czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 1.5 - Sforsowana brama

Wszystko działo się tak szybko.
Ellen nie była pewna, w którym momencie razem z matką wydostały się z głównej sali, a w którym zwarły się w walce z następnymi gwardzistami Howe’a. Krew chlupotała pod nogami, kiedy ślizgała się na niej, próbując utrzymać równowagę przy odpieraniu kolejnych ciosów. Żaden trening nie przygotował jej na brutalność takich starć. Sir Gilmore nigdy nie opowiadał o bulgoczącej w gardle krwi, o miękko wchodzącym w ciało ostrzu, o metalu zgrzytającym na mocnych płytach zbroi.
Ellen nawet nie wiedziała, o co teraz walczyły. Przecież już niczego nie było. Wysokoże zostało opanowane przez wrogów, przybyło ich zbyt wielu, by wyrąbały sobie drogę ucieczki. Poza tym brakowało im umiejętności. Chociaż matka sprawnie wywijała rodowym mieczem, a Ellen improwizowała najlepiej, jak tylko mogła, nie miały żadnych szans z wyszkolonymi wojownikami.
Mimo to parły przed siebie. Ellen jak bezwolna kukiełka wędrowała od jednych drzwi do drugich, szukając ocalałych – ale tych prawie nie znajdowały. Nigdy w całym życiu nie widziała tyle trupów. Tyle zniszczeń. Ognia. Krwi. W końcu nawet zaciskanie dłoni na ciepłej sierści Shegara przestało pomagać. Szła na sztywnych nogach, ledwo oddychając przez zmiażdżone obrzydzeniem i przerażeniem gardło, i szukała. Kogoś żywego, kogokolwiek. Do kuchni został jeszcze kawałek. Może ktoś. Chociaż ktoś jeden.
Słyszała za plecami przyśpieszony, nieco chrapliwy oddech matki. Zacisnęła dłoń na kolejnej klamce i szarpnęła, przygotowując się do odparcia ataku. Ale nic takiego się nie stało – nikt nie wyskoczył z komnaty i nie spróbował ich zabić. Ellen zdumiona zajrzała do środka, do niewielkiego pomieszczenia zastawionego pryczami. To musiał być pokój służby.
W kącie kuliły się dwa elfy. Ellen poczuła gorącą falę radości zalewającą ciało – ruszyła w stronę służących, chcąc się odezwać, ale nie zdążyła. Na jej widok zaczęli krzyczeć jedno przez drugie, elfka piskliwie, drugi elf wtórował jej niskim, wibrującym głosem. Ellen w ogóle nie rozumiała słów, a kiedy uniosła ręce, żeby ich uspokoić, rzucili się biegiem do drzwi. Zdążyła tylko się za nimi obrócić.
Tak po prostu umknęli. Pognali w płonącą posiadłość, oddając się w szpony śmierci.
— Niewiele możemy poradzić, kochanie — powiedziała cicho Eleonora.
Ellen skinęła głową. Na nic nie mogły poradzić. Po co się oszukiwać?
Niedługo po wyjściu z niewielkiej komnaty znów starły się z kilkoma gwardzistami Howe’a. Ellen poczuła, jak jej sztylet zanurzał się w ramieniu przeciwnika, i usta wypełniła jej żółć. Mordowała ludzi. Tak po prostu ich szlachtowała, jakby to było zupełnie normalne. Zabijała. Obrzydzenie wpełzło pod jej skórę, odciskając na niej dreszcze.
Tylko oni też zabijali. Nawet się tym nie przejmowali. Chwytali bezbronnych mieszkańców Wysokoża i brutalnie ich mordowali.
Pchnęła mężczyznę ramieniem, wpychając go na ścianę, zanim sięgnął bronią jej matkę. Docisnęła go z całej siły, łapiąc płytki, urywany oddech. Dźgnęła zupełnie na oślep, poczuła, że jego miecz prześlizgnął się po jej boku – ale nie dało się trafić pod takim kątem. Dźgnęła więc jeszcze raz. I jeszcze. Krew wylała się na jej dłonie, jednak to zignorowała. Dźgała tak długo, aż ciało zwaliło się bez życia na posadzkę.
— Ellen — usłyszała miękki głos matki.
Odskoczyła od trupa i prawie poślizgnęła się w zalewającej chodnik krwi. Wycofała się na miękkich nogach, dysząc tak ciężko, jakby przebiegła dokoła całego Wysokoża. Poszukała spojrzeniem matki, bezradnie zacisnąwszy dłonie na rękojeściach sztyletów.
To potworne. Obrzydliwe. Śmierć wcale nie była estetyczna. Była pełna śluzu, krwi, łez, wnętrzności, śliny.
— Musimy się pośpieszyć — mruknęła matka, ujmując jej łokieć.
Ellen zapatrzyła się na jej czerwone od krwi dłonie. Teraz obie wyglądały tak samo – tylko włosy jej matki przyprószyła już siwizna.
— Kuchnia jest blisko. Modlę się, by twój ojciec tam był — westchnęła, ciągnąc ją jak nieposłuszne dziecko.
Shegar truchtał obok, oddychając głośno ze zwieszonym językiem. On jeden zdawał się być zadowolony. Pewnie dobrze się bawił. W końcu ogary mabari zostały stworzone do walki, do chronienia właściciela.
Ellen skinęła głową, chociaż nawet nie wiedziała, po co to zrobiła. Sztywno wsunęła sztylety do osłonek, z trudem rozprostowawszy zaciśnięte na nich palce. Musiały się pośpieszyć. W końcu śmierć czekała.
Matka wpadła do kuchni jak oparzona. Ellen spodziewała się tu wszystkiego, każdej możliwej tragedii, mnóstwa gwardzistów gotowych je zabić zaraz po tym, jak pokażą im martwego ojca – ale pomieszczenie tonęło w spokoju. Kiedy przekroczyły próg, ogarnęła je ciepła, domowa ciemność, pełna bezpieczeństwa. Dokoła niósł się słodki zapach ciasta owocowego, jakby ktoś lada moment miał podać kolację.
Ellen mimowolnie się zatrzymała, nabierając głębokiego wdechu. Poczuła, że drżały jej mięśnie, czy ze strachu, czy z wyczerpania. Ruszyła, kiedy i jej matka postawiła pierwsze kroki. Ellen niepewnie poszła w stronę niewielkich drzwi prowadzących do spiżarni, nie mogąc opędzić się od wrażenia, że zaraz Niania warknie, że spóźniły się na kolację. Nie przypuszczała, że kiedykolwiek tak bardzo zatęskni za jej skrzekliwym głosem.
Niania jednak nie mogła już na nie warknąć. Ellen zatrzymała się nad porzuconymi w kałużach krwi ciałami, czując rozlewającą się w piersi pustkę. Patrzyła na Nianię z poderżniętym gardłem, leżącą z rozsypanymi kończynami, jakby była ledwie dziecięcą zabawką, o której ktoś zapomniał. Kawałek dalej zauważyła dwoje kuchcików. Ich rzucono na niewielką stertę, jak gdyby zawadzali komuś drogę po swojej śmierci.
Ellen zacisnęła usta, uporczywie wpatrując się w ten obraz. Musiała to zapamiętać. Musiała pamiętać każdy, choćby najmniejszy szczegół. To jej obowiązek.
W ciszy poniosło się głuche stuknięcie. Ellen drgnęła i cofnęła się gwałtownie – wpadła plecami na matkę. Jej spojrzenie powędrowało do zamkniętych drzwi spiżarni. Dźwięk dobiegał stamtąd. Ktoś tam musiał być. Albo wróg, albo…
Serce Ellen zabiło szybciej. A jeśli ojciec żył? Ze ściśniętym gardłem ruszyła do przejścia, chwyciła klamkę i gwałtownie ją nacisnęła. Przekroczyła próg, nie pamiętając, jak się oddychało. Pomieszczenie tonęło w jeszcze głębszej ciemności i jej oczy potrzebowały paru chwil, żeby się do niej przyzwyczaić. Wyglądało to tak, jakby ojca nie było. Nie widziała go nigdzie, nie stał pod ścianą ani przy beczkach, ani półkach, ani…
— Jesteście tutaj… obie.
Matka przepchnęła się obok niej i rzuciła się na tyły spiżarni. Spojrzenie Ellen zsunęło się na posadzkę i zastygło na leżącym tam kształcie. Na oddech Stwórcy.
— Bryce! — zawołała łamliwym głosem Eleonora.
Ellen podeszła kilka kroków w przód, ale znów przystanęła. Teraz widziała wyraźniej. Widziała kałużę krwi, widziała, jak ojciec się zwijał, jak przyciskał dłoń do boku, jego wykrzywioną bólem twarz. Poza własnym ciężkim biciem serca usłyszała jego świszczący, ciężki oddech.
Ojciec był ranny.
Ellen rzuciła się do niego, jakby wyrwała się z odrętwienia. Potknęła się o własne nogi, ale utrzymała równowagę – osunęła się przed ojcem na kolana, tuż obok klęczącej matki, i wypuściła wstrzymywane powietrze. Co teraz? Co teraz? Co mogły zrobić, jak mu pomóc? Musieli uciekać, jak najszybciej.
Matka objęła ojca i przytuliła go do siebie, pozwalając wesprzeć się na własnych ramionach. Ellen wbiła wzrok w posadzkę, nie mogąc patrzeć, jak jej dłonie zanurzały się w krwi ojca. To był jakiś koszmar. To musiał być koszmar.
— Zastanawiałem się… — stęknął ojciec. — …kiedy dotrzecie.
— Na krew Stwórcy, co się dzieje? — jęknęła Eleonora, czule gładząc jego policzek. — Krwawisz.
Ellen wykrzywiła usta. Przecież matka widziała, co mu dolegało. Miał pieprzoną dziurę w boku. Krew wylewała się z niego, klęczały w niej, a ona pytała, co się stało? Z trudem powstrzymała się od warknięcia na matkę i zacisnęła dłonie na ciepłej sierści leżącego przy niej Shegara.
— Ludzie Howe’a… — wydusił ojciec. — …znaleźli mnie pierwsi.
Nienawidziła tego nazwiska. Nienawidziła tego rodu. Całą sobą, każdym uderzeniem serca, każdym oddechem, myślą. Zaatakowali ich we własnym domu, pod osłoną nocy, kiedy oddali swoje wojska, by wspomóc króla i ojczyznę. Kto robił takie potworności? Na co Howe liczył? Jeśli wieści dotrą do Ostagaru…
…jeśli.
— Prawie… — ciągnął Bryce. — …mnie tam zabili.
Shegar zaskomlił i wsunął pysk pod bezwładną dłoń Ellen. Wilgotny nos dotykający rozgrzanej skóry trochę ją otrzeźwił. Zastanowiła się, czy mgiełka przysłaniająca świat była łzami, czy zbliżającą się śmiercią.
Zawiodła ich. Zawiodła wszystkich. Nie wiedziała, co mogłaby zrobić w obliczu zdrady, ale gorycz wypełniła jej usta, serce, nawet zwinęła się na żołądku. Gdyby zrobiła cokolwiek, wszystko wyglądałoby inaczej. Oriana i Oren nie żyli. Pani Landra, jej syn, służka, Niania, matka Mallol, Aldous, dziesiątki służących oraz gwardzistów. Każdy zginął. Za każdego była odpowiedzialna jako córka teyrna.
Obiecywała matce, że będzie robiła to, co do niej należało. Zapewniała ojca, że będzie godnie nosiła nazwisko Couslandów. Teraz czuła się jak śmieć. Klęczała we krwi, w środku płonącej posiadłości, dokoła niej ginęli ludzie, jej przyjaciel oddawał życie w ich obronie, zdobywając dla nich więcej czasu, a ona…
…była bezużyteczna.
Dokądkolwiek nie poszła tego wieczoru, po jej krokach zostawały tylko trupy, krew, śmierć, złamane obietnice i zawiedzione zaufanie.
Ale przecież nie mogli tak czekać, aż ktoś ich znajdzie i zabije. Matka mówiła, że wyjście dla służby znajdowało się w spiżarni. Pora zacząć działać, a przynajmniej spróbować uwolnić się z tego piekła.
— Musimy cię stąd zabrać! — rzuciła, kładąc dłoń na ramieniu ojca.
Jego spojrzenie zwróciło się na nią. Żołądek zacisnął się nieprzyjemnie, odbierając dech – twarz ojca nie wyglądała tak, jak ją zapamiętała. Nagle wydawał się starszy o całą dekadę, zmarszczki stały się wyraźniejsze, jakby zapadł się w sobie. Ellen nie mogła nabrać powietrza, wpatrując się w niego szklistymi oczami.
— Ja… — zaczął. — Obawiam się, że nie przeżyję, jeśli wstanę.
Nie powiedział tego. Nie mógł tego powiedzieć. Z jej piersi wydobyło się zduszone piśnięcie, napięła ramiona, jakby chciała zerwać się na równe nogi – poczuła, że matka ujęła jej dłoń w swoją, ale całkowicie to zignorowała.
Nie będzie płakała. Nie będzie płakała.
— To nieprawda! — zawołała słabym głosem. — Dasz radę!
Zawsze dawał radę, zawsze sprawiał, że koszmar zmieniał się w przyjemny sen. Teraz też chciała się obudzić, odkryć, że ojciec tulił ją do siebie tak samo jak w dzieciństwie, uspokajając miękkim głosem, tłumacząc, że już wszystko dobrze.
Ale nic nie było dobrze i nikt nie zamierzał jej budzić.
— Ach, kochana córeczko, gdybyż tylko silna wola wystarczyła… — szepnął ojciec.
To nie była prawda. To nie mogło być prawdziwe. Ta krew i ból, i rany, zimno, hałasy, krzyki, swąd palonego drewna, śmierć. Ktoś okrutnie sobie z nich kpił, bawiąc się ich spokojnym, poukładanym życiem.
Nie miała siły z tym walczyć.
— Kiedy ludzie Howe’a sforsują bramę, zaraz nas znajdą — odezwała się Eleonora.
Ellen popatrzyła na matkę – dostrzegła w jej oczach cień nadziei. Nadziei na co? Na ucieczkę? Przecież ojciec powiedział, że tego nie przeżyje.
Wstrząsnął nią dreszcz. Nie mógł nie przeżyć. Potrzebowała go. Powinien żyć jeszcze przez lata, opiekować się nią, matką, Fergusem, Wysokożem…
— Musimy ruszać! — zdecydowała Eleonora, mocno chwytając ramię Bryce’a.
— Ktoś… — zaczął, zaciskając palce na jej ręku, jakby zmuszał ją, by słuchała. — …musi dotrzeć do Fergusa… powiedzieć mu, co się stało.
— Sam mu o tym powiesz, ojcze — wykrztusiła Ellen.
Nie rozumiała, co chciał powiedzieć. Mocniej wczepiła się w sierść cichego, spokojnego Shegara, walcząc ze sztywniejącymi mięśniami. Może gdyby jakoś zabezpieczyli ranę ojca, zdołałby wydostać się wyjściem dla służby?
— Chciałbym móc... — westchnął ojciec. — Chciałbym móc to zrobić.
Z jego piersi wyrwał się głuchy, pełen bólu jęk. Ellen poczuła lodowaty dreszcz przebiegający wzdłuż pleców. Tylko jej się wydawało, że na posadzkę skapnęło więcej krwi. To tylko psikus zmęczonych oczu.
Shegar warknął cicho, na chwilę unosząc się na ugiętych łapach, a potem znowu oklapł, przyciskając uszy do łba. Ellen przytrzymała go przy sobie mocno. Bała się, że by się odsunął, wstał i poszedł. Musiała go pilnować.
— Bryce, nie! — powiedziała Eleonora. — Przejście dla służby jest tutaj! Możemy razem uciec i znaleźć dla ciebie jakąś uzdrawiającą magię!
— Zamek jest otoczony — stwierdził słabo. — Nie dam rady.
Ellen otworzyła usta, by zachęcić ojca do walki. W końcu byli Couslandami, nie istniało nic, czego nie zdołaliby osiągnąć. Przy odrobinie szczęścia prześlizgnęliby się przy gwardzistach Howe’a i znaleźliby schronienie u kogoś życzliwego.
Ale ojciec nie dałby rady. Nie wierzyła własnym uszom. Lodowaty strach wypełnił jej pierś, rozlewając się goryczą na języku. Tak to się kończyło? Howe po prostu wymorduje ich wszystkich, zarżnie jak zwierzęta, puści z dymem Wysokoże? Mieli czekać, aż załomocą do drzwi, aż po nich przyjdą? Ellen poczuła, jak drżały jej ręce. Zacisnęła dłonie w pięści.
— Teyrn ma rację — rozległo się za nimi.
Ellen zerwała się z miejsca jak oparzona. Obróciła się do intruza, gotowa zaatakować na oślep – usłyszała ostrzegawcze warknięcie Shegara i postąpiła pierwszy krok w przód. Zatrzymała się jednak równie gwałtownie, jak wstała.
Serce waliło jej niczym młotem w piersi, która unosiła się szybko i opadała przy płytkich oddechach. To nie był wróg. Ten jeden raz wojownik nie pragnął rozlewu ich krwi.
Duncan cicho zamknął drzwi spiżarni i ruszył w ich stronę bez pośpiechu. Stawiał bezszelestne kroki, nawet na nich nie patrząc – skupił się na pokrytym krwią mieczu. Strzepnął ostrze i schował do osłony. Jego zbroja podzwaniała, koraliki kołysały się miarowo. Wyglądał tak nierealnie. Nie pasował do płonącego Wysokoża.
Ellen osunęła się z powrotem na kolana. Mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa w chwili, w której spróbowała je rozluźnić.
— Ludzie Howe’a nie odkryli jeszcze tego wyjścia, ale zamek jest przez nich otoczony. Trudno będzie się przedostać — stwierdził Duncan.
Ukląkł pomiędzy Ellen a jej matką, popatrzył na jej ojca, potem krótko zerknął na nią. Wyglądał tak spokojnie. Tak pewnie. Jakby doskonale wiedział, co robić w tej potwornej sytuacji. Jak ktokolwiek mógł posiadać taką wiedzę?
Ellen poczuła wzbierające w oczach łzy.
— A więc to ty jesteś… Duncan? — wtrąciła Eleonora. — Szary Strażnik?
— Tak, jaśnie pani — odparł, jego głos nawet nie zadrżał. — Teyrn i ja próbowaliśmy dotrzeć do ciebie wcześniej.
— Moja córka pomogła mi się tutaj dostać, chwała niech będzie Stwórcy — wymamrotała, posyłając Ellen szkliste spojrzenie.
— Nie jestem zaskoczony.
Ellen poczuła na sobie jego wzrok, ale nie chciała na niego patrzeć. Skupiła się na drżących dłoniach ojca, obserwując, jak rozpaczliwie przyciskał je do rozerwanego boku. Przez jego zęby wydobył się jęk bólu.
Umierali. Wszyscy. Bardzo powoli, ale umierali.
— Pomożesz nam, Duncanie? — szepnęła.
Zza niewielkiego okna spiżarni rozległ się tupot nóg. Ellen zdrętwiała, wbijając w nie czujne spojrzenie. Ktoś wołał, ktoś przeklinał, zbroja podzwaniała, kiedy gnali w sobie tylko znaną stronę. Ellen nawet nie wiedziała, czy to byli ich gwardziści, czy Howe’a.
— Cokolwiek zrobimy, musimy działać szybko! — sapnęła Eleonora.
Może to sir Gilmore biegł? Ukłucie nadziei jednak zdmuchnęła lodowata pustka ziejąca w piersi. Przecież sir Gilmore był już martwy. Nie wróci. Nie przyjdzie. Nie stanie w progu i nie uratuje ich przed nieuniknionym. Nawet jeśli wciąż stawiał opór atakującym wrogom, Ellen wiedziała, że był martwy.
Zamknęła oczy, kuląc ramiona.
— Duncanie… — odezwał się słabo Bryce. — Błagam… zabierz moją żonę i córkę w bezpieczne miejsce!
Ellen drgnęła i spojrzała na ojca przerażona. Chyba postradał zmysły! Nie myślał przecież, że… niemożliwe. Otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale niczego nie wykrztusiła.
— Tak zrobię, Wasza Lordowska Mość — zgodził się Duncan.
Ellen syknęła wściekle przez zęby i posłała mu gniewne spojrzenie. Opór nie miał sensu – nie tylko wobec ich decyzji, ale w ogóle wobec atakujących zdrajców. Mimo to wściekłość rozpaliła w jej sercu płomień. Nie zamierzała porzucić ojca. Choćby została zmuszona, by nieść go na własnych plecach. Jeśli uciekali, to wszyscy.
Duncan popatrzył na nią. Jego spokój prawie ją zmiażdżył, prawie zgasił ognik złości. Zobaczyła w jego oczach wyrok – nie miała już o co walczyć. Nie miała o co się szarpać z niewidzialnymi siłami. Przegrała. Mogli ustalić, na jakich warunkach. Tylko to nie była jej decyzja. To nigdy nie były jej decyzje i gorycz tej myśli zdławiła jej gardło.
Targowali się o jej życie, wymieniając je za życie ojca.
— Ale… obawiam się, że muszę poprosić cię o coś w zamian — oznajmił Duncan, nie spuszczając z niej tego przytłaczającego wzroku.
— Co tylko zechcesz! — zapewnił słabo Bryce.
Nie, ojcze. Błagam, nie zgadzaj się. Nie zgadzaj się na to. Wszystko, tylko nie to.
— To, co się tutaj dzieje, jest niczym w porównaniu do zła, które grasuje po świecie — podjął Duncan. — Przybyłem na twój zamek w poszukiwaniu rekruta. Zagrożenie ze strony mrocznych pomiotów wymaga, bym odszedł stąd wraz z nim.
— Ja… rozumiem — zadeklarował Bryce.
To się nie mogło dziać naprawdę. Nie mogło. Ellen nabrała wdechu, w panice próbując wymyślić, jak uratować ojca. Nie musiał sprzedawać własnej szansy za nią. Nie musiał. Przecież…
Serce zabiło jej nieco szybciej.
— A co z sir Gilmorem? — spytała.
Chciała, żeby się stąd uratował. Chciała, żeby uciekł i zbudował gdzieś spokojną codzienność. Żeby nie oddawał za nich życia. Za nią. Ucisk w gardle narósł, utrudniając oddychanie. Popatrzyła na Duncana szeroko otwartymi oczami – przecież mówił, że był nim zainteresowany. Że by się nadawał na Szarego Strażnika. Mógł go wziąć, zabrać stąd, uratować. Ona wolała zginąć.
— Tak naprawdę to właśnie na tobie mi zależało — mruknął Duncan.
Ellen opuściła ramiona, czując, jak wszystko ją przygniatało. Odwróciła wzrok – przyjmowała przegraną, chociaż smakowała jak trucizna.
To przez nią. To jej wina. Gdyby to nie ona tu była, tylko sir Gilmore, Duncan wybrałby jego. Nie zginąłby. Wystarczyłoby, że dałaby się zabić trochę wcześniej. Może nawet jej ojciec by uciekł. Wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ona.
— Zabiorę teyrnę oraz twoją córkę do Ostagaru — stwierdził Duncan. — Opowiemy Fergusowi i królowi o tym, co się stało. Następnie Ellen wstąpi w szeregi Szarej Straży.
— Jeżeli Howe’a dosięgnie sprawiedliwość… — wycedził przez zaciśnięte zęby Bryce, nabierając świszczącego oddechu. — …zgadzam się.
Ellen skuliła się jak skopane szczenię. Dlaczego to zrobił? Dlaczego odrzucił swoje życie, dlaczego postawił wszystko na nią? To się nie uda. To się nie mogło udać. Nie chciała nawet, żeby się udawało.
Chciała umrzeć. Czy to tak, do cholery, wiele?
— A więc oferuję ci miejsce w szeregach Szarej Straży — odezwał się Duncan, obróciwszy głowę w jej stronę. — Walcz razem z nami.
Po co? Po co miała walczyć? O co?
Popatrzyła na Duncana ponuro, ważąc na języku wszystkie gorzkie słowa, którymi mogła splunąć mu w twarz. Wiedziała, że jeśli się zbuntuje, i tak ją zmusi. Prawem Werbunku, siłą, jakkolwiek. Nie miała szans. Mimo to jej serce biło mocno w piersi, tłocząc do żył palący jad.
Nie chciała tego. Nie chciała ratować świata, skoro nie mogła uratować nawet własnej rodziny. Jaki z niej pożytek? Żaden.
Czuła na sobie spojrzenia rodziców. Wszyscy oczekiwali, że się zgodzi, że spełni ich ostatnie nadzieje. Że będzie robiła to, co do niej należało. Ale służba w Szarej Straży wcale się do takich rzeczy nie zaliczała. Była wypadkiem. Była wynikiem zdrady. Nikt tego nie chciał. Ona tego nie chciała.
Poruszyła ustami, by wyrzucić z siebie odmowę, by podnieść głos do krzyku, histerycznego i głupiego, dziecinnego, jednak niosącego ulgę. Niczego nie wykrztusiła. Zagryzła wargę, czując, jak ciężar odpowiedzialności wgniatał ją w posadzkę. Nie wiedziała, skąd się wziął. Kto w ogóle czegokolwiek od niej oczekiwał?
Zamrugała szybko, przeganiając łzy.
Fergus chciał, żeby wciąż tu była, kiedy on wróci. Sir Gilmore błagał, żeby się ratowała. Matka powtarzała, że należało robić to, co do niej należało. Ojciec poświęcał życie, byle tylko uciekła z tego piekła, byle tylko ją ocalić. Mogłaby się zemścić. Odnaleźć tego parszywego łajdaka, poderżnąć mu gardło i patrzeć, jak się wykrwawiał.
Ale czy to było warte porzucenia całego jej świata na pastwę płomieni?
Pragnęli, by przeżyła. Odrzucali swoje życie w zamian za jej bezpieczeństwo. Dlaczego, na oddech Stwórcy, jaki w tym sens? Nie chciała przeżyć. Nie bez nich.
Tyle osób już zginęło. Tak wielu zawiodła. To nie mogło niczego zmienić.
Zamknęła oczy.
— Przyjmuję twoją ofertę — wyszeptała pustym głosem.
Niech wam będzie. Zrobi to, czego pragnęli. Pójdzie tam, dokąd nie chciała. Weźmie na siebie ciężar, którego się bała.
— W takim razie musimy jak najszybciej wyruszać — zdecydował Duncan.
— Bryce… — odezwała się zduszonym głosem Eleonora. — Jesteś pewien?
— Nasza córka nie zginie w wyniku zdrady Howe’a — oznajmił z mocą. — Przeżyje i zrobi coś dla świata.
Ellen poczuła łaskoczący w gardło ponury śmiech. Tak, na pewno. Przeżyje, a potem zginie dla świata. Nikt nie mógł niczego od niej oczekiwać. Nie teraz. Nie po tym.
— Kochanie, ruszaj z Duncanem — odezwała się Eleonora.
Wyciągnęła rękę i dotknęła jej twarzy z czułością. Ellen wzdrygnęła się mimowolnie, posyłając matce przerażone spojrzenie. Ujrzała jej szkliste oczy. Sama nie znalazła w sobie ani jednej łzy, gdy strach zmroził jej serce.
Nie, nie, nie.
— Będziecie mieli większe szanse na ucieczkę beze mnie — stwierdziła miękko Eleonora, sunąc kciukiem po jej ubrudzonym policzku.
— Eleonoro… — zaczął zduszonym głosem Bryce.
— Cicho, Bryce — mruknęła karcąco. — Żeby dać im czas, zabiję każdego bękarta, który wejdzie przez te drzwi. Ale ciebie nie opuszczę — jęknęła.
Ellen potrząsnęła głową. Otworzyła usta, chciała krzyknąć, nakrzyczeć na nich oboje, jednak nie wydusiła z siebie żadnego dźwięku. Poczuła, jak po jej policzkach staczały się pierwsze łzy. Zamrugała szybko, by się ich pozbyć – pojawiło się ich więcej.
Nie chciała zostawać sama. Nie chciała, żeby matka umierała. Żeby ojciec odchodził. Nie chciała ich porzucać. Nie chciała.
Załkała zduszonym głosem, kuląc się jak małe dziecko. Poczuła, że matka chwyciła ją za ramię, ścisnęła je mocno, ale nie przytuliła jej. To byłoby za trudne. To byłoby niewykonalne. To było potwornie okrutne.
— Tak bardzo was kocham — wyszeptała łamiącym się głosem.
— Więc żyj, kochanie — odparła cicho Eleonora. — Przyłącz się do Szarej Straży i rób, co właściwe.
Ellen popatrzyła na nich przez łzy. Chciała zobaczyć ukochanych, cudownych rodziców, ludzi, którzy prowadzili ją przez tyle lat, dbali o nią, troszczyli się i pomagali w każdej sytuacji – zamiast tego dostrzegła krew. Przerażenie. Bezradność. Czającą się za rogiem śmierć, gotową zacisnąć szpony na ich gardłach. Nagle ich szare włosy wyglądały jak pokryte popiołem, twarze zapadły się pod ciężarem zmarszczek, oczy szkliły się i pociemniały. Nie to chciała widzieć.
— Przy… przykro mi, że do tego doszło — sapnął Bryce.
— Mieliśmy dobre życie — mruknęła Eleonora, tuląc go do piersi. — Teraz to sprawa naszych dzieci.
Ellen poczuła się tak, jakby znajdowali się bardzo daleko. Poza jej zasięgiem, chociaż siedzieli dosłownie na wyciągnięcie ręki. Chciała się przytulić. Chciała być ich małym dzieckiem raz jeszcze. Chciała płakać tak długo, aż łzy nie ukołysałyby jej do snu. Chciała tak wiele, a niczego nie mogła dostać.
Duncan zacisnął dłoń na jej ramieniu.
— Ruszaj, dziecinko — wychrypiał Bryce. — Ostrzeż swojego brata. Jesteśmy z was dumni. — Uśmiechnął się do niej blado, z miłością.
Ellen wyciągnęła w ich stronę rękę. Nie rozumiała, skąd tyle czułości na ich twarzach, skąd tyle wiary w nią, skąd ta duma. Nie zrobiła niczego – zrobiła mniej niż nic. Pragnęła umrzeć razem z nimi. Nie potrzebowała ratować nikogo poza nimi.
Posiadłością wstrząsnął potężny huk. Ellen krzyknęła cicho i skuliła się, gdy na ich głowy posypał się kurz. Przycisnęła drżącą rękę do piersi, nie dotknąwszy rodziców, i nagle wydało jej się, że cała jej dłoń była lodowata.
— Sforsowali bramę — oznajmił Duncan.
Szarpnął ją, by wstała, a ona po prostu to zrobiła. Na słabych nogach, nie odrywając wzroku od rodziców, pozwoliła przeciągnąć się na drugą stronę. Na tę stronę, gdzie ich już nie było. Otworzyła i zamknęła usta, prawie nie widząc przez łzy.
— Musimy ruszać — rozkazał Duncan.
Skierował się do drzwi, ale Ellen nie poszła z nim. Powinna się pożegnać. Powiedzieć coś. Cokolwiek. Powinna…
Duncan chwycił ją za łokieć i pociągnął za sobą. Potknęła się o własne nogi, jak bezwolna marionetka podążając za jego wolą. Usłyszała miarowy stukot psich pazurów na kamieniach. Shegar też się nie wahał. Chodził wszędzie tam, gdzie ona. Wybrał sobie najgorszego możliwego właściciela.
Tylko raz obejrzała się przez ramię. Ujrzała obejmujących się rodziców, którzy odprowadzali ją spojrzeniami. Kałuża krwi kładła się ciemną smugą na posadzce, odbijała się czarnymi plamami na materiałach ich ubrań. Byli bladzi, ale uśmiechali się lekko.
Ellen bezradnie wyciągnęła do nich rękę, zanim Duncan zatrzasnął drzwi.

Nie wiedziała, jak długo biegli ani którą drogą. Duncan prowadził ją wąskimi przejściami, ciemnymi zaułkami, wśród krzewów i drzew, a potem pustym traktem. Ellen gnała za nim, nie pamiętając o oddychaniu. Słyszała za plecami trzask płomieni, później została już tylko cisza wypełniona tupotem ich nóg.
Uciekała przed swoją prawdziwą odpowiedzialnością. Zostawiała za plecami wszystko, co kochała. Była tchórzem.
Duncan zatrzymał się dopiero na oddalonym od posiadłości wzgórzu. Pozwolił Ellen osunąć się na ziemię, żeby złapała oddech – ale to drżące mięśnie bardziej utrudniały jej bieg. Na czworakach obróciła się w stronę swojego domu, czując, jak jej serce obkurczało się i więdło w piersi.
Pośród drzew unosiła się szkarłatna łuna. Ellen nie była pewna, czy naprawdę słyszała echo krzyków oraz szczęku mieczy, czy to tylko jej umysł płatał jej figla. Słup czarnego dymu wznosił się w niebo, jakby sięgał samego Stwórcy. Wyglądał jak ponure ostrzeżenie na tle jaśniejących gwiazd.
Po jej twarzy stoczyły się łzy. Nie wiedziała, w którym momencie jej piersią wstrząsnął szloch, ale po chwili tuliła się do Shegara jak małe dziecko, kołysząc się w przód i w tył, łkając i zawodząc. Nie zostało dla niej już nic. Tylko życie, którego nawet nie chciała. Wyrwano ją z jej domu. Odebrano nadzieję. Odebrano wszystko.
I gdzieś tam umierali jej rodzice. Porzuceni przez nią na pastwę losu. Sprzedani za cenę jej żałosnego życia.

4 komentarze:

  1. Hej!
    Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to opisy walk. Wspomniana przeze mnie długość sztyletów, fakt, że dziewczyna bez problemu rzuca się na silniejszych od siebie przeciwników, pokonuje ich i tak dalej. Trochę taka z niej jakby heroska ; )
    Sztyletami, a raczej krótkimi mieczami, nie da się pokonać mężczyzny w zbroi. Chyba że wceluje się pomiędzy łączenia, ale wątpię, żeby zbrojny dał na to czas. Na płytę najlepsza jest broń obuchowa, która wgniata i miażdży kości. Stąd na różnych fabularkach wojownicy obwieszeni żelastwem, bo a nuż przyda się miecz, młot lub topór.
    Polemizowałbym, że to morderstwa/zabójstwa. Pierwsze odnosi się raczej do osób bezbronnych, drugie do skrytych działań. Ellen zabijała, ale jawnie.
    W pewnym momencie wpadła jak burza do pomieszczenia, a potem cicho podeszła do mężczyzny. Trochę mi to nie pasuje, bo skoro wpadła, to powinna narobić hałasu ; )
    Ta chęć przetrwania rodu jest błędna. Przecież gdy Ellen wyjdzie za mąż, będzie musiała przybrać nazwisko męża. Couslandowie przestaną istnieć tak czy siak.
    Niszczenie/palenie zamku/posiadłości jest głupie. Niby łatwiej taki zdobyć, ale późniejsza odbudowa może zająć sporo czasu.

    Pozdrawiam,
    Cyberpunk Stories.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, ja jednak wolałam taką postać, no i taka jest. Nie sądzę, by się to kiedykolwiek jednoznacznie zmieniło, bo nie przestałam pisać Ellen.
      Czyli według ciebie co Ellen robiła...? Skoro odbierała życie, to, eee, zabijała, tak? Czyli dokonywała zabójstw? Welp, może nie, może zabijanie to ani nie mordowanie, ani nie zabójstwo.
      Możliwe, że przy wycinaniu fragmentów źle połączyłam akapity, to się zdarza.
      Ale ich geny nie? No chyba że to działa tak, że wraz z hajtnięciem się umierają także linie genetyczne i laska przejmuje wszystkie cechy męża. Jasne, ważniejszy pod tym kątem jest synuś, ale z braku laku? Przecież nie wymazuje się pochodzenia kobiet? Może mnie złej historii uczyli...
      Ale Howe nie chciał odbudowywać Wysokoża. Howe chciał, by Amarant stał się teyrnirem, bo był tylko arlatem. Amarant to najbliższy region Wysokożu, w dodatku arlat właśnie, najłatwiej awansować. Howe chciał wszystko zrównać z ziemią - i ród, i posiadłość...

      Usuń
    2. To w takim razie każdego żołnierza, który kiedykolwiek kogokolwiek zabił na wojnie, można nazwać zabójcą. Zabójstwo jest traktowane jako przestępstwo, dlatego każdy żołnierz po wojnie, niezależnie po czyjej stał stronie, powinien stanąć przed sądem. Ale tak nie jest, prawda? Dlatego zabijanie na wojnie nie jest traktowane jako zabójstwo, czyli przestępstwo. Dlatego mówię, że mógłbym się nie zgodzić, że Ellen dopuściła się morderstwa/zabójstwa. Mógłbym, ale nie zgadzam się, bo nie jestem pewny swojego zdania.
      Geny genami, chodzi o nazwisko i tytuł, które przechodzą po mieczu, a nie po kądzieli. I tylko o to mi chodziło, a nie o przekazywanie genów.
      Przy niszczeniu zamku również nie miałem na myśli kwestii fabularnych gry/opowiadania, a ogół.

      Usuń
    3. Ale to w takim razie jak chcesz nazywać to, że odebrano w walce życie? Przypadkowym poderżnięciem gardła czy jakoś tak? To było morderstwo, w samoobronie czy nie, wyjęte spod prawa czy nie. Zabiła. Ktoś nie żyje.
      Dziewczęta, chociaż słabiej cenione, też były ważne dla rodów. Wystarczy spojrzeć chociażby na polskie dynastie, które po latach ogłaszały, że przynależą do rodu Piasta, bo czyjaś córka hajtnęła się z kimśtam i krew Piasta płynie także w ich żyłach.
      Ale jaki ogół? Howe nie chciał zachować Wysokoża. To zupełnie normalne, że grabi się i niszczy podczas ataku. Gdyby nie było normalne, mielibyśmy tysiące zachowanych wnętrz pałacowych/zamkowych/dworskich. A nie mamy.

      Usuń