sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział 1.8 - Odnaleziona zguba

Część obozowiska, do której trafiła Ellen, wydawała się o wiele spokojniejsza niż ta, którą zostawiła za plecami. Rosło tu też więcej krzewów i drzew – rzucały dokoła długie, chłodne cienie. Przy takiej pogodzie było to prawdziwym błogosławieństwem. Ellen wolnym krokiem przeszła po brukowanej drodze, przypatrując się kręcącym się tu ludziom.
Chyba trafiła do części bardziej kapłańskiej. Gdzie nie powiodła wzrokiem, dostrzegała ubrane w charakterystyczne szaty siostry zakonne. Zajmowały się rannymi ulokowanymi w niewielkim szpitalu polowym, dwie inkantowały Pieśń Światła pod posągiem Andrasty. Ciekawe, ilu żołnierzy poświęciło wolny czas, żeby go tu przytargać. Ellen wykrzywiła usta. Rzeźba odróżniała się od innych w ruinach, było widać, że wykonano ją współcześnie. Prawdziwa desperacja.
W cieniu rzucanym przez wysokie ściany częściowo zniszczonej sali Ellen zauważyła kołyszące się na metalowych podporach klatki. Większość stała pusta – poza jedną. Przystanęła, przypatrując się skulonemu w środku więźniowi. Ciekawe, za co go zamknęli. Zabił kogoś? Okradł? Poczuła gulę w gardle. Nawet jeśli szlachta zaakceptuje winę Howe’a za zbrodnię w Wysokożu, nikt nie zgodzi się, by wystawić go na takie pośmiewisko przed egzekucją. W końcu był szlachcicem. Niech go szlag jasny trafi.
Ruszyła w stronę klatki, zanim się zastanowiła. Wyminęła przysypiającego na warcie strażnika, rzuciwszy mu krótkie, oceniające spojrzenie. Musiał się tu potwornie nudzić. Więzień nie miał szans uciec, zwłaszcza w sercu zbrojnego obozu wojsk Fereldenu. Zbliżyła się na tyle, żeby dobrze widzieć ściągniętą, poszarzałą twarz zamkniętego. Wyglądał mizernie, słabo, żałośnie. Powinna mu współczuć – zamiast tego serce mocno jej biło, sącząc w żyły znajomy jad. Liczyła, że pewnego dnia Howe będzie wyglądał dokładnie tak samo.
— W końcu ktoś się zjawił, żeby porozmawiać z samotnym więźniem? — odezwał się mężczyzna, obracając się w jej stronę.
Drgnęła nerwowo. Tego nie przewidziała. Podłapała kontakt wzrokowy, bardziej skupiając się na szczegółach – jego podkrążonych, przekrwionych oczach, zaschniętej na policzku krwi. Przypominał cień człowieka. Nie widziała jeszcze nikogo tak chudego.
— Nie sądzę, byś tu przyszła, by wydać na mnie wyrok — mruknął ponuro.
— Nie, nie po to tutaj przyszłam — przyznała.
Przyszłam, żeby napawać się twoim cierpieniem. Zamieniała się w potwora. Rozpacz zamieniała ją w potwora.
Odwróciła wzrok, walcząc ze zmiażdżonym przez wstyd gardłem.
— Masz chyba w sobie choć odrobinę dobroci, co? — jęknął. — Proszę tylko o wodę i coś do jedzenia. Nie miałem nic w ustach, od kiedy mnie tutaj zamknęli. Umieram z głodu.
Ellen zmarszczyła czoło. Nie podobało jej się to, jak jej serce przyśpieszało bicie i nagle się kurczyło, jakby niezdecydowane, co powinno czuć. Łypnęła na mężczyznę, pozwalając sobie na odrobinę współczucia.
— To okropne — przyznała. — Dlaczego cię nie nakarmili?
— Pewnie nikt o tym nie pomyślał, zbliża się w końcu ta cała bitwa i tak dalej. — Wzruszył ramionami.
Gdyby nie był tylko jednym z żołnierzy, nikt by o nim nie zapomniał. Nikt by go tu też nie zamknął. Ale nic nie znaczył dla większości. Uśmiechnęła się bez wyrazu.
Howe nigdy nie stanie przed obliczem sprawiedliwości.
— Zobaczę, co da się zrobić — stwierdziła.
Skoro już snuła się po tym przeklętym obozowisku, mogła spróbować coś wymyślić. Kawałek chleba w tę czy we w tę nikomu by nie zaszkodził.
— Poproś mojego strażnika, aby dał ci coś ze swojego jedzenia — podsunął mężczyzna, ruchem głowy wskazując przysypiającego gwardzistę. — Zostało mu trochę z obiadu, widziałem, jak wkładał to do kieszeni płaszcza.
Ellen przytaknęła. Brzmiało jak coś prostego do zrobienia.
Zawróciła i przeszła tych kilka kroków dzielących ją od strażnika. Nie zauważył jej – nadal. Westchnęła, wywracając oczami. Nie miała aż tyle czasu, żeby męczyć się z jego spaniem na stojąco. Bez wyrzutów sumienia szturchnęła go w żebra. Zrobiła to bez wyczucia i prawie się wywrócił, tracąc podporę w trzymanym mieczu.
— Przepraszam — mruknęła bez krzty szczerości. — Chciałam…
— Aaa — odezwał się, zmierzywszy ją spojrzeniem.
Ellen uniosła brew. To nie była normalna reakcja na jakiekolwiek przeprosiny.
— Szczęściara z ciebie — stwierdził niespodziewanie. — Wy, członkowie Szarej Straży, towarzyszyć będziecie królowi, podczas gdy mnie pozostaje męczyć się, pilnując tego dezertera. Powinni go powiesić. Nadziać jego łeb na pikę, ku przestrodze.
Ach, no oczywiście. Kolejny człowiek w tym parszywym obozowisku, który bezbłędnie rozpoznał ją jako Nową Rekrutkę Duncana. Nie miała pojęcia, skąd się brał ten fenomen. Może Duncan nigdy nie rekrutował kobiet?
— Kim właściwie jest więzień? — zainteresowała się.
I tak nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać o Szarych Strażnikach.
— Mówią, że został zwerbowany przed wojną, gdzieś w Denerim. Myślał pewnie, że nigdy nie będzie musiał walczyć, skoro służy królowi, mam rację? — Wyszczerzył zęby.
Ellen zdołała powstrzymać się od przewrócenia oczami. Po co w ogóle wdawała się z nim w rozmowę? Mogła po prostu odmaszerować i zignorować problemy tego świata. Była czasami taka głupia.
— Porozmawiałam sobie z nim — mruknęła, wzdychając ciężko.
Strażnik wykrzywił twarz. Nie wyglądał na zadowolonego.
— To raczej nie będzie pouczająca konwersacja — skwitował.
— Poprosił o wodę i coś do jedzenia. — Wzruszyła ramionami.
Naprawdę powinna zwyczajnie się stąd zabrać.
— Co ty powiesz? — prychnął. — Ponieważ nikt mi nie przysyła jedzenia, którym mógłbym go nakarmić, jedynym rozwiązaniem byłoby, gdybym oddał mu część swojego posiłku — wytłumaczył.
Tym razem to Ellen prychnęła. Nieco kpiącym śmiechem. Zmierzyła strażnika krytycznym spojrzeniem i wymownie uniosła brwi. Doprawdy, jak to dobrze widzieć, że ludzie w obliczu nadciągającej zagłady wyciągali do siebie pomocne dłonie.
— Wielkie rzeczy, najwyżej nie zjesz jednego posiłku — parsknęła. — Tego człowieka mogą wkrótce powiesić.
— Dobra, dobra. — Obronnie uniósł ręce, łypnął na nią wściekle, ale zanurzył dłonie w kieszeniach płaszcza.
Wydobył bułkę z kawałkiem mięsa, a od pasa odczepił niewielką manierkę. Wszystko podał Ellen, mamrocząc pod nosem. Zignorowała to – i tak nie zrozumiała zbyt dużo.
— Niech sobie biedaczek podje, zanim go powieszą — burknął. — Chociaż nie wiem, dlaczego aż tak cię to obchodzi. Ale jakby co, to ja nie miałem z tym nic wspólnego. Jak ktoś zapyta, czemu więzień beka, powiem, że to twoja sprawka.
Bardzo straszne.
Bez słowa wyminęła strażnika i wróciła pod klatkę. Bułka nie wyglądała zbyt apetycznie i nie była też specjalnie duża – jednak dla kogoś, kto tak długo nie jadł, to zawsze coś. Zresztą z tego, co wiedziała, nie powinno się wpychać w siebie za dużo jedzenia po głodówce. Potrząsnęła jeszcze manierką, upewniając się, że coś tam w ogóle było.
— No więc…? — usłyszała niepewny głos więźnia. — Przyniosłaś mi coś do jedzenia, prawda? Jestem tak głodny, że w każdej chwili mogę paść tutaj bez życia.
Ellen musiała stanąć na palcach, żeby wsunąć mu wszystko na podłogę klatki. Czasami nie wierzyła, że była aż tak niska.
— Proszę, oto trochę jedzenia — mruknęła.
Mężczyzna porwał bułkę jak wygłodzone zwierzę. Wbił się w nią zębami, gryząc tak, jakby od tego zależało jego życie. Ellen mimowolnie się cofnęła. Cóż, pomogła. Chyba. Na pewno zmarnowała mnóstwo czasu.
— Jestem wielce zobowiązany — odezwał się więzień, przełknąwszy pierwsze kęsy. — Dobra z ciebie duszyczka, o tak! Niechaj sama Andrasta ześle na ciebie błogosławieństwo!
Ellen machnęła ręką. Nie chciała żadnych błogosławieństw. Zwłaszcza od tej ponurej zgrai od Stwórcy. Bez słowa oddaliła się od klatki, nawet nie odpowiadając na naburmuszone spojrzenie strażnika, i bez pośpiechu zawędrowała z powrotem na drogę.
I co dalej? Nie widziała nikogo, kto wyglądałby jak zguba. Może lepiej by zrobiła, gdyby wróciła do Duncana? Powiedziała mu, że miała to w dupie? Skrzywiła się. Nie mogła go tak potraktować. Pewnie naprawdę wierzył, że takie chodzenie między ludźmi by jej pomogło. Może nawet pomagało? Trochę. Prawie.
Syknęła zdenerwowana, kiedy potrąciła ją szybko maszerująca kapłanka. Kobieta nie obejrzała się na nią, pognała w dół drogi, lekko podciągając powiewającą szatę. Ellen posłała w ślad za nią wściekłe spojrzenie, cofając się parę kroków. Niosąca oświecenie i miłosierdzie, niech ją szlag. Mogłaby przynajmniej przeprosić.
Jej spojrzenie padło na kręcącą się wśród rannych inną siostrę zakonną. Jeśli pozostało jej w tym momencie cokolwiek konstruktywnego, to tylko zacząć pytać wszystkich wokół, czy nie widzieli ostatnio żadnego Szarego Strażnika. Przeczesała dłonią krótkie włosy, ruszając w stronę szpitala polowego. Może przynajmniej raz dopisze jej szczęście.
Uniosła dłoń, chcąc się odezwać, ale nie zdążyła. Ktoś chwycił ją za przegub i mocno pociągnął ku ziemi, zmuszając, by się cofnęła. Aż zachłysnęła się powietrzem, nerwowo łapiąc równowagę.
— Ty… musisz ich przekonać! — wydusił mężczyzna leżący na pryczy. — Musimy uciekać! Mroczne pomioty nadchodzą!
Uniósł się na ręku, coraz mocniej wbijając palce w jej nadgarstek. Ellen popatrzyła na niego przestraszona, czując lodowaty dreszcz przebiegający po skórze.
— Wiesz, są tutaj Szarzy Strażnicy — rzuciła.
Spróbowała oswobodzić się z jego uścisku, ale nie mogła. Trzymał ją z żelazną siłą, wlepiając w nią błędne, zamglone spojrzenie szaleńca.
— Szarzy Strażnicy zginą! — tchnął. — Król zginie! Wszyscy zginiemy!
Ellen zapragnęła uciec. Uwolnić się i odejść jak najdalej. Usiąść gdzieś w cieniu i po prostu umrzeć. Przerażenie rannego przesączyło się przez jej skórę jak podstępna trucizna. Nie chciała tego słuchać.
— Przepraszam, Strażniczko — wtrąciła się kapłanka.
Stanowczym szarpnięciem oderwała dłoń rannego od ręki Ellen i odsunęła ją w tył, poza jego zasięg. Ellen poczuła, jak ramię bezwładnie opadło jej wzdłuż ciała. Nie odwróciła wzroku od ciężko dyszącego mężczyzny, nie mogąc się odezwać.
— Zachowuje się w ten sposób, od kiedy znaleźli go w Głuszy — wyjaśniła kobieta, westchnąwszy ciężko.
Ellen zwilżyła usta językiem, szukając w gardle głosu.
— Co mu dolega? — wychrypiała.
— Poza ranami? — Kapłanka rozłożyła ręce. — Nie mamy pewności. Jego krew nie jest zarażona. On jest po prostu… przerażony.
— Ty… ty to czujesz, prawda? — wycharczał i rozejrzał się nerwowo, jakby się bał, że pomioty zaraz zaatakują.
To było głupie, ale Ellen też ukradkiem zerknęła dokoła. Serce waliło jej tak ciężko, tak boleśnie w piersi.
— One zarażają ziemię, czynią ją czarną i chorą. Czujesz to w środku! Wyjdą z tego lasu i rozpierzchną się po świecie! Jak robaki, które oblazły truchło, połkną nas w całości! — zawył rozpaczliwie.
— Starczy tego — ucięła ostro kapłanka i siłą przytrzymała rannego na pryczy. — Musisz się uspokoić, mój dobry człowieku.
Ellen gwałtownie się cofnęła. Nie miała pojęcia, o czym mówił. Nigdy nie widziała mrocznego pomiota. Nie walczyła z żadnym. Jak niby mogła się nadawać na Szarą Strażniczkę, skoro nie nabyła żadnego doświadczenia?
Wzdrygnęła się. Dość już śmierci wokół niej. Nie mogła tego słuchać.
Odwróciła się, żeby uciec, ale ochrypły głos rannego ścigał ją jeszcze długo, sącząc w jej uszy przerażone tchnienia:
— Były wszędzie! Widziałem je!
Ellen przytknęła dłoń do głowy, powstrzymując się od zatkania uszu, i nieco chwiejnym krokiem ruszyła do kapliczki. Tylko tam stały jakiekolwiek ławy. Gdyby usiadła na ziemi, pewnie by już nie wstała – a na pewno nie dość szybko, żeby odnaleźć przeklętego Szarego Strażnika.
Ciężko opadła na ławę i ukryła twarz w dłoniach, powoli licząc do dziesięciu. Próbowała oddychać możliwie głęboko. Musiała uspokoić bicie serca, potem wyrzucić z pamięci wspomnienie pełnej przerażenia twarzy rannego. Jego zamglonych, zasnutych obłędem oczu. Brzmiał tak pewnie. Jakby dokładnie wiedział, o czym mówił. Może to nawet nie były majaczenia. Może naprawdę wiedział.
Zacisnęła powieki, walcząc z narastającą paniką. Tak bardzo pragnęła zwinąć się gdzieś w kłębek i wszystko przeczekać. Nie radziła sobie. Nie chciała sobie radzić. Przecież to Daveth mógł poszukać tego Alistaira. Ktokolwiek. Dlaczego właśnie ona?
Poczuła na ramieniu silną dłoń. Zesztywniała i od razu się wyprostowała, podrywając głowę. Jej wzrok padł na barczystego mężczyznę, który obdarzał ją przyjaznym uśmiechem. Miał niezwykle krótkie rude włosy, jego żuchwę porastał meszek zarostu. Od tego szerokiego uśmiechu robiły mu się dołeczki w pyzatych policzkach.
— Witaj. Jesteś pewnie rekrutką, o której słyszeliśmy? — spytał.
Serce zabiło jej szybciej. Na oddech Stwórcy, może to ten przeklęty Szary Strażnik? Szczęście wreszcie się do niej uśmiechnęło?
— Tak. Jestem Ellen — stwierdziła, podnosząc się z ławki.
— Jestem sir Jory — odparł.
Ellen ze zrezygnowaniem opuściła ramiona. Pudło. Znowu nie Alistair. Stwórca w ogóle jej nie sprzyjał – chyba powinna zacząć to akceptować. Zacisnęła usta.
— Pochodzę z Redcliffe, gdzie służyłem jako rycerz pod dowództwem arla Eamona — poinformował, nie kryjąc dumy w głosie.
Czyli to drugi rekrut. Niczego jej to nie dawało.
— Nie wiedziałem, że kobiety mogą wstępować w szeregi Szarej Straży. Ja przynajmniej jeszcze takiej nie spotkałem — mruknął, zmierzywszy ją spojrzeniem.
Ellen zmarszczyła czoło. Bezczelność.
— Umiem sobie radzić — fuknęła.
— Na pewno zrobiłaś wrażenie na Duncanie. To mi wystarczy. — Uśmiechnął się do niej. — Mam nadzieję, że obojgu nam poszczęści się na tyle, by zostać Szarymi Strażnikami. Czyż to nie ekscytujące, że dano nam taką szansę?
Ellen zacisnęła zęby. Nie chciała psuć mu idealistycznej wizji tego bractwa. W końcu sama w nią do niedawna wierzyła. Sir Jory nie musiał wiedzieć, że nienawidziła każdej chwili, którą spędziła w Ostagarze.
— Ciekawi mnie ten rytuał Dołączenia — mruknęła trochę przez zęby, siląc się na neutralny ton.
Chyba nie zauważył nieszczerości – energicznie pokiwał głową, jego oczy rozbłysły entuzjazmem jak u małego chłopca.
— Mnie także. Wiesz może, na czym on polega? — spytał.
— Daveth wspominał, że być może będziemy musieli udać się do Głuszy — poinformowała, nie powstrzymawszy się od wzruszenia ramionami.
— Nigdy o tym nie słyszałem. Nie miałem zielonego pojęcia, że po tym, jak zostanę zwerbowany, czekają mnie jeszcze jakieś dodatkowe testy — zauważył niezadowolony. — Ale skoro już tu jesteś, chyba powinienem wracać do Duncana. Do zobaczenia. — Skłonił głowę i ruszył w dół drogi.
Ellen nie miała zbyt dużego wyboru. Mogła pójść jego śladem… i sprawdzić, czy istniało jeszcze jakieś miejsce, którego do tej pory nie sprawdziła. Westchnęła ciężko. Ten dzień powoli stawał się zbyt długi. Potrzebowała trochę czasu dla siebie, zanim oszaleje.
Tarmosząc i tak rozczochrane włosy, ruszyła bez pośpiechu w drogę powrotną. Zeszła z lekkiego wzniesienia, stając na skrzyżowaniu ścieżek. Musiała ustawić się bardziej z boku, żeby uniknąć ciągłego potrącania przez biegających posłańców czy śpieszących się żołnierzy. Na szczęście nie widziała w pobliżu żadnej kapłanki.
Nie zawędrowała jeszcze tylko do ogromnej sali wznoszącej się na tyłach obozowiska. Dawniej musiała być głównym pomieszczeniem całej twierdzy – Ellen nigdy wcześniej nie widziała niczego tak wielkiego. Co prawda niewiele pamiętała z wizyty w Forcie Drakon, kiedy miała kilka lat, ale nie sądziła, by denerimski zamek jakkolwiek mógł się mierzyć z ogromem zapomnianego Ostagaru.
Wyminęła parę gnających na złamanie karku osób i spokojnym krokiem przeszła do środka częściowo zawalonej konstrukcji. Owionął ją przyjemny, studzący nerwy chłód. Brakowało sporego fragmentu zadaszenia – mimo to potężne ściany dawały dość cienia, by w ogóle tego nie odczuwać. Posadzkę porastał cudownie miękki mech i Ellen przez chwilę poważnie zastanawiała się, czy nie usiąść tu, nie zaczekać, aż dla odmiany ktoś zacznie szukać jej. Za pokruszonymi i połamanymi kolumnami, które sterczały niczym szpony ku niebu, zauważyła długi stół. Krzątało się tam kilku służących.
Panowała przyjemna cisza. Poza pracującymi w oddali osobami raczej nikogo tu nie było. Oczywiście. Mogła się spodziewać, że…
Zmarszczyła czoło. Wydało jej się, że coś usłyszała. Może to umysł płatał jej figla, ale nie miała nic do stracenia. Odwróciła się ku wznoszącemu się chodnikowi, prowadzącemu do bocznego, mniejszego pomieszczenia. Cokolwiek niegdyś się tam znajdowało, niewiele już z tego zostało. Ruszyła nieco szybszym krokiem.
Wśród zniszczonych ścian rzeczywiście ktoś był. Ellen zatrzymała się, spoglądając na dwóch obcych jej mężczyzn – jednego ciemnoskórego, odzianego w długą togę, i drugiego jasnoskórego, w zbroi karacenowej. Prowadzili dość żywiołową rozmowę… czy raczej ten, który przypominał maga, żywo gestykulował, wypluwając z siebie gniewne słowa, a towarzyszący mu wojownik wysłuchiwał wszystkiego z nieco pobłażliwym uśmiechem.
Trudno orzec, czy jeden z nich był Szarym Strażnikiem. Ellen westchnęła, rozważając wycofanie się.
— O co chodzi tym razem? — warknął mag, piorunując wzrokiem uśmiechniętego młodzieńca. — Czy Szara Straż nie uzyskała już ze strony Kręgu wystarczającej pomocy?
Szara Straż? Ellen stanęła w pół kroku, zanim zawróciła, i posłała im czujne spojrzenie. Dobrze usłyszała, prawda? Wymówił nazwę ich bractwa. Podeszła kawałek, przechylając głowę, by przyjrzeć się drugiemu z obecnych.
Na pewno był wojownikiem. Na pewno nie umiała powiedzieć o nim niczego więcej. Uśmiechał się trochę zbyt radośnie. Miał rozczochrane jasne włosy – ale wydawało się, że ten nieład pozostawał pod kontrolą. Oczy błyszczały mu młodzieńczą energią, jakby nie zauważył, że znajdował się w obozie wojskowym, gdzie wszyscy z niepokojem wypatrywali marnego końca.
— Przyszedłem tylko po to, by przekazać ci wiadomość od Wielebnej Matki, szanowny magu — odparł spokojnie. — Pragnie się z tobą spotkać.
— Nie obchodzi mnie, czego „pragnie” Jej Świątobliwość! — fuknął opryskliwie. — Jestem zajęty, pomagam Szarej Straży, z rozkazu króla, pozwolę sobie dodać!
— To co, miała napisać do ciebie list? — spytał rozbawiony, z trudem tłumiąc parsknięcie śmiechem.
Ellen uniosła brew. Oni tak na poważnie?
Mag aż się cały nadął, wstrzymując powietrze, ale wszystkie obraźliwe słowa, które z pewnością chciał z siebie wyrzucić, chyba uleciały wraz z wypuszczanym oddechem. Odwrócił wzrok, nerwowo pocierając ręce.
— Przekaż jej, że nie pozwolę, by mnie w taki sposób nękano! — poinformował.
— Tak, to ja nękałem ciebie, dostarczając wiadomość. — Wywrócił oczami, chociaż nadal lekko się uśmiechał.
Mag rzucił mu mordercze spojrzenie.
— Twoja gadanina nie przynosi ci zaszczytu — burknął.
— A ja myślałem, że tak dobrze się ze sobą dogadujemy — przyznał młodzieniec, wzdychając ciężko. — Chciałem nawet nadać twoje imię swojemu dziecku… temu zrzędliwemu. — Ze smutkiem pokiwał głową.
— Dosyć! — Mag machnął ręką. — Porozmawiam z tą kobietą, skoro nie mam innego wyjścia!
Tak gwałtownie zawrócił, że Ellen nie zdążyła uskoczyć. Uderzył w nią z impetem, wyrywając z jej piersi głuche stęknięcie. Prawie się wywróciła. Nigdy by nie pomyślała, że magowie mieli tyle krzepy.
— Z drogi, głupcze! — warknął na nią.
Posłała w ślad za nim wściekłe spojrzenie, czując palący gniew w piersi. Co za… burak! I prostak! Najpierw ją zdeptał, a potem na nią krzyczał? Już otwierała usta, żeby rzucić w ślad za nim odpowiednio obraźliwe słowa, ale nie zdążyła.
Zauważyła, że uśmiechnięty młodzieniec podszedł bliżej, przechyliwszy głowę, kiedy się jej przyglądał. Popatrzyła na niego poirytowana. Wyglądał, jakby był mniej więcej w jej wieku. To niemożliwe, żeby trafiła na Alistaira.
— Wiesz co, jedyną dobrą stroną Plagi jest to, że jednoczy ze sobą tych, co muszą się z nią zmagać — stwierdził z przyjaznym uśmiechem.
Ellen mocniej zmarszczyła czoło. Przestała rozmasowywać obolałe ramię i bez skrępowania zmierzyła go spojrzeniem.
— Bardzo dziwny z ciebie człowiek — skwitowała.
Uśmiechnął się w odpowiedzi, chyba nawet szerzej niż wcześniej.
— Nie jesteś pierwszą kobietą, która mi to mówi — zapewnił wesoło.
Ellen nie wiedziała skąd, ale na jej ustach zabłąkał się rozbawiony uśmiech. Wywróciła oczami, odwróciwszy wzrok. To był cholernie głupi żart.
— Chwileczkę, my się chyba nie znamy, co? — zauważył mniej pewnie. — Nie jesteś przypadkiem kolejną czarodziejką?
Znów na niego popatrzyła. Nie miała pewności, czy to nie nowy żarcik – sądząc po jego pogodnym nastawieniu do świata, opowiadał ich całkiem sporo. Jednak zauważyła w jego oczach szczere zaniepokojenie. Pokręciła głową.
— Nie martw się, nie jestem.
Uśmiechnął się w odpowiedzi. Stanowczo za dużo się uśmiechał. Do tego stopnia, że sama też zaczynała się uśmiechać.
— A więc nie zostanę kolejny raz skrzyczany? Choć nigdy nic nie wiadomo, dzień jeszcze młody. — Wzruszył ramionami.
Ellen prychnęła. Na oddech Stwórcy, to było naprawdę dużo kiepskich żartów naraz.
Nagle młodzieniec spoważniał. Zmarszczył czoło i przeszył ją czujnym spojrzeniem, lekko mrużąc oczy. Ellen powstrzymała się od cofnięcia o krok.
— Chwileczkę, ja wiem coś ty za jedna. Jesteś nową rekrutką Duncana, pochodzisz z Wysokoża. — Pokiwał głową. — Od razu powinienem był cię rozpoznać. Przepraszam.
Zdecydowanie to najdziwniejsze, co jej się tego dnia przytrafiło.
Uśmiechnęła się z niedowierzaniem, kręcąc głową. Przeprosił ją. Bo jej nie rozpoznał. Chociaż nigdy wcześniej się nie widzieli. Nie mógł być normalny. W Szarej Straży chyba nie było normalnych ludzi? Może dlatego została zwerbowana.
— A ty jesteś pewnie Alistair — stwierdziła.
Skinął głową, rozpogadzając się. Miał bardzo przenikliwe, chociaż przyjazne spojrzenie. Im dłużej próbowała na nie odpowiadać, tym większe zakłopotanie ją ogarniało.
— Czy Duncan o mnie wspominał? — spytał zaciekawiony. — Nie mówił nic złego, mam nadzieję. — Wyszczerzył zęby. — Jako młodszy członek zakonu będę ci towarzyszył podczas przygotowań do twego Dołączenia.
Wreszcie. Rozpaczliwe poszukiwania po całym obozie dobiegały końca. Ellen wypuściła powietrze, pozwalając sobie na rozluźnienie ramion.
— Miło cię poznać — wydusiła, splatając ramiona na plecach. — Jestem Ellen.
— Tak — przyznał. — Imię się zgadza.
To całkiem nieźle, jak na początek.
Zapadła między nimi cisza. Alistair przypatrywał jej się, nawet się z tym nie kryjąc, a ona nie do końca wiedziała, gdzie podziać oczy. To robiło się trochę onieśmielające. Może miała coś we włosach? Na twarzy? Uniosła spojrzenie, podłapując z nim kontakt wzrokowy. Drgnął, jakby dopiero oprzytomniał, i posłał jej pogodny uśmiech.
Czy on się w ogóle przestawał kiedyś uśmiechać?
— Wiesz co… — zaczął. — Właśnie sobie uświadomiłem, że niewiele kobiet wstępuje w szeregi Szarej Straży. Zastanawiam się, dlaczego?
Ellen parsknęła. Nad tym tak dumał przez cały ten czas? Uśmiechnęła się nieco złośliwie, przymrużając oczy.
Nie tylko on potrafił opowiadać złe żarty.
— Chciałbyś, żeby w Straży było więcej kobiet, co? — rzuciła uszczypliwie.
Alistair odwrócił wzrok i przeczesał dłonią włosy, nieco psując artystyczny nieład. Zauważyła, że się zarumienił. Cóż, tego to się nie spodziewała.
— Chyba nic w tym złego? — burknął. — Nie żebym był jakimś śliniącym się lubieżnikiem…
Ellen popatrzyła na niego, wysoko unosząc brwi.
— Proszę, przestań tak na mnie patrzeć — jęknął, śmiejąc się.
Ellen otworzyła usta, żeby się odezwać, ale zorientowała się, że nie miała na to odpowiedzi. Z jej piersi wyrwał się krótki, niezbyt wylewny chichot, trochę ochrypły, jakby się od tego odzwyczaiła. Musiała odchrząknąć, z zakłopotaniem odwracając wzrok.
Na oddech Stwórcy, kim był ten człowiek i dlaczego miał tak nieprzyzwoicie dobry humor przez cały czas?
— Jestem ciekaw, czy miałaś już do czynienia z mrocznymi pomiotami? — spytał, ledwie zapadła między nimi cisza.
— Nie, nie miałam. — Wzruszyła ramionami.
— Gdy ja stanąłem do walki z moim pierwszym mrocznym pomiotem, nie byłem przygotowany na to, jak potworny będzie to widok — przyznał, na jego twarzy położył się wyraźny cień. — Nie mogę powiedzieć, bym miał ochotę na powtórkę. Tak czy siak, kiedy będziesz gotowa, wróć do Duncana. Domyślam się, że chciałby już zacząć.
Ellen wypuściła powietrze. Nie spodziewała się tego, ale chyba wolała, żeby Alistair tryskał przesadną energią, niż się smucił. To było mniej niepokojące.
— Ta kłótnia, której byłam świadkiem… — zaczęła.
Alistair uniósł pytająco brwi.
— O co poszło? — dokończyła.
— Z magiem?
Skinęła głową, więc westchnął ciężko.
— Krąg znalazł się tutaj na prośbę króla i Zakonowi bardzo się to nie podoba. Oni po prostu uwielbiają okazywać magom, że nie są tu mile widziani. Co stawia mnie w odrobinę niezręcznej sytuacji. Sam byłem niegdyś templariuszem — przyznał, nie kryjąc niechęci.
— Byłeś łowcą magów? — spytała bez zastanowienia.
Nigdy nie spotkała templariusza. Podobnie jak maga, swoją drogą. Wiedziała o nich niewiele poza tym, że obie strony pałały do siebie przynajmniej skrywaną wrogością. Alistair nie wyglądał na człowieka, który mógł pałać czymkolwiek negatywnym do kogokolwiek.
— Nie wszyscy templariusze nimi są, ale tak — odparł. — Ja byłem. Zakon wychowywał mnie do czasu, aż sześć miesięcy temu zostałem zwerbowany przez Duncana. Jestem pewien, że, wysyłając mnie jako posłańca, Wielebna Matka chciała temu magowi ubliżyć, a on od razu się zorientował — wyjaśnił. — Nigdy bym się nie zgodził wyruszyć z tą wiadomością, ale Duncan mówi, że mamy ze sobą współpracować. Do nich najwyraźniej jego słowa nie dotarły — mruknął markotnie.
Ellen uśmiechnęła się lekko. Może Alistair nawet był młodszy od niej? Teraz wyglądał jak skarcony chłopiec. Zupełnie jakby potrzebował od niej zapewnień, że wszystko będzie dobrze, jakoś to załatwią. Pokręciła głową.
— Ruszajmy może — zaproponowała.
— Jeśli masz jakieś pytania, daj mi znać. W przeciwnym razie prowadź! — Wskazał kierunek, z którego przyszła, i wyszczerzył zęby w kolejnym uśmiechu.
Bardzo szybko zmieniał nastroje. To było całkiem… urocze.
Raz jeszcze pokręciła głową i bez słowa zawróciła. Wreszcie mogli przystąpić do tego zawszonego rytuału, a potem odpocząć. Ciekawe, czy Duncan zamierzał posłać ich do najbliższej walki? Jako rekruci chyba nie przydadzą się za bardzo.
Wyszła z cienia rzucanego przez potężne ruiny i zwolniła kroku, unosząc spojrzenie na otaczające ją zewsząd obozowisko. Na oddech Stwórcy, gdzie dokładnie stał namiot Szarej Straży? Prawo, lewo, prosto? Zmarszczyła czoło, bezradnie opuściwszy ręce wzdłuż ciała. Spędziła tu tyle czasu i niczego nie zapamiętała. Żadnych charakterystycznych miejsc. Na prawo stąd chyba znajdowała się ta klatka z więźniem, ale co więcej?
— Coś nie tak? — usłyszała nieco zaniepokojony głos Alistaira.
Wszystko cudownie. Była ostatnią pierdołą, nic nowego.
— Idziemy do namiotu Szarej Straży, tak? — Posłała mu krótkie spojrzenie.
Skinął głową. Przypatrywał jej się z zaskoczeniem, jednak wciąż lekko uśmiechnięty. Najwyraźniej nawet jej ponurość nie mogła mu odebrać dobrego humoru. Dobrze dla niego.
Ellen z westchnieniem ruszyła przed siebie. Na pewno nie powinna iść w prawo, tam chyba był szpital polowy? Najlepiej, gdyby udało jej się zlokalizować psiarnie. Gdzieś w tych okolicach znajdowało się ogromne ognisko, a tam – Duncan. Chyba że gdzieś się przeniósł, kiedy ona włóczyła się po obozowisku.
— Nie chcę się wtrącać — odezwał się Alistair, zrównując z nią krok — ale czy ty w ogóle wiesz, dokąd idziesz? — Posłał jej szeroki uśmiech.
Ellen popatrzyła na niego wściekła.
— Mniej więcej.
Alistair zaśmiał się cicho.
— Wygląda, że mniej niż więcej. — Wzruszył ramionami, niewytłumaczalnie rozbawiony całą tą sytuacją.
— Jestem tu dopiero pierwszy dzień — fuknęła, walcząc z palącym gardło wstydem. — Nie wiem, gdzie co jest.
— W porządku, ja się nadal gubię — stwierdził pogodnie, jakby nawet nie słyszał jej opryskliwego głosu. — Ale w tę stronę wyjdziemy z Ostagaru. Nasz namiot jest bardziej tam. — Wskazał kierunek po skosie w prawo.
Ellen podążyła wzrokiem za jego palcem. Rzeczywiście, przy odrobinie wysiłku mogła oszacować, że stamtąd chyba rozpoczynała wędrówkę.
— Może to ja pójdę przodem — zaproponował Alistair, przechylając głowę, żeby podłapać jej spojrzenie. — Łatwiej będzie krzyczeć na mnie, jak się zgubimy, nie?
Nie powstrzymała się od krótkiego parsknięcia. Pozwoliła sobie na pełen przekąsu uśmiech i wzruszyła ramionami, dając się wyprzedzić.
— Pewnie tak — odpowiedziała rozbawiona.
Alistair nie mógł być typowym przedstawicielem Szarych Strażników. Nie miała pewności, czy zniosłaby resztę życia przy tak beztroskich i pogodnych osobach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz