, nawet zaznajomieni z grą chętnie czytali tego fika (czego momentami nie mogłam zrozumieć, bo początek jest mega słaby).

      Usuń
    2. Nigdy nie myślałem o tym, żeby cokolwiek wydawać. Są ludzie, którzy piszą znacznie lepiej ode mnie, mają bujniejszą wyobraźnię i ciekawsze pomysły. To oni powinni starać się wydać swoje twory, ja zostanę przy blogowaniu.
      Ciężko powiedzieć, co jest błędem, a co jest poprawne. Co autor, pisarz, to inne zdanie na dany temat. Nie lubię się także trzymać sztywno danych reguł, bo ktoś tak powiedział i tyle. Sztuka ma to do siebie, że jest różna. W malarstwie są różne style, w muzyce są różne style, w filmach są różne style, a nawet i w grach. Dlaczego więc w literaturze nie mogą być różne style? Taki Dukaj chociażby. Osoba przyzwyczajona do tradycyjnych książek mogłaby dostać zawału, gdyby ktoś kazałby jej przeczytać opowiadanie "Linia oporu" ze zbioru "Król Bólu". Zabawił się i stworzył oryginalny styl.
      Wyczucia nie mam za grosz, wszystkiego muszę się uczyć. Dlatego cały czas szukam kogoś, kto pomógłby mi w rozwijaniu i szlifowaniu mojego warsztatu, żeby te moje opowiadanka jakoś wyglądały. I żeby dało się je czytać, oczywiście.

      Usuń
    3. Cóż, ja myślałam. Mam prawo czy nie, taki jest mój cel.
      Nie nazwałabym dzisiejszej literatury sztuką. Tak samo jak nie każdy obrazek będzie sztuką. Nie uważam, bym tworzyła sztukę, klepiąc w klawiaturę. Są jednak takie zasady, które czynią z tekstu dobrą lekturę. Są takie rzeczy, które się szanuje. Jeśli jest coś, na czym się znam, to na literaturze między innymi. Poza tym styl autora =/= poprawność pisania. To bardzo... podstawówkowe myślenie. Styl autora jest stylem autora, w który nie można ingerować. Ale jeśli ktoś pisze durnoty w zawiłych zdaniach, które gramatycznie oraz stylistycznie nie mają sensu, w dodatku nie łączą się w całość w akapicie - to nie jest to styl autora, tylko skrajna grafomania.

      Usuń
    4. Ja mówiłem jedynie o stylu, a nie o popełnianiu błędów, czy to stylistycznych czy gramatycznych. Nigdy też nie tłumaczyłem błędów stylem. Chodziło mi o różnice w prowadzeniu narracji, ilości opisów i tak dalej.

      Usuń
    5. Cóż, najwyraźniej masz dość specyficzne spojrzenie na styl, bo podciąganie go pod gatunki czy rzeczy, które należy tolerować, bo tak, jest mi obce.

      Usuń
    6. Nie lubię być ograniczony w tej kwestii i pisać coś w ten sam sposób, co inni, bo ktoś kiedyś tak powiedział. Gdyby każdy tak postępował, nie byłoby różnych epok literackich, nowych nurtów w malarstwie i tak dalej.

      Usuń
    7. Zdecydowanie się nie zrozumieliśmy.

      Usuń