czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 1.30 - Tajemne wejście

Bann Teagan czekał na nich zupełnie sam, zwrócony twarzą do zamku górującego nad Jeziorem Kalenhad. Ellen przesunęła spojrzeniem po jego opuszczonych ramionach, na chwilę zatrzymała się na mocno zaciśniętych dłoniach splecionych na plecach. Czekająca ich rozmowa chyba nie miała być zbyt przyjemna.
Zerknęła na idącego obok Alistaira, ale nie podłapała jego wzroku. Spoglądał gdzieś przed siebie, ze zmarszczonym czołem, nieprzyjemnie poważny. Serce zabiło Ellen szybciej, gdy ukłucie strachu zdławiło ją w piersi.
— Niczego gorszego od żywych trupów chyba nie wymyśli — mruknęła Leliana.
Ellen popatrzyła na nią zdezorientowana.
— Miałbym parę sugestii — odparł Alistair.
— Zachowaj je dla siebie — zaproponowała Ellen.
Bała się, że jej głos zabrzmi piskliwie, ale nie. Prawie sama się nabrała na swoje opanowanie. Odetchnęła głęboko i obejrzała się przez ramię, na Shegara obwąchującego drzwi prowadzące do młyna.
— To dziwne, jak spokojnie zamek wygląda z daleka. Można by pomyśleć, że w środku nikogo nie ma — odezwał się bann Teagan.
Ellen odruchowo się zatrzymała, potrącając barkiem Lelianę. Zignorowała jej syknięcie – skupiła się na bannie Teaganie, który się do nich odwrócił. Z twarzą ściągniętą zmartwieniem nagle jakby postarzał się o kilkanaście lat.
— Nie powinienem opóźniać spraw. Miałem plan… aby wejść do zamku, gdy wioska byłaby już bezpieczna — stwierdził, nabrawszy przesadnie głębokiego wdechu. — W młynie jest tajne przejście, do którego dostęp mają tylko członkowie mojej rodziny.
Ellen kątem oka zauważyła, że tym razem i Alistair, i Leliana spojrzeli na stary budynek. Skrzypienie obracających się ramion wiatraka wypełniało ciszę rytmiczną skargą. Wiał na tyle silny wiatr, że za kilka godzin powinno przestać śmierdzieć gnijącym mięsem.
— To bardzo wygodne — zauważyła Leliana.
— Może powinienem był pójść do zamku wcześniej. — Bann Teagan zacisnął usta. — Ale nie mogłem zostawić mieszkańców wioski… Na oddech Stwórcy!
Ellen zareagowała od razu. Chwyciła rękojeść sztyletu i, wyszarpując go, obróciła się w stronę, z której nadchodziło zagrożenie. Napięte prawie do sztywności mięśnie zadrżały, gdy ulga zmiażdżyła przerażenie. Nabrała tchu, mimowolnie cofając się pół kroku.
— Arlessa — tchnął Alistair.
Z drogi prowadzącej do zamku zbiegła kobieta. Ściskała w dłoniach poły poszarpanej sukni, niezdarnie je unosząc, jej związane w kok złociste włosy wymykały się z upięcia i opadały na smukłą szyję. Była przerażona – Ellen dostrzegła krople potu na jej czole i policzkach. Bieg musiał ją zmęczyć.
— Teagan! Dzięki niech będą Stwórcy! Ty żyjesz!
Jej łamliwy głos brzmiał nieprzyjemnie. Nie z powodu barwy – Ellen brzydko się skrzywiła, słysząc charakterystyczny orlezjański akcent. Jakby ktoś ugryzł się w język i zaczął seplenić.
— Izoldo! — Bann Teagan chwycił ramiona arlessy i pomógł jej odszukać pion, kiedy się zatrzymała. — Ty… ale… jak? Przecież… zamek… Eamon…
— Nie mam czasu na wyjaśnienia! — zawołała, potrząsając głową. — Jak tylko zobaczyłam, że bitwa dobiegła końca, wymknęłam się z zamku. Niedługo muszę tam wracać. I… chcę, żebyś poszedł ze mną, Teaganie. Tylko ty.
Szybko przechodziła do konkretów.
Ellen podłapała zaniepokojone spojrzenie Alistaira. Pierwszy żywy człowiek, który wyszedł z zamku, i żąda, by poszło tam więcej osób?
Ellen postąpiła w przód i zacisnęła dłoń na ramieniu arlessy, stanowczym pociągnięciem ją odsuwając. Odpowiedziała na jej zdumiony wzrok, marszcząc czoło.
— Będziemy potrzebować lepszego wytłumaczenia — stwierdziła chłodno.
— Co? — wykrztusiła arlessa. — Ja… co to za kobieta, Teaganie?
— Pamiętasz mnie, pani Izoldo, prawda? — Alistair stanął tuż obok Ellen, a w jego drżącym głosie rozbrzmiała łamliwa niepewność.
— Alistair? — Arlessa spojrzała na niego tak, jakby zobaczyła ducha. — Ze wszystkich… co ty tu robisz?
— To Szarzy Strażnicy, Izoldo — wtrącił się bann Teagan. — Zawdzięczam im życie.
Ramiona Alistaira nieznacznie opadły. Chyba spodziewał się czegoś innego. Czegoś… milszego. Po tych wszystkich latach. Ellen zerknęła na niego płochliwie, czując, że powinna coś zrobić. Powiedzieć.
Wbiła wzrok w arlessę, bezradnie zaciskając dłonie w pięści.
— Proszę o wybaczenie, ja… — Arlessa posłała Alistairowi jeszcze jedno zdruzgotane spojrzenie. — Wymieniłabym uprzejmości, ale… w tych okolicznościach…
— Lady Izoldo, proszę — westchnął Alistair. — Nie mieliśmy pojęcia, że w zamku pozostał ktokolwiek żywy. Co się dzieje? Musimy wiedzieć!
— Wiem, że potrzebujecie lepszego wyjaśnienia, ale… nie wiem, ile mogę wam powiedzieć — przyznała niechętnie. — Teaganie, w zamku szaleje straszliwe zło. Umarli budzą się i polują na żywych. Odpowiedzialny za to mag został pochwycony, ale koszmar nadal trwa. I wydaje mi się, że… Connor popada w obłęd. Przeżyliśmy, ale on nie chce opuścić zamku. Widział tyle śmierci wokół siebie! — Zacisnęła powieki. — Musisz mu pomóc, Teaganie! Jesteś jego wujem. Możesz przemówić mu do rozsądku. Nie wiem, co jeszcze można by zrobić!
Czyli jednak stał za tym mag. Ellen przymrużyła oczy, skrzyżowawszy ramiona na piersiach. Historia brzmiała całkiem logicznie – ale dlaczego ataki nie ustały? I, jeśli wierzyć mieszkańcom Redcliffe, wciąż się nasilały? Pochwycony mag powinien zostać unieszkodliwiony. Na pewno dało się to zrobić. W ostateczności można było go zabić.
Poza tym…
— Co z arlem Eamonem? — spytała ostrzej, niż zamierzała. — Żyje?
— Tak. Na razie, dzięki niech będą Stwórcy, utrzymywany jest przy życiu. — Arlessa popatrzyła na nią, mnąc w palcach materiał sukni.
— Utrzymywany przy życiu? — powtórzył bann Teagan. — Przez co?
Pytanie zawisło w ciszy. Ellen zauważyła, jak Alistair wyprostował się sztywno. To musiało być dla niego trudne. Leliana dotknęła jego łokcia, posyłając pokrzepiający uśmiech. Ellen odwróciła wzrok, skupiając się na arlessie. Teraz to było najważniejsze. Mogli… porozmawiać potem, gdyby potrzebował jej wsparcia.
— Coś, co wypuścił na wolność ten mag, pozwala żyć Eamonowi, Connorowi i mnie — westchnęła arlessa. — Inni… nie mieli tyle szczęścia. To coś zabiło wielu ludzi i zmieniło ich ciała w chodzące koszmary! A gdy skończyło z zamkiem, uderzyło na wioskę! Chce mieć nas żywych, nie wiem tylko po co. Pozwoliło mi przyjść po ciebie, Teaganie, bo błagałam i mówiłam, że Connor potrzebuje pomocy.
Ellen musiała przyznać, że w tej historii pojawiło się nieprawdopodobnie dużo magii. Więcej, niż widziała przez całe swoje życie. Nabrała drżącego wdechu, starając się zignorować dreszcz niepokoju, który przebiegł wzdłuż kręgosłupa.
Alistair był szkolony na templariusza, nie musiała się bać.
— A więc dlaczego Teagan musi iść sam? — odezwała się Leliana.
To też dobre pytanie.
— Dla dobra Connora, ja… obiecałam, że wrócę szybko i tylko w towarzystwie Teagana. — Arlessa zerknęła na nią. — Teaganie, wiem, że możesz rozkazać swym ludziom, by poszli za mną, kiedy będę wracać do zamku. Błagam, nie rób tego! Pomyśl o Connorze!
Nerwowość arlessy była podejrzana. To prawdopodobnie tylko przewrażliwienie –Ellen widziała podstęp wszędzie, gdzie się nie obróciła, ale nie potrafiła zignorować tego przeczucia. Wystąpiła w przód, by stanąć tuż przed Alistairem.
— Dlaczego wydaje mi się, że nie mówisz nam wszystkiego?
— Ja… — zająknęła się. — Wypraszam sobie! To bezczelne oskarżenie!
— Tylko jeśli nie mam racji — skwitowała Ellen.
Albo to po prostu orlezjański akcent działał jej na nerwy.
— Złowroga siła wzięła na zakładników mojego męża i syna! — jęknęła arlessa. — Przyszłam po pomoc! Czego jeszcze ode mnie chcecie?
Prawdy, miała na końcu języka Ellen. Przełknęła jednak i tylko wściekle wzruszyła ramionami. Musiało to wyglądać bardzo dojrzale.
Arlessa pokręciła głową, jakby z pogardą, i skupiła się z powrotem na bannie Teaganie. Odgarnęła z czoła spocone kosmyki, nawet nie próbując ukryć, że drżała jej ręka.
— Teaganie, nie mam wiele czasu! A co, jeśli to już uznało, że je zdradziłam? — wychrypiała. — Może zabić Connora! Proszę, chodź ze mną… Mam błagać?
— Dość tych pytań — odezwał się Alistair.
Jego dłoń zacisnęła się na ramieniu Ellen, jakby ostrzegając, by już niczego nie mówiła. Ellen posłusznie wypuściła wstrzymywane powietrze.
— Musimy zdecydować, co robić dalej — zauważył.
Bann Teagan przytaknął.
— Król nie żyje, a mój brat jest nam teraz potrzebny bardziej niż kiedykolwiek. Wrócę z tobą na zamek, Izoldo — westchnął.
— Och, dzięki niech będą Stwórcy! — zawołała arlessa, przysłaniając usta dłońmi. — Dziękuję ci, Teaganie! Dziękuję!
Ellen prychnęła. Chyba zrobiła to głośniej, niż zamierzała, bo spojrzenia wszystkich zwróciły się na nią. Trochę miażdżące, zwłaszcza arlessy. Ellen na to jedno odpowiedziała ze szczególnym uporem, lekko pochylając głowę.
— Popełniasz błąd — warknęła, zerknąwszy na banna Teagana. — To coś cię zabije.
Zawsze się tak kończyło. Zaufać komuś, uwierzyć, a potem ścierać lejącą się po posadzce krew.
— Nie mogę pozwolić, by Izolda wracała w pojedynkę. Może zdołam pomóc Connorowi albo Eamonowi. — Bann Teagan unikał ich spojrzeniem. — Może to rzeczywiście pułapka, ale mówimy tu o mojej rodzinie. Muszę spróbować.
Cisza, która zapadła po jego słowach, była ciężka. Ellen z trudem przełknęła gulę w gardle i wbiła wściekły wzrok w skrzypiący młyn. Może tylko jej się zdawało, ale zrobiło się jakby cieplej. Prawie gorąco.
Co ona zrobiła dla swojej rodziny? Stać ją było tylko na to, by ich porzucić.
— Nie łudzę się, że sam zdołam poradzić sobie z tym złem — podjął bann Teagan. — Wy za to dowiedliście swej potęgi. Izoldo, możemy cię na chwilę przeprosić? Musimy porozmawiać na osobności, nim wrócę z tobą na zamek. — Uśmiechnął się łagodnie.
— Proszę, pośpieszcie się! — westchnęła, nie kryjąc irytacji, i posłała bannowi Teaganowi przeciągłe spojrzenie. — Będę czekać przy moście.
Ruszyła i Ellen była prawie pewna, że nie tylko ona odprowadzała ją wzrokiem. Zerknęła na Alistaira – na jego twarzy malowała się nerwowość, ale też coś jeszcze. Jakby… podejrzliwość? Może również nie ufał arlessie?
— Dziwne — mruknęła pod nosem Leliana.
Ellen nie zdążyła spytać, co było dziwne. Ktoś chwycił ją za ramię – przeniosła spłoszony wzrok na banna Teagana. W jednej chwili spoważniał i już nie wyglądał na tak pewnego podjętej decyzji.
— Oto moja propozycja — mruknął zniżonym głosem. — Wejdę do środka z Izoldą przez tajemne przejście. Można je otworzyć moim sygnetem. Może zrobię tak… odwrócę uwagę zła, które kryje się w środku, i zwiększę wasze szanse na przedostanie się niezauważonymi. Co wy na to?
Ellen zająknęła się. To brzmiało rozsądniej niż pierwszy pomysł, ale nadal ryzykownie. Bann Teagan narażał nie tylko swoje bezpieczeństwo – a jeśli okaże się, że arlowi Eamonowi nie dało się pomóc… potrzebowali przynajmniej jego wsparcia.
Wreszcie – chodziło też o Alistaira.
Ellen popatrzyła i na niego, i na Lelianę, szukając pomocy. Leliana tak mocno zaciskała usta, że nie było wątpliwości, co o tym myślała. Ale Alistair… jakby tego nie usłyszał. Nawet nie odpowiedział na jej wzrok.
— Dobrze — zgodziła się. — Taki sposób nam odpowiada.
Chociaż nie była to do końca prawda.
— Cóż, tak będzie lepiej. — Bann Teagan poklepał ją po ściskanym przed chwilą ramieniu i uśmiechnął się z ulgą. — Wolałbym iść do środka razem z wami, ale decyzja nie należy do mnie. Sir Perth i jego ludzie mogą pilnować wejścia do zamku. Jeśli uda się wam otworzyć bramę od wewnątrz, wejdą do środka i udzielą wam wsparcia.
— Pewnie. — Ellen wzruszyła ramionami.
Nie zakładała na razie, że w ogóle dostaną się na dziedziniec. Plany banna Teagana były dość… dalekosiężne. Ale wsparcie zawsze się przyda, zwłaszcza w miejscu opętanym przez złe, w dodatku magiczne moce.
Bann Teagan uśmiechnął się szerzej.
— Chyba nie ma tu nikogo innego, kto mógłby wam pomóc. Jeśli zdecydujecie się nie iść, sam będę musiał zrobić, co w mojej mocy — mruknął ciszej, skupiając wzrok na własnej dłoni. — Oto mój sygnet. Za jego pomocą można otworzyć drzwi we młynie. — Zsunął pierścień z palca i podał go Ellen. — Bez względu na to, co postanowicie, najważniejszy jest Eamon. Jeśli okaże się to konieczne, po prostu go stamtąd zabierzcie. Izolda, ja i wszyscy pozostali… nie jesteśmy niezastąpieni.
Ellen zastygła z zaciśniętymi na sygnecie palcami, czując, jak powietrze uciekało z jej piersi – a mimo to nie mogła złapać tchu. Dłoń gwałtownie zamknęła się w pięść, ciepły metal wbił się w skórę. To trochę pomogło.
— Ja tak nie uważam — warknęła, wpatrując się w zaciśniętą rękę. — Uratujemy was wszystkich, przyrzekam.
Przynajmniej ten jeden raz. Jeden jedyny raz mogła zrobić to, co do niej należało. Mogła coś naprawić.
— Dobra z ciebie kobieta — mruknął bann Teagan. — Stwórca spojrzał na mnie życzliwym okiem, gdy przysłał was do Redcliffe.
Leliana prychnęła. Chwyciła ramię Alistaira i pociągnęła go nieco w tył, żeby zmierzyć Ellen gniewnym wzrokiem.
— Więc wyślemy go tak po prostu razem z tą kobietą? — fuknęła wściekle. — Wydaje mi się to bardzo niebezpieczne!
Ellen udała, że niczego nie usłyszała. Nie bardzo zresztą wiedziała, co w tej sytuacji zrobić. Przekonywać ją? Kazać jej się zamknąć? Jakie mieli wyjście? Na razie nie trzymali żadnej z rozgrywanych kart, musieli się dostosować.
— Nie mogę tu dłużej czekać — stwierdził bann Teagan, zawiesiwszy wzrok na stojącej przy moście postaci. — Pozwólcie, że was pożegnam, i życzę powodzenia.
Odszedł. Nadal miał sprężysty krok, jakby nie bał się tego, co czekało na niego w zamku. Arlessa wyraziła niezadowolenie z czekania – widać to było po tym, jak gestykulowała, maszerując u jego boku. Ellen z trudem oderwała od nich spojrzenie.
— Zignorowałaś mnie.
Głos Leliany był ostry jak roztrzaskane szkło. Ellen mimowolnie się wzdrygnęła.
— Zrobiłam to. — Wzruszyła ramionami. — Nie mamy czasu na kłótnie.
— Troskę o ludzkie życie nazywasz kłótnią? — Leliana uniosła brwi, ruszając razem z nią w stronę młyna.
Ellen zmiażdżyła ją spojrzeniem, czując, jak w gardle narastała prawie kalecząca gula. Mogłaby się nią udławić, gdyby przestała oddychać.
— A ty co nazywasz troską o ludzkie życie? Im szybciej tam wejdziemy, tym szybciej dowiemy się, co od tygodni morduje mieszkańców Redcliffe — warknęła.
Leliana milczała. Przebyły pół drogi, zanim znowu prychnęła. Ellen nie sądziła, że jakikolwiek dźwięk mógł do tego stopnia działać na nerwy.
— Myślałam, że chodzi nam o polityczne wsparcie, nie ludzi — skwitowała chłodno.
Może więcej nie myśl.
Przełknęła szczeniacką ripostę i uśmiechnęła się wymuszenie, nawet nie próbując tego ukryć. Jej spojrzenie skrzyżowało się z zimnym wzrokiem Leliany.
— To źle myślałaś, Leliano.
— A Plaga?
Kiedy ten dzień zmienił się w pieprzone przesłuchanie? Ellen chyba przegapiła ten moment. Wściekle chwyciła za klamkę i szarpnęła do siebie stare drzwi. Deski zaskrzypiały na kamiennej posadzce.
— Plagą będziemy się martwić, jeśli dożyjemy dnia, kiedy będziemy mieć z nią jakiekolwiek szanse, na przykład.
— Przejście jest po lewej — wtrącił Alistair.
— Co? — warknęła Ellen, posyłając mu wściekłe spojrzenie.
Cofnął się pół kroku. Stojący przy nim Shegar ustawił się tak, żeby być tuż za jego nogami. Obaj wyglądali na podobnie skarconych.
Ellen zmarszczyła czoło, nabierając głębszego wdechu.
— Jasne. Przejście.
Leliana milczała. Wreszcie. Ellen przemaszerowała przez niewielką sień aż do załomu w ścianie. Tam, w niewielkiej wnęce, stała skrzynia. Prawdopodobnie pod nią ukryto klapę. Zanim zabrała się do przesuwania ciężaru, Alistair ostrożnie, ale stanowczo wślizgnął się na jej miejsce. Skrzynia zaskrzypiała z protestem, ustępując pod naporem jego ramion.
— Gotowe — mruknął.
Ellen skinęła głową.
Teraz tylko dostać się do zamku, w którym szaleli nieumarli, a potem dowiedzieć się, co zniewoliło całą rodzinę arla.
Przez chwilę nawet myślała, że, kiedy pokonali żywe trupy, zacznie być prościej.

***

— Jak inteligentne są mabari?
Ellen zwolniła kroku i przestała pocierać zmarznięte dłonie. To pytanie było ostatnim, czego się spodziewała, przedzierając się przez tunel obrośnięty czymś gąbczastym i śliskim, prawdopodobnie biegnący tuż przy dnie Jeziora Kalenhad.
Obejrzała się na Alistaira, pozwalając sobie na uniesienie brwi.
— Rozumieją wszystko, co mówimy? — dodał, w ogóle na nią nie patrząc.
Skupiał się… na Shegarze. Na jej psie. Mówił do jej psa.
Gdyby nie to, że nadal trochę kłuło ją w piersi po sprzeczce, chyba by spojrzała na Lelianę z niedowierzaniem. Że ona rozmawiała ze swoim ogarem, to było zrozumiałe, ale Alistair? W takich okolicznościach?
Shegar szczeknął krótko.
— Och, doprawdy? — Alistair uśmiechnął się szeroko. — A może po prostu słuchasz tonu mojego głosu? W końcu możesz być kompletnym głupolem.
Shegar odpowiedział ostrzegawczym warknięciem. Ellen już dawno nie słyszała u niego takiego tonu.
— Hej, spokojnie. — Alistair uniósł obronnie ręce. — Nikt nie mówi, że głupol nie może być śliczny i uroczy. A ty jesteś uroczym pieskiem, prawda?
To chyba bardziej spodobało się Shegarowi, bo wokół znów rozległo się pełne satysfakcji szczeknięcie. Ellen pokręciła głową.
Jej pies był tak bystry, jak sprzedajny.
— Niewiedza to prawdziwe błogosławieństwo, prawda? — westchnął Alistair. — Tak przynajmniej mówią w Zakonie.
— Trochę tu klaustrofobicznie — wtrąciła Leliana.
Ellen zerknęła na nią z ukosa. Nie potrafiła stwierdzić, czy próbowała załagodzić konflikt, czy już nie mogła słuchać niecodziennej rozmowy Alistaira.
— Trochę tak — zgodziła się powoli.
I wilgotno. I nieprzyjemnie.
Kiedy pomyślała, że nad ich głowami znajdowały się całe hektolitry jeziornej wody, robiło jej się słabo w brzuchu. Nawet nie dało się wesprzeć na ścianie – całą porastało coś śliskiego i wilgotnego. Ellen zacisnęła dłonie w pięści, a potem rozprostowała palce.
— Jesteśmy blisko — mruknął Alistair.
Wśród duszącego półmroku Ellen dostrzegła drzwi. Odruchowo skinęła głową – chociaż raczej nikogo jej odpowiedź nie interesowała – i przyśpieszyła kroku. Im szybciej dostaną się do głównej części zamku, tym więcej osób zdołają uratować.
— Bądźcie w gotowości — rzuciła, chwytając klamkę.
Za drzwiami rozpościerał się korytarz. Wąski, o niskim sklepieniu, Alistair musiał się pochylić, żeby nie zaryć głową w kamienie. W ciszy rozległo się ostrzegawcze warczenie Shegara – zanim pies ruszył przed siebie, Ellen chwyciła go za skórę na karku.
— Coś tam jest — stwierdziła.
— Osłaniam was — odparła Leliana.
Nałożyła strzałę na siodełko i lekko napięła cięciwę, zacisnąwszy na niej palce.
Ellen śmiało poszła przed siebie. Słyszała za plecami cięższe kroki Alistaira – zagłuszały jej własne. Można było pomyśleć, że tylko on tu maszerował. Musiała to zapamiętać na wypadek, gdyby kiedyś potrzebowali tego typu zagrania.
Gdy wyłonili się zza zakrętu, ich oczom ukazała się niewielka grupa żywych trupów. Ellen wyszarpnęła sztylet z osłony, wypuszczając Shegara z uścisku – ale nie zdążyła zaatakować. Pierwsze dwie strzały przeszyły głowy stworów i powaliły je na posadzkę. Kolejne potwory zwróciły się w ich stronę tylko po to, by runąć pod ciężarem Shegara.
— Nie strzelę — rzuciła Leliana.
— W porządku. — Ellen doskoczyła do żywych trupów i raz za razem wbiła sztylet w ich nadgniłe czaszki.
Wokół poniósł się duszący odór rozkładu. Ellen cofnęła się gwałtownie, z trudem powstrzymując odruch wymiotny. Shegar wyglądał na nieporuszonego – dopóki nie zszedł z ofiar i nie zaczął wściekle wycierać pysk łapą.
— Halo? Kto tam jest? Jest tam ktoś żywy?
Głos, który odbił się echem od korytarza, przyprawił Ellen o lodowate dreszcze. Podskoczyła jak oparzona – z ostatniej celi wysunęła się czyjaś ręka. Poruszyła się w górę i w dół, potem zniknęła.
Trzymali kogoś w lochach. To pewnie nim tak bardzo zainteresowały się żywe trupy.
Ellen wymieniła spojrzenie z Alistairem i Lelianą. Kiedy Leliana nałożyła strzałę na cięciwę, oboje ruszyli. Zatrzymując się przed kratą, Ellen dostrzegła skulonego pod ścianą człowieka. Mężczyznę. Miał na sobie długą, dość ciężką szatę, teraz zbryzganą krwią.
Wstrzymała oddech, wwiercając się wzrokiem w jego bladą twarz.
— Chwileczkę… — mruknął mężczyzna, mrużąc oczy. — Nie wyglądacie jak strażnicy arlessy. Jesteście spoza zamku?
Wydawał się zmęczony życiem. Czarne włosy zmieniły się w brudne strąki, usta wyschły i spierzchły. Miał na twarzy plamy brudu i nie prezentował się zbyt dobrze, ale to chyba nie to było problemem. Po prostu… coś w jego spojrzeniu.
Ellen mocniej zmarszczyła czoło.
— Możliwe — odparła półgębkiem. — A kim ty jesteś?
Mężczyzna podniósł się, wzdychając ciężko.
— Nazywam się Jowan. Jestem magiem, a lady Izolda wynajęła mnie do nauki jej syna, Connora. To było zanim, eee, wtrącili mnie do lochu. — Uciekł wzrokiem.
Brakujący element układanki.
— Arlessa wspominała, że stoi za tym wszystkim jakiś mag — mruknęła.
— Nie!
Jowan doskoczył do kraty tak gwałtownie, że Ellen cofnęła się, wpadając plecami na Lelianę. Zmierzyła spłoszonym spojrzeniem bezradnie wyciągniętą rękę Jowana – która zadrżała i opadła.
Czy on nadal mógł korzystać z magii? Nawet zamknięty w lochu? W ogóle o tym nie pomyślała. Zerknęła na Alistaira, czując, jak serce przyśpieszało w piersi.
Jak się bronić przed magią?
— Ja… otrułem arla Eamona, ale to wszystko, co zrobiłem — wychrypiał Jowan, ze zrezygnowaniem zsuwając ręce z krat. — Ja… wiem, że to wygląda podejrzanie, ale nie odpowiadam za te stwory i zabójstwa w zamku. Gdy to się zaczęło, byłem już uwięziony.
Cisza.
— Najpierw przyszła tu pani Izolda ze swymi ludźmi, żądając, bym odwrócił to, co zrobiłem. Myślałem, że chodzi jej o otrucie arla — westchnął Jowan, spuściwszy wzrok na dłonie. — Wtedy pierwszy raz usłyszałem o żywych trupach. Ona myślała, że przyzwałem demona, by nękać jej rodzinę i zniszczyć Redcliffe. Kazała… kazała mnie torturować. Nie mogłem powiedzieć nic, co by ją zadowoliło. Więc… zostawili mnie, żebym zgnił.
Tym razem to dłoń Ellen zacisnęła się na kratach. Jowan poderwał głowę i popatrzył na nią zaskoczony.
— Dlaczego otrułeś arla Eamona? — warknęła Ellen.
— Kazał mi to zrobić teyrn Loghain.
Ręka Ellen ześlizgnęła się jak zużyta ściera.
Znowu. Znowu on. Dlaczego za całym złem, które działo się w Fereldenie, ciągle stał ten człowiek? Może nawet Howe maczał w tym palce?
Przełknęła dławiącą w gardle gulę i odchrząknęła cicho, chrypliwie.
— Powiedziano mi, że arl Eamon stanowi zagrożenie dla Fereldenu, że jeśli się z nim rozprawię, Loghain dogada się z Kręgiem — dodał Jowan, ale nie brzmiał pewnie. — Widzicie, jestem czarnoksiężnikiem. Magiem krwi.
— Magiem krwi! — zawołał Alistair. — To bardzo niedobrze.
Wściekłość, która zawibrowała w jego głosie, przestraszyła Ellen chyba bardziej niż wyznanie Jowana. Wiedziała tylko, że należało się bać magów krwi. Że byli gorsi od śmierci. Że władali umysłami zwykłych ludzi.
Może część z tych niedorzecznych opowieści to prawda? Po minie Alistaira nie dało się tego stwierdzić, ale istniała pewna szansa.
— Zajmowałem się zakazaną sztuką i skazano mnie za to na śmierć — podjął Jowan, wściekle wzruszywszy ramionami. — Wydawało mi się, że Loghain daje mi szansę… odkupienia win. Ale on mnie tu porzucił, prawda? Wszystko się rozleciało, a ja jestem temu winien! Muszę to jakoś naprawić, po prostu muszę! — Rąbnął pięścią w ścianę.
— Więc wynajął cię sam teyrn Loghain? — odezwał się Alistair.
Zimno, obco. Ellen spojrzała na niego, skinieniem głowy podtrzymując pytanie. To nawet by się zgadzało – że teyrn Loghain maczał w tym palce. Howe kazał Berwickowi obserwować Redcliffe. Informować o… zmianach. Pewnie o to chodziło.
— Tak, kiedy schwytali mnie templariusze, zostałem przetransportowany do Denerim, gdzie miałem czekać na egzekucję. — Jowan skinął głową. — W końcu ktoś mnie odwiedził. Był to teyrn. Widziałem jego portrety, więc poznałem, że to on. Myślałem, że każe mnie na miejscu stracić, ale powiedział, że mogę naprawić swoje błędy. Że pomogę krajowi.
I dał się na to nabrać?
— Ale dlaczego arlessa potrzebowała maga, by uczył jej syna? — wtrąciła Leliana.
— U Connora zaczęły pojawiać się pewne… oznaki — przyznał niechętnie Jowan. — Pani Izolda obawiała się, że Krąg Maginów zabierze go na nauki.
— Connor? Magiem? Nie wierzę! — prychnął Alistair.
— Pani Izolda chciała, żeby jakiś odszczepieniec, mag spoza Kręgu, uczył w tajemnicy jej syna, aby mógł ukryć swój talent — ciągnął Jowan, zupełnie ignorując słowa Alistaira. — Jej mąż o niczym nie wiedział.
Ellen wydęła usta. Chcieli maga, dostali dwóch. W dodatku jeden nie był szkolony. To… chyba problematyczne. Przecież nie bez powodu zamykało się magów w Kręgach.
— Może jej syn odpowiada za to, do czego doszło — podsunęła.
— Też tak myślałem — zgodził się Jowan. — Connor niewiele wie o magii, ale być może zrobił coś, co przerwało Zasłonę. A gdy to się stało, na zamek dostały się duchy i demony. Potężniejsze spośród nich mogły zabijać ludzi i tworzyć żywe trupy.
Czymkolwiek Zasłona dokładnie była, najwyraźniej nie powinno się jej przerywać.
— Rozumiem — mruknęła niepewnie. — Chyba rozumiem.
— Ja… nie chciałem, żeby to się tak skończyło. Przysięgam — jęknął Jowan, obejmując się ramionami. — Pozwól, że pomogę wam to naprawić.
Zapadła niezręczna cisza. Tego akurat Ellen się nie spodziewała. Podłapała spojrzenie Jowana – i ujrzała mnóstwo desperacji. Zająknęła się bezradnie.
— On chce się nawrócić — rzuciła Leliana. — Czy nie każdy zasługuje na taką szansę?
O, zaczynało się.
— Nie wiem — odparł Alistair, kręcąc głową. — Jest magiem krwi… ale to dość niezwykła sytuacja.
— Proszę, dajcie mi szansę! — rzucił Jowan.
Naprawdę? Naprawdę oboje skłaniali się do tego, żeby go wypuścić? Posłała Alistairowi i Lelianie niedowierzające spojrzenie. Dobra wola to nie wszystko! Przecież… to mag. Krwi. Skazany wcześniej na śmierć!
Wypuściła powietrze przez zęby, wracając wzrokiem do Jowana.
— Jak zamierzasz to naprawić? — spytała.
— Cóż… spróbowałbym uratować pozostałych w zamku. Na pewno jest coś, co mogę zrobić. — Jego spojrzenie ześlizgnęło się na posadzkę.
— Więc gdybyśmy cię po prostu puścili…?
— Zostałbym i spróbowałbym pomóc, jeśli będę w stanie. Może pomogę wam poradzić sobie z tym, co wyszło tu na wolność. — Wzruszył ramionami.
— A co się stanie potem?
Wydawał się całkiem sympatyczny i chyba nawet szczerze żałujący za swoje grzechy, ale to wciąż było słowo przeciwko słowu. Ellen nie wiedziała, czy czuła się gotowa stawiać czoła demonowi, nieobliczalnemu dzieciakowi i magowi krwi jednocześnie.
Prawdę mówiąc, wolałaby nie stawiać czoła żadnemu z nich.
— Potem? — westchnął Jowan. — Zakładam, że zostanę aresztowany. Albo stracony. Albo… cokolwiek robi się z takimi ludźmi jak ja. Dość mam uciekania przed Kręgiem. Muszę się rozliczyć z tego, co zrobiłem.
— Godne podziwu zamiary, jeśli to prawda — odezwała się Leliana.
— Cieszę się, że tak myślisz. — Jowan uśmiechnął się blado. — A więc co teraz?
Cisza. Znowu.
Ellen poczuła skupiające się na niej spojrzenia i mimowolnie zacisnęła usta. Naprawdę? Miała zdecydować? Kolejny raz?
— Chyba na razie zostaniesz w celi — mruknęła.
Skoro nie mógł się z niej wydostać, to chyba nie stwarzał teraz zagrożenia. A nie zamierzała ryzykować bezpieczeństwem swoim i innych. Nawet jeśli Leliana będzie na nią krzyczała do końca dnia za brak miłosierdzia.
— Poczekam więc — odparł Jowan, cofając się parę kroków. — Jeśli zmienicie zdanie, będę tu.
I to wszystko? Żadnych gróźb? Złości? Akceptacja?
To nie było to, czego Ellen się spodziewała, ale nie miała czasu się dziwić. Machnęła ręką i ruszyła do najbliższych drzwi, zostawiając Jowana w celi. Żywe trupy nie mogły się do niego dostać, a on nie mógł się dostać do innych. Idealny układ.
— Alistairze — odezwała się po chwili.
Kiedy na nią spojrzał, zmusiła się do uśmiechu.
— Poprowadzisz nas na dziedziniec? Nie mam pojęcia, gdzie jesteśmy.
Jego twarz na chwilę złagodniała. Skinął głową.
— Nie ma sprawy.
Przy odrobinie szczęścia nikt więcej nie zginie, kiedy będą błądzić po zamkowych korytarzach, szukając drogi do głównej sali.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz