piątek, 25 stycznia 2013

Rozdział 1.7 - Wojskowy obóz

Przed Ellen wznosił się wielki namiot otoczony zaostrzonymi palisadami oraz wysokimi chorągwiami o złotej barwie, ze wspinającymi się na nich gryfami. Albo może to skrzydlate lwy? Wiatr tak mocno szarpał materiałem, że mimo usilnych starań Ellen nie mogła dopatrzeć się kształtu. Przespacerowała się w pobliżu, przyglądając się żółto-niebieskim kolorom. Łopot flag zagłuszał jej własne myśli.
Ellen sama nie wiedziała, dokąd chciała iść. A raczej w którą stronę pójść, by znaleźć Duncana. Nie widziała sensu w zwiedzaniu wojskowego obozu, skoro lada dzień zwyciężą mroczne pomioty i zostaną zmuszeni wracać… gdzieś. Prawdopodobnie tam, gdzie udawali się Szarzy Strażnicy po skończonej pracy. Westchnęła ciężko, zatrzymując się przy wejściu do namiotu. Jeśli na flagach były gryfy, odnalazła namiot Straży. Jeśli lwy, nie miała pojęcia, kto tu rezydował. Jeśli coś jeszcze innego, tym bardziej nie wiedziała co dalej.
— Witaj. Króla Cailana nie ma w tej chwili w jego namiocie — usłyszała przyjazny, nieco rozbawiony głos.
Ellen spojrzała przestraszona na stojącego obok mężczyznę. Strażnik uśmiechnął się pokrzepiająco, przypatrując się jej pogodnym wzrokiem. Nawet nie zauważyła, że podszedł. Na oddech Stwórcy, powinna być bardziej uważna.
Powoli skinęła głową. Nie interesowało jej to w ogóle… chociaż król Cailan mówił, że wracał do siebie. Chciał się przed kimś schować. Lekko uniosła brwi, zastanawiając się, czy strażnik krył władcę, czy ten rzeczywiście udał się gdzie indziej. Może nawet dowiedzieć się czegoś więcej o Howe’u?
— Wiesz, gdzie jest król? — spytała.
— Wydaje mi się, że jest w obozie i pije razem z Szarymi Strażnikami — odparł po chwili zastanowienia. — Darzy ich ogromnym szacunkiem, podobnie jak jego ojciec.
Ellen uniosła brwi jeszcze wyżej. To w ogóle nie miało sensu. Zostawił ich na moście, żeby potem przyjść do nich w obozie? Chyba że przebywał teraz z innymi Strażnikami, bez Duncana. Dlaczego w ogóle, zamiast planować bitwę, przesiadywał na piciu?
— Opowiedz mi o królu — poprosiła, siląc się na bardziej przyjazny ton. — Musisz go często widywać.
— Chyba tak, choć większość czasu spędza z Szarymi Strażnikami — przyznał powoli. — Gdziekolwiek się udają, jedzie z nimi. Teyrn Loghain spotyka się z królem, kiedy tylko może, i wykłóca się z nim odnośnie nadchodzących bitew, ale król ignoruje jego uwagi. Pragnie położyć kres Pladze, staczając jedną ogromną bitwę, o której bardowie przez całe stulecia śpiewać będą pieśni. Myślisz, że to możliwe? — spytał.
Ellen zmarszczyła czoło. Dlaczego pytał ją o zdanie? Nawet nie wiedział, kim była. Albo lubił pogawędzić, albo sam wątpił w powodzenie tego planu. Który, swoją drogą, brzmiał dość dziwnie. Ellen jeszcze nie słyszała, by mroczny pomiot został pokonany podczas jednej tylko walki.
Tak czy siak to nie jej sprawa. Wzruszyła ramionami.
— Przekonamy się podczas nadchodzącej bitwy — stwierdziła.
Strażnik skinął głową, zgadzając się z jej słowami.
— Podobnie jak teyrn. Ale i on postąpi zgodnie z wolą króla — zauważył.
Ellen przymrużyła oczy. Nie wiedziała, że teyrn Loghain aż tak potępiał ich władcę. Czy przypadkiem jego córka nie została królową? Jak jej było? Anora?
— Król uznał to za zabawne, gdy teyrn nazwał go nierozważnym. Kłócili się też o królową — ciągnął opowieść strażnik, uśmiechając się lekko.
— O królową? — podchwyciła mimowolnie.
— Córkę teyrna — wyjaśnił, posławszy jej spojrzenie z ukosa. — Nie spodobało mu się coś, co ona zrobiła, a może co zrobił król… Nie jestem pewien. Nie powinienem o tym chyba mówić.
To się dowiedziała mnóstwa ciekawych rzeczy. Powstrzymała się od wywrócenia oczami, przenosząc wzrok na drugi namiot rozbity ledwie kilkanaście metrów dalej. Był w innych barwach, ciemniejszych. Może to tam znalazłaby Duncana. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby namiot Strażników stał tuż obok królewskiego.
— Muszę już iść — stwierdziła.
— Jak sobie życzysz — odparł mężczyzna i skłonił głowę.
Nie odpowiedziała. Skierowała się w upatrzoną stronę, śledząc wzrokiem przebiegającego obok posłańca. Gnał jak na złamanie karku, dysząc głośno, prawie się potknął o własne nogi i zniknął za drewnianym podestem. Ellen przesunęła spojrzeniem po kapłance odprawiającej modlitwy z tej wysokości. Przed nią zgromadziło się kilkunastu żołnierzy, którzy teraz klęczeli, wysłuchując Pieśni Światła.
Po plecach Ellen przebiegł gniewny dreszcz. Odwróciła wzrok od wyszytego na piersi kobiety symbolu słońca, czując, jak zaciskały się jej mięśnie szczęki. Wola Stwórcy objawia się na wiele sposobów, co? W dupie miała taką wolę i takiego Stwórcę.
Zatrzymała się przed strzegącym wejścia wartownikiem, marszcząc czoło. Nie sądziła, by Szara Straż korzystała z usług fereldeńskiego wojska do pilnowania swojego namiotu. Pewnie się pomyliła. Może gdyby spytała…
Zdążyła podejść ledwie pół kroku. Mężczyzna wystąpił w przód, układając dłoń na rękojeści przytroczonego do pasa miecza.
— Zbliżasz się do namiotu teyrna Loghaina. Mów, o co ci chodzi — zażądał.
Ellen uniosła brwi. No tak, to też było prawdopodobne, że namiot teyrna rozbito tuż obok królewskiego. Nawet bardziej niż to, że to Straż by tu stacjonowała. Westchnęła, na moment zaciskając usta. Skoro już tu dotarła…
— Opowiedz mi o teyrnie Loghainie — zaproponowała, wzruszając ramionami.
— Jak możesz nie wiedzieć, kim jest Loghain? — oburzył się.
Ellen posłała mu zirytowane spojrzenie. Zaraz pewnie usłyszy o Bitwie nad rzeką Dein i o tym, jak to teyrn…
— To on pomógł wyzwolić Ferelden. To on kierował armiami króla Marica i przegnał tych przeklętych Orlesian. Król Maric wynagrodził go, mianując teyrnem. Wyobrażasz sobie? Człowiek z ludu stał się szlachcicem. Idę o zakład, że bez Loghaina król nie miałby szans w walce z mrocznymi pomiotami — wyrzucił z siebie wartownik, potrząsając głową.
Tak, bo Szara Straż była tu tylko dla ozdoby.
Tym razem nie powstrzymała się od wywrócenia oczami. Może mówili takie mało istotne rzeczy, ponieważ naprawdę ją brali za kogoś wychowanego z dala od polityki? Pewnie nie wyglądała teraz jak córka teyrna Couslanda.
Serce zabiło jej nieco szybciej. Właściwie to spotkanie mogłoby się przydać.
— Czy teyrn jest w środku? — spytała twardo. — Co robi?
— Jest w środku, ale… — urwał. — Nie powinienem o nim rozmawiać.
— Na pewno możesz mi powiedzieć co nieco na jego temat — prychnęła zirytowana.
— Chyba tak… ale dyskretnie — zastrzegł. — Teyrn i król od wielu dni kłócą się ze sobą. Teyrn zna króla od urodzenia, więc nie muszą zachowywać ceremoniału. Teyrn mówi, co myśli, a król tylko na niego krzyczy. Moim zdaniem król powinien robić to, co teyrn mu podpowiada. Tak wiele mu zawdzięczamy…
Ellen westchnęła ciężko. To nadal niczego jej nie dawało. Ale jeśli teyrn Loghain miał aż tyle kontaktu z królem Cailanem – którego ona w nowych okolicznościach z pewnością już mieć nie będzie – mogłaby się upewnić, że ktoś zajmie się sprawą Wysokoża.
Nabrała głębokiego wdechu i nieco się wyprostowała, unosząc brodę.
— Chciałabym prosić o audiencję u teyrna — stwierdziła spokojnie.
— Hmm… — zastanowił się. — Zakładam, że masz dla niego wiadomość. Zaczekaj.
Prawdopodobnie to niczego nie da. Prawdopodobnie tylko postrzępi sobie język po próżnicy. Może jednak teyrn Loghain jej wysłucha i obieca pamiętać o Wysokożu. O tym, że ofiary tej rzezi czekają na pomstę. Albo przynajmniej pochówek. Zacisnęła dłonie w pięści.
Pamiętała, że lata temu teyrn Loghain przyjechał do Wysokoża. Była wtedy mała i jeszcze mniej lubiła oficjalne szlacheckie spotkania niż teraz. Matka obiecywała, że na pewno dogada się z Anorą. Ale Anora dopiero co się zaręczyła i miała o kilka lat więcej, nie chciała się zadawać z takim dzieciakiem jak Ellen. Nie umiała sobie przypomnieć twarzy teyrna. Pojawiały się tylko niejasne skojarzenia, z powagą i siłą.
Teraz to nie miało żadnego znaczenia. Musiała z nim porozmawiać.
Z wnętrza namiotu wyłonił się wysoki, barczysty mężczyzna w płytowej, srebrnej zbroi lśniącej w promieniach południowego słońca. Był blady, oczy miał podkrążone, na jego twarzy ciągnęły się zmarszczki. Ciemne, prawie czarne włosy swobodnie opadały na kark, tylko kosmyk przy skroni został zapleciony w warkoczyk.
Dostrzegł ją. Coś w jego spojrzeniu stężało, sprawiając, że Ellen napięła mięśnie, gotowa do odparcia ataku. Nie wiedziała, co się stało, ale niepokój przebiegł dreszczem wzdłuż jej pleców.
— Tak? O co chodzi? — spytał spokojnie teyrn Loghain. — Jesteś nową Szarą Strażniczką Duncana, prawda?
— Nie jestem jeszcze Szarą Strażniczką — zauważyła.
Brzmiał całkiem przyjaźnie. Może to tylko nerwy. Może jeszcze…
— Mimo to zrobiłaś na Jego Królewskiej Mości duże wrażenie. Nie mógł opanować emocji po waszym spotkaniu — stwierdził chłodniejszym tonem. — Cailana niezwykle fascynują Strażnicy. Wiesz, że to jego ojciec sprowadził wasz zakon z powrotem do Fereldenu?
Ellen cofnęła się pół kroku. Czyżby niechęć wynikała z tego, że zwerbowano ją do Straży? Aż tak frustrowało go zachowanie króla Cailana?
— To fascynacja, której nie podzielasz — wytknęła.
— Strażnicy robią wrażenie, ale nie mają tak dużego znaczenia, jak się zdaje Cailanowi — stwierdził o ton zimniej niż przed chwilą.
Ellen w odpowiedzi zmrużyła oczy. Może do teyrna Loghaina nie dotarły opowieści, jak to garstka Strażników musiała ocalić ludzkość, gdy stanęła na skraju zagłady podczas Pierwszej Plagi. Może człowiek z ludu nie miał czasu wysłuchać tej historii.
— Hm, wyglądasz znajomo. Nie spotkaliśmy się przypadkiem na Zjeździe Możnych? — spytał niespodziewanie, marszcząc czoło.
Ellen nabrała powietrza. Jakim cudem ją rozpoznał?
— Mój ojciec był teyrnem Wysokoża — odparła, starając się panować nad głosem, chociaż nie powstrzymała dźwięczącej w niej złości.
Teyrn Loghain skinął głową. Zmrużył oczy jeszcze mocniej.
— Król powiedział mi o złożonej przez siebie obietnicy. Jestem pewien, że zamierza jej dotrzymać — stwierdził takim tonem, jakby mówił o pogodzie.
Ellen wbiła w niego zdumione spojrzenie. Jak to – to wszystko? I już? W Fereldenie było tylko dwóch teyrnów. To nie tak, że wymordowanie całego rodu nie robiło żadnej różnicy. Skąd ta… obojętność? Przecież jej ojciec nigdy nie miał z nim na pieńku.
— Przypuszczam, że nie ruszysz w sam środek bitwy razem z resztą towarzyszy, prawda? — zainteresował się teyrn Loghain, jak gdyby tamten temat został wyczerpany.
— Nie wiem — warknęła, z trudem panując nad gniewem.
Teyrn Loghain uniósł brwi. Ellen nie odwróciła wzroku, coraz mocniej zaciskając dłonie w pięści. Jak śmiał?
— Jeśli Cailan sobie zażyczy, będziesz musiała to zrobić — zauważył. — Muszę wracać do swoich zajęć. Jeśli należysz do tych, co się modlą, módl się, by król okazał się rozsądnym człowiekiem.
Odwrócił się do niej plecami i Ellen poczuła się tak, jakby wymierzył jej policzek. Postąpiła krok za nim, nabierając powietrza przez zaciśnięte zęby.
— Nie wydajesz się specjalnie go lubić — rzuciła w ślad za nim.
Teyrn Loghain przystanął i popatrzył na nią z góry.
— Jest synem Marica, władcą mego ukochanego Fereldenu. I bardzo młodym człowiekiem — odparł lodowato. — Staram się o tym nie zapominać. Ty także powinnaś.
Ellen obróciła się sztywno i odmaszerowała w przeciwną stronę, zupełnie na oślep, byle dalej od tego człowieka. Poczuła kłujące w oczy łzy – gniew zalał jej pierś duszącą falą, utrudniając oddychanie. Jak mógł? Jak mógł zignorować to, co stało się w Wysokożu? Dlaczego skupiał się na Strażnikach, kiedy to nie miało dla niej znaczenia? Chciało jej się wyć. Gdyby skoczyła z tego pieprzonego mostu, zaoszczędziłaby wszystkim sporo kłopotu.
Minęła zbiorowisko żołnierzy. Zauważyła, że pochylali się nad czymś, chociaż trzymali się w bezpiecznej odległości, stojąc w dość równym okręgu. Mimowolnie stanęła, powoli wypuszczając powietrze przez zęby. Ktoś umarł? Nie zdziwiłaby się wcale.
— Przyjrzyjcie się, żołnierze — zaczął jeden z nich, unosząc dłoń. — Ta obrzydliwa kreatura to mroczny pomiot. Są one…
O, na pewno nie.
Ellen odwróciła się i ruszyła w innym kierunku. Nie miała najmniejszej nawet ochoty zajmować się sprawami Ostagaru. Była tu przypadkiem. Z przymusu. Nie musiała brać udziału w tym wszystkim bardziej niż to minimalnie wymagane. Teraz powinna dotrzeć do Duncana i zażądać, żeby przeprowadził ten głupi rytuał, a potem dał jej spokój.
Szła między zupełnie obcymi ludźmi i nikt nie zwracał na nią uwagi. Parę razy ją potrącono, ale nie usłyszała przeprosin. Chyba nawet ich nie potrzebowała. Objęła się ramionami, sunąc wzrokiem po ogromnych kamiennych ruinach. Ostagar nie przypominał twierdzy – przynajmniej nie taką, którą znała z fereldeńskiej architektury. To chyba tevinterskie ruiny, co tłumaczyłoby nietuzinkowe rozlokowanie miejsc. Zanim czas poddał Ostagar trudnej próbie, pewnie był ogromny i majestatyczny.
Ellen nagle poczuła się bardzo mała. Inna sprawa, że zwyczajnie była mała. Cała ta walka nie miała sensu. Nie dla niej. Pewnie nikt nie zwróciłby uwagi, że nie przyszła na rytuał, że usiadła gdzieś w cieniu i postanowiła czekać na śmierć. Ciekawe, kiedy Fergus wróci ze zwiadu? Powinna się z nim spotkać przed bitwą. Powinna powiedzieć mu wszystko jak najszybciej.
Gardło nieprzyjemnie się jej ścisnęło.
Jak mówiło się bratu o tym, że cała jego rodzina nie żyła? Że nie miał już domu, do którego mógłby wrócić?
Podczas spaceru nawet nie zorientowała się, że zbliżyła się do ogromnego ogniska. Dopiero jasność bijąca od płomieni kazała osłonić oczy ramieniem. Marszcząc czoło, przyjrzała się stojącemu obok człowiekowi. Skądś znała tę sylwetkę, zbroję, ciemne włosy i… Usłyszała znajome szczekanie. Serce zabiło jej trochę szybciej, rozlewając na ciele przyjemną ulgę. Znalazła Szarą Straż. A przynajmniej Duncana. Ruszyła w jego stronę.
Duncan wpatrywał się w ogień. Stał z założonymi na plecach rękoma, w lekkim rozkroku, przymrużając oczy. Wyglądał na groźnego. Ellen jeszcze nigdy wcześniej spokój nie kojarzył się z zagrożeniem, ale Duncanowi udało się to zmienić. Trochę przypominał jej ojca. Tylko ojciec często się uśmiechał, a jego spojrzenie łatwiej łagodniało. Duncan był jak zahartowana w ogniu stal.
— Widzę, że udało ci się znaleźć nasz namiot — stwierdził, przenosząc na nią przeszywające, czujne spojrzenie.
Ellen skinęła głową, rzucając okiem nad ramieniem Duncana na granatowo-szary materiał rozpięty wśród drzew iglastych. Wybrali miejsce na uboczu, z dala od zamieszania. Nagle wydało jej się to odpowiednie – tak zachowywała się Szara Straż. Trzymała się na boku, dopóki nie była potrzebna.
— Potrzebujesz czegoś? — zainteresował się Duncan.
— Jestem gotowa do rozpoczęcia rytuału Dołączenia — oznajmiła, oderwawszy spojrzenie od symbolu gryfa wyszytego na fragmencie płachty.
— Musisz więc odszukać Alistaira i powiedzieć mu, że już czas — westchnął, przenosząc wzrok na rozciągające się przed nimi ruiny. — Nie jestem pewien, dokąd się udał, ale znając go, chyba wolałbym nie wiedzieć.
Ellen uniosła brwi. Raczej nie mówił poważnie?
Duncan jednak, posławszy jej powściągliwy uśmiech, zainteresował się zbliżającym się do niego oficerem. Najwyraźniej mówił poważnie.
Z ciężkim westchnieniem rozejrzała się po obozowisku. Jak miała znaleźć jednego człowieka wśród tylu osób? W takim zamieszaniu? Gdzie w ogóle rozpocząć tę beznadziejną walkę? Zmarszczyła czoło. Stąd widziała psiarnie, o których wspominał gwardzista z mostu. Obok rozstawiono kolejny namiot. Sądząc po kręcących się w jego pobliżu ludziach, musiała to być siedziba Popielnych Wojowników.
Tam raczej nie znajdzie Szarego Strażnika.
Ruszyła przed siebie, bez pomysłu, dokąd się udać. Przy odrobinie szczęścia ktoś wskaże jej, gdzie znajdowali się Szarzy Strażnicy, a wtedy znajdzie tego… jak mu było? Alistaira? Chyba tak. Dlaczego w ogóle oddalał się od dowódcy, skoro wiedział – przynajmniej powinien – że tego dnia miał się odbyć rytuał?
W drugiej części obozowiska zauważyła namioty magów. Rozpoznała je przede wszystkim dzięki temu, że garstka ich mieszkańców zajmowała się rzucaniem zaklęcia. Przystanęła, obserwując błękitnawe wiązki magii wirujące wokół ich uniesionych dłoni. Wyglądało to jak bardzo dziwny taniec. Uśmiechnęła się blado. Nigdy wcześniej nie widziała magów z takiego bliska. Ojciec kiedyś wybierał się do Redcliffe i przejeżdżał obok wieży Kręgu Maginów, ale matka jej nie puściła. Podobno była jeszcze za mała.
Ellen zauważyła stojącą przy namiotach starszą kobietę. Po jej stroju – długiej, dość ciężkiej todze – mogła śmiało założyć, że to kolejna czarodziejka. Ciekawość wzięła górę. Ellen ruszyła w jej stronę, uważnie przypatrując się poznaczonej zmarszczkami twarzy, przymrużonym oczom i siwym włosom spiętym w niedużą kitkę. Wyglądała surowo i łagodnie zarazem. Trochę jak matka Mallol.
— Witaj, młoda damo — odezwała się, kiedy Ellen podeszła bliżej.
Skinęła w odpowiedzi głową. Chciała się uśmiechnąć, ale nie mogła się do tego zmusić. Zacisnęła usta, uciekając wzrokiem w bok.
— Jesteś najnowszą rekrutką Duncana, prawda? Niełatwo zrobić na nim wrażenie. Powinnaś być z siebie dumna — mruknęła kobieta, posyłając jej uśmiech.
Chyba wszyscy w tym przeklętym obozowisku wiedzieli już, że najmniejsza dziewczyna, jaką się spotka na swojej drodze, została najnowszą rekrutką Duncana.
Ellen lekko się skrzywiła, ale przytaknęła.
— Pozwól, że się przedstawię. Jestem Wynne, jedna z czarodziejek wezwanych przez króla — ciągnęła kobieta, zupełnie nie przejmując się przedłużającym się milczeniem Ellen.
— Miło mi cię poznać — odparła. — Ellen.
— Życzę szczęścia na polu bitwy. Przyda się nam wszystkim — rzuciła z pozoru pogodnie, ale dało się usłyszeć w jej głosie napięcie.
— Król Cailan uważa, że bitwa pójdzie po naszej myśli — zauważyła.
Im więcej rozmawiała o nadchodzącej walce, tym wyraźniej widziała, jak niewiele ją to obchodziło. Dziwnie się czuła, otoczona przez ludzi, którzy żyli tylko tym.
— Król musi być pewny siebie. Jego zachowanie wpływa na morale żołnierzy — zauważyła Wynne. — Nie brakuje mu entuzjazmu. Przypomina mi szczeniaczka, a mówię to zarówno z szacunkiem, jak i uczuciem wobec niego. To wspaniały człowiek. Aby pokonać mroczne pomioty, musimy współpracować. Nie wszyscy wydają się to rozumieć.
Ellen popatrzyła na Wynne zdumiona. Nie spodziewała się, że po tak krótkiej, niezobowiązującej uwadze usłyszy niemalże cały wykład. Zupełnie jakby znów mogła porozmawiać z upartym, starym Aldousem.
— Miałaś już do czynienia z mrocznymi pomiotami? — zainteresowała się.
Wynne uśmiechnęła się lekko. Wyglądała na rozbawioną tym pytaniem.
— Tak, z maruderami, ale nie z hordą, o jakiej mówią zwiadowcy. — Pokiwała głową. — Zastanawiam się… Ile wiesz na temat związku mrocznych pomiotów z Pustką?
Ellen uniosła brwi. Też pytanie. Dlaczego miałoby ją to interesować? Ach, no tak, przypadkiem została Szarym Strażnikiem i musiała mordować te potwory. Odwróciła wzrok, starając się zmiażdżyć palącą gardło gorycz.
Nie chciała tego.
— Wiem, że Pustka to miejsce, gdzie udajemy się, gdy śpimy — burknęła.
— Za każdym razem, gdy twój duch opuszcza ziemskie ciało, czy to we śnie, czy po śmierci, przechodzi do krainy, którą zwiemy Pustką — sprecyzowała, uśmiechając się łagodnie. — To dziedzina duchów, z których jedne są życzliwe, inne wręcz przeciwnie. W samym sercu Pustki znajduje się Czarne Miasto.
— Słyszałam coś o tym — rzuciła i spojrzała na Wynne z ukosa. — Czy nie stało się tam coś złego?
— Niektórzy mówią, że Czarne Miasto było siedzibą samego Stwórcy. Ale gdy magowie z Imperium Tevinter zdołali się do niego dostać, zostało skalane przez ich grzechy. Zmieniły one tych ludzi, przekształcając ich w wynaturzone odbicia własnych serc. Potem Stwórca zesłał ich na ziemię, gdzie stali się pierwszymi mrocznymi pomiotami — opowiedziała Wynne. — Tak przynajmniej wynika z Pieśni Światła.
— Słyszałam już tę historię — przyznała.
Matka Mallol bardzo często opowiadała tego typu rzeczy, żeby potem odnieść to do ich malutkich grzechów w Wysokożu. Ellen przypomniała sobie, że miała się zmienić w pomiota, jeśli nie zacznie czesać się, jak na damę przystało. Uśmiechnęła się do siebie.
Po tej rozmowie ścięła się na krótko i wcale nie zmieniła się w pomiota.
— Możliwe, że to alegoria, która ma nam uświadomić, że to zło czynione przez nas samych sprowadza na ludzi cierpienie — zauważyła Wynne. — A może szczera prawda. Na razie to wyjaśnienie jest dobre jak każde inne.
Ellen wzruszyła ramionami. Nie potrzebowała żadnych idei, żeby być Szarą Strażniczką. Nawet nie potrzebowała być Szarą Strażniczką. Nie rozumiała, czego ta kobieta od niej oczekiwała.
— Po prostu zabiję każdy mroczny pomiot, jaki stanie mi na drodze — odparła.
— Mądra postawa — pochwaliła ją. — W moim przypadku zawsze się sprawdzała. Jestem jednak pewna, że Duncan ma dla was ważniejsze zadania niż rozmowa ze mną.
Czy ważniejsze, Ellen nie wiedziała. Na pewno wymagające więcej wysiłku.
Skinęła Wynne głowę, żegnając się, i bez słowa ruszyła przed siebie. Nawet nie miała pomysłu, gdzie mogła szukać tego człowieka. Gdzie spędzali czas Szarzy Strażnicy?
Przyjrzała się otaczającym ją ruinom, mrużąc oczy. Stała na środku wydeptanej przez dziesiątki nóg drogi, która – na jej nieszczęście – rozchodziła się w dwie strony. Wiodła albo do zniszczonej sali wystającej z ziemi niczym połamane żebra ogromnej bestii, albo odbijała w lewo, wznosząc się w nieznanym Ellen kierunku. Nie wyglądało to jednak na koniec obozowiska – tam również kręcili się żołnierze. Więcej dostrzegła jednak kapłanek. Wszędzie tak samo pachniało psami i dymem.
Ruszyła w tamtą stronę, uznawszy, że było to rozsądniejsze od bezradnego stania w miejscu. Łatwo wędrowało się przez obozowisko, kiedy nikt nie zwracał na nią uwagi. Mogła przyjrzeć się każdemu z czystym sumieniem, zanim odmaszerowali w sobie tylko znanym kierunku. Wśród drzew wypatrzyła nawet niewielkie obozowisko kwatermistrza. Sterty skrzyń, broni, pancerzy oraz prowizoryczna kuźnia jasno sugerowały, do czego służyło to miejsce. Może Strażnik zajmował się czymś tam?
Zbliżając się do nowego celu, zauważyła młodego mężczyznę rozmawiającego z towarzyszącą mu kobietą. Nie zwróciłaby na niego większej uwagi, gdyby nie to, że kobieta nagle ofuknęła go wściekle, odwróciła się sztywno, prawie uderzając go włosami w twarz, i odmaszerowała. Ellen musiała ustąpić na bok, żeby nie zostać podeptanym. Unosząc brwi, odprowadziła ją spojrzeniem.
Ktoś nie radził sobie z kobietami.
Popatrzyła na mężczyznę bez zainteresowania i przypadkiem podłapała z nim kontakt wzrokowy. Przyglądał jej się zmrużonymi oczami, jakby zupełnie się nie przejął wcześniejszą porażką. Nagle zmroziła ją myśl, że może ją teraz obrał sobie za cel.
Chciała przyśpieszyć kroku i go wyminąć, ale nie zdążyła.
— Cóż, nie jesteś osobą, której się spodziewałem — stwierdził.
Ellen zatrzymała się jak wryta. Powiedział to do niej? Naprawdę? Zmarszczyła czoło i obróciła się do niego, krzyżując ręce na piersiach. Nic dziwnego, że tamta kobieta odeszła taka wściekła. Jeśli mówił podobne rzeczy każdej napotkanej…
— A kimże ty jesteś? — fuknęła.
— Na imię mi Daveth — odpowiedział z uśmiechem, niezrażony jej postawą. — Wreszcie się pojawiłaś. Zaczynałem już myśleć, że cały ten rytuał wymyślono specjalnie dla nas — dodał bardziej konspiracyjnym głosem.
Och. Na oddech Stwórcy. Wpadła na drugiego rekruta. Zupełnie nie tego teraz potrzebowała. Z drugiej strony – dobrze byłoby porozmawiać z kimś, kto siedział w tym samym bagnie co ona.
Westchnęła cicho.
— Co wiesz na temat rytuału? — spytała od niechcenia.
— Widzisz, tak się złożyło, że zeszłej nocy kręciłem się trochę po obozie i podsłuchałem rozmowę paru Szarych Strażników — wyznał ściszonym głosem. — Wydaje mi się, że planują wysłać nas do Głuszy.
Ellen przyjrzała mu się uważnie. Bał się, czy był podekscytowany? W jego ciemnobrązowych oczach czaił się niepokój. Potargane czarne włosy mogły sugerować, że nie spał za dobrze. Chyba się bał.
Ellen nie wiedziała, co czuła. Głusza Korcari wzbudzała w niej takie samo nic co Ostagar. Kolejny niechciany obowiązek.
— Może i tak — rzuciła. — Zobaczymy.
— To wszystko jest dla mnie zbyt tajemnicze — poskarżył się Daveth, śmiesznie wykrzywiając twarz. — Aż mnie kręci w nosie. Wygląda na to, że dowiemy się w swoim czasie. Nie mamy zresztą wyboru.
— Nie byłoby mnie tutaj, gdyby to ode mnie zależało — zauważyła chłodniej, niż zamierzała.
Nie powinna dzielić się z nim prywatnymi odczuciami. Nie musiała nikomu mówić o sobie niczego. Jedyne, co musiała, to zrobić swoje, żeby mieć spokój.
Daveth przyjrzał się jej, nie kryjąc zainteresowania, i uśmiechnął się szeroko.
— Bierzesz, co dają, racja? Tak czy siak, pora już chyba wracać do Duncana — stwierdził, jego wzrok powędrował do namiotu Strażników. — Tam właśnie mnie znajdziesz, jeśli będę ci do czegoś potrzebny. — Uniósł dłoń w geście pożegnania.
Ellen nie odpowiedziała. Odprowadziła go ponurym wzrokiem, nie mogąc przełknąć guli w gardle, która pojawiła się po jego słowach. Bierzesz, co dają? Jakim cudem ktokolwiek wyrzucał z siebie tak nieprzemyślane słowa? Zacisnęła usta.
Zwróciła spojrzenie na drogę, po której szła. Obozowisko kwatermistrza było puste – jeśli nie liczyć samego kwatermistrza. To nie tu ukrył się Szary Strażnik. Alistair, tak? Westchnęła głęboko, na chwilę odchylając głowę.
Może Duncan specjalnie jej to zlecił. Może myślał, że jeśli spotka się z różnymi ludźmi, poprawi jej się humor. Niestety, na razie działo się dokładnie odwrotnie.
Ruszyła w górę drogi. Mogła sprawdzić całe ruiny, a kiedy nie znajdzie tego Strażnika, wróci do Duncana i poinformuje go, że miała to dokładnie w nosie. Póki nie została oficjalnie Szarą Strażniczką, wcale nie musiała słuchać jego rozkazów.
Wiedziała, że to nie do końca prawda, ale na tę chwilę każda wymówka brzmiała naprawdę dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz