czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 1.4 - Zdrada przyjaciela

Shegar uniósł czujnie łeb i nastawił uszy, nasłuchując.
Z oddali dobiegały krzyki. Pies zaskomlił, kiedy niepokojące dźwięki zaczęły się nasilać. Kilkakrotnie uderzył ogonem o pościel, po czym zsunął się z materaca i podszedł do drzwi. Jego czarny nos poruszył się, wychwytując obce zapachy, złota sierść zjeżyła się na grzbiecie. Shegar zaczął zajadle szczekać, wpatrując się w zamknięte przejście.
Ellen usiadła zaspana na łóżku, przecierając dłonią twarz. Jej krótkie brązowe włosy sterczały w przeróżne strony, na policzku odbiły się nierówności poduszki. Wydawało jej się, jakby dopiero niedawno legła na spoczynek. Słyszała, jak jej brat wychodził z komnat. Leżała wraz z Shegarem, aż wreszcie zmęczenie wygrało. Teraz w pierwszej chwili chciała fuknąć, by się zamknął, jednak coś ją tknęło.
Donośny wrzask rozlegający się nie tak daleko był niepokojący. Podeszła do mabari i położyła dłoń na jego zjeżonym grzbiecie. Poczuła nieprzyjemny chłód nocy na skórze i zadrżała, nasłuchując wraz z warczącym psem.
— Co się dzieje, Shegar? — spytała cicho.
Rozległo się wściekłe walenie w deski, jakby komuś bardzo się śpieszyło. Ellen cofnęła się dwa kroki, odruchowo zmierzając po broń.
— Ktoś tam jest? — zwróciła się do psa.
Shegar zawarczał nisko, ukazując kły.
Drzwi stanęły otworem. Próg przekroczył przerażony mężczyzna, unosząc ręce, by pokazać, że nie był uzbrojony. Ellen zastygła, rozpoznając go – służył w dolnej części posiadłości. Chciała się odezwać, spytać o coś, bo ogarnął ją niepokój.
Nie zdążyła.
— Moja pani, pomocy! — krzyknął. — Zamek został zaatakowany!
Rozległ się brzdęk puszczanej cięciwy. Pierś sługi przebiła długa strzała, krew trysnęła na podłogę, z gardła mężczyzny wydobył się niezrozumiały bulgot. Zwalił się martwy do stóp Ellen, jakby składał ostatni pokłon.
Dziewczyna spojrzała na trupa, czując lodowatą pustkę w środku. Gdy rozległo się wściekłe ujadanie Shegara, drgnęła. Chwyciła leżące na stole sztylety i zacisnęła palce na rękojeściach.
Do komnaty wpadł obcy jej żołnierz. W prawej dłoni dzierżył jednoręczny miecz, na lewym ramieniu kołysała się okrągła drewniana tarcza ze znajomym herbem. Nie zdążyła się mu przyjrzeć, bo bez wahania zaatakował. Wyprowadziła cięcie w żebra, poprawiając drugim sztyletem w ramię. Ostrza przebiły kiepskiej jakości pancerz, jednak nie zadały śmiertelnych ran. Rozwścieczony przeciwnik machnął mieczem i rozciął nagą rękę Ellen.
Syknęła przez zęby i cofnęła się, zamroczona bólem. Z pomocą przyszedł Shegar. Jego szczęki zmiażdżyły zbroję na nodze mężczyzny, kości chrupnęły boleśnie. Ellen przyskoczyła do niego, dostrzegłszy, że odsłonił wrażliwe miejsce. Poderżnęła mu gardło.
W progu stanął łucznik. Shegar rozerwał pazurami dolną część jego zbroi. Mężczyzna jęknął boleśnie, jednak zdążył wypuścić strzałę. Ellen instynktownie uskoczyła w bok, ślizgając się na krwi. Wbiła sztylet w jego pierś aż po rękojeść, wyszarpnęła broń i zatoczyła się jak pijana w tył. Ciało zwaliło się na posadzkę, ale prawie tego nie słyszała. Huczało jej w uszach, ręce silnie drżały.
Zabiłam ludzi.
Shegar zaskomlił. Zmusiła się, by na niego spojrzeć. Skinęła głową do siebie głową, czując gorące krople spływające po ciele, i pomyślała, że nie chciała wiedzieć, jak wyglądała. Sięgnęła dłonią do pokrywającej jej skórę krwi, ale się zawahała. Zgięła i rozprostowała palce, ostatecznie odłożyła broń. Zabrała się za zakładanie zbroi.
Poczuła się pewniej z przyjemnym ciężarem na ramionach. Wsunęła sztylety do osłonek i podeszła do mężczyzny z tarczą. Kopnęła go w ramię, zmuszając, by obrócił się twarzą do niej. Przyjrzała się martwemu ciału, szukając wzrokiem herbu. Znalazła.
Howe.
Zadrżała i tylko siłą woli powstrzymała się, by nie ryknąć jak ranione zwierzę. Odetchnęła kilka razy głęboko – nie chciała wpadać w panikę – i zastanowiła się. Co teraz? Co mogła właściwie zrobić? Niczego nie mogła, była dziewczyną, która nigdy nie brała udziału w prawdziwej walce.
Zamknęła oczy i policzyła do pięciu. Musiała znaleźć rodziców. Ostrzec ich – albo pomóc w walce. Fergus wyruszył wraz z wojskiem, w posiadłości została tylko garstka strażników. Idealny moment na atak. Co za drań! Zazgrzytała zębami, łapiąc urywany oddech. Serce tłukło się tak nerwowo w piersi, że aż bolało.
Przekroczyła próg komnaty i odkryła, że pod drzwiami od sypialni rodziców stało dwóch uzbrojonych mężczyzn. Zdrętwiała na moment, pozwalając, by lodowaty dreszcz strachu przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.
Nie wiedziała, czym się zdradziła, ale jeden z nich odwrócił się do niej. Cofnęła się pół kroku, przestraszona spojrzeniem ciemnych oczu. Shegar zawarczał, obniżając wielki łeb.
— Gdzie jest teyrn?! — ryknął wojownik. — Gadaj!
Powinna uciekać. Co prawda za drzwiami na pewno czekało więcej wrogów, jednak ze swoim marnym…
Krzyknęła cicho, wyuczonym ruchem blokując atak jednego z mężczyzn. Metal brzdęknął o metal, wwiercając się w jej umysł. Odepchnęła broń i postąpiła krok do przodu, wyprowadzając własny cios. Wydawało się proste, prawie jak na treningach – ale na treningach nigdy nie poczuła, jak metal zagłębiał się w ciele. Cofnęła się, ledwie jej sztylet zatopił się w gardle przeciwnika.
— Na oddech Stwórcy — wychrypiała słabo.
Oderwała wzrok od leżącego na ziemi wojownika – zabitego przez nią, jej własnymi rękoma! – i rozejrzała się za drugim. Dostrzegła go kawałek dalej, nieruchomego pod ścianą, tuż przy warczącym Shegarze. Pies wyszczerzył zęby, podwijając uwalane krwią wargi.
Drzwi od sypialni rodziców stanęły otworem, w progu pojawiła się jej matka. Ellen nabrała urywanego wdechu, nagle nie mogąc przełknąć tkwiącej w gardle guli. Bez zastanowienia rzuciła się do niej, prawie potknąwszy się na trupie. Wpadła w ramiona Eleonory, lekko wytrącając ją z równowagi.
— Kochanie! — sapnęła Eleonora. — Słyszałam odgłosy walki i spodziewałam się najgorszego! Jesteś ranna?
Ellen zdobyła się na odsunięcie od matki. Nabrała wdechu, na moment uciekłszy wzrokiem w bok, by ukryć przerażenie.
— Właśnie chciałam spytać cię o to samo — mruknęła zduszonym głosem.
— Dzięki tobie nie udało im się sforsować drzwi — odparła. — Zbudził mnie krzyk. W hallu byli jacyś ludzie, więc zabarykadowałam wejście.
Ellen pokiwała głową. Całe szczęście. Całe szczęście, że miała Shegara i że matka obudziła się, słysząc krzyki. Całe szczęście, że jeszcze żyły. Odetchnęła.
Eleonora zapatrzyła się na leżące na korytarzu zwłoki.
— Widziałaś ich tarcze? — warknęła. — To ludzie Howe’a! Dlaczego nas atakują?!
— Zdradził ojca! — odparła, obróciwszy się, by przez ramię spojrzeć na martwych wrogów. — Atakuje pod nieobecność naszych żołnierzy!
— Myślisz, że ludzie Howe’a spóźnili się… celowo? — sapnęła zdumiona, zacisnąwszy rękę na jej łokciu. — Co za bydlę! Własnoręcznie poderżnę mu to jego kłamliwe gardło! Widziałaś ojca? Nie przyszedł do sypialni!
— Nie, nie widziałam — odparła niepewnie. — Byłam w swojej komnacie.
— Musimy go znaleźć! — zawołała Eleonora i puściła Ellen, by wyminąć ją gwałtownym krokiem.
Shegar zastąpił jej drogę.
— Z dołu dobiegają odgłosy walki — zauważyła Ellen.
Zagryzła na moment wargę, czując nieprzyjemny dreszcz strachu wstrząsający ciałem. Może była przy niej matka, ale to nie oznaczało, że lada moment nie zginą. Bała się. Jak jeszcze nigdy w życiu.
— Musimy się do niego przebić. Twój ojciec potrzebuje nas obu — stwierdziła z mocą Eleonora. — Nie jestem orlesiańską trusią. Daj mi miecz, a z niego skorzystam! — warknęła. — Ruszajmy!
Ellen rozejrzała się bezradnie. Matka nawet na nią nie zaczekała, dlatego tylko w biegu chwyciła upuszczoną przez jednego z żołnierzy broń. Zacisnęła dłoń na rękojeści miecza i na słabych nogach dogoniła Eleonorę, zanim znalazła się przy komnatach Fergusa. Chwyciła jej ramię, przytrzymując w miejscu.
— Weź chociaż to — mruknęła.
Matka skinęła głową i przyjęła broń, zupełnie ignorując rozbryźniętą na ostrzu krew. Albo udając, że ją zignorowała.
— Sprawdźmy, co z Orianą — zdecydowała, przenosząc wzrok na Ellen. — Powinnyśmy się upewnić, że będzie tu bezpieczna.
Ellen popatrzyła na zamknięte drzwi. Kiedy Eleonora chwytała klamkę, jej wydało się, że lepiej tam nie wchodzić. Ktoś przecież krzyczał. Głośno. Nie chciała się dowiadywać kto. Nie chciała się dowiadywać, dlaczego Oriana jeszcze nie opuściła komnat, żeby sprawdzić, jaki hałas obudził ją i Orena.
Poczuła, jak każdy mięsień jej tężał, gdy drzwi ustąpiły pod naporem ręki Eleonory, ukazując sypialnię. Jeszcze nigdy nie widziała tak dużo krwi. Tak potwornie, mnóstwo krwi. Gdyby nie to, że wiedziała, kto tu mieszkał, nie poznałaby ciała Oriany. Szkarłatne plamy na łóżku pod ścianą znaczyły wybrzuszoną pościel.
Nie było już Oriany ani Orena.
Ellen usłyszała głuchy brzdęk i poczuła, jak zwiotczały jej ręce. Upuściła broń. Musiała ją podnieść. Musiała… musiała coś zrobić.
— Nie! — zawyła Eleonora. — Mój mały Oren! Jakim trzeba być potworem, żeby mordować niewinnych?!
Ellen chwyciła łokieć matki, nie pozwalając jej wtargnąć do komnaty. Poślizgnęłaby się na krwi. Płakałaby nad zwłokami i postawiłaby się w niebezpieczeństwie. Powinny stąd iść. Znaleźć ojca albo sir Gilmore’a. Mieć nadzieję, że ktoś jeszcze żył.
Serce Ellen zacisnęło się w gniewie, który na moment odebrał jej dech. Syknęła przez zęby, wpatrując się w zakrwawione zwłoki Oriany.
— Jeszcze za to zapłacą! — wycedziła przez zęby.
— Howe nawet nie bierze zakładników! — wykrztusiła Eleonora. — On zamierza wybić nas do nogi! Och — jęknęła. — Biedny Fergus… Chodźmy już. Nie chcę tego oglądać.
Imię brata sprawiło, że Ellen drgnęła. Zacisnęła powieki, a z jej gardła wydobył się wściekły skowyt. Uderzyła pięściami w ścianę, oparła na niej czoło i spróbowała się uspokoić. Nie chciała płakać. Nie mogła płakać.
— Kochanie — szepnęła Eleonora.
Ellen spojrzała na nią pustym wzrokiem. Miały tylko siebie. Musiały coś zrobić. Szybko, zanim stracą wszystko.
Skinęła powoli głową.
W niższej części prywatnych komnat natknęły się na kolejnych wojowników. Ellen, kilka chwil później zatrzymując się w niezgrabnym rozkroku, nie potrafiła odtworzyć przebiegu potyczki. Przyjrzała się uwalanym krwią dłoniom zaciśniętym na sztyletach, potem leżącym dokoła mężczyznom. Shegar usiadł przy drzwiach i zajął się zlizywaniem czerwonych plam ze swojego pyska.
— Zaczekaj chwilę — poprosiła na wydechu Eleonora.
Ruszyła do komnat gościnnych. Ellen nie poszła za nią. Uparcie wpatrywała się w Shegara, nasłuchując – a kiedy rozległ się zduszony szloch matki, zamknęła oczy. Nie spodziewała się niczego innego. Pani Landra, Dairren czy Iona nie mieli szans, jeśli zostali w swoich pokojach. Nikt ich nie obudził. Pewnie nawet nie opuścili łóżek.
— Matko — wykrztusiła przez ściśnięte gardło.
Eleonora przyszła po chwili. Nie powiedziała niczego, przesunęła po Ellen szklistym spojrzeniem, po czym sztywnym krokiem ruszyła do wyjścia.
Ellen nie wiedziała, czego się spodziewać po wyjściu – i to, co ujrzała, przeszło jej przypuszczenia. Zatrzymała się jak wryta, zagradzając matce drogę, spojrzała szeroko otwartymi oczami na zniszczenia. Wyrwane z zawiasów drzwi, zniszczone meble, zbryzgane krwią mury, zarys zwłok odrzuconych pod ściany. Nie dostrzegła nikogo żywego – ani jednego strażnika. Słabość na chwilę ogarnęła jej mięśnie, ale udało jej się nie upuścić broni.
— Słyszysz odgłosy walki? — spytała Eleonora. — Ludzie Howe’a są wszędzie.
Shegar wydał z siebie niski pomruk. Ellen sztywno skinęła głową, obserwując, jak jej pies ustawiał się na straży przy zakręcie.
— Nie chcę, żebyś znalazła się w niebezpieczeństwie, matko — przyznała cicho.
To zabrzmiało pusto. Byle jak. Prawie śmiesznie. Ellen przełknęła ślinę.
— Po moim jedynym wnuku zostały tylko zmasakrowane zwłoki. Co mnie obchodzi jakieś niebezpieczeństwo? — jęknęła. — Frontowa brama — jej głos niespodziewanie nabrał siły — tam na pewno jest twój ojciec.
— Nie możemy tak po prostu pozwolić, by Howe odniósł zwycięstwo! — żachnęła się, drgnąwszy nerwowo, kiedy dokoła poniósł się wrzask.
Mięśnie zdecydowały za nią – poczuła, że stawiała pierwszy krok, gotowa rzucić się do walki w obronie mordowanej osoby. Nie zdążyła, matka złapała ją za rękę i przytrzymała. Ellen zabrakło siły woli, żeby z nią walczyć.
Jedno życie nie mogło niczego zmienić.
— Kochanie, słuchaj uważnie, mamy mało czasu — zażądała Eleonora. — Jeśli nie uda nam się znaleźć twego ojca, musisz ujść stąd z życiem. Bez ciebie i Fergusa zginie cały ród Couslandów. Jeśli ludzie Howe’a są w środku, kontrolują już zamek. Musimy uciekać przez znajdujące się w spiżarni wejście dla służby. Słyszysz, co mówię? — Szarpnęła nią lekko, nie podchwyciwszy kontaktu wzrokowego.
Ellen odwróciła głowę. Nienawidziła tych słów. Nienawidziła tego, że czuła przymus zgodzenia się z nimi. Nienawidziła tego, że zostały wypowiedziane. Kolejny wrzask wstrząsnął rezydencją, mocniej napinając mięśnie Ellen. Shegar cicho zawarczał.
— Słyszę — wymamrotała posłusznie.
— A więc pośpieszmy się. — Eleonora delikatnie popchnęła ją w przód, zachęcając do ruszenia.
Znalazły się na głównej drodze – stąd tylko kilka chwil dzieliło ją od wielkiej sali albo kuchni, gdzie w spiżarni znajdowało się przejście dla służby. Ellen osłoniła oczy ramieniem, oślepiona blaskiem bijącym od ognia. Prawie wszystko płonęło, meble, fragmenty ścian, najprawdopodobniej zwłoki. Coś chyba blokowało drogę do kuchni. Nie widziała wyraźnie.
Drgnęła, słysząc tupot nóg. Odwróciła się w stronę biblioteki – przed nimi zatrzymał się zdyszany mężczyzna, jeden ze służących w dolnej części rezydencji. Nabrał wdechu, ze zdumieniem patrząc na ich broń, mocniej zacisnął dłoń na niewielkim nożu.
— Zamek zdobyty! Uciekam stąd! — jęknął rozpaczliwie.
— Idź, człowieku! — zawołała bez zastanowienia, chwytając jego przegub, żeby przeciągnąć ją na drugą stronę drogi. — Ratuj się!
— Nadchodzą! — wrzasnął przerażony, gdy coś świsnęło w powietrzu.
Ellen zachłysnęła się powietrzem. Musiała obronić matkę. Siebie. Tego nieszczęsnego służącego. Wyskoczyła wrogowi naprzeciw w tej samej chwili, w której Shegar rzucił się na niego z zębami.
Nie była pewna, kiedy walka się skończyła – oprzytomniała trochę, kiedy osunęła się na kolana. Skaleczyła się w dłoń ostrym odłamkiem. Pustym wzrokiem przyjrzała się krwawiącej rance, nie potrafiąc określić, która plama posoki była jej, a która zamordowanych ludzi. Żołądek wywrócił się jej do góry nogami.
— Ellen, wstań — wychrypiała matka. — Musimy iść.
Wykonała polecenie jak bezwolna kukiełka. Wsparła się na Shegarze, czując, że nogi znów się pod nią uginają, i wysmarowała jego jasną sierść krwią. Popatrzyła na ciemnoczerwoną plamę zdobiącą grzbiet psa. Miała ochotę zwymiotować. Chyba nie miała czym – albo tak zacisnęło jej się gardło, że nie była w stanie.
— Biblioteka — wymamrotała słabym głosem.
Eleonora pozwoliła jej pójść. Ellen, zataczając się od ściany do ściany, dotarła do wyłamanych z zawiasów drzwi. Wsparła się ramieniem na framudze, mrużąc oczy, kiedy ciemność pomieszczenia ją zamroczyła. Potrzebowała kilku chwil, zanim przyzwyczaiła się do słabszego oświetlenia.
Bibliotekarz leżał pod wywróconym regałem – poznała jego pomarszczoną dłoń ze starym sygnetem. Podobno odziedziczył go po dziadku. Nie ruszał się. Ellen chciała do niego podejść, ale nie potrafiła odepchnąć się od framugi. Aldousa dostrzegła nieopodal paleniska. Jeśli dobrze widziała, poderżnięto mu gardło. Jej broda zadrżała, zanim powstrzymała to silnym zaciśnięciem zębów.
— Kochanie?
Sztywno odwróciła się do matki, unikając jej spojrzeniem.
— Nie ma tu nic — mruknęła.
Eleonora nie naciskała. Ruszyła za nią, kiedy tylko ją wyminęła. Przynajmniej Ellen przestała się tak zataczać. Nogi nadal miała jak z waty, ale utrzymywała równowagę.
— Sprawdźmy kaplicę — podsunęła jej matka.
Ellen przytaknęła. Nie było w tym sensu najpewniej. Tam też nikt nie przeżył. Mimo to pomaszerowała w odpowiednią stronę, starając się nie patrzeć na płonące ściany. Dlaczego Howe podpalałby posiadłość? Bał się, że ktoś ujdzie z życiem? Chciał się upewnić, że wszyscy z Couslandów zdechną?
Kaplica była pusta. Oraz oślepiająco jasna – regały z książkami płonęły niczym ogromne pochodnie, rzucając złocisty blask na kamienną posadzkę. Ellen osłoniła oczy ramieniem i przyjrzała się podłodze, szukając zwłok. Przy ścianie leżało coś ciemnego, jakby spalonego. Może to było ciało. Może matki Mallol. Może, dla odmiany, kogoś z oddziałów Howe’a. Tak czy siak nie miały tu czego szukać.
— Pośpieszmy się — tchnęła, czując, jakby język stawał jej kołkiem w gardle.
Eleonora wycofała się pierwsza i bez słowa ruszyła ku drzwiom do głównej sali. Ellen, niczym jej cień, szła tuż za nią, nerwowo przesuwając palcami po rękojeści broni. Shegar truchtał przy jej nodze, jego twarde pazury miarowo stukały o kamienie.
Matka zatrzymała się na rozwidleniu dróg, spoglądając w ciemną uliczkę. Ellen stanęła przy niej, dość blisko ściany, by móc się na niej wesprzeć w razie potrzeby. Dokoła zapadła niepokojąca, dzwoniąca w uszach cisza, tylko ogień trzaskał nad ich głowami, pożerając drewniane belkowanie dachów.
— Spoczywa tu ostrze rodowe Couslandów — odezwała się schrypnięta Eleonora, sięgając do szyi.
Spod koszuli wydobyła wiszący na łańcuszku złoty klucz. Zerwała go i podała Ellen, uśmiechając się smutno. Wyglądało to groteskowo, uśmiech na zbryzganej krwią twarzy. Ellen bez słowa zacisnęła dłoń na kluczyku.
— Proszę, kochanie, weź go — westchnęła Eleonora. — Ten miecz nie może dostać się w łapy Howe’a, powinien za to odrąbać ten jego zdradziecki łeb!
Ellen przytaknęła. Drzwi ustąpiły pod jej naporem, zupełnie jak zawsze, co wydało jej się jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Nic nie powinno być jak zawsze. Przekroczyła próg i stanęła w aksamitnym mroku, mrużąc oczy.
Na ziemi leżeli gwardziści. Ich miecze pokrywała krew, wśród znajomych herbów Ellen zauważyła jeden Howe’a. Podjęli walkę. Ugrali coś. Niczego im to nie dało. Może gdyby kazała im pracować, zamiast grać w karty…? Na sztywnych nogach podeszła do pancernych drzwi skarbca.
Wcisnęła klucz do zamka, kilkakrotnie przekręciła i wkroczyła do ciemnego pomieszczenia. Nie było duże, mogłaby je obejść w niecałą minutę. Jej celem był kufer stojący pod przeciwległą ścianą. Otworzyła wieko i spojrzała na lśniące ostrze miecza. Zmarnowała kilka długich chwil na przyglądanie się mu, śledzenie wzrokiem wyrytego w głowicy herbu ich rodu. Wszystko stracili. Co jedna broń mogła zmienić?
Chwyciła rękojeść i wydobyła miecz z kufra. Trochę jej to zajęło, zanim doczepiła broń do pasa tak, żeby jej nie przeszkadzał. Jeśli miała go tylko pilnować, poradzi sobie z tym. Może matka go weźmie, żeby nim walczyć. Wolałaby, żeby walczyła mieczem Couslandów, nie ukradzionym wrogowi.
Kiedy wróciła do matki, Shegar szczeknął krótko. Eleonora drgnęła nerwowo, odrywając wzrok od zasnutych dymem uliczek, i spojrzała na Ellen. Dziewczyna bez słowa oddała jej broń i – chociaż Eleonora nieznacznie się zawahała – zabrała wcześniejszy miecz. Tak było lepiej. Tak powinno być.
— Już blisko — mruknęła jej matka.
Ellen nie wiedziała, do czego było im blisko. Bez słowa ruszyła za nią, gotowa znów stanąć do walki, chociaż nie widziała żadnego wroga. Zacisnęła zęby.
Główna sala rzeczywiście znajdowała się blisko. A w niej oddział wysokorskiej straży walczący z atakującymi ludźmi Howe’a. Ellen w progu potknęła się o zwłoki jednego ze swoich gwardzistów i wpadła na przełamany wpół stół. Stęknęła.
Sir Gilmore również tu był. Dowodził niedobitkami wysokorskich wojowników, jego zachrypły głos niósł się ponad szczękiem broni, kiedy wydawał rozkazy. Ellen poczuła, że jej serce zabiło trochę szybciej w piersi. Jeśli sir Gilmore żył, może istniała odrobina nadziei. Wystarczyło pomóc w walce.
Doskoczyła do wrogów i zaatakowała, tak jak robiła to przez ostatnich kilkadziesiąt minut. Nie bała się potyczki, jak z zaskoczeniem sobie uświadomiła. Bała się zabijania – ale tylko trochę. Najbardziej bała się, że przegra. Wiedziała, że jej przegrana pociągnęłaby za sobą przegraną właściwie wszystkich w posiadłości.
Skupiła się na chronieniu matki. Chociaż Eleonora walczyła świetnie, Ellen ciągle paraliżował strach o nią. Musiała ją odciążyć. Musiała skupić wrogów na sobie. Jej strzegł Shegar, ale matka potrzebowała jej. Nikt nie mógł się do niej zbliżyć – przynajmniej póki Ellen oddychała. Sir Gilmore i strażnicy poradzą sobie z resztą napierających wrogów.
Kilkukrotnie usłyszała swoje imię, jednak zupełnie się tym nie przejęła. Dostrzegła atakującego matkę wojownika, więc bez wahania uderzyła głowicą sztyletu w jego skroń. Upadł bez przytomności. Drgnęła, nie wiedząc, czy go dobijać. Był bezbronny. Był bez przytomności. Może…
Miecz sir Gilmore’a przeszył jego pierś, kończąc jej wahanie. Ellen poderwała głowę i spojrzała na przyjaciela szeroko otwartymi oczami. Na policzku miał ciemną smugę krwi. Wyglądał na o wiele bledszego niż zwykle, jego rude włosy zdawały się być czerwone. Ellen przełknęła ślinę.
— Utrzymajcie bramy tak długo, jak to tylko możliwe! — ryknął sir Gilmore.
Strażnicy, którzy jeszcze byli w stanie chodzić oraz walczyć, ruszyli do głównych wrót. Ellen odprowadziła ich spojrzeniem. Szli na śmierć i najpewniej doskonale o tym wiedzieli. Zupełnie jak ona – tylko nie zdawała sobie z tego sprawy do teraz.
— Jaśnie pani! Panienko! Obie żyjecie! Byłem pewien, że ludzie Howe’a zdołali się przedostać! — usłyszała głos sir Gilmore’a.
Ellen potrząsnęła głową. Poczuła na przegubie jego ciepłą dłoń, przez co lekko się zająknęła. To też wydawało się zbyt normalne, żeby mogło się dziać.
— Widziałeś mego ojca?! — jęknęła.
Sir Gilmore odwrócił głowę do zbliżającej się Eleonory i szybko puścił rękę Ellen. Nie była pewna, czy poczuła się przez to lepiej – jego dotyk sprawiał wrażenie mostu z lepszą rzeczywistością. Bała się, że utonie we wszechobecnej krwi.
— Szukał was — mruknął ponuro. — Powiedział nam, byśmy utrzymali się tak długo, jak to tylko możliwe. Gdy zdałem sobie sprawę, co się dzieje, mogłem jedynie zamknąć bramy. Ale nie powstrzymają ludzi Howe’a na długo! — Przeniósł wzrok na drżące wrota.
Ellen zmarszczyła czoło. Strażnicy podpierali bramy, by nie zostały sforsowane, ale drewno lada moment mogło ustąpić. Ilu ludzi przyprowadził tu Howe? Dziesiątki, setki? Rządził tylko arlatem, jego siły nie były w stanie konkurować z ich wojskiem, z wojskiem teyrniru… ale oni wszystkich wysłali na południe.
— Jeśli znasz jakieś inne wyjście z zamku, jak najszybciej z niego skorzystaj! — wychrypiał sir Gilmore, chwytając jej ramię.
Obrócił ją tak, żeby na niego spojrzała. Dostrzegła rozpacz w jego oczach – już nie wierzył, że mieli większe szanse. Dotknęła jego dłoni, czując, jak żołądek zaciskał się w przerażeniu. Skoro ona mogła uciec, on też.
— Chodź z nami! — jęknęła.
Sir Gilmore pokręcił głową. Odsunął się od niej, uciekając wzrokiem w bok i otwierając przy tym usta, jakby chciał coś powiedzieć. Wydobyło się z nich tylko lekkie westchnienie. Ellen wpatrywała się w niego intensywnie, nie rozumiejąc, dlaczego się wahał.
Sir Gilmore uśmiechnął się smutno i znów na nią spojrzał. Kiedy się odezwał, wyglądał, jakby nie mówił tego, co sobie zamierzył.
— Jeśli tak uczynię, nie zdążycie uciec, nim bramy zostaną sforsowane — wyjaśnił miękkim głosem, jak gdyby mówił do dziecka.
Ellen poruszyła bezradnie ustami i spróbowała odszukać jego dłoń. Cofnął się stanowczo, jakby bojąc się, że się oparzy.
— Proszę! — jęknął, odwracając wzrok. — Ruszajcie, póki macie szansę! Gdy ostatni raz widziałem teyrna, był ciężko ranny. — Przeniósł wzrok na Eleonorę. — Nalegałem, by nie ruszał się z miejsca, ale bardzo chciał was odszukać. Udał się w kierunku kuchni. Myślał chyba, że znajdzie was w spiżarni obok wyjścia dla służby.
— Wielkie dzięki, sir Gilmorze — odezwała się Eleonora, obdarzając strażnika pełnym ciepła uśmiechem. — Niechaj czuwa nad tobą Stwórca!
— Niechaj Stwórca czuwa nad nami wszystkimi — odparł.
Cofnął się ku bramie, raz jeszcze – chyba ostatnio raz – przenosząc wzrok na Ellen. Dziewczyna drgnęła i postąpiła w ślad za nim kilka kroków, bezradnie unosząc rękę, jakby mogła go jeszcze zatrzymać.
— Gilmorze…
Sir Gilmore zacisnął usta i odwrócił wzrok. Chciała coś jeszcze powiedzieć, przekonać go, nawet błagać, żeby nie był głupi, żeby nie zgrywał bohatera.
Obrócił się i pobiegł do pozostałych strażników, by pomóc im utrzymać bramę.
— Gilmorze! — krzyknęła rozpaczliwie.
Nie zareagował, jakby przestał ją słyszeć. Poczuła na ramieniu stanowczy uścisk matki, dlatego odpuściła. Cofnęła się, wpatrując się w przyjaciela.
Chciał coś jeszcze powiedzieć. Dlaczego zrezygnował?
— Dlaczego? — jęknęła słabo.
— Chodź, kochanie — mruknęła Eleonora, przyciągając ją do siebie. — Ojciec na nas czeka. Musimy ruszać.
Ellen podążyła za matką, kiedy pociągnęła ją do wyjścia – nie odwróciła jednak wzroku od sir Gilmore’a. Nie rozumiała. Zupełnie nie rozumiała. Mógłby z nimi uciec. Na pewno mógłby. Nie musiał się poświęcać.
— Nie musi za nas umierać — wyszeptała.
— Każdy robi to, co do niego należy. — Eleonora stanowczo popchnęła Ellen w stronę drugich drzwi. — My też.
Sztywną ręką chwyciła lodowatą klamkę i pchnęła drzwi. W głównej sali nie zostawiała nikogo żywego. Może sama też była już martwa, tylko jeszcze o tym nie wiedziała? Sir Gilmore przynajmniej wiedział, co go czekało.
Shegar prześlizgnął się przy jej nogach i pobiegł przodem. Ellen podążyła za nim, łapiąc krótkie, urywane oddechy. Wszyscy w tej posiadłości byli już martwi. To wyłącznie kwestia czasu.
Może powinna pociągnąć ze sobą tak wielu ludzi Howe’a ilu tylko zdoła? A potem Stwórca osądzi, czy miała prawo ich mordować.

5 komentarzy:

  1. Hej!

    Wiem, że tekst pisany dawno i zapewne nie chciałoby Ci się go przerabiać, co rozumiem. Jednak nie wiem, jak to wygląda w nowszych rozdziałach i czy niektóre kwestie się poprawiły.
    Walka z żołnierzami: zawsze mnie to dziwiło, że byle chłystek potrafi zabić kogoś bardziej doświadczonego (Seria "Zwiadowcy", Horace i walka z kolesiem, który dwuręczny miecz trzymał w jednej ręce, to jeden z wielu przykładów). Ja rozumiem, że mniej doświadczeni są przy okazji mniej przewidywalni, bo jeszcze nie nabrali pewnych nawyków, jednak nie sprawdza się to w każdym przypadku.
    Wielką sporną kwestią jest sama walka. Po pierwsze, lubię opisy walk i żałuję, że w kilku momentach ich zabrakło. Po drugie, wspomniana kwestia sporna: ciężko stwierdzić, czy dziewczyna, mniejsza, lżejsza i słabsza, pokonałaby żołnierza, który jest uzbrojony w broń dłuższą od sztyletu, tarczę, ma na sobie jakąś zbroję, a ponadto na pewno jest silniejszy i większy. Moim zdaniem wojak miałby większe szanse na wygraną, tylko że dziewczyna miała przy sobie mabari. Mówię, można by się spierać bez końca, więc lepiej to zostawić. ; )
    Też liczba strzał wypuszczonych w stronę Ellen mnie zaskoczyła. Zapewne wyolbrzymienie i tak dalej.
    Zastanawiam się skąd gruzy w zamku. W sensie, nie pamiętam zbytnio i czy to było typowe oblężenie z machinami wojennymi czy żołnierze zaatakowali, jak byli już w zamku?
    Ogółem Loghain i jego kumpel Howe popełnili jeden spory błąd: mogli wspomóc wojska króla pod Ostagarem, żeby pokonać pomioty. Przecież król równie dobrze mógł zginąć w walce, a nikt nie oskarżyłby Loghaina o zamach stanu. Równie dobrze mógłby pomóc królowi umrzeć podczas bitwy za pomocą żołnierza czy kogoś innego. Mogli to lepiej rozwiązać, logiczniej.

    Serdecznie pozdrawiam i nie zapraszam do siebie, bo nie ma po co,
    Cyberpunk Stories.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie nie, bo piszę dla frajdy, nie dla nagrody Nike.
      O nie, Horace'a nie nazwałabym byle chłystkiem. Po pierwsze, był to chłopak, który pół życia uczył się sztuki walki. Po drugie, był utalentowany. Po trzecie, chociaż młody, przeżył wiele dziwnych rzeczy, co nauczyło go wielu innych umiejętności. O ile dobrze pamiętam, ze zwycięstwem pomógł mu łut szczęścia poza umiejętnościami, co więcej, Halt i Will zakładali, że może przegrać, byli gotowi zagrać nieczysto w jego obronie. Toteż nie posunęłabym się do zarzucania panu Flanaganowi uciekania się do Imperatywu Narracyjnego, bo to naprawdę dobry pisarz.
      Nie zamierzałam nigdy robić z tego tekstu batalistycznego, tylko przygodowy. Toteż nie zamierzam zawalać rozdziału milionem długich i skomplikowanych opisów, na których w dodatku nie znam się aż tak - nigdy nie walczyłam w zbroi ani bronią białą, ot, wiedzę wynoszę z książek, książek, książek, odrobinę z gier, ale to bardziej wizualnie.
      Nie zamierzam się spierać. Zamierzam pisać tak, jak sprawia mi to przyjemność, a przyjemność sprawia mi pisanie postacią, która nie jest nijaka i beznadziejna, jak to jest na to ostatnio moda. Wychodzę z założenia, że bohater książki ma prawo odnosić jakieś sukcesy.
      Nie pamiętam, ile strzał opisałam siedem lat temu, pardon me.
      I guess z kanonu. Po opuszczeniu części sypialnianej można zastać dokoła niezły bałagan.
      Ale to nie Loghain to zlecił, ech. Loghain nawet z początku nie chciał się Cailana pozbywać, dopiero sytuacja na naradzie go do tego popchnęła. Loghain jedynie przymknął oko na to, co chciał zrobić Howe - bo potrzebował w nim sojusznika. To Howe, w swojej chorej zazdrości, pragnął zniszczyć Couslandów, by zająć ich miejsce. Howe był szaleńcem, Loghain dowódcą oraz strategiem. Co więcej, w trakcie współpracy z Howem orientuje się, że popełnił błąd, wchodząc z nim w sojusz.

      Usuń
    2. Nie uczył się pół życia sztuki walki. Ćwiczenia z mieczem rozpoczął, gdy wstąpił do Szkoły Rycerskiej.
      Willa nawet nie było przy tej walce. Został porwany przez Eraka.
      Ja wiem, nie każdy zna się na walce bronią, trudno tego wymagać.
      Mówiłem ogółem o tej sytuacji pod Ostagarem. Jako doświadczony strateg powinien domyślić się, że łatwiej będzie mu pokonać mroczne pomioty przy pomocy dwóch armii, a nie jednej. Jasna sprawa, nie sądzili, że to będzie kolejna Plaga, ale mniejsza z tym.

      Usuń
    3. Wstąpił do niej jako szczyl. Zresztą, najwyraźniej mówimy o zupełnie innych pojedynkach. Musisz się odnosić do Ruin lub Mostu, ja do Okupu, o ile nie poplątała mi się kolejność wydarzeń. Jednak wciąż, o ile pamiętam, miały na zwycięstwo wpływ najróżniejsze warunki. Będę bronić pana Flanagana, bo uważam, że każdy pisarz ma prawo do wyjątkowości, a odbieranie mu tego prawa to jak rozjuszanie byka.
      Znam się na tyle, na ile się znam. Teoretycznie. Praktyki miałam bardzo mało, jeśli chodzi o broń białą. Dziękuję, czuję się z tym dobrze, nie uważam, bym była całkowicie niekompetentna w tym temacie.
      Ale skąd miał wziąć tę drugą armię??? Coś mnie chyba ominęło? Loghain musiał wycofać swoje wojska, bo gdyby pociągnął plan, nikt by nie uszedł z życiem. Pewnie nie zauważyłeś, ale pomioty nadchodziły dokładnie zza pleców oskrzydlenia, zakleszczyłyby obie armie. Poświęcenie króla było decyzją, którą Loghain musiał podjąć, by cokolwiek uratować.

      Usuń
    4. Tak, miałem na myśli walkę z Morgarathem czy jak mu tam było.
      Za dwie armie miałem na myśli wojska Loghaina i Cailana.

      Usuń