czwartek, 24 stycznia 2013

Rozdział 1.6 - Twierdza Ostagar

Podróż do Ostagaru była długa oraz męcząca. Jednak to nie brak wygód Ellen przeszkadzał – nie zamoknięte drogi, zimne noce, spojrzenia dzikich zwierząt. Bez względu na to, dokąd szli i gdzie się znajdowali, czuła się martwa. Poruszała nogami, odpowiadała monosylabami na pytania Duncana, oddychała, jadła, piła… i była pustą skorupą. Jej serce i dusza umarły wraz z Wysokożem. Bywały momenty, w których nie wiedziała, po co jeszcze podróżowała z Duncanem. Szukała otuchy w obecności Shegara, ale nawet głaskanie jego miękkiej sierści nie pomagało.
Wyruszyła z domu, tak jak tego kiedyś pragnęła. Nie mogła bardziej nienawidzić tej szansy, którą jej wepchnięto na siłę.
Duncan nie próbował z nią rozmawiać. Zachowywał ciszę, a odzywał się tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Czasami Ellen się z tego cieszyła, żeby po kilku godzinach zastanawiać się, czy zaraz nie oszaleje. Nie umiała się odezwać. Nie chciała. Nie wiedziała, co ją dławiło i czy to kiedykolwiek minie. Jak mogła wyleczyć się z tej straty? Wyrwać się z odrętwienia i wrócić do tego, co było, skoro wszystko przestało istnieć?
Nie wiedziała, ile zajęło im dotarcie do Lothering. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że zawędrowali tak daleko na południe, dopóki nie przeszli przez niewielką wioskę. Ellen zdumiona przyglądała się mijanym ludziom – nadal wiedli zwykłe życie. Jakby wcale nic się nie skończyło, jakby Wysokoże nadal stało na północy. Poczuła się nieswojo i nie była pewna, czego to dotyczyło. Przez cały dzień zerkała na milczącego, spokojnego Duncana, zastanawiając się, czy powinna się odezwać. Prawdopodobnie nie potrzebował nikogo do rozmowy. Ona chyba też nie?
Wieczorem wykrztusiła z siebie niezdarne powitanie. Duncan popatrzył na nią zaskoczony, nawet się z tym nie kryjąc, ale obdarzył ją uśmiechem. Poczuła kłujące w oczy łzy – nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tego chciała. Nie rozmawiali jednak długo, o ile wymianę uprzejmości dało się nazwać rozmową. Schowała się pod swoim kocem i przeleżała całą noc, aż do rana, walcząc z kłującym bólem w piersi.
Nic nie było już tak samo, ale życie nadal się toczyło. Musiała się z tym zmierzyć.
Następnego dnia Duncan sam się do niej odezwał. Snuł opowieść o sytuacji w Ostagarze, stanie wojsk, niewielkiej ilości Szarych Strażników, przytaczał wygrane bitwy i nagle Ellen odkryła, że tak było łatwiej. Łatwiej zanurzało się w inne problemy, bardziej odległe, ale równie absorbujące. Pozwoliła odwrócić swoje myśli od straty, rozpaczliwie skupiła się na tym, jak wyglądały ich szanse przeciwko Pladze. Wszystko brzmiało całkiem dobrze. Całkiem pocieszająco. Wygrali sporo bitew. Duncan nie wydawał się jednak przekonany. Słyszała w jego głosie szyderstwo, gdy mówił o sukcesach króla Cailana.
W końcu dotarli do celu. Duncan poprowadził ją szerokimi blankami ruin Ostagaru – ogromna budowla wznosiła się prawie w samo niebo. Ellen z ciekawością przyglądała się jasnym blokom piaskowca, które po setkach lat nadal niewzruszone trwały, smagane wiatrem, deszczem oraz śniegiem. To miejsce musiało ujrzeć wiele zwycięstw oraz porażek.
Starała się nie pokazywać po sobie zainteresowania, ale kilkukrotnie straciła czujność. Prawie poplątały się jej nogi i Duncan w końcu ją skarcił, żeby była bardziej uważna. Nikt nie miał ochoty zbierać jej z ziemi u podnóża ogromnych murów. Ellen zacisnęła usta i uciekła wzrokiem w bok, na gęste drzewa rozciągającej się aż po horyzont Głuszy Korcari. Gdyby nie to, że wiedziała, gdzie się znajdowała, mogłaby pomyśleć, że nie działo się nic złego.
Zbliżyli się do wieży bramnej sklepionej arkadowym łukiem. Ellen zauważyła, że stało tam kilku, jeśli nie kilkunastu zbrojnych – nie wyglądali na zwykłych strażników. Zerknęła krótko na Duncana. Marszczył czoło, przypatrując się mężczyznom z niezadowoleniem, ale nie z podejrzliwością. Nieco uspokojona z powrotem zwróciła spojrzenie w ich stronę.
Pomiędzy dobrze uzbrojonymi wojownikami stał wyróżniający się człowiek. Ellen nie była pewna, co wywoływało to wrażenie – jego płytowa, złoto-czarna zbroja, czy to, że wszyscy się przed nim rozstępowali, jakby bali się, że mógłby ich poparzyć. Z tej odległości nie widziała za dobrze jego twarzy, ale włosy miał chyba jasne.
Zatrzymali się przed grupą zbrojnych i Ellen mogła się przyjrzeć wyróżniającemu się mężczyźnie. Był wysoki, wyższy, niż zakładała. Jego spojrzenie błyszczało entuzjastycznie, przesuwając się po twarzach obecnych. Jasne włosy sięgały ramion, wyglądały na dłuższe niż jej własne. To musiało być naprawdę niewygodne. Ellen zmarszczyła czoło, przyglądając mu się trochę natrętnie, ale niewiele ją to obchodziło.
Mężczyznę chyba również, bo na ich widok rozłożył ręce w powitalnym geście, jednak wyminął Ellen, jakby nie istniała. Jego zainteresowanie skupiło się na Duncanie.
— Hej, Duncanie! — Położył dłoń na jego ramieniu, szczerząc zęby w uśmiechu.
— Wasza Wysokość! — sapnął Duncan.
Co?
— Eee… nie spodziewałem się… — ciągnął zdezorientowany.
— Królewskiego powitania? — podsunął król Cailan.
Na oddech Stwórcy, nic jej nie przygotowało na taki dyplomatyczny cios. Ellen przełknęła ślinę, próbując oderwać od niego spojrzenie, ale nie potrafiła. Nigdy wcześniej go nie widziała. Może powinna była jeździć na te szlacheckie zjazdy…
Ucisk w brzuchu stał się tak silny, że przestraszyła się, że zwróci posiłek. Odszukała dłonią siedzącego przy jej nodze Shegara, żeby uspokoić się dotykiem jego ciepłej sierści.
— A już się bałem, że stracisz całą zabawę! — zawołał król Cailan.
— Nigdy bym do tego nie dopuścił, Wasza Wysokość — odparł Duncan.
Usłyszała w jego głosie nutę zmęczenia. Zerknęła na niego, ale twarz Duncana jak zwykle była zupełnie nieprzenikniona. Poczuła wpełzający na usta uśmiech. Cokolwiek Duncan myślał o ich władcy, potrafił to zachować dla siebie.
— A więc potężny Duncan będzie ze mną podczas bitwy! Znakomicie! — ucieszył się król Cailan. — Słyszałem też, że udało ci się znaleźć obiecującą rekrutkę. — Jego błękitne oczy zwróciły się wprost na Ellen. — Zakładam, że to właśnie ona?
Ellen mimowolnie cofnęła się pół kroku. Miała ochotę schować ręce za sobą, żeby nie spróbował ucałować wierzchu jej dłoni, ale to byłoby już bezczelne i nawet ona o tym wiedziała. Zdobyła się na odpowiedzenie na jego spojrzenie, oddychając możliwie głęboko.
— Pozwól, że was przedstawię, Wasza Wysokość — wtrącił Duncan.
Cailan zatrzymał się przed nią, pokręcił głową i splótł ramiona na plecach. Na jego twarzy pojawiło się coś nowego, ale Ellen nie miała pojęcia, co to wyrażało.
— Nie ma potrzeby — powiedział. — Wiem, kim jesteś — zwrócił się do niej. — Najmłodszym dzieckiem Bryce’a, prawda?
Gardło zacisnęło jej się do tego stopnia, że nie mogła nabrać tchu. Wpatrywała się w króla pustym, matowym wzrokiem, nie znajdując słów, którymi dałoby się odpowiedzieć. Tak, byłam jego dzieckiem. Tak, byłam z Couslandów. Teraz jestem Ellen. Po prostu. Nikim więcej. Szukam śmierci. Podobno w bitwie najłatwiej zginąć.
Nie, to też nie tak. Nie szukała śmierci, jeszcze nie. Najpierw mogłaby poszukać tego skurwysyna i poderżnąć mu gardło. Arl Howe chodził po tej ziemi i Ellen wiedziała, że nie mogła odejść, dopóki się z nim nie policzy. Czy widziałeś, Wasza Wysokość, tego parszywego szczura? Zaoferował ci może pomoc? Czy mogłabym go zarżnąć jak świniaka?
Też nie. Nie była na to gotowa i to nie najlepszy czas na tego typu rozłamy w armii. Musiała znaleźć Fergusa. Porozmawiać z nim. Powiedzieć mu, że porzuciła rodzinę, pozwoliła ich zamordować, pozwoliła zamordować wszystkich, a potem uratowała samą siebie. Tak, braciszku, jestem potworem. Wasza Wysokość, gdzie mój brat? Czy on chociaż jeszcze żyje? Czy może i jego zniszczyła ta cholerna Plaga?
Wypuściła powietrze, czując, jak uciekało przez jej zaciśnięte zęby. Wypatrywała się w króla Cailana, sztywno zacisnąwszy dłonie w pięści.
— Tak, Wasza Wysokość — rzuciła zamiast tego wszystkiego. — Nazywam się Ellen.
— Twój brat przybył razem z żołnierzami z Wysokoża, ale nadal czekamy na twego ojca — poinformował król Cailan, przekrzywiając głowę.
Ellen wykrzywiła usta. Jad zapulsował w jej żyłach, przypominając o potwornej rzeczywistości. Mogłaby poczekać z nimi? Też chciała, żeby tu przybył. Najlepiej razem z matką. Z sir Gilmorem. Z całym Wysokożem.
Nawet nie zorientowała się, kiedy uśmiechnęła się szyderczo.
— Nie doczekacie się — odparła. — Ojciec zginął, gdy zdobyty został nasz zamek.
Wasza Wysokość, teyrn Bryce Cousland wraz z małżonką, synową, wnukiem oraz całą swoją posiadłością nie żył. Zaszlachtowali go niemalże w jego własnym łóżku. Wysokoże prawdopodobnie nadal płonęło. Jeśli zechcesz, mógłbyś wysłać ludzi, by grzebali się w popiołach, próbując oddzielić ludzkie prochy od reszty.
To było aż śmieszne. Gardło paliło ją gniewem, w piersi nie czuła bijącego serca, jakby zapadło się w lodowatej, odrętwiającej pustce.
Oto jestem ja. Jedyna, która to przeżyła. Niska, bezradna szlachcianka. Spróbuję uratować świat, jeśli trzeba, ale nie wymagajcie ode mnie nic więcej.
— Zginął?! — wykrzyknął król Cailan. — Duncanie, wiesz coś na ten temat? — rzucił ostro, posyłając Duncanowi czujne spojrzenie.
Ellen cofnęła się pół kroku. Nie przywykła do tego, by w kimkolwiek innym ta wieść wzbudzała gniew. Duncan żył z nią w harmonii. Tylko ona szarpała się z własnymi emocjami, próbując znaleźć dla siebie miejsce.
— Teyrn Cousland nie żyje, Wasza Wysokość — potwierdził Duncan, krótko skinąwszy głową. — Arl Howe okazał się zdrajcą i opanował zamek w Wysokożu. Nas też by zabił, a tobie opowiedział jakąś bajeczkę.
Ellen zadrżała, słysząc to nazwisko. Chciała zobaczyć go, jak będzie się tarzał we własnej krwi. Chciała, żeby nią rzygał, zanim zginie. Zdechnie.
— Ja… — zaczął król Cailan. — Nie mogę w to uwierzyć! Sądził, że taka zdrada ujdzie mu na sucho?! — Napiął ramiona i stanął twarzą do Ellen. — Jak tylko się tu uwiniemy, ruszę na północ i postawię Howe’a przed obliczem sprawiedliwości. Przyrzekam.
Ellen popatrzyła na niego niepewnie. To było ostatnie, czego się spodziewała.
— Dziękuję, Wasza Wysokość — wydusiła.
— Chciałabyś pewnie zobaczyć się ze swoim bratem — ciągnął łagodniej. — Niestety w tej chwili prowadzi zwiad w Głuszy.
— Nie śpieszy mi się, by mu o tym wszystkim powiedzieć, Wasza Wysokość.
Te słowa były takie puste. Potrzebowała spotkać się z Fergusem – ale też nie chciała się z nim spotykać. Chciała wypłakać się w jego ramionach – ale nie chciała spojrzeć mu w twarz. Stracił syna, żonę, rodziców, dom. Stracił też siostrę, z której mógłby czuć dumę. Sama skazała się na potępienie.
Była tchórzem.
— Nie wątpię — mruknął król Cailan. — Zobaczysz się z nim po bitwie, tego jestem pewien. Przepraszam, ale nic więcej nie jestem w stanie dla ciebie zrobić. Tymczasem możesz wyładować swój żal podczas walki z mrocznymi pomiotami.
— Dziękuję, Wasza Wysokość — odpowiedziała odruchowo.
Puste słowa. Jeszcze więcej pustych słów.
Spuściła wzrok, zapadając się w sobie. Jak długo Duncan zamierzał tu stać?
— Wybaczcie, ale muszę już wracać do mego namiotu — odezwał się król Cailan. — Loghain nie może się doczekać, żeby zacząć zanudzać mnie tymi swoimi strategiami.
— Twój wuj przesyła pozdrowienia i przypomina, że wojska z Redcliffe dotrą tutaj w ciągu tygodnia — poinformował Duncan.
— Ha! Eamon chce zagarnąć choć trochę chwały dla siebie — zauważył rozbawiony król Cailan, na jego ustach pojawił się uśmiech. — Wygraliśmy już trzy bitwy, jutro powinno być podobnie.
Ellen zerknęła na niego przelotnie. Z każdą chwilą bardziej natarczywie głaskała cichego Shegara, ale wyglądało na to, że nie miał nic przeciwko.
— Nie wiedziałam, że sprawy idą tak dobrze — przyznała.
Cailan zerknął na nią ni to rozradowany, ni to rozczarowany.
— Nie wiem nawet, czy to naprawdę Plaga — stwierdził. — Wokół jest mnóstwo mrocznych pomiotów, ale nie natrafiliśmy jeszcze na ślad arcydemona.
— Wasza Wysokość jest zawiedziony? — zainteresował się Duncan.
Ellen popatrzyła na niego przelotnie. To rzeczywiście brzmiało dziwnie. Jeśli wszystko szło tak dobrze i nikt nie spodziewał się Plagi, po co wzywali wojska jej ojca? Może wtedy Howe by nie…
Zacisnęła zęby i odwróciła wzrok. Nie powinna tak myśleć. To ją zabije, zanim jeszcze dorwie tego szczura w swoje ręce.
— Liczyłem na wojnę z legend i opowieści! — westchnął król Cailan. — Król wyruszający z armią na upadłego boga! Niestety rzeczywistość wygląda inaczej — uciął i niedbale wzruszył ramionami. — Muszę już iść, zanim Loghain wyśle po mnie grupę poszukiwawczą. Bywajcie! — Uniósł dłoń w geście pożegnania.
Ellen patrzyła, jak zawracał pod wieżę bramną i, wraz z milczącą, groźną eskortą, kierował się na długi kamienny most. Zapadła cisza, w której najwyraźniej słyszała gwiżdżący wśród starych murów wiatr.
— Król mówił prawdę — odezwał się Duncan.
Ellen wolno skinęła głową. Duncan machnął ręką w tę samą stronę, dokąd udał się król Cailan, więc i ona ruszyła. Zerknęła na Duncana uważnie, czekając na kolejne słowa.
— Wygraliśmy już kilka bitew — przyznał.
— Nadal jednak wyczuwam w twym głosie niepewność — rzuciła.
Przytaknął lekkim skinieniem głowy i zatrzymał się tuż przed ogromnym, masywnym mostem. Ellen stanęła przy nim, przyglądając się konstrukcji. Nigdy jeszcze nie widziała tak potężnego, długiego mostu.
— Na pewno stoi za tym jakiś arcydemon — mruknął Duncan. — To jednak tylko moje przeczucie.
— W takim razie powinniśmy chyba jak najszybciej podjąć jakieś działania — zauważyła, z trudem powstrzymawszy się od wzruszenia ramionami.
Nie ona miała tu być. Nie ona miała prowadzić z nim tę rozmowę. To tylko przypadek, że Stwórca wybrał ją.
— Tak. Powinniśmy kontynuować rytuał — zdecydował.
Ellen przytaknęła, chociaż pozwoliła sobie z niezadowoleniem wykrzywić usta.
— Miło byłoby zjeść najpierw coś gorącego — zauważyła.
Duncan zachichotał. Popatrzyła na niego zdumiona – jeszcze ani razu nie słyszała jego śmiechu. Nawet uśmiechy wydawały się rzadkie.
— Zgadzam się! — stwierdził pogodnie. — Rytuał musimy rozpocząć przed nadejściem nocy, więc mamy jeszcze trochę czasu — zmienił temat. — By wstąpić w szeregi Szarej Straży, każdy rekrut musi zostać poddany tajemnemu rytuałowi zwanemu Dołączeniem. Jest on krótki, ale wymaga pewnych przygotowań. Niedługo powinniśmy zacząć.
— Jestem jedyną rekrutką? — spytała.
Nie zaprzątało to jej głowy do tej pory – nawet nie pomyślała, że po wstąpieniu do Szarej Straży będzie dzieliła obowiązki z innymi osobami. Zaczynała nowe, spaczone życie, którego nie chciała, ale nie miała wyboru. Może dobrze byłoby się dowiedzieć, z kim jej przyjdzie je spędzić?
— Nie, poza tobą jest tutaj jeszcze dwóch — odparł. — Czekali na nasze przybycie.
Znów skinęła głową. Odwróciła wzrok na ciemne korony drzew Głuszy Korcari. Gdzieś tam był jej brat, przedzierał się przez wilgotny podszyt, szukając śladów mrocznych pomiotów. Nieświadomy tego, co stało się w domu. Po jej plecach przemknął dreszcz.
— Muszę odszukać Fergusa — szepnęła, skupiając wzrok na Shegarze.
— Słyszałaś, co powiedział król — przypomniał Duncan. — Fergus przeprowadza zwiad w Głuszy i nie można się z nim skontaktować. Bądź cierpliwa, niedługo wróci.
Nie musiał się śpieszyć, naprawdę. Ellen zacisnęła usta, czując narastającą w gardle gulę. W końcu mu powie. Kiedy go zobaczy. Nie mogła uciekać przed nim do śmierci.
— Wspaniale — westchnęła. — Miejmy to już za sobą.
Shegar oparł się całym ciężarem o jej nogę i otworzył masywną paszczę, dysząc głośno. Ostagar, chociaż leżał na południu, spowity był nieprzyjemnie parnym powietrzem. Przyzwyczajonemu do nadmorskiego klimatu psu musiało to przeszkadzać.
— Możesz rozejrzeć się po obozie — oznajmił Duncan. — Proszę cię tylko o to, byś na razie go nie opuszczała. Twój ogar może zostać ze mną.
Uśmiechnął się do Shegara, a on weselej zamerdał ogonem.
— Mam kilka spraw do załatwienia — mruknął. — Namiot Szarej Straży leży po drugiej stronie mostu. Tam nas znajdziesz. — Popatrzył na nią uważnie i ruszył przez kamienny chodnik spokojnym, swobodnym krokiem.
Shegar poczłapał za nim. Ellen została sama.
Wiatr wiejący wśród ruin szarpnął jej krótkimi włosami, smagnął skórę zimnem i wywołał dreszcze. Ellen uniosła dłoń do czoła i zgarnęła niesforne kosmyki za ucho. Przymknęła oczy, rozkoszując się gwizdaniem żywiołu wśród kamieni, szumem drzew Głuszy Korcari oraz odległymi głosami żołnierzy cieszących się chwilą spokoju przed bitwą.
Nie wiedziała, co ją czekało, kiedy przekroczy granicę obozu i zagłębi się w obcym, nowym świecie. Jak się zachować, gdy stanie oko w oko z innymi Szarymi Strażnikami? Wiedziała, że podarowane jej życie oznaczało zrzeknięcie się swojej przeszłości. Nie będzie już dłużej Ellen Cousland, córką teyrna Wysokoża. Tytuł przepadnie. Tak samo jak jej dom. Zostanie sama Ellen. Zagubiona, przerażona Ellen, która całe życie spędziła w bezpiecznej posiadłości, z dala od prawdziwego, choć pociągającego świata.
Nie była na to gotowa. Wszystko działo się za szybko. Nie miała czasu przeżyć swojej żałoby, poukładać się, zlepić emocje, żeby nie przeszkadzały jej w życiu. Wojna nie zostawiała wyboru, tym bardziej taka katastrofa jak Plaga. Nie istniała już żadna droga ucieczki. Mogła pójść tylko przed siebie i udawać, że zdążyła się przygotować. Że wcale się nie bała. Że wcale nie chciało jej się płakać.
Pragnęła uwierzyć, że nadejdzie taki dzień, kiedy te myśli nie będą tak bolały. Taki dzień, kiedy gorycz zniknie, zostanie tylko tęsknota. Kiedy uwolni się od samej siebie, nabierze głębokiego wdechu.
Równie dobrze mogła zginąć następnego dnia. To była równie kusząca perspektywa.
— Szara Strażniczka — wyszeptała kpiąco pod nosem. — Szara Strażniczka Ellen.
Wiatr rozszarpał jej głos i słowa przestały istnieć, zanim dobrze przebrzmiały.
Odetchnęła głęboko i jeszcze raz popatrzyła na kamienny most. Trzydzieści, może czterdzieści metrów długości, żeby wkroczyć do nowego życia. Żeby stać się Szarą Strażniczką Ellen, która tylko czasem nieśmiało wyszepce swoje nazwisko, przypominając sobie, kim właściwie była. Porzucić tożsamość? Takie poświęcenie wydawało się niczym po tym, jak porzuciła własnych rodziców na śmierć.
Oderwała nogę od ziemi i postawiła krok ku obozowisku.
Po moście kręcili się różni gwardziści, spacerowali wśród monumentalnych posągów, poprawiali przypasaną broń, podchodzili do krawędzi i patrzyli w dal. Rzadko który z nich zwracał na nią uwagę, chyba nawet warta ich nie interesowała. Ellen cicho przechodziła obok, niezauważona, nie przyciągała żadnych spojrzeń.
Może tak będzie przez cały czas. Nikt nie zwróci na nią uwagi, póki nie zostanie zmuszona coś zrobić. Może stopi się ze światem i przestanie istnieć, czekając. Gdyby chociaż wiedziała, na co chciała czekać.
— Witaj — usłyszała niespodziewanie.
Zatrzymała się przed kolejną wieżą bramną, przy której stał wartownik. Przyglądał się jej uważnie, uśmiechając się lekko, całkiem sympatycznie.
Milczała. Czego oczekiwał? Że się z nim zaprzyjaźni?
— Ty musisz być tą rekrutką Szarej Straży, którą przywiódł ze sobą Duncan — stwierdził z przyjaznym uśmiechem.
Tylko skinęła głową.
— To miejsce od stuleci nie widziało takiego zamieszania — rzucił. — Szukasz czegoś? Mogę wskazać ci drogę.
— Opowiedz mi o Ostagarze — poprosiła, westchnąwszy głęboko.
Niech ta rozmowa chociaż się do czegoś przyda.
— Z tego, co wiem, dawno temu była tutaj forteca — zaczął w zamyśleniu. — Wiele, wiele lat temu, kiedy Dzicy najeżdżali doliny. Byłaś właśnie po wschodniej stronie ruin. — Skinął głową w stronę, z której nadeszła. — Znajduje się tam Wieża Ishal, ale teyrn Loghain zakazał do niej wstępu aż do rozpoczęcia bitwy. Po tej stronie jest obóz króla. — Pokazał za swoje plecy. — Mamy tutaj Szarą Straż, Krąg Maginów, Zakon… Nie można się ruszyć, żeby nie wpaść na kogoś ważnego.
Ellen powędrowała spojrzeniem na przysłoniętą przez mury wieży bramnej przestrzeń. To wyglądało jak dawny dziedziniec. Chyba. Nie znała się na starożytnej architekturze. Wiatr niósł dziesiątki zniekształconych głosów, ale też jeden znajomy dźwięk.
— Czyżbym słyszała szczekanie psów? — spytała.
Strażnik ochoczo przytaknął.
— To w końcu Ferelden, nieprawdaż? — zauważył ze śmiechem. — Król ma swoją psiarnię w zachodniej części obozu. Strasznie tam śmierdzi od tych wszystkich ogarów. Nie są to jednak milutkie szczeniaczki. Niektóre spośród tych psów połknęły w trakcie walki zbyt dużo krwi mrocznych pomiotów… to jak trucizna — zniżył głos. — Powolna, bolesna śmierć. Coś strasznego.
Ellen popatrzyła na niego zirytowana. Rozmowa była całkiem przyjemna, dopóki nie zaczął mówić o umieraniu. Czy ludzie czekający na śmiertelnie groźną bitwę rozmawiali tylko o jednym? O tym, jak zaraz mogli stracić życie?
— Pójdę już — stwierdziła chłodniejszym głosem, niż zamierzała.
Strażnik wzruszył ramionami.
— Zatem powodzenia — pożegnał się.
Ellen skinęła głową i ruszyła dalej. Znalazła się w cieniu rzucanym przez wieżę bramną, owionął ją przyjemny, pokrzepiający chłód. Nie wiedziała, czy na południu tak było, czy to bagna w Głuszy Korcari zmieniały tutejszy klimat, ale wydawało jej się, że to dużo cieplejsza część Fereldenu. Przynajmniej w porównaniu z jej rodzimymi stronami.
Zatrzymała się, patrząc na dwa sklepione łukiem wyjścia. Mogła udać się w lewo albo w prawo – ostatecznie pewnie wyszłoby na to samo, ale nagle ta prosta decyzja całkowicie ją przerosła. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, wypuszczając z piersi płytkie westchnienie. Zewsząd rozlegał się gwar obcych głosów, widziała przemykające między gałęziami drzew iglastych sylwetki. Obóz z pewnością tętnił życiem. Przymrużywszy oczy, skierowała się w lewo, czując, jak jej kolana coraz mocniej miękły z każdym krokiem.
Obozowisko przyklejone do ruin Ostagaru rozciągnęło się przed nią, ukazując dziesiątki zabieganych osób, płachty kolorowych namiotów wznoszące się ponad gruzy oraz krzewy, słupy dymu wijące się prosto w niebo. Jej uszy wypełniły krzyki, nawoływania oraz spokojne głosy, z tym wszystkim zmieszało się ujadanie psów i szczęk metalu pocierającego o metal. Dziesiątki zapachów zlały się w jedno, sprawiając, że nie umiała rozpoznać smrodu mokrej psiej sierści ani męskiego potu, ani nawet przygotowywanej gdzieś potrawki.
Nabrała powietrza, ruszając.
To tak, jakby rzucili ją na głęboką wodę, żeby nauczyła się pływać.

6 komentarzy:

  1. Po tej stronie jest się obóz króla.
    to jedyny błąd, który znalazłam.
    Efei

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, jestem ślepa, ni chybi. Dzięki!

      Usuń
  2. I błąd nie został poprawiony : P

    Zapomniałem, że tytuł itp. i tak traci się z racji wstąpienia do Szarej Straży. Jakoś mi to wyleciało z głowy.
    Hmm... Ogary mabari nie miały przypadkiem obciętych ogonów? Nie wiem, czy było to wyjaśnione w grze, ale wydaje mi się to logiczne. Krótki ogon - nie ma za co złapać podczas walki.
    Król był dla mnie jakiś dziwny. Nie przemawiają do mnie tak entuzjastyczne i optymistyczne osoby. To dobrze, że nie zmieniłaś charakterów postaci, mimo że użyłaś linii dialogowych z gry ; )

    Pozdrawiam serdecznie,
    Cyberpunk Stories.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wbrew krążącym wokół legendom jednak mam życie i zwykle poprawiam błędy zbiorczo, kiedy zasiadam do ogólnych poprawek.

      Tytuł i tożsamość. Taki tam, ehem, szczególik.
      Miały. Napisałam gdzieś wprost, że Shegar nie miał obciętego? Jeśli tak, to kiedyś poprawię, naprawdę już nie pamiętam. I tak, tak, wiem, po co miały obcięte ogony oraz przycięte uszy. Może wyglądam na nierozgarniętą, ale aż tak źle ze mną nie jest.
      Cailan był wiecznym dzieckiem, którego nikt nigdy nie wyrwał ze sfery marzeń. Rodzice nie zdążyli, bo wcześnie zabrała ich śmierć, no i Cailan wyrósł na takiego chłopaczka. Był jednak postacią z potencjałem.
      Cóż, nie po to staram się oddać kanon, by zmieniać charakter którejkolwiek z postaci. Co więcej, linie dialogowe z gry raczej mi w tym pomagają, niż przeszkadzają... ale to moja opinia.

      Usuń
    2. Yeah, tekst o życiu prywatnym - odhaczony.
      Nie wiem kiedy poprawiasz, nie znalazłem o tym informacji. Stwierdziłem tylko fakt, że po upływie ponad pół roku ten jeden błąd nie został poprawiony. Takie straszne? Nie widzę potrzeby informowania mnie o tym, że masz życie.
      Tekst o tytule był dopowiedzeniem do któregoś z poprzednich komentarzy, kiedy pisałem, że dziewczyna straciłaby tytuł przy okazji małżeństwa. Nie pamiętałem o tym wtedy, że to dzieje się również po wstąpieniu do Straży.
      Czy Ty odbierasz moje komentarze jako próby personalnego pojazdu w Twoją stronę? Napisałem tylko, że nie wiem, czy w grze było to wyjaśnione. I że to logiczne, że nie mają długich ogonów.
      Jeśli się nie mylę, to w którymś z poprzednich rozdziałów napisałaś, że Shegar "zamiatał ogonem podłogę" czy jakoś tak. Od razu sobie wyobraziłem, że psiak ma długi ogon, bo jakoś tak bardziej pasuje. Ale nie jestem pewien, czy wspominałaś czy nie.
      Już wyjaśniam, o co mi chodziło, bo kiepsko to sformułowałem. Miałem na myśli to, że niespecjalnie trudno było oddać charakter postaci, gdy użyłaś linii dialogowych z gry. Źle napisałem, tyle.

      Usuń
    3. Cieszę się, że sprawiam ci radość.
      A ja nie widzę potrzeby wytykania mi tego, że nie poprawiłam jednej literówki. To zwyczajnie niegrzeczne i mam prawo nie czuć się z tym komfortowo, zwłaszcza że nie znamy się za bardzo.
      Zaznaczam, że nie jestem takim idiotą, na którego muszę wyglądać, skoro tłumaczysz mi takie rzeczy jak małemu dziecku, that's all.
      Musiało mi to umknąć przy poprawkach, zwykle staram się panować nad niezręcznościami językowymi.
      Taki był zamysł tekstu. Jeśli cię to nuży/frustruje, przepraszam. Koncepcji po tak długim czasie nie zmienię.

      Usuń