sobota, 26 stycznia 2013

Testament Karstena Wilde

Trzy piękne panny z Czarnych Mokradeł przyszły prosić mnie o pomoc. Były młode, piękne, żywe, dokładnie takie, jakie ona lubi. Dały mi złoto, klejnoty i rodowe pamiątki. Wyobraziłem sobie, jak ich ojcowie, matki, bracia i kuzyni wciskają im te skarby, by wymienić je za życie obiecane baronowej. Zgodziłem się wywieźć je z Mokradeł.
Dowiedziała się o tym. Zjawiła się zeszłej nocy. Miała oczy jak płaskie, zimne kamienie, a jej włosy były matowe i posiwiałe. Zrozumiałem wtedy, po co jej te kobiety.
Ukryłem je w wozie. Najmłodsza uścisnęła mnie, zanim skryła się między belami siana. Powiedziała „niech Stwórca was błogosławi”. Zawiozłem je na rozstaje, gdzie czekał człowiek baronowej. Zabrał wóz. Ich rodziny o niczym nie wiedziały.
Wiedźma dotrzymała słowa i dała mi kufer pełen złota. Chichotała jak podlotek, a jej oczy jaśniały radością. „Zasłużyłeś na każdą monetę, kupcze”.
Złoto nie dało mi spokoju. Na każdym suwerenie widziałem ich twarze, w brzęku monet słyszałem ich głos. Nie mogłem tego znieść. Zakopałem wszystko w najgłębszej części mokradeł. Mimo tego nie odzyskałem pogody ducha. Nie zaznam spokoju, póki nie stanę przed obliczem Stwórcy.
— Karsten Wilde.

(do listu załączono mapę do skrytki)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz