piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.31 - Dziedziniec


Drewniane schody z lochów zaprowadziły ich do pustego, okrągłego pomieszczenia pozbawionego wszelkich ozdób oraz jakiejkolwiek finezji w architekturze. Zatrzymali się na środku brązowych dywanów wyszytych w symetryczne romby, łapiąc oddech po szybkim biegu aż na szczyt stopni. Ellen wsparła się na mocnym grzbiecie Shegara, przymykając oczy i próbując uspokoić kołaczące w piersi serce.
— Zanim ruszymy dalej, powinienem nakreślić wam, co może się wiązać z terminem „przerwana Zasłona” — stwierdził Alistair, chowając do osłony trzymany do tej pory w pogotowiu miecz.
Leliana skinęła trochę bezmyślnie głową.
— Nie krępuj się — wydyszała Strażniczka i machnęła ręką, dając młodzieńcowi do zrozumienia, że mógł bez przeszkód dzielić się z nimi wiedzą.
Shegar wymknął się spod jej dłoni i lekkim truchtem podszedł do drzwi, by przywarować przy nich ze stulonymi uszami oraz wyszczerzonymi groźnie kłami.
— Zadaniem templariuszy jest nie tylko kontrolowanie poczynań magów w ich Kręgach, ale również ściganie apostatów oraz maleficarum, którzy uciekli ze swoich wież i ruszyli w kraj — zaczął śmiertelnie poważnym głosem. — Trenuje się nas na doskonałych wojowników i pozwala nam się używać prostych zaklęć blokujących magię. — Widząc, że panie chciały zadać pytanie na temat czarów, machnął ręką. — Nie teraz, później — skarcił je. — Maleficarum to inne określenie maga krwi, który działa wbrew woli Stwórcy i słowom Pieśni Światła, do zaklęć używając posoki oraz życia innych istot. Tacy czarodzieje często zawiązują pakty z demonami, zmieniając się w plugawce, wynaturzone odbicia istot z Pustki oraz własnej mocy. Plugawiec to zmyślne cholerstwo, bardzo niebezpieczne. Nie słyszałem o templariuszu, który powaliłby takiego w pojedynkę. Chyba że mag został opętany przez słabego demona — stwierdził w zamyśleniu, jednak zaraz wzruszył ramionami. — Kiedy Zasłona zostanie przerwana, wszelkie duchy i demony mogą przejść do naszego świata. Jest to dla nich wielki szok, ponieważ Pustkę kształtują nasze uczucia oraz myśli… dlatego też przypomina rzeczywistość; demony pragną żyć w realnym świecie. Gdy trafiają do miejsca, które nie poddaje się ich woli, wpadają w panikę i próbują opętać wszystko, co się do tego nadaje. To w skrócie — zakończył, uśmiechając się ze zmęczeniem.
— Czyli możemy natrafić na galopujące stoły i krwiożercze krzesła? — spróbowała się upewnić Ellen.
Nie ma to jak walka z rozwścieczoną zastawą stołową lub meblami sypialnianymi.
— Nie. Demony mogą opętać tylko to, co jest żywe. Lub niegdyś było — sprecyzował, ruszając do drzwi.
Shegar nastawił ucho, machnął ogonem i podniósł się, przepuszczając Strażnika.
— Niegdyś było? — powtórzyła Leliana, łapiąc łokieć Ellen i ciągnąc ją za sobą w stronę przejścia.
Couslandka zaklęła szpetnie, tracąc równowagę i niemal zarywając nosem w posadzkę. Na szczęście łuczniczka ją przytrzymała.
— Masz na myśli żywe trupy?
— Żywy trup powstaje, gdy ciało zmarłego zostanie opętane przez demony. Dla mieszkańców Pustki aura martwego i żywego jest ta sama, nie potrafią odróżnić tych, co jeszcze oddychają od tych, którzy od stu lat gryzą ziemię. Demon zamknięty w takim ciele wpada w szał, że jego żywiciel nie może go wykarmić, bo nie posiada już energii życiowej, i wtedy zaczyna zabijać, posługując się gnijącym ciałem. Niezbyt sympatyczna sprawa, jak już widziałyście — podsumował, naciskając klamkę i silnym pchnięciem otwierając drzwi.
Za progiem czekał na nich kolejny żywy trup. Najwyraźniej nagłe przybycie wojowników zdumiało go w równym stopniu, co wojowników spotkanie z wrogiem, dlatego chwilę stali i patrzyli na siebie, nie do końca rozumiejąc, co też się stało, że pojawili się w zasięgu spojrzeń.
Pierwsza oprzytomniała Ellen, przepchnęła się obok Alistaira, by wbić ostrze sztyletu w sam środek czoła trupa, przekręcić klingę, a potem kopnięciem odtrącić nadgniłe cielsko w tył, aż gruchnęło o znajdujące się po drugiej stronie korytarza drzwi. Otrzepała dłonie.
— Prowadź, Alistairze — zwróciła się do młodzieńca i z dwornym ukłonem przepuściła go przodem.
Skinął jej głową, położył dłoń na rękojeści miecza i ruszył szybkim krokiem przez korytarz, mijając znajdujące się na zakręcie drzwi i kierując się w prawo. Ledwie uszli trzy metry i znaleźli się między dwoma wejściami do pokoi, z pomieszczenia po lewej stronie wypadło pięć trupów. Z niskim rzężeniem rzuciły się na przybyszów, atakując ich buławami oraz uzbrojonymi w twarde pazury łapami.
W ciasnym korytarzu walka okazała się trudna i naprawdę wymagająca, musieli się sprawnie uwijać oraz ściśle współpracować, by przypadkiem nie skrócić towarzyszy o głowę. Ellen najczęściej starała się być tuż za plecami Alistaira, by go osłaniać i mieć pewność, że jego miecz nie sięgnie przypadkiem jej, podczas gdy Leliana wycofała się w przeciwną stronę i stamtąd szyła przeciwników strzałami. Najłatwiejsze zadanie miał Shegar i z jego nieocenioną pomocą po chwili zdołali powalić wszystkie potwory.
Alistair bez wahania wybrał komnatę, z której wypadły trupy, jednak Ellen zatrzymała się, patrząc na przeciwległe drzwi. Strażnik spojrzał na nią zniecierpliwiony przez ramię. Couslandka nie zwróciła na niego uwagi, podchodząc do desek i dotykając ich palcami. Leliana opuściła łuk, ruszając do towarzyszy.
— Chodźmy dalej. Tam są tylko książki — rzucił Alistair, spoglądając w stronę komnaty, do której chciał iść.
Ellen zmarszczyła czoło, pochylając głowę do drzwi.
— Słyszycie? Coś tam jest. Jakby… sapało. Albo… nie wiem. Może to ranny człowiek? — zasugerowała, kładąc dłoń na klamce. — Powinniśmy sprawdzić. Co nam szkodzi? — spytała z pogodnym uśmiechem, naciskając metal.
W tej samej chwili Strażnik otworzył zamknięte na moment oczy, blednąc.
— Ellen, nie rób…! — zawołał, wyciągając rękę do dziewczyny.
Przejście stanęło otworem, ukazując wielką prostokątną salę, w której znajdowały się niskie drewniane ławy, a pod ścianami ustawiono wysokie regały zapełnione książkami. W następnej chwili Strażniczka krzyknęła pełnym bólu oraz przerażenia głosem, wpadając do środka i lądując na kolanach, znikając im z pola widzenia.
— Ellen! — sapnęła Leliana, Alistair jednak machnął ręką na łuczniczkę i surowym spojrzeniem osadził Shegara w miejscu.
Dobył broni, mrużąc ze złością oczy.
— Zostańcie. Nie zbliżajcie się do nich — rozkazał i przekroczył próg.
Leliana skoczyła za nim, jednak zatrzymała się w drzwiach, widząc coś, co nie ukazywało się nawet w jej najgorszych koszmarach.
Wokół skulonej na posadzce Ellen, nagle jeszcze mniejszej niż zawsze, zawisły cztery na wpół materialne istoty. Ich ciało, przypominające postać duchów z opowieści dla małych dzieci, zdawało się być stworzone z ciemnofioletowego dymu. Dopiero tors stawał się bardziej materialny, szponiaste, chude ręce oraz głowa osadzona wprost na ramionach, bez szyi. Łeb, pysk, jakkolwiek nazwać to, co miały za twarze, pozbawiony był jakiegokolwiek wyrazu, tylko zbita, ciemna masa, a w samym jej środku jaśniejące bielą oko.
Pochylały się nad pojękującą Strażniczką niczym w rytuale, nieme oraz przerażające, zapatrzone w drobne ciało jak w największy cud świata, jak w ich najwspanialszą zabawkę. Trans przerwał Alistair, bez wahania wpadając między istoty i osłaniając dziewczynę własnym ciałem, cedząc pod nosem niezrozumiałe wyrazy.
Stworzenia odsunęły się ze wściekłym syknięciem od Strażnika oraz niedoszłej ofiary, a wtedy Couslandkę i młodzieńca otoczyła jasnobłękitna powłoka przypominająca bańkę. Leliana uniosła drżącymi rękoma łuk, nogą powstrzymując Shegara od wtargnięcia do komnaty. Nie miała pojęcia, co się właśnie działo, ale istoty wzbudzały w niej przerażenie. Nie wiedziała, jakim cudem Alistair pozostawał tak niebywale opanowany.
Strażnik cofnął nogę, wywinął młynka mieczem i warknął kolejne niewyraźne słowo, a ostrze jego broni rozżarzyło się mdłym niebieskim światłem. Bez wahania skoczył do pierwszej istoty, wydostając się spod stworzonej z niczego osłony, i ciął w jej na wpół materialne ciało. Całą komnatą wstrząsnął wysoki wrzask stworzenia, potwór zamachał łapami, jednak Alistair znów uderzył mieczem, odcinając kończyny. Nim istota zdołała zebrać się w sobie do kolejnego ataku, pchnął klingą w sam środek łba, roztrzaskując metalem białe oko. Kolejny wrzask, a potem cisza, gdy potwór po prostu rozpłynął się w nicości jak mgła przy promieniach słońca.
Leliana, opanowując przerażenie, naciągnęła cięciwę łuku z osadzoną nań strzałą i wycelowała w ślepie innego stworzenia, decydując się pomóc Alistairowi. Choć Strażnik powalił dopiero jedną istotę, dziewczyna już dostrzegła na jego obliczu krople potu oraz nieznaczne drżenie rąk, gdy świecącym mieczem ciął w ciało innego potwora.
Napięła mięśnie ramion, a potem zwolniła cięciwę, pozwalając pociskowi wbić się w łeb stworzenia. Rozległ się rozdzierający wrzask, ostatnia z wciąż żywych istot popatrzyła na łuczniczkę, otaksowała ją martwym spojrzeniem i poszybowała do niej.
— Zamknij drzwi! — krzyknął Alistair, rzucając się do biegu za zjawą.
Leliana już go nie słyszała, zapatrzona w oko stwora, otumaniona dziwnym naciskiem w umyśle, wsłuchująca się w rosnącą w swoim wnętrzu panikę. Gdy już była gotowa ofiarować potworowi własne życie, błękitny miecz Strażnika przeszył na wylot łeb istoty, zmiatając ją z powierzchni ziemi. W komnacie zostali tylko oni oraz drżąca Ellen.
— Żyjesz? — spytał młodzieniec, celując palcem w łuczniczkę.
Przytaknęła nieprzytomnie głową, przyciskając do piersi ręce; ze zdumieniem zrozumiała, że upuściła łuk i nawet nie wiedziała kiedy. Shegar zaskomlił i potruchtał do pani, przyciskając uszy do łba. Alistair uśmiechnął się blado, odwrócił się i doskoczył do Ellen, niedbałym gestem usuwając barierę. Ukląkł przy Strażniczce i złapał jej ramiona.
— Ellen, oddychaj spokojnie. Już dobrze — mruknął troskliwie.
— Co… co to było? — wydusiła Leliana, przekraczając próg na miękkich nogach.
Skierowała się do towarzyszy, spoglądając nieufnie na boki, jakby była pewna, że te potwory znów wychyną z kątów i rzucą się na nich.
Alistair uśmiechnął się krzywo.
— Cienie — odparł, wpatrując się w osłabioną Strażniczkę. — Mówiłem już o demonach, które po przejściu przez Zasłonę opętują pierwszą istotę na ich drodze, prawda? No więc są też takie, które w naszym świecie nie znajdują żadnego ciała do zajęcia. Wtedy zostają w mroku, czając się i pożywiając się ludzkimi umysłami, a gdy są dość silne, przybierają swój prawdziwy kształt. To właśnie cienie. Zaczynają żerować na ludziach, wysysają ich siły i życie, a gdy się posilą, ich głód rośnie — opowiedział.
W tym samym momencie Ellen uniosła się na rękach, zachwiała się w przód i w tył, po czym zwymiotowała na posadzkę. Alistair pogładził jej włosy.
— Co one jej zrobiły? — drążyła Leliana, siadając obok Strażników i kładąc rękę na dłoni Couslandki.
Przy jej własnej skórze skóra Ellen wyglądała jak porcelanowa, a przecież niedawno miała normalny odcień. Łuczniczka zmarszczyła czoło.
— Pożywiały się nią. Zazwyczaj ludzie są bezbronni w obliczu demonów, chyba że mają do czynienia z opętanym przez nie ciałem, jak na przykład z żywymi trupami. Wtedy wystarczy zabić żywiciela, by zniszczyć demona — wytłumaczył cierpliwie Alistair, pomagając usiąść roztrzęsionej Ellen. — Te jednak zachowały swoją prawdziwą postać, dokładnie taką, jaką posiadają w Pustce, dlatego nie mogła wiele zrobić.
— A to… to coś… to niebieskie… — dukała łuczniczka.
Widząc, że spojrzenie Couslandki stało się znów przytomne, uśmiechnęła się do niej. Ellen popatrzyła na nią pustym wzrokiem, marszcząc czoło.
— Już w porządku — mruknęła Leliana.
— Możesz nazywać to magią, Zakon będzie nazywał to darem Stwórcy, ja nazwę to wpojonymi umiejętnościami. Każdy templariusz szkolony na łowcę magów potrafi się posługiwać tymi sztuczkami, by walczyć z demonami i plugawcami. No, Ellen, wstajemy — zwrócił się do Strażniczki i złapał ją pod ramiona, podnosząc z ziemi. — Zaraz dojdziesz do siebie.
— Mówiłeś, że w pojedynkę nikt sobie z takimi istotami nie radzi — przypomniała Leliana, łapiąc Couslandkę pod drugą rękę, żeby pomóc Alistairowi.
Strażnik uśmiechnął się krzywo i razem ruszyli do wyjścia.
— Były słabe. Zresztą miałem inny wybór? — rzucił, spojrzał przelotnie na Lelianę i oboje już milczeli, od czasu do czasu patrząc na Ellen, obserwując stopniowy powrót zdrowych kolorów do jej twarzy.
Tuż za nimi człapał Shegar ze zwieszonym smutnie łbem i ogonem wciśniętym między tylne łapy.
Tak naprawdę miał wybór – mógł pozwolić cieniom na skończenie uczty; ale Leliana wiedziała, że nawet nie przeszło mu to przez myśl. Nie w chwili, kiedy w jego oczach pojawiła się desperacja i prawdziwa determinacja.
Łuczniczka odwróciła wzrok, przenosząc go na korytarz.

Zanim nastąpiła kolejna walka, Ellen doszła do siebie na tyle, że zaczęła mówić – a większość czasu wymyślała pod adresem demonów, duchów, Pustki, magów krwi i „tej fioletowej masy”, którą Alistair uparcie określał mianem cienia – i się uśmiechać, więc nie musieli się specjalnie martwić.
W tej potyczce stawili czoła kolejnym pięciu trupom i pokonali je względnie szybko, choć Couslandka zdecydowanie oddawała pola Alistairowi oraz Shegarowi, osłaniając przysłowiowe tyły. Kiedy ostatni wróg padł martwy na posadzkę, Strażnik schował miecz i uśmiechnął się do towarzyszek.
— Już niedaleko do głównej sali — oznajmił, wskazując znajdujące się po drugiej stronie pomieszczenia drzwi.
Znajdowali się w sypialni gwardzistów, pod jedną ze ścian stały dwupiętrowe łóżka, pod drugą kufry oraz szafki, a tuż przy przejściu było wejście pozbawione drzwi.
— Z pomieszczenia gospodarczego można dostać się do sali, więc będziemy mogli ominąć dziedziniec i udać się prosto na spotkanie z Reaganem. — Wskazał kierunek i zgodnie ruszyli w tamtą stronę, trzymając ręce na broni.
— Słyszeliście? — spytała Ellen.
Alistair wymienił spojrzenie z Lelianą, uśmiechając się krzywo. Strażniczka dostrzegła ich wzrok, potrząsnęła oburzona głową, po czym wskazała sąsiednie pomieszczenie.
— Co tam jest? Wydawało mi się, jakby coś… warczało? Skomlało?
— Tam… tam była psiarnia — przypomniał sobie młodzieniec. — Może słyszysz mabari? Istnieje pewna szansa, że wciąż żyją. — Skierował się do zamkniętych drzwi, chcąc przejść do następnego korytarza.
Ellen jednak nie poszła za nim.
— A zdajesz sobie sprawę, że mabari, które usłyszą intruzów, bez wahania się na nich rzucają? — przypomniała Strażniczka, przenosząc wzrok na Alistaira.
Shegar także nie był zbyt miły dla gości, na czas wszelkich balów trzeba było go zamykać w sypialniach gwardzistów, żeby przypadkiem nie zaatakował nikogo. Co prawda pozostawał posłuszny Couslandce lub teyrnom, ale jeśli uznałby, że ktoś zagrażał jego właścicielom, nie wahałby się z odgryzieniem mu ręki lub czegoś równie potrzebnego.
— Może są zamknięte. Poza tym smród gnijącego ciała mógł im pomieszać zmysły i nas nie wyczują — zasugerowała Leliana, wzruszając ramionami.
W tym momencie Shegar pochylił łeb, jeżąc sierść na grzbiecie i wydając z siebie niski warkot. Wszyscy spojrzeli na niego z niepokojem, by zaraz przenieść wzrok na wejście do psiarni.
— No, to proponuję, żeby Leliana jako ochotniczka wytłumaczyła swoją tezę tym oto wściekłym mabari — rzucił Alistair, uśmiechając się nerwowo.
W przejściu stały bowiem trzy rosłe ogary bojowe, dwa o czarnej sierści i jeden o złotej, zupełnie jak Shegar. Zawarczały groźnie, ruszając z opuszczonymi łbami do intruzów. Zaraz za nimi pojawiły się jeszcze dwa psy tym razem w barwach popiołu.
— A ja proponuję w tym momencie otworzyć tamte drzwi, wyjść stąd i na koniec dokładnie zaryglować przejście — ogłosiła swój postulat Ellen, przesuwając we wskazanym przez siebie kierunku.
Syknęła na Shegara i mabari niechętnie odstąpił, ruszając za panią.
— Genialny pomysł. Jestem jak najbardziej za — zgodził się Alistair, kładąc dłoń na zimnej klamce.
Leliana również przysunęła się bliżej Strażników, nie spuszczając z oczu zbliżających się ogarów.
— Na trzy — zdecydował młodzieniec. — Raz… — zaczął odliczanie, jednak w tej chwili idący jako pierwszy mabari rzucił się z ujadaniem na intruzów. — TRZY! — zmienił decyzję, z rozmachem otworzył drzwi i wszyscy zgodnie rzucili się za próg.
Zatrzasnęli przejście w momencie, w którym mabari uderzył pyskiem w twarde deski. W trójkę oparli się plecami na płycie, czekając, aż ogary trochę się uspokoją. Po kilku minutach zwierzęta przestały atakować nieszczęsne drzwi i zapadła przejmująca cisza. Ellen odetchnęła i zjechała po deskach na podłogę, siadając na szafirowym dywanie.
— Nigdy więcej wściekłych psów — mruknęła pod nosem Leliana i odstąpiła ze stanowiska, ruszając przed siebie.
Alistair podążył za nią, mając zamiar powiedzieć, którędy teraz, bo w korytarzu znajdowały się cztery przejścia – trzy po lewej stronie oraz jedno po prawej. Kiedy już miał wskazać odpowiedni kierunek, nagle łuczniczka złapała go za ramię i szarpnęła gwałtownie w tył, zmuszając, by się cofnął. Zachwiał się i wsparł się na ścianie, by nie upaść.
— Pułapka — zakomunikowała Leliana i uklękła na podłodze, przeciągając palcem po ledwie widocznej nitce zawieszonej na poziomie ich kostek.
Uśmiechnęła się zadowolona, docierając w ten sposób do niskiego patyka wciśniętego w szczelinę między kamieniami w posadzce, by tam przerwać sznurek. Nitka opadła bezgłośnie na ziemię, a łuczniczka podniosła się, podpierając się pod boki.
— No, to ruszajmy dalej — zaproponowała Ellen, wstając ze swojego miejsca pod drzwiami, otrzepała się z kurzu i skierowała się do towarzyszy.
Alistair wskazał znajdujące się po prawej stronie przejście, mając zamiar powiedzieć, że tam należało iść, kiedy przez próg wypadły cztery trupy, rzucając się do ataku. Po stoczeniu już kilku walk w ciasnych przestrzeniach tym razem nie mieli aż takich problemów z przebiciem się przez szeregi potworów. Największe zniszczenie, wbrew pozorom, siała Leliana. Nie stała daleko od przeciwników, więc każdy strzał zadawał druzgoczące rany, a dzięki wprawie z łukiem nie raniła ani Alistaira, ani Ellen, ani nawet Shegara. Dlatego po kilku minutach korytarz znowu stał się pusty, oni natomiast mogli złapać oddech.
Od strony ostatnich drzwi dobiegł głuchy trzask, jakby na posadzkę upadła drewniana skrzynia. Leliana uniosła brew, spoglądając w tamtą stronę z zainteresowaniem. Momentalnie podniosła opuszczony na chwilę łuk, gotowa do kolejnej walki. Ellen zmarszczyła czoło, podchodząc w kierunku zamkniętych drzwi.
— Czeka nas tam jakaś nieprzyjemna niespodzianka? — spytała na wszelki wypadek, zachowując większą ostrożność po spotkaniu z cieniami.
Alistair pokręcił głową, jednak wysunął się do przodu, wyprzedzając Strażniczkę.
— Jeśli już musimy to sprawdzać, to chociaż pozwól, że pójdę pierwszy — mruknął do niej z lekkim uśmiechem.
Bez wahania nacisnął klamkę i pociągnął do siebie, otwierając przejście. Jakież było ich zdumienie, gdy ujrzeli kulącą się wśród drewnianych skrzyń blondwłosą dziewczynę.
— Aaach! — wrzasnęła na widok uzbrojonego Strażnika i padła na kolana, osłaniając ramionami głowę.
Ellen przepchnęła się obok Alistaira.
— Proszę, nie róbcie mi krzywdy! — zawołała piskliwym głosem nieznajoma, po jej policzkach stoczyły się łzy przerażenia.
— Uspokój się — rzuciła zirytowana Strażniczka. — Nic ci nie zrobimy.
— Prze… przepraszam — wyjąkała, ocierając drżącymi rękoma policzki.
Jej wielkie brązowe oczy przesunęły się po twarzach Strażników.
— Tak się boję! Te potwory są wszędzie! — wyszeptała łamiącym się głosem, podnosząc się na chwiejnych nogach. — Na… nazywam się Valena, jestem pokojówką arlessy. Czy… czy nic jej nie jest? Gdzie się wszyscy podziali? — spytała, wtulając się w stojące za nią skrzynie.
Ellen uniosła brwi, przypominając sobie obietnicę złożoną Owenowi.
— Valena? Córka kowala? — spróbowała się upewnić.
— Znasz mojego ojca? — zdumiała się, na chwilę zapominając o strachu. — Chcę wrócić do wioski! Jest stąd jakieś wyjście? — spytała zdenerwowana.
— W lochach znajduje się tunel prowadzący na zewnątrz — odparła bez wahania Ellen, cofając się kilka kroków, by Valena mogła wyjść z kryjówki i wyjrzeć na korytarz.
Blondwłosa głowa wychyliła się zza rogu, spoglądając wielkimi oczami na drzwi prowadzące do sypialni gwardzistów.
— A… ale potwory… — wyjąkała.
— Zabiliśmy większość z nich. Już jest bezpiecznie — uświadomiła jej z łagodnym uśmiechem Strażniczka, delikatnie wyciągając Valenę na korytarz.
Dziewczyna pokiwała głową, wypuszczając powietrze.
— Znajdę drogę. Szybko biegam i znam zamek. Dziękuję! — zawołała do wybawicieli, obdarzyła ich promiennym uśmiechem, po czym rzuciła się w stronę sypialni gwardzistów.
Wtedy Ellen coś sobie przypomniała: mabari.
— Ups — mruknęła przestraszona, gotowa rzucić się dziewczynie na ratunek, jednak z całkowitym zdumieniem zobaczyła, że Valena spokojnie wchodzi do następnego pomieszczenia, a ogary merdają ogonami na jej widok, przepuszczając ją jak dobrą znajomą.
Strażniczka odetchnęła i spojrzała na Alistaira.
— Którędy teraz?
Skinął głową do odpowiednich drzwi i poprowadził towarzyszki, bez wahania wybierając drogę. Nie pozostało im nic innego, jak pójść za nim.

Kiedy dopadli do przejścia prowadzącego do głównej sali, okazało się, że zamki były zatrzaśnięte i nie istniała szansa, by zdołali przedostać się do celu. Alistair uderzył rozwścieczony pięścią w deski, cedząc przez zęby przekleństwo. Ellen zmarszczyła czoło, obserwując jego rozpacz. Musiał być naprawdę śmiertelnie przerażony tym wszystkim, tym, co demon mógł zrobić z Eamonem, Teaganem, z małym Connorem, z ludźmi, którzy zastępowali mu rodzinę.
Wyciągnęła rękę do jego ramienia, chcąc go pocieszyć, jednak nie zdążyła go dotknąć, gdy odwrócił się do nich z zacięciem wymalowanym na twarzy.
— Musimy nadłożyć drogi. Za mną — zdecydował nieznoszącym sprzeciwu głosem, , wyminął stojącą na jego drodze Strażniczkę i ruszył przed siebie, do następnych drzwi.
Ellen odwróciła wzrok, czując się trochę tak, jakby ją odtrącił.
— Uśmiechnij się — szepnęła łagodnie Leliana, rzucając Couslandce długie spojrzenie. — Jeszcze nie dostrzegasz, jak bardzo jest ci wdzięczny.
Ellen bardziej zmarszczyła czoło, odszukała dłonią łeb Shegara i odetchnęła głęboko.
Dobrze, skoro już zaczęła ich prowadzić w tej podróży, w tym szaleńczym pościgu za arcydemonem oraz zwycięstwem, to zrobi to tak, jak należało, tak, jak zrobiłby to teyrn Wysokoża. Zacisnęła zęby i ruszyła biegiem, doganiając towarzyszy, a nawet ich wyprzedzając. Machnęła ponaglająco ręką.
— Szybciej! Nie ma czasu do stracenia, arl czeka — warknęła ostrym tonem.
Chwilowe zaskoczenie ustąpiło miejsca determinacji, ruszyli ramię w ramię przed siebie, podążając za rzucanymi co pewien czas wskazówkami Alistaira.
Na ich drodze stanęło jeszcze tylko sześć trupów w kuchni, pokonali je sprawnie, natarli z niebywałą siłą, niemal zmiatając potwory z nóg. Ledwie ostatnie ciało padło nieruchome na posadzkę, Alistair już chował miecz i łapał klamkę kolejnych drzwi, nerwowo tłumacząc, że tędy dostaną się na dziedziniec. Rzucili się więc biegiem w dół schodów, wpadli bez wahania do piwnicy zarzuconej nieczystościami, a Strażnik poprowadził ich aż do kolejnych schodów, którymi wydostali się na upragniony dziedziniec.
Przedpołudniowe słońce oślepiło Ellen, dziewczyna ruchem dłoni poprosiła towarzyszy, by się zatrzymali, i rozejrzała się dokoła, mrużąc oczy. Było cicho. Zbyt cicho. Coś wisiało w powietrzu, coś dziwnego i ciężkiego. Jakby… Powiodła wzrokiem po pniu wielkiego drzewa rosnącego tuż przy oknach zamku, jednak nie dostrzegła tam niebezpieczeństwa. Spojrzała więc w stronę schodów prowadzących na szeroki próg głównych drzwi, przesunęła oczami po murze pełniącym rolę balustrady i zauważyła niewyraźne sylwetki łuczników.
Czyżby pułapka? Nie mogła oszacować, ilu wrogów skrywało się w półmroku i zakamarkach dziedzińca, jednak z pewnością dwóch Strażników, łuczniczka oraz ogar bojowy nie dadzą sobie rady z przeciwnikami. Podjęła decyzję.
— Sir Perth miał czekać pod bramą, prawda? — spytała szeptem, ruchem ręki nakazując towarzyszom zachowanie ciszy.
Leliana przytaknęła w milczeniu, marszcząc czoło.
— Zostańcie tutaj. Gdy dam znać, ruszycie, ale nie wcześniej, jasne? — spróbowała się upewnić, wiodąc po nich wzrokiem.
Alistair chciał protestować, ale potrząsnęła głową, wyciągnęła dłoń do Shegara, nakazując mu zostanie, i skoczyła lekkim krokiem do szerokiego pnia drzewa.
— Ellen! — syknął przerażony Strażnik, wykonując taki ruch, jakby chciał za nią iść, dlatego Leliana chwyciła jego ramię.
Wbiła wzrok w drobną postać Couslandki, bojąc się myśleć o tym, na co wpadła.
Ellen zastygła na nowej pozycji, próbując uspokoić oddech oraz bicie serca, żeby wszystko w niej dostosowało się do tempa otaczającego ją świata. Nie było tu wiele cienia, więc należało jak najlepiej wtopić się w tło, starać się być jak najmniej widoczną. Odetchnęła głęboko wraz z mocniejszym podmuchem wiatru, wyprostowała się, zamykając oczy, i uniosła nogę, stawiając pierwszy lekki krok poza obręb bezpiecznego cienia.
Potem zaczęła bieg, swobodny taniec z wiatrem oraz grą świateł, którego uczyła się wiele lat w Wysokożu, wśród drzew i ludzi, wśród budynków i mostów, próbując pozostać niewidoczną i zwiewną jak najlżejsza tkanina. Widziała tylko cel, dźwignię podnoszącą bramę, kładące się pod podmuchami wiatru źdźbła trawy, przesuwające się nad nią obłoki, mury zamku i manekiny służące gwardzistom do ćwiczeń. Nie widziała – a może nie chciała widzieć – kryjących się w półmroku wrogów, niemych potworów, które nie były w stanie jej dostrzec, zbyt zapatrzone w to, co stało przed nimi oczywiste.
Dwa kroki od celu porzuciła niecodzienny taniec z wiatrem, odbiła się od ziemi, przełamując maskujący ją w otoczeniu płaszcz niewidzialności, skoczyła do dźwigni i chwyciła ją obiema dłońmi, uwieszając się na niej całym ciężarem. Mechanizm zazgrzytał i niechętnie zaczął opadać, Ellen jeszcze bardziej napięła ramiona.
Wtedy pierwsze strzały martwych łuczników przeszyły powietrze, grot jednej z nich śmignął tuż nad dłonią dziewczyny, rozrywając skórę i rozpryskując drobne kropelki krwi. Strażniczka jęknęła cicho, jednak nie pozwoliła sobie na puszczenie dźwigni, dotrwała do samego końca, już nie odnosząc żadnych obrażeń.
Ledwie jej stopy znowu dotknęły ziemi, a brama ze zgrzytem uniosła się, pozwalając wpaść na dziedziniec piątce rycerzy w połyskujących zbrojach, Ellen poczuła, jak coś oplata ją w pasie, coś lodowatego oraz twardego. Potem szarpnęło ją w tył. Świat zawirował, niebo zamieniło się miejscem z ziemią, by na koniec wrócić do pierwotnego stanu.
Upadła z głuchym jękiem na glebę, uderzając twarzą w twardy kamień, przegryzła sobie wargę i zdarła skórę z policzka. Kaszlnęła, plując krwią ze skaleczonego o zęby języka, i uniosła się na rękach, by ujrzeć stojące przed nią monstrum. Wstrzymała oddech.
Istota nosiła na sobie ciężki pancerz, który z pewnością pamiętał zamierzchłe czasy oraz stare wojny, w szponiastej łapie dzierżyła długi i szeroki miecz, natomiast zniekształconą twarz ukryła pod wielkim rogatym hełmem. Była wysoka, budząca grozę oraz straszna, Ellen czuła bijący od niej smród rozkładu, śmierci i czegoś jeszcze, czegoś, co otoczyło ją godzinę temu w przestronnej sali pełnej cieni.
Zapach Pustki.
— Stwórco jedyny — wyszeptała, ostrożnie zaczynając się wycofywać, czując na sobie to palące spojrzenie martwych ślepi.
Za nią rycerze walczyli z żywymi trupami z głuchym trzaskiem uderzającej o siebie broni. A ona wiedziała jedno: musiała uciekać.
W następnej chwili odepchnęła się od ziemi, zerwała na równe nogi i rzuciła się biegiem przed siebie, poza zasięg wielkiego miecza oraz przerażających ślepi. Wstrzymała oddech, zastanawiając się, co też te wszystkie stworzenia Pustki do niej miały. Czy ona wyglądała na maga?
Dostrzegła biegnącego w stronę walczących Alistaira z Shegarem u nogi, zobaczyła zmieniającą pozycję Lelianę, by móc razić strzałami łuczników ustawionych tuż przed drzwiami do głównej sali. Potem to coś, co pochwyciło ją w swoją moc chwilę temu, znów oplotło się wokół jej talii, zatrzymując w miejscu i jednym szarpnięciem zwalając na ziemię.
Czymkolwiek ta dziwna istota z Pustki była, patrzyła tylko na nią, trzymając w jednej ręce jakby niewidzialną linę. Zaczęła ją przyciągać do siebie, delektując się zwycięstwem, unosząc w drugiej dłoni długi miecz i tylko czekając, aż będzie mogła przebić drobną Ellen na wylot. Strażniczka szarpnęła się, jednak bezskutecznie, nic to nie dało.
— Regniese c’ambre! — rozległ się krzyk, zerwał się krótki, nienaturalny wiatr, uderzył w plecy dziewczyny, a potem coś dziwnego przemknęło przez dziedziniec, zrywając pęta, którymi została pochwycona.
Złapała zaskoczona powietrze, wspierając się na łokciach, by wstać. Nie mogła oderwać wzroku od warczącego w złości stwora. I wtedy w biegu minął ją Alistair.
Zatrzymał się tuż przed istotą w chwili, w której długi miecz spadł na niego z niebywałą szybkością. Strażnik uniósł nad głowę własną broń, teraz żarzącą się błękitnym światłem, i odparł atak, odtrącając ciężkie ostrze. Odetchnął z trudem i znowu zaatakował, krzycząc przez ramię do ludzi sir Pertha niezrozumiałe dla niej słowa.
Siedziała na ziemi, patrzyła na niego i czuła się bardzo dziwnie. Pamiętała niebieską poświatę, przedarła się przez mrok bólu, gdy cienie pochylały nad nią bezosobowe pyski, przyniosła nadzieję i siłę. Nie spytała, jak pokonali stwory, nie spytała, skąd było to światło. Zacisnęła zęby i zerwała się do biegu, by wesprzeć Alistaira w walce.
Nigdy nie widziała, by tak szybko się męczył, by każdy wyprowadzony cios odbijał się bólem na zroszonej potem twarzy. Najwięcej sił wyciskały z niego syczane od czasu do czasu słowa, sączone niemal jak jad w otwartą ranę, wprawiające potwora w coraz większą złość. Walczyła i atakowała istotę tak samo jak rycerze, ale ona skupiała się tylko na Alistairze, to w nim widziała największego wroga.
Wreszcie Strażnik opadł z sił, kolana się pod nim ugięły i osunął się na ziemię, łapiąc oddech. A miecz potwora upadł za nim, łaknąc krwi płynącej w wyczerpanym ciele.
Nie! — krzyknęła, momentalnie rzucając się w stronę młodzieńca.
Nie zastanawiała się zbyt długo, lądując przed nim na kolanach, twarzą do potwora, i w ostatniej chwili skrzyżowała ostrza sztyletów nad głową, zatrzymując śmiertelny cios wymierzony w Alistaira.
Zacisnęła zęby, napinając mięśnie ramion, byle tylko utrzymać pozycję.
— Teraz! — rzuciła do Strażnika, mrużąc z wysiłku oczy.
Alistair sapnął zdumiony, widząc przed sobą Ellen, zaraz jednak potrząsnął głową, przywracając spojrzeniu ostrość, złapał wciąż żarzący się błękitem miecz i pchnął go wprost w pierś istoty, przebijając ją na wylot. Rozległ się wściekły charkot, potwór zatoczył się w tył, uwalniając od ostrej klingi, zachwiał się na boki, a potem osunął nieruchomy na ziemię.
Strażniczka opuściła broń.
— Nienawidzę upiorów — warknął pod nosem Alistair, siadając bez sił na ziemi.
Miecz położył przed sobą, spoglądając z niezadowoleniem na lśniącą słabym błękitnym światłem klingę. Po chwili ostrze zmatowiało, wracając do pierwotnej postaci.
— Walczyłeś już z nimi? — spytała Ellen, tocząc dokoła spojrzeniem.
W ich stronę zbliżała się Leliana i Shegar, poza tym wyglądało na to, że rycerzom sir Pertha nic się nie stało, dziedziniec natomiast został oczyszczony z trupów. Odetchnęła.
— Nie. Ale to nie zmienia faktu, że ich nienawidzę — odparł, uśmiechając się krzywo.
Strażniczka popatrzyła na niego umęczona, by zaraz roześmiać się z niedowierzaniem. Nie miała już nawet sił pytać, czym był ten potwór i jakim cudem używał czegoś podobnego do magii podczas walki.
— Otworzyliście bramy, to dobrze — odezwał się sir Perth, zatrzymując się za siedzącymi na ziemi Strażnikami.
Zgodnie obejrzeli się przez ramię, w dalszym ciągu sapiąc po trudnej walce.
— Ja i moi ludzie nie możemy się już doczekać, by ujrzeć wreszcie naszego arla. Wejdziemy do głównego hallu razem? — spytał z pełnym nadziei uśmiechem, podając Couslandce dłoń.
Dziewczyna ochoczo skorzystała z oferowanej pomocy, podczas gdy Alistair musiał radzić sobie sam.
— Musimy go utrzymać, nawet jeśli nikogo tam nie ma. W przeciwnym razie nie odzyskamy kontroli nad zamkiem — wyjaśnił.
— Dobrze. Ruszajmy — zgodziła się dziewczyna, skinęła na towarzyszy i ramię w ramię podążyli w stronę wielkich drzwi, zupełnie nie wiedząc, co ich w środku czekało.
Ale Ellen miała złe przeczucia. Bardzo złe przeczucia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz