sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział 1.9 - Mroczne pomioty

Duncan zauważył ich, zanim jeszcze podeszli blisko. Rozmawiał z kimś, kiedy jego spojrzenie przesunęło się na Ellen, a potem na towarzyszącego jej Alistaira. Odprawił żołnierza ruchem dłoni i obrócił się przodem do nich, pozwalając sobie na lekki uśmiech. Ellen musiała przyznać, że wyglądał groźnie – stał w lekkim rozkroku, z rękoma splecionymi na plecach, w swojej nietypowej zbroi, mrużąc oczy. Gdyby nie to, że wiedziała, jak spokojnym był człowiekiem, mogłaby uwierzyć w to, co widziała.
Nie tylko Duncan ich wypatrzył. Shegar zerwał się z ziemi i, piszcząc jak mały szczeniak, pomknął w stronę Ellen. Prawie wywrócił Davetha, który przypadkiem znalazł się na jego drodze. Ellen uśmiechnęła się szeroko i rozłożyła ręce, pozwalając Shegarowi skoczyć w jej ramiona. Oparł przednie łapy na jej piersi, sięgając zaślinionym pyskiem do twarzy. Ciepły język przy jednym ruchu przesunął się od jej policzka prawie po czoło. Ellen roześmiała się, próbując odsunąć od siebie ogromny łeb.
— Na oddech Stwórcy — usłyszała trochę przestraszony głos Alistaira.
Wygrała. Shegar opadł z powrotem na ziemię, a Ellen mogła pogłaskać jego pysk. Wytarła twarz, żałując, że nie miała pod ręką żadnego suchego materiału. Jeszcze uśmiechając się ciepło, uniosła spojrzenie na Alistaira. Wyglądał na zaskoczonego, chociaż nie przypatrywał się Shegarowi. Szybko odwrócił wzrok.
We troje zbliżyli się do Duncana oraz czekających rekrutów. Daveth pomachał do niej, ale Ellen udała, że tego nie zauważyła. Zajęła się głaskaniem Shegara, nagle czując się dziwnie. Otaczali ją zupełnie obcy ludzie. Mężczyźni. Była tak daleko od domu.
— Udało ci się znaleźć Alistaira, jak widzę — odezwał się Duncan. — To dobrze. Rozumiem, że możemy już rozpocząć przygotowania.
Odsunęła myśli od bezsensownych spraw i skupiła wzrok na Duncanie. Bez słowa skinęła głową, próbując nie zerkać na stojącego przy niej Alistaira.
— Zakładam, że skończyłeś już drażnienie magów, Alistairze — zwrócił się do niego Duncan, przeniósłszy na niego przeszywający wzrok.
Alistair uśmiechnął się niewinnie. Wyglądał jak karcony chłopiec.
— Co mogę powiedzieć? — westchnął. — Czcigodna Matka zastawiła na mnie pułapkę. Poczuciem winy włada tak, że powinni znaleźć dla niej miejsce w armii.
— Zmusiła cię, byś obraził maga, tak? — spytał, w jego głosie rozbrzmiał gniew. — Nie możemy nikogo do siebie zrażać, Alistairze. Nie możemy też dostarczać argumentów tym, którzy wykorzystają je przeciw nam.
Alistair spojrzał w bok.
— Masz rację, Duncanie — wymamrotał. — Przepraszam.
Ellen poczuła potrzebę pocieszenia go. Przecież rozmowa z tamtym magiem wcale nie była taka… nieprzyjemna. I mag był prostakiem? Nie wiedziała jednak, czy powinna coś mówić albo robić. Koniec końców nawet nie drgnęła, spoglądając na Duncana.
— Dobrze więc, skoro wszyscy już tu jesteśmy, możemy zaczynać — stwierdził Duncan, pokręciwszy nad Alistairem głową. — Wasza czwórka uda się do Głuszy Korcari, gdzie wykona dwa zadania. Po pierwsze macie zdobyć trzy fiolki krwi mrocznych pomiotów, po jednej dla każdego rekruta.
— Nareszcie trochę akcji — westchnęła z ulgą, mimowolnie wywracając oczami.
Im więcej czasu spędzała w tym przeklętym obozowisku, tym głupsze myśli ją nachodziły. Potrzebowała się czymś zająć. Zaraz.
— Bez wątpienia — zgodził się Duncan. — Mroczne pomioty raczej niechętnie dzielą się swą krwią z potrzebującymi — dodał żartobliwie. — Gdzieś w Głuszy znajdowało się niegdyś porzucone archiwum Szarej Straży. Być może została tam pewna liczba zwojów zabezpieczonych za pomocą magicznej pieczęci. Chcę, byś je odzyskał, Alistairze.
Alistair bez słowa skinął głową. Ellen zerknęła na niego, nie kryjąc irytacji. Mieli wstąpić do zakonu, ale trzymać się z dala od jego interesów? Zmarszczyła czoło. Urodziła się wśród szlachty, nie była taka głupia, żeby to odpuścić.
— Co to za zwoje? — mruknęła.
— Stare traktaty, jeśli tak bardzo cię to interesuje — odparł Duncan i splótł ręce na plecach, spoglądając w buzujące przed nim płomienie. — Obietnice wsparcia złożone dawno temu na ręce Szarych Strażników. Dawniej traktowano je wyłącznie jako formalność. Ponieważ jednak tak wielu zapomniało o złożonych przez siebie obietnicach, podejrzewam, że dobrze byłoby dysponować czymś, co odświeży im pamięć.
Ellen skinęła głową. Teraz wszystko było jasne. Zerknęła na milczących Davetha i sir Jory’ego, nie rozumiejąc, dlaczego przypatrywali jej się niepewnie. Może przyjęło się, że Strażnicy nie zadawali pytań, tylko wykonywali rozkazy?
Cóż, jeśli tak, to tradycja będzie musiała ulec zmianie.
— Znaleźć archiwum i trzy fiolki krwi — podsumowała. — Zrozumiano.
Duncan popatrzył na nią rozbawiony, posyłając jej lekki, całkiem przyjazny uśmiech. Odchrząknął zaraz i znów skupił się na cichym Alistairze. Jego spojrzenie stało się przeszywające, prawie karcące – i Ellen naprawdę nie miała pojęcia, skąd ta zmiana. Zerknęła na Alistaira, ale nie wyglądał na wystraszonego.
— Uważaj na swoich podwładnych, Alistairze. Wracajcie szybko i bezpiecznie — poprosił Duncan.
Alistair uśmiechnął się do niego ciepło.
— Tak jest.
— Niech Stwórca czuwa nad wami. — Duncan obrócił głowę w stronę drewnianej bramy przysłaniającej wyrwę w murach.
Ellen podążyła za jego wzrokiem, czując mrowienie w koniuszkach palców. Nie mogła się doczekać, aż w końcu gdzieś pójdą, coś zrobią. Cokolwiek. Spacerowanie po zatłoczonym, pełnym nerwowych ludzi obozowisku nie dawało żadnej przyjemności ani ulgi. Za to wyprawa do Głuszy Korcari z pewnością zajmie jej myśli na tyle, by nie skupiała się na głupotach. Może nawet pozna lepiej nowych towarzyszy i nie będzie się przy nich czuła tak bardzo niepewnie.
— Zobaczymy się po powrocie — pożegnał się Duncan i poklepał Shegara po łbie.
Wraz z jej ogarem u boku skierował się do olbrzymiego, wystającego ponad gałęzie drzew namiotu króla Cailana. Ellen odprowadziła ich spojrzeniem – czuła się spokojniej, kiedy Shegar zostawał w obozowisku. W Głuszy Korcari coś mogłoby mu się stać.
Alistair zwrócił na siebie jej uwagę głośnym odchrząknięciem. Popatrzył po twarzach otaczających go osób, uśmiechając się pogodnie, i wskazał na zamkniętą bramę. Ellen przechyliła głowę. Nie wyglądał jak ktoś, kto mógł sobie poradzić z dowodzeniem jakąkolwiek grupą, ale to nie ona była Szarym Strażnikiem.
Alistair ruchem ramion zachęcił ich, by ruszyli w odpowiednią stronę.
— To w drogę!

***

Ellen nie miała wątpliwości, kiedy wkroczyli do Głuszy Korcari.
Po opuszczeniu obozu powoli schodzili wąską kamienną dróżką wiodącą wzdłuż zbocza. Do pewnego momentu towarzyszyła im tylko skarpa, mech oraz głazy, aż nagle, gdy wyłonili się zza zakrętu, ukazały się wysokie, strzeliste drzewa, przeważnie sosny i świerki. Ellen przystanęła, sunąc oszołomionym wzrokiem po bujnych koronach i smukłych, ciemnych pniach. Poczuła przyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Głusza wydawała się taka spokojna, taka odcięta od wszystkich strasznych wydarzeń, taka… dzika.
Zeszli z uwierających w stopy kamieni na miękki mech, zagłębiając się między wiekowe drzewa. Tuż przy ziemi unosiła się mgła, zewsząd docierał zapach wody oraz butwiejących roślin, chłodny wiatr leniwie poruszał gałęziami krzewów. Ellen rozglądała się, chłonąc rozciągające się wokół krajobrazy. Nawet obecność jej trzech towarzyszy przestała przeszkadzać. Nie mówili niczego, szli dość cicho. Idealnie.
Ellen zauważyła dziwny głaz. Wyglądał tak, jakby ktoś postawił go pionowo, by wyryć na gładkiej powierzchni fikuśne znaki. Przyjrzała mu się z ciekawością – słyszała, że w Głuszy Korcari żyli Chasyndzi. Może to ich dzieło? Czy ktoś w ogóle wiedział coś o terenach, na które weszli? Zmarszczyła czoło. Na pewno nie ona.
Uniosła rękę, by chwycić ramię Alistaira i go zatrzymać. Nie oderwała jednak zaciekawionego spojrzenia od głazu i to prawdopodobnie było błędem. Natrafiła na czyjąś dłoń, poczuła, że zaciśnięto palce na jej ręce. Mocniej zmarszczyła czoło i popatrzyła zdenerwowana w dobrą stronę.
Alistair stał. Dłoń unosił, by dać im znać, że mają się zatrzymać. Na oddech Stwórcy, ale się wygłupiła. Natychmiast wyrwała rękę z jego delikatnego uścisku i schowała ją za plecami, wbijając wściekły wzrok w ziemię. Usłyszała złośliwy chichot, chyba Davetha. Musiała bardzo mocno zacisnąć usta, żeby nie odwarknąć niczego uszczypliwego.
— Coś jest nie tak — oznajmił Alistair.
Ellen zerknęła na niego. Nie przypominał już tego pogodnego, zbyt często uśmiechającego się faceta. Powaga na jego twarzy przyprawiła ją o nieprzyjemny dreszcz. Rozejrzała się wokół, szukając tego, co mu nie pasowało. Wśród drzew nic się jednak nie ruszało. Nie słyszała żadnego niepokojącego dźwięku.
Zmrużyła oczy. Właściwie ta cisza była dość dziwna? W lasach zwykle rozlegały się najróżniejsze odgłosy. Teraz powietrze wydawało się… martwe.
— Zachowajcie ostrożność — polecił Alistair i sięgnął po miecz.
Ellen niechętnie skinęła głową. Nerwowość zacisnęła się na jej mięśniach, utrudniając dobycie sztyletu. Ostatnim razem używała broni jeszcze w Wysokożu. Nie pamiętała nawet, żeby czyściła ostrza. Westchnęła i bez pośpiechu wyciągnęła jedno z nich przed sobą.
Klinga była czysta. Pewnie Duncan o to zadbał.
W gardle stanęła jej trudna do przełknięcia gula. Kilka tygodni temu na tym sztylecie znajdowała się warstwa ludzkiej krwi. Przelanej z jej ręki.
— Uwaga! — usłyszała ostrzegawczy głos sir Jory’ego.
Cofnęła się gwałtownie, ogniskując spojrzenie na wyłaniającym się z krzaków wilku. Zwierzę podwinęło górną wargę, szczerząc kły. W jego piersi narósł niski, wibrujący warkot. Był wielki, większy od Shegara, o ciemnej, skołtunionej sierści. Ellen jeszcze nigdy nie widziała wilka z takiego bliska.
Zauważyła, że Daveth kilkoma sprawnymi ruchami nałożył cięciwę na swój łuk. Przygotował się do strzału, prostując się, wzrok zawiesił na czającym się przed nimi wilku. Nawet się nie zawahał. Mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu. Powinna sięgnąć po drugi. Co mogła zdziałać jednym? Dokładnie nic.
— Dobre oko, ale on jest tylko jeden — rzucił Daveth.
— Wilki nie podróżują samotnie — odparł Alistair. — A jeśli zdarzają się samotniki, nie atakują ludzi. Musi ich tu być więcej.
Wilk kłapnął paszczą. Trudno było to uznać za potwierdzenie albo zaprzeczenie.
— To może być sprawka pomiotów. Wszystkie żywe stworzenia wariują, kiedy wychodzą na powierzchnię — ciągnął. — Unieszkodliwimy go szybko, żeby być gotowym w razie nadejścia jego kompanów. Równie dobrze mógł mieć za zadanie odwrócić naszą uwagę.
Ellen nie była pewna, czy wilki stosowały takie fortele, ale też nie miała pojęcia, jak zachowywały się wilki skażone Plagą. Skinęła głową, czekając na więcej wytycznych. Zdążyła tylko krzyknąć, odskakując w bok.
Wilk rzucił się w stronę stojącego nieruchomo Davetha, jednak w połowie drogi padł przygnieciony do ziemi. Dwuręczny miecz sir Jory’ego zagłębił się w jego karku, przez wyrwę w ciele wylała się ciemna krew. Ellen poczuła, że robiło jej się słabo.
Wilk ani drgnął. Ciemne ciało zwiotczało, błyszczące ślepia zmatowiały.
— Łatwo posz… — zaczął sir Jory, opuszczając broń.
Wokół poniosło się przejmujące wycie. Ellen rozejrzała się wokół – jej wzrok padł na nadciągające pośród mgły kształty. Nie mogła się ich doliczyć. Na pewno było ich dużo. Za dużo. Dlaczego atakowały? Z zemsty za tego, którego zabili?
Otworzyła usta, by się odezwać, ale nie miała okazji. Nawet nie drgnęła, gdy wilki rzuciły się na nich, a sir Jory i Alistair śmiało odpowiedzieli na atak. Gdzieś obok niej świsnęła wypuszczona przez Davetha strzała i rozłupała czaszkę jednego z drapieżników. Ellen wstrzymała oddech, walcząc ze ściśniętym gardłem.
Nie mogła. Nie mogła się ruszyć. Dokoła rozbryzgnęła się krew, chlusnęła na ciemny mech prawie czarnymi plamami. Śmierdziała. Normalna krew nie miała takiego zapachu. Ellen chciała odetchnąć, ale nie była w stanie. Na piersi coś jej zaciążyło, aż rozbolały ją żebra. Jak miała zabić? Nikt jej nie uczył zabijania. Nie chciała zabijać.
— Ellen, niech cię szlag! — warknął Alistair.
Przed jej twarzą pojawiła się jego tarcza. Alistair stęknął, gdy odbił ciało skaczącego na nią wilka, i posłał jej zdenerwowane spojrzenie. Była w stanie tylko podłapać kontakt wzrokowy, mocniej zaciskając dłoń na sztylecie.
Miał krew na twarzy. Już się nie uśmiechał. Wyglądał strasznie.
— Jeśli nie umiesz walczyć, schowaj się za Davethem! — polecił.
Zamierzała mu coś odpowiedzieć, kiedy w powietrzu świsnął miecz sir Jory’ego. Runął na grzbiet wilka, od razu łamiąc jego kręgosłup. Zwierzę padło na ziemię, drżąc w przedśmiertnych konwulsjach.
Z piersi Ellen wyrwał się jęk. Gwałtownie odwróciła się plecami do tego widoku i zacisnęła powieki, obejmując się ramionami. Chyba upuściła sztylet. Trudno. Serce biło jej tak szybko. Tak boleśnie.
Chciała do domu.
— Ostatni — oznajmił sir Jory.
— Młoda, coś ty odstawiła? — spytał niezadowolony Daveth. — Jak nie masz zamiaru używać tych zabawek, to co ty tu właściwie robisz? Szara Strażniczka, co?
Ellen opuściła wzrok na leżący w trawie sztylet. Nie chciała tu być. Nie powinna tu być. To nie ona miała się tu znaleźć. Na sztywnych nogach kucnęła, wyciągając rękę po broń.
Poczuła, że ktoś położył dłoń na jej ramieniu. Uniosła głowę – na moment oślepiły ją przebijające się przez gęste korony drzew promienie, więc zmrużyła oczy. Obok niej klęczał Alistair, uśmiechając się. Tak jak wcześniej. Teraz jakby cieplej. Z wyczuciem zacisnął palce na jej ramieniu i sam sięgnął po leżący sztylet. Wcisnął go w jej sztywne ręce.
— Wiem, zabijanie jest trudne. Ale czasami musimy to zrobić, by przeżyć. Żaden z nas by nie chciał, żebyś zginęła, zagryziona przez rozwścieczonego wilka — zapewnił, klepnął ją przyjacielsko w plecy i wstał. — Ruszajmy dalej, puste fiolki i traktaty czekają.
Ellen powiodła za nim spojrzeniem. To… było miłe. Opuściła wzrok i przyjrzała się swojemu sztyletowi. Wiedziała, że nie miała wyboru. Tylko ani umysł, ani ciało nie słuchały. Nie umiała z tym wygrać. Nawet nie do końca się starała.
Westchnęła, wsparła się na ziemi i dźwignęła się z klęczek. Ruszyła na końcu grupy, puściwszy i Davetha, i sir Jory’ego przodem. Alistair odmaszerował dość daleko, by jego kontury nieco rozmyły się wśród gęstej mgły. Ellen obróciła sztylet w ręku, zanim nerwowo wcisnęła go z powrotem do osłonki.
— Nie polowały — odezwał się Daveth, zwracając na siebie uwagę Alistaira. — Krew była tylko na pyskach. Gdyby walczyły, sierść byłaby poplamiona. Wychodzi na to, że znalazły ofiarę. Będziemy musieli uważać.
Alistair bez słowa skinął głową.
Spośród mgły zaczęły wyłaniać się dziwne kształty. Ellen zmarszczyła czoło, lekko przyśpieszając kroku. Z oddali cienie wyglądały trochę jak kłody, ale wystarczyło podejść bliżej, by rozpoznać rozwłóczone po Głuszy ciała. Nogi odmówiły Ellen posłuszeństwa – stanęła jak wryta, zapominając, jak się oddychało. Usłyszała ciche przekleństwo Alistaira.
Co tu się, na płonący miecz Andrasty, wydarzyło?
Daveth przykląkł, przesuwając palcami po wilgotnej ziemi. Sir Jory razem z Alistairem zainteresowali się zwłokami. Ellen nawet nie czuła smrodu. Musieli zostać zabici dość niedawno, góra dzień temu. W takiej wilgoci rozkład na pewno następował szybciej. Poczuła, jak gardło nieprzyjemnie się zaciskało, zostawiając na języku posmak żółci. Kogo tu zamordowano? Nie umiała powiedzieć, czy to wataha wilków ich zaatakowała, czy wilki po prostu znalazły łatwą zdobycz. Jeśli wierzyć Davethowi, to drugie.
Na sztywnych nogach ruszyła przed siebie, uważając, by nie zbliżyć się do żadnego z ciał. Zauważyła, że niektórym brakowało kończyn. Odwróciła wzrok, przesuwając nim po wyłaniających się z mgły drzewach.
— Nie wyglądają jak nasi — odezwał się za jej plecami Alistair.
— I to na nich żerowały wilki — doniósł Daveth. — Znalazłem ślady.
— Niektórzy mają na sobie szaty — mruknął sir Jory. — Może…
Ellen chciała się na nich obejrzeć, ale nagle straciła ziemię pod nogą. Runęła, czując, jak zimna woda otulała najpierw jej łydkę, potem kolano – a wreszcie ją całą. Nie znalazła niczego, czego mogłaby się chwycić, po prostu zanurzyła się pod mętną, brudną powierzchnię. Spróbowała wymacać stabilne podłoże, ale jej ręce zapadły się w miękkim, zdradliwym dnie, które zdawało się nie mieć końca.
Poczuła szarpnięcie i wreszcie zaczerpnęła głębokiego tchu. Ktoś pociągnął ją w tył, najpierw natrafiła nogami na twardy grunt, a po chwili runęła na niego plecami. Ręce zniknęły z jej ramion, usłyszała zduszone westchnienie. Nie miała siły otwierać oczu i patrzeć na tego, kto ją uratował. Zacisnęła powieki, oddychając nieco szybciej, niż powinna. Serce tak mocno waliło jej w piersi.
— Mogłaś utonąć — dobiegł ją pełen wyrzutu głos Alistaira.
Mogła, i pewnie wyświadczyłaby wielu osobom sporą przysługę w ten sposób.
W odpowiedzi wzruszyła ramionami. Naprawdę nie zauważyła, że kończyła się ziemia, a zaczynało bagno. Nic dziwnego, że o Głuszy Korcari krążyły straszne opowieści – ledwo do niej weszła, już dwa razy prawie straciła życie.
Dźwignęła się i usiadła. Wstrząsnął nią dreszcz, ale niewiele mogła na to teraz poradzić. Pozostawało zacisnąć zęby i udawać, że nie było jej zimno.
— Tam coś leży — odezwał się sir Jory.
Ellen rozejrzała się nieco zdezorientowana, nie wiedząc, gdzie pokazywał. Pierwszy zareagował Daveth – wyminął ją i wszedł jedną nogą do bagna, mocno wychylając się do przodu. Rozległo się kolejne przekleństwo Alistaira.
— Oszaleliście — burknął, chwytając ramię Davetha, żeby pomóc mu się wydostać.
Daveth przyciągnął do brzegu coś, co przypominało wcześniej kłodę. Dopiero teraz, kiedy przydryfowało prawie pod jej nos, Ellen zorientowała się, że patrzyła na zwłoki. Zdusiła piśnięcie w piersi i podciągnęła pod siebie nogi, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w nieruchome ciało.
— Ktoś z Zakonu — zawyrokował Daveth. — Tylko oni noszą takie szmaty.
Ellen nie potrafiła z całą pewnością stwierdzić, czy szata była w jaskrawych pomarańczowych barwach Zakonu – pokrywał ją brud.
— To by pasowało do pozostałych martwych — dodał sir Jory.
Coś wystawało z kieszeni szaty. Ellen uniosła się na ręku i ostrożnie sięgnęła do trupa. To wydawało się okropne. Wstrzymała oddech, krzywiąc się z obrzydzeniem, kiedy zaciskała palce na fragmencie papieru. Wyszarpnęła go spod materiału i czym prędzej się wycofała.
— Co to? — zainteresował się Daveth.
Ellen rozłożyła kartkę. Serce nieco się jej ścisnęło.
— List — odparła.
— I co w nim jest?
— Najdroższy synu — zaczęła czytać, westchnąwszy — cieszy mnie, że chcesz iść w me ślady i nieść słowo Stwórcy nieoświeconym. Szkoda, że nie wybrałeś sobie do tego jakiegoś bezpieczniejszego miejsca! Wybacz, że tak wcześnie wyruszyłem do Głuszy, synu, ale chciałem rozbić obóz i rozpocząć od razu. Chasydzi szanują tych, którzy potrafią przetrwać w Głuszy; liczyłem, że nauczę się owej sztuki i może zapoznam się z jakimiś tubylcami, byśmy byli gotowi na twe przybycie.
Gdy dotrzesz do Głuszy, trudno będzie ci znaleźć drogę. Poniżej wymieniam kilka charakterystycznych miejsc; idź ich tropem, a dotrzesz do skrytki, w której zostawiłem dla ciebie nieco zapasów. Jeśli się zgubisz, postaraj się wrócić do tego miejsca, znajdę cię tam.
Poczynając od wejścia do Głuszy od strony Ostagaru: szukaj drzewa opartego o zniszczony budynek, przejdź pod „mostem” z powalonego pnia, po prawej stronie miniesz zanurzoną wieżę, spójrz między wysoki zrujnowany łuk a omszały stojący głaz, idź ścieżką pełną korzeni i kamieni, szukaj dwóch dużych posągów z kufrem pomiędzy nimi. Tam się spotkamy.
Kocham cię, Jogby, synu mój. Obyśmy zobaczyli się wkrótce. Twój ojciec, Rigby.
Ellen bardzo nie chciała, żeby jej głos zadrżał, ale nie zapanowała nad sobą. Zagryzła wargę, wpatrując się w ostatnią linijkę. To było potworne. Nawet nie wiedział, że jego syn już nie żył. Zaszył się gdzieś w Głuszy i czekał.
I miał się nigdy nie doczekać.
Drżącymi rękoma złożyła list, jednak nie mogła go wyrzucić. Unikając wszystkich spojrzeniem, wsunęła go do przytroczonej do pasa niewielkiej torby.
— Cóż, syn się chyba zgubił — zauważył niepewnie Alistair.
Ellen skinęła głową. Zgubił się. Przypłacił to życiem. Dźwignęła się z ziemi i od razu cofnęła się od unoszących się na wodzie zwłok. Spróbowała nie patrzeć na nie, ale nie mogła oderwać wzroku.
— Musimy ruszać. W drogę. — Alistair machnął ręką.
Nie protestowali. Ellen miała wrażenie, że zaraz wybuchnie płaczem. Wolała tego uniknąć. Dobrze, że nikt się do niej nie odzywał, kiedy maszerowali wąskim pasem twardej ziemi. Po obu stronach zdradliwej drogi rozciągały się mętne rozlewiska. Ciekawe, jak wielu śmiałków straciło tam życie?
— Czujesz? — spytał nagle sir Jory. — Zapach krwi.
Ellen popatrzyła na niego przerażona. Chyba nie mówił…
I wtedy do niej też to dotarło. Pamiętała ten odór. Całe Wysokoże przesiąkło nim tamtej nocy. Tyle że wtedy czuła również smród palonych ciał, zwęglonego drewna i zakleszczającej się na nich śmierci.
Alistair dobył miecz. Potoczył dokoła czujnym spojrzeniem, przymrużając oczy. Tak szybko przestawał przypominać tego wesołego chłopaka z ruin. Wolała, kiedy się uśmiechał. Wszystko wydawało się wtedy przyjaźniejsze. Alistair jednak nie odezwał się słowem – skinął głową, dając znak, by ruszali. Sam poszedł przodem.
Mgła nieco opadła. W oddali zamajaczył zarys zapomnianych przez świat ruin – spojrzenie Ellen ześlizgnęło się z nich niżej. Jeszcze trochę. Przeszła kilka kolejnych kroków, czując, jak nogi jej sztywniały, aż w końcu się zatrzymała. Nie oddychała. Serce chyba przestało jej bić. Nie mogła tego widzieć.
Przed nimi spoczywała królewska grupa zwiadowcza. Na brzegu bagna leżał przełamany wpół wóz, ciągnący go wół był rozczłonkowany, jego wnętrzności walały się po ziemi, plamiąc zieloną trawę ciemną krwią. Wśród tego dywanu okropieństw w ciszy zastygli nieruchomi członkowie zwiadu. Ich ciała zostały dosłownie zmasakrowane. Ellen patrzyła na twarze bez rysów, z zerwaną skórą, na pojedyncze kończyny, z wody wystawało pół tułowia. Drugie pół musiało zostać oderwane. I to wszystko. Nic więcej. Wyłącznie śmierć, bezmyślna rzeź, krew, smród strachu.
Królewska grupa zwiadowcza.
Stwórco umiłowany.
Cisza dzwoniła w uszach. Ellen miała wrażenie, że już nigdy się nie ruszy. Przecież Fergus brał udział w zwiadzie. Może w innym? Nie w tym? Oczywiście, że w tym, głupia. Twój brat leżał gdzieś tutaj, a ty nawet nie potrafisz go rozpoznać. Coś zmasakrowało jego ciało do tego stopnia, że nigdy się nie dowiesz, którego powinnaś pochować.
Jej wzrok przykuł ruch. Zesztywniała, świdrując spojrzeniem zasnutą mgłą drogę. Ktoś tam był. Chyba człowiek. Próbował wstać, ale jego ręce rozjeżdżały się w krwawym błocie. Upadał i znów walczył, żeby się podnieść. Jakby nawet nie zdawał sobie sprawy, że wszyscy wokół nie żyli.
Ellen odepchnęła Davetha, potrącając ramieniem sir Jory’ego, i chwiejnie ruszyła przed siebie, potykając się na leżących wokół trupach. Nie widziała nic poza rannym człowiekiem. Który nadal oddychał.
Stwórco, błagam.
— Fergus! — jęknęła.
— Ellen! — warknął za nią Daveth.
Zignorowała go. Musiała dotrzeć do brata. Musiała…
Stanęła tuż przed słaniającym się mężczyzną.
To nie był Fergus. To nie był jej Fergus.
Zachwiała się, czując, jak miękły jej nogi. Czyli Fergus nie żył? On też zginął? Została zupełnie sama? Nikogo nie zdołała ocalić. Wszyscy odeszli. To koniec. Po co w ogóle miała się teraz starać?
Ktoś chwycił ją za łokieć, zanim runęła na ziemię. Nie miało to żadnego znaczenia. Zapatrzyła się pustym wzrokiem na słaniającego się żołnierza, nie odnajdując w sobie nawet cienia współczucia. Nie był Fergusem. Mógł umierać.
— Kto… to? — wyjęczał mężczyzna, unosząc się na rękach. — Szara… Straż?
— Nieźle wygląda, prawda? — rzucił pogodnie Alistair.
— Mój oddział… został zaatakowany… — wydusił z trudem. — Pomioty… wyszły… spod ziemi… To… — urwał, by złapać nieco powietrza, prawie osunął się z powrotem na wilgotną ziemię. — Nie mieliśmy szans…
Nie mieli szans. Zupełnie jak w Wysokożu. Jej brat nie miał szans.
Mimo to ten człowiek przeżył. Dlaczego nie Fergus?
Stwórca jej nienawidził. Była gotowa odwzajemnić to płonące uczucie.
Obróciła głowę do Alistaira, otwierając usta, ale w pierwszej chwili nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. To nie wina tego żołnierza, że jej brat zginął. Nie mogła się na niego wściekać za coś takiego.
— Spróbujmy go chociaż obandażować — poprosiła.
Alistair skinął głową. Podłapała jego ciepły uśmiech, zanim ukląkł przy mężczyźnie. Z niedużej torby wyjął krzywo pozwijany materiał. Wyglądał, jakby bardzo długo walczył o niego z wyjątkowo rozbawionym mabari.
Ellen wydało się, że gdyby nie wszystko inne, mogłaby się uśmiechnąć.
— Mam tutaj bandaże — stwierdził.
Zawahał się, patrząc na pokryte krwią ciało mężczyzny, i ostatecznie owinął jego brzuch. Mocno zawiązał materiał, żeby nie osunął się podczas marszu. Pomógł żołnierzowi wstać, pozwalając wesprzeć się na swoim ramieniu.
Ellen wiedziała, że powinna zareagować. Stała jednak jak kukiełka, pusta i obojętna.
— Dziękuję! — jęknął mężczyzna. — Ja… muszę się stąd wydostać!
Nie czekając na nic, ruszył w kierunku ruin Ostagaru. Ellen nie odsunęła się z jego drogi, ale Daveth i sir Jory ustąpili mu miejsca. Chyba wszyscy odprowadzili go czujnymi spojrzeniami, kiedy powoli, jednak uparcie kuśtykał w gęstniejącą mgłę.
— Słyszeliście? Cały patrol zaprawionych w boju żołnierzy zabity przez mroczne pomioty! — sapnął w zaległej ciszy sir Jory.
Ellen zmrużyła oczy i obróciła do niego głowę.
— Uspokój się, Jory — upomniał go Alistair. — Jeśli zachowamy ostrożność, nic nam się nie stanie.
— Ci żołnierze byli ostrożni, a mimo to zginęli — odparł. — Ile mrocznych pomiotów może zabić nasza czwórka? Tuzin? Setkę? W tych lasach czai się cała armia!
Panikowanie niczego im nie da. Jeśli mieli zginąć, zginą. Tak to działało. Życie udowodniło jej to nad wyraz boleśnie. Mimo to milczała, smakując na języku wiele gorzkich słów, którymi mogłaby zabić w sir Jory’m jakąkolwiek nadzieję.
— W okolicy są mroczne pomioty, ale na główną część hordy raczej się nie natkniemy — uparł się Alistair.
Brzmiał, jakby naprawdę w to wierzył. Ellen przyjrzała mu się pustym wzrokiem. Za jego plecami leżały czyjeś zwłoki. Może to akurat Fergus.
— Skąd możesz wiedzieć? — prychnął sir Jory. — Nie jestem tchórzem, ale to lekkomyślne. Powinniśmy zawrócić.
Rozejrzał się po nich, jakby szukając sojuszników. Daveth wywrócił oczami i, skrzyżowawszy ręce na torsie, popatrzył w przeciwną stronę. Wzrok sir Jory’ego spoczął na niej, świdrujący i pełen niepokoju.
Naprawdę myślał, że mu pomoże?
— Stawienie czoła tym niebezpieczeństwom to część naszego testu.
Nie rozpoznała swojego głosu, całkowicie obojętnego, odległego. Czuła, że poruszały się jej usta, ale nie wiedziała, skąd przyszły do niej słowa. Nie odwróciła jednak spojrzenia od przestraszonego sir Jory’ego, nagle czując się od niego starszą, chociaż różnica wieku w oczywisty sposób rozkładała się odwrotnie.
Była starsza o prawie setkę trupów.
— To… prawda — przyznał powoli.
Alistair posłał jej pełne wdzięczności spojrzenie. Nie odpowiedziała na nie, nagle przytłoczona tą rozmową. Czy mogliby już pójść? Przestać mówić?
— Wiedz jedno — odezwał się Alistair. — Każdy Szary Strażnik potrafi wyczuć mroczne pomioty. Niezależnie od tego, jak są przebiegłe, mogę ci zagwarantować, że nie wezmą nas z zaskoczenia. Dlatego tu jestem.
— Widzisz, panie rycerzu? — wtrącił Daveth, szczerząc zęby do sir Jory’ego. — Możemy zginąć, ale zostaniemy ostrzeżeni, nim to się stanie.
— I to miało być… pokrzepiające? — wydusił.
— Nigdy nie mówiłem, że będzie łatwo — zauważył Alistair i wskazał dalszą drogę wijącą się wśród bagien. — Ruszajmy więc.
Ellen podążyła za nimi, kiedy podjęli wędrówkę. Otoczyła się ramionami, nie wiedząc już, czy to zimno bagnistej wody wstrząsało jej ciałem, czy zimno pustki w piersi. Stawiała krok za krokiem, posłusznie, ale cała ta wyprawa przestała mieć znaczenie. Powinna umrzeć. Powinna jak najszybciej umrzeć. I tak nie miała dla kogo żyć.
Powietrze stawało się coraz chłodniejsze. Przenikało jej przemokniętą, lekką zbroję, sprawiając, że drżała. Może zacznie szczękać zębami. Albo lepiej nie – zauważą wtedy, że coś było nie tak. Zaczną pytać. Alistair na pewno się o nią zmartwi. Co mogłaby mu odpowiedzieć? To nic takiego, Alistairze, po prostu cała moja rodzina nie żyje i naprawdę wolałabym zdechnąć. Teraz.
Potknęła się o własną stopę. Kolana się pod nią ugięły i runęła ku ziemi – to dopiero było żałosne. Nawet nie potrafiła chodzić. Ktoś jednak chwycił jej łokieć, zanim upadła. Szarpnęło, trochę zabolało, ale poderwała zaskoczone, spłoszone spojrzenie. Dostrzegła lekki, nieco speszony uśmiech Alistaira.
— Uważaj trochę na siebie, dobrze? — poprosił.
Po co?
Bezmyślnie skinęła głową. Nie mogła mu powiedzieć, że chciałaby zginąć. Na pewno by się przejął. Nie potrzebował tego problemu na głowie. Odwróciła wzrok, ruszając.
— Ciekaw jestem, czym się Duncan upił, że ją zwerbował — mruknął Daveth.
Ellen zacisnęła zęby.
Nie. Zostawcie ten temat.
— Uważaj, bo cię jeszcze zaskoczy — stwierdził wesoło Alistair. — Jestem pewien, że Duncan najlepsze zostawił na koniec.
On był zbyt miły, żeby walczyć z mrocznymi pomiotami. Ellen nawet nie podejrzewała, że tacy ludzie istnieli.
Zerknęła na niego, wiedząc, że zasługiwał chociaż na uśmiech, ale nie potrafiła. Skuliła ramiona i nie powiedziała niczego, czując, jak zimna dłoń zaciskała się na jej gardle. Oby ta wyprawa skończyła się jak najszybciej. Zaraz. Teraz.
Alistair gwałtownie się zatrzymał. Daveth prawie na niego wpadł i, cofając się, byłby Ellen podeptał, gdyby się nie odsunęła. Popatrzyła na Alistaira, nie rozumiejąc, co się działo. Na jego twarzy dostrzegła ponury cień, w oczach pojawiła się czujność, której wcześniej nie widziała. Po plecach przebiegł jej dreszcz.
— Zachowajcie spokój. To jest najważniejsze — poprosił niskim głosem.
Ellen zmarszczyła czoło i popatrzyła w stronę, w którą się wpatrywał. Przez kilka chwil widziała tylko mgłę, mimo to sięgnęła do sztyletów. Sztywno zacisnęła palce na ich rękojeściach, wydobywając je z osłonek. Usłyszała, że Daveth przygotowywał łuk do strzelania. Nadal niczego nie dostrzegła. Może tylko…?
Rozkaszlała się. Jej nozdrza wypełnił nieprawdopodobny, duszący odór, który prawie wycisnął z oczu łzy. Nie mogła nabrać oddechu, gardło zaciskało się w obrzydzeniu, a płuca paliły z braku powietrza. Dokoła poniosły się dziwne odgłosy, przypominające skrzeczenie, ale też dziwne, niepokojące mruczenie.
Z mgły wyłoniły się pierwsze kształty.
Cztery z dziwnych istot, niskie i krępe, o sterczących na boki szpiczastych uszach oraz groteskowo wykrzywionych mordach, ruszyły na pobliskie wzgórze. W szponiastych łapał ściskały prymitywne łuki. Ich zbroja, poskładana chyba ze wszystkich gnijących pancerzy, jakie tylko znalazły, zaklekotała. Od ich ciał odrywały się całe płaty skóry – i tam, gdzie dotknęły ziemi, pokrywały ją dziwnym czarnym osadem.
Jakby zmaterializowało się plugastwo.
Poza nimi Ellen zauważyła też dwa wysokie, przypominające ludzi, które zawarczały, wyciągając poszczerbione miecze. Uzbrojone były równie miernie, a ich ciała miały odcień gnijącej żółci, wyłupiaste rybie oczy prześlizgiwały się niewidzącym spojrzeniem po twarzach nowych ofiar. Brakowało im fragmentów czaszek, z otworów zionęła śliska, błyszcząca materia, może mózg. Bojowo uniosły miecze i z jazgotem rzuciły się do ataku.
Ellen poczuła, jak sztylety wysuwały się z jej bezwładnych dłoni. Wpatrywała się w nadciągające potwory, nie czując niczego. Upuściła broń. Jak miała walczyć? …jak miała z tym walczyć nawet z bronią?
Słyszała ostry głos Alistaira – krzyczał coś, może wydawał rozkazy, ale nie rozróżniała słów. Nie widziała, żeby Daveth albo sir Jory zaatakowali. Najwyraźniej to tu kończyła się ich wędrówka. W starciu z potworami, które zniszczyły cały jej świat.
Nabrała świszczącego wdechu, wyrywając się z odrętwienia.
To były mroczne pomioty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz