piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.31 - Dziedziniec

Zaduch lochów zastąpiło cieplejsze powietrze – ale zapach się nie zmienił. Ellen nadal czuła odór zgnilizny przeżerający nos. Po tym wszystkim już chyba żaden smród nie zrobi na niej wrażenia. Ani na nieszczęsnym Shegarze.
— Musimy znaleźć banna Teagana — odezwała się lekko schrypniętym głosem.
Alistair skinął głową. Pchnął ramieniem drzwi prowadzące na kondygnację twierdzy i przepuścił Ellen i Lelianę przodem. Pierwszy jednak próg przekroczył Shegar, na ugiętych łapach, ze zjeżoną sierścią na karku. Wiedział, że musieli zachować czujność.
— Może już być w głównej sali — zauważyła Leliana.
Mocowała się z cięciwą, próbując założyć ją na majdan. Na jej czole pojawiła się płytka pionowa zmarszczka.
— Z demonem — dodała pod nosem Ellen.
— Connorem — poprawił ją cicho Alistair.
Podłapała jego chmurne spojrzenie. Coś cisnęło ją w piersi, przez co nie nabrała kolejnego wdechu. Na wstrzymanym powietrzu uciekła wzrokiem w bok.
— Jeśli to on wywołał to zamieszanie, to nie będzie jedno i to samo?
— Wolałbym wierzyć, że nie — mruknął Alistair. — Demony, Pustka i Zasłona… to wszystko nie jest takie proste.
W świecie Ellen było proste. Dobry mag to zamknięty w Kręgu mag. Zły mag to ten, który żyje poza więzieniem. Zawsze wydawało jej się to nieco okrutne, ale patrząc na to, co działo się w Redcliffe…
— Może nam trochę wyjaśnisz? — zaproponowała Leliana.
Skierowała się do kolejnych drzwi, posławszy Alistairowi uśmiech. Wyglądała na wyjątkowo rozluźnioną pomimo okoliczności.
Alistair westchnął.
— Zasłona oddziela nas od Pustki. Tak jakby. Jeśli to, co żyje w Pustce, przekroczy granicę Zasłony, znajduje się w naszym świecie. I żeby przeżyć, musi znaleźć żywiciela. Czy coś takiego. Wtedy następują opętania… ale to może się stać też bez przerywania Zasłony. We śnie, na przykład. Na własne życzenie maga. Albo…
— Czyli właściwie wszystko jest możliwe? — Ellen uniosła brwi. — W każdej chwili coś może nas opętać? Z Zasłoną czy bez?
— Nie. — Alistair zmarszczył czoło. — Demony wolą uzdolnionych magicznie. To raz. Dwa… magia naprawdę jest skomplikowana. Nie bez powodu templariusze uczą się o niej przez pół życia.
— A w skrócie?
— W skrócie, możemy tu spotkać wszystko. Nie każdy demon znajduje coś, co może opętać, kiedy fizycznie wkracza do naszego świata.
Ellen poczuła lodowaty dreszcz na plecach. To nie było to, co chciała usłyszeć, wchodząc do zamku, w którym roiło się od magicznych problemów. Co podkusiło Connora, żeby władować się w takie bagno?
— Poza tym… — Alistair zwolnił, skręcając w najbliższy korytarz. — Nie jest tak łatwo zabić demona. W naszym świecie. Nie bez powodu wszyscy się ich boją.
Ellen zatrzymała się. Może zbyt gwałtownie – poczuła, że Leliana uderzyła w jej plecy. Nie zwróciła na to większej uwagi, wbiła w Alistaira przeszywające spojrzenie. Wiedziała, że gdzieś musiał być haczyk. Dlaczego, idąc po sojuszników, znaleźli się w takiej sytuacji? Dlaczego nie mogło pójść po ich myśli?
— Trzeba znać ich słabe punkty. Templariusze zwykle osłabiają ich magię, ale… — urwał, podłapawszy miażdżący wzrok Ellen. — Wiesz, nie ślubowałem. Nie jestem takim prawdziwym-prawdziwym templariuszem.
— Do rzeczy, Alistair — mruknęła ciszej.
— Po prostu postarajcie się mnie słuchać, gdyby doszło do starcia — westchnął. — Postaram się… wskazać słabe punkty. Wytrzymałość demonów jest zupełnie inna niż nasza i jeśli walczy się z nimi, nie wiedząc, co je szybko wykończy, można na tym spędzić dzień. Albo kilka.
— Kilka dni? — powtórzyła jak echo Leliana.
Ellen potrząsnęła głową. Nie mieli czasu na dziwienie się – czarne było czarne i należało jak najszybciej uporać się z sytuacją.
— W takim razie dowodzisz — zdecydowała.
— Co? — Alistair spojrzał na nią zdumiony. — Nie o to mi chodziło!
Ellen ruszyła, z trudem powstrzymawszy się od wywrócenia oczami. Wiedziała przecież, o co mu chodziło.
— Znasz się na demonach i znasz ten zamek. Dla mnie to dość powodów, by cię słuchać. Prowadź do jakiejś głównej sali albo na inny dziedziniec.
Leliana posłała Alistairowi uśmiech. Może rzeczywiście należało dodać mu otuchy, zamiast natarczywie popychać w plecy, żeby się pośpieszył. W przenośni, oczywiście. Ellen udała, że niczego nie zauważyła, przesuwając czujnym spojrzeniem po korytarzu. Wydawało się, jakby w zamku nikt nie został. Pewnie większość żywych trupów przypuściła nocą szturm na Redcliffe, dlatego twierdza wyglądała na pustą.
— W porządku — skapitulował Alistair.
Ruszył przodem. Ellen poszła tuż za nim, w napięciu przypatrując się wyłaniającym się z półmroku kształtom.
Alistair zachowywał się bardzo pewnie w plątaninie korytarzy. Ellen słyszała jego niski, cichy głos, kiedy mamrotał do siebie, chyba próbując sobie przypomnieć, w którą stronę skręcić. Było to na swój sposób zabawne – i rozczulające. Ciekawe, jakie to uczucie wrócić do ukochanego miejsca.
Do Wysokoża najpewniej już nigdy nie wróci. Zresztą nie miała do czego. Po posiadłości zostały tylko zgliszcza, o Couslandach nie wspominając. Gdyby tylko Fergus przeżył. Gdyby znalazła go w porę. Nawet tego nie udało jej się dokonać.
Shegar zawarczał, jego głos wyrwał Ellen z ponurych rozmyślań. Poderwała głowę, czując, jak uciekało parę uderzeń serca, i rozejrzała się wokół. Korytarz wyglądał na bezpiecznie pusty – Alistair i Leliana przeszli w przód, cicho dyskutując o tym, którędy należało iść. Ellen zmarszczyła czoło.
Shegar fuknął, strosząc sierść. Wzrok utkwił w mijanych drzwiach – zza których dobywały się stłumione dźwięki. Ellen podeszła bliżej, licząc własne oddechy. To było głupie, bać się zamkniętej komnaty. Przysunęła twarz do drzwi, wstrzymując powietrze, żeby wyraźniej słyszeć.
— Ellen?
Podskoczyła na głos Leliany.
— Ktoś tam jest — zawyrokowała.
— Co? — Alistair brzmiał na zaniepokojonego.
Zawrócili w jej stronę. Ellen wzruszyła ramionami, powoli się prostując. Nie umiała dokładnie nazwać tych dźwięków, ale to mógł być ranny człowiek. Nie powinni tak po prostu minąć jego kryjówki i pozwolić, żeby umarł. Westchnęła.
— Sprawdzę to — mruknęła możliwie najbardziej obojętnym głosem, na jaki było ją stać w tej chwili.
— Poczekaj!
Nie czekała. Nacisnęła klamkę i wślizgnęła się do komnaty, stawiając czoła półmrokowi. Warkot Shegara przerodził się w nerwowe, trochę żałosne skomlenie. Mięśnie Ellen stężały, gdy przechodziła jeszcze jeden krok w przód.
Powinna zawrócić. Natychmiast.
Coś pociągnęło ją w głąb mroku. Zachłysnęła się powietrzem, bezwładnie upadając na kolana wśród duszącej czerni. Prawie nie czuła posadzki, na której wylądowała. Przesunęła dłońmi po powierzchni, ale palce nie znalazły niczego. Zamrugała. Powieki ciążyły, chciały opaść, obcy balast przygniatał do ziemi. Nabrała płytkiego wdechu.
Co się działo?
Ciało nie słuchało. Z umysłu nie mogła wykrzesać żadnej błyskotliwej myśli. Jakby zostało w nim miejsca tylko na obezwładniające zmęczenie. Żołądek ścisnął się w fali mdłości, ale zdołała przełknąć kłującą w język żółć. Zapadała się gdzieś. Bezpowrotnie. Słyszała szum własnej krwi w uszach – jednak to też cichło. Znikało.
Świat przestawał istnieć i ona razem z nim.
Poddała się słabości. Czekała na nią przez cały ten czas. Tak chyba wyglądała śmierć, prawda? Nareszcie. Dlaczego nie złożyła broni od razu? Po co jeszcze walczyła? Mogła odejść. Zniknąć. Nie czuć. Nie być.
Pustka rozpękła się niczym bańka, wyrywając ją na powietrze. Zachłysnęła się nabieranym wdechem, płuca zapiekły, boleśnie się kurcząc.
Ciemność rozgoniło światło. Nie fizyczne, po prostu… zrobiło się jaśniej. Ujrzała rozmazane kształty, które zafalowały wokół niej jak poruszona wiatrem zasłona. Pod palcami odnalazła posadzkę. Prawie leżała. I prawie nie czuła nóg. Nabrała kolejnego chrapliwego wdechu, z trudem zwalczając skurcz w piersi. Musiała oddychać. Chciała oddychać. Chociaż tak cholernie bolało.
Nie widziała ostro, ale rozpoznała wchodzącego w pole widzenia człowieka. Trzymany przez niego miecz lśnił mdło, błękitnawym światłem. Rozgonił ciemne kształty, zmusił je, żeby się cofnęły. Nagle był tuż przy niej, pochylał się, mówiąc coś. Jego usta poruszały się, ale niczego nie słyszała.
Ktoś chwycił ją za ramiona, zmusił do wstania. Nadal nie czuła nóg. Wsparła cały ciężar na jego ciele, mając wrażenie, jakby się dusiła. W tej pozycji nie umiała nabrać powietrza. Chciała znowu usiąść. Zasnąć. Odpocząć, przynajmniej chwilę.
Coś śmignęło obok i wbiło się w ciemny kształt. Zafalował, Ellen dostrzegła coś jasnego odcinającego się od równomiernej czerni. Pozwoliła się pociągnąć w drugą stronę – ledwo przesuwała nogi, czuła, jak stopy szurały o posadzkę. Musiała napiąć mięśnie. Zrobić coś. Nie mogła. Nie mogła.
Gruchnęła ciężko na ziemię, osoba zawróciła. Tu było o wiele jaśniej. Powietrze przypominało miękką szarość, nie duszącą czerń, jak wcześniej. Podparła się dłońmi na podłodze i ostrożnie przesunęła ciało w tył. Uderzyła plecami w ścianę. Stęknęła, żółć znów podeszła do ust. Nie zdołała jej przełknąć.
Zwymiotowała, zgiąwszy się wpół. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jej pleców, wyrywając z gardła jęk. Przełyk i usta piekły, jakby zwróciła kwas. Nabrała niepewnego wdechu, na oślep ocierając twarz. Żałosne. Przymknęła powieki, skupiając się na oddychaniu. Żeby już tak wszystko nie bolało.
Ktoś dotknął jej ramienia, potem włosów. Wzdrygnęła się.
— Ellen?
To było jej imię.
Poruszyła się, z trudem otwierając oczy. Widziała trochę lepiej. Marszcząc czoło, popatrzyła na klęczącą przy niej osobę. Rude włosy. Zatroskana mina.
— Leliana? — wychrypiała.
Leliana uśmiechnęła się z odrobiną ulgi.
— Żyjesz — westchnęła.
— Przecież oddycham — wytknęła, pozwalając, by powieki znowu opadły.
Leliana szarpnęła za jej ramię.
— Nie rób tak. Alistair zaraz przyjdzie.
Po co jej był Alistair? I dokąd właściwie poszedł? Ta komnata wcale nie wydawała się duża, kiedy do niej weszła. Nabrała kolejnego wdechu, trochę głębszego niż wcześniej. Obręcz zaciskająca się na piersi powoli się rozluźniała.
— Żyjecie?
Trochę zbyt często słyszała to słowo.
— Ellen źle się czuje, ale to chyba wszystko — mruknęła Leliana.
Zachrzęściło. Pewnie Alistair kucnął. Powinna wstać, żeby wszyscy przestali się nad nią pochylać jak nad konającym.
— Spójrz na mnie, Ellen.
Niechętnie uniosła wzrok, przechyliwszy głowę. Alistair wyciągał do niej dłoń, z rozprostowanymi palcami. Zmarszczyła czoło. Nadal rozmywał się na tyle, że nie była w stanie ich policzyć.
— Ile palców widzisz? — spytał.
Chciała wzruszyć ramionami, ale nie wiedziała, czy jej wyszło. Poczuła tylko nagły skurcz mięśni, który szarpnął ręce z powrotem w dół. Westchnęła.
— Tyle, ile pokazałeś — burknęła.
Alistair parsknął.
— Będzie dobrze, musi trochę odsapnąć. A ty, Leliana? Wszystko w porządku? — Obrócił głowę, Ellen przestała widzieć go wyraźnie.
Przymknęła oczy i spróbowała przesunąć się w bok. Gdzieś tu na pewno był Shegar. I na pewno się wystraszył. Powinna go uspokoić. Przytulić się.
Ktoś ujął jej łokieć i pomógł wstać. Nie protestowała.
— Nawet tu nie weszłam, nic mi nie jest — stwierdziła Leliana. — Co to było?
— Cienie. Istoty z Pustki — mruknął Alistair.
Ellen usłyszała ciche skomlenie. Ktoś pozwolił jej uklęknąć – wyciągnęła ręce przed siebie i po chwili zatapiała twarz w znajomej, miękkiej sierści. Shegar usiadł blisko niej nieruchomo, nie próbował nachalnie się przytulać ani jej lizać. Był takim mądrym psem.
— To demony, które są za słabe, żeby znaleźć sobie żywiciela. Czekają na ofiary i wysysają z nich energię życiową. Nic przyjemnego — dodał Alistair.
— Na oddech Stwórcy — westchnęła Leliana.
Demony były pierwszymi dziećmi Stwórcy, o ile Ellen dobrze pamiętała, więc wzywanie jego imienia raczej nie mogło tu pomóc.
— Obsiadły cię jak muchy miód. — Alistair dotknął jej ramienia.
— Czuję — rzuciła w szyję Shegara.
— Góra kwadrans i będzie po wszystkim. Spróbujmy nadal iść w stronę głównej sali. Albo dziedzińca. — Alistair delikatnie pociągnął ją w górę.
Ellen skinęła głową, wypuszczając Shegara z objęć. Nogi wydawały się bardziej stabilne, więc postawiła pierwszy krok. Przy drugim Alistair musiał ją przytrzymać. Najwyraźniej kwadrans jeszcze nie minął.
— Świetnie sobie poradziłeś — pochwaliła go Leliana.
— Szkoliłem się na templariusza — przypomniał półgębkiem.
Chyba nie był z tego dumny. Ale uratował jej życie.
Westchnęła, nabierając powietrza.
— Dzięki — tchnęła.
Tyle mu się należało. Ryzykował, żeby jej pomóc. Trochę bezsensownie, ale może templariusze tak mieli. Może byli jak rycerze w lśniących zbrojach, tylko z ramienia Zakonu.
Alistair nie odpowiedział. Szli w ciszy, równym, powolnym krokiem.

***

— I tak żerują na ludziach?
Leliana nie brzmiała na przekonaną. Ellen przysłuchiwała się rozmowie jednym uchem, uważniej śledząc korytarze, którymi się przemieszczali. Nie napotkali na swojej drodze wiele trudności – pojedyncze żywe trupy nie były trudnościami – i miała wrażenie, że to tylko cisza przed burzą.
— Nie w grupach — żachnął się Alistair. — Przynajmniej najczęściej nie. Pojedyncze mogą nękać jednego żywiciela całymi latami. Tak słyszałem.
Leliana wzdrygnęła się, przypadkiem szturchając Ellen łokciem.
— Obrzydliwe. Jakim cudem nikt tego nie zauważa?
— Jeden cień nie wywiera takiego wpływu. — Alistair wzruszył ramionami. — Na Ellen rzuciła się cała wygłodniała grupa.
— Ja to zawsze mam szczęście — mruknęła.
— Nie powinnaś była się tam pchać w pojedynkę — wytknął jej oschłym tonem.
Ellen zacisnęła usta. Nie zamierzała przyznawać mu racji. Zrobiła głupio, sporo zaryzykowała, ale ostatecznie skończyło się dobrze, tak?
— Często polowałeś na cienie? — zainteresowała się Leliana.
Alistair westchnął.
— Nie. Mówiłem ci, nie zostałem templariuszem. Zwerbowano mnie do Szarej Straży, zanim złożyłem śluby.
— Brzmisz, jakbyś sporo o nich wiedział — skwitowała nieco urażona.
— Tyle, ile każdy templariusz — rzucił pod nosem.
— Daleko jeszcze? — Ellen posłała Alistairowi wyczekujące spojrzenie.
Alistair zatrzymał się i, marszcząc czoło, przyjrzał się korytarzowi, który właśnie przemierzali. Dla Ellen wyglądał dokładnie tak jak wszystkie poprzednie, nie miała pojęcia, w którą stronę skręcić. Alistair wybrał drogę w prawo.
— Olbrzymi ten zamek — westchnęła Leliana.
— I podobno nie do zdobycia — odparła Ellen. — Tak…
…opowiadał mi ojciec.
Nabrała powietrza.
— …tak słyszałam. Nikomu nie udało się go zdobyć szturmem — dokończyła nieco ciszej, poirytowana wzruszywszy ramionami.
— Tak, obiło mi się o uszy. To całkiem romantyczne, prawda? — Leliana uśmiechnęła się przyjaźnie.
— Zależy, z której strony murów stoisz podczas oblężenia — zauważyła.
Alistair parsknął, ale nie dołączył do rozmowy. Wydawał się trochę bardziej skupiony na szukaniu drogi – możliwe, że zbliżali się do celu. Ellen zerknęła na zawieszony na ścianie gobelin, mimowolnie próbując wyłuskać spośród poplątanych winorośli przedstawioną na nim scenę. Pewnie polowanie. To zawsze były polowania.
Ciszę przerwało ostrzegawcze warknięcie. Zatrzymali się w prawie tej samej chwili – Ellen odszukała Shegara wzrokiem, marszcząc czoło. Wpatrywał się w drzwi, od których Alistair już odchodził, wchodząc w zakręt. Nie słyszała niczego niepokojącego.
— Udajemy, że nic się nie stało? — zaproponował Alistair.
Ellen zmarszczyła czoło. Może Shegarowi tylko się wydawało. Może…
Coś trzasnęło, posadzka lekko zadrżała.
— Nie — zdecydowała i chwyciła za klamkę.
Szarpnęła drzwi w swoją stronę, uginając nogi w kolanach, żeby móc od razu uskoczyć. W półmroku zauważyła jaśniejszą smugę, coś gwałtownie się poruszyło.
— Aaach!
Wrzask zawibrował w uszach Ellen, zmuszając ją do odwrócenia głowy. Za plecami usłyszała zdumione sapnięcie – wróciła spojrzeniem do klęczącej na ziemi dziewczyny. Ukrywała twarz w dłoniach, cała się trzęsła, chyba od płaczu.
Ellen uniosła brwi. Tego się nie spodziewała.
— Proszę, nie róbcie mi krzywdy! — jęknęła łamliwym głosem dziewczyna.
— Uspokój się — rzuciła Ellen. — Nic ci nie zrobimy.
Zabrzmiała chyba oschlej, niż zamierzała, bo dziewczyna ucichła w jedną chwilę. Czknęła, nerwowo ocierając twarz.
— Prze-przepraszam — wyjąkała. — Tak się boję! Te potwory są wszędzie! Na-nazywam się Valena, jestem pokojówką arlessy. Czy… czy nic jej nie jest? Gdzie się wszyscy podziali? — Wsparła się ramieniem na roztrzaskanej skrzyni i wreszcie uniosła głowę.
Ellen zmarszczyła brwi. To imię coś jej mówiło. Poza tym pokojówka arlessy?
Zerknęła krótko na Alistaira, nabierając tchu.
— Valena? Córka kowala?
— Znacie mojego ojca? — Valena zamrugała szybko, kilka łez skapnęło z jej rzęs na zarumienione policzki. — Chcę wrócić do wioski! Jest stąd jakieś wyjście?
— W lochach znajduje się tunel prowadzący na zewnątrz — odparła Leliana.
Ellen wycofała się, pozwalając Valenie stanąć w drzwiach. Obserwowała, jak trwożliwie rozglądała się po korytarzu. Zagryzała wargę tak mocno, że w każdej chwili mogła ją przegryźć. Ellen westchnęła poirytowana.
— A-ale potwory… — szepnęła Valena.
— Zabiliśmy większość z nich. Już jest bezpiecznie. — Alistair pociągnął ją za łokieć, zmuszając, żeby wyszła z kryjówki.
— Znajdę drogę. Szybko biegam i znam zamek. Dziękuję! — zawołała.
Prześlizgnęła się między nimi i ruszyła przed siebie. Naprawdę szybko. Jej bose stopy plasnęły o kamienną posadzkę, odbijając się wokół nieprzyjemnym pogłosem. Ellen odprowadziła ją spojrzeniem.
Przy odrobinie szczęścia nic jej nie zabije po drodze.
— Myślicie, że da sobie radę? — westchnęła Leliana.
— Dużo więcej nie mogliśmy dla niej zrobić — zauważyła Ellen. — Jeśli przeżyła do teraz, chyba uda jej się też przez następną godzinę.
— Chodźmy. Szkoda czasu. Inni mogą potrzebować pomocy — przypomniał Alistair.
Zawrócił w korytarz, który wybrał, zanim Shegar podniósł alarm. Ellen skinęła głową – chociaż nie mógł tego widzieć – i ruszyła za nim. Usłyszała za plecami ciężkie westchnienie Leliany. Szybko ją dogoniła, nawet uśmiechnęła się przyjaźnie. Ellen nie była już pewna, czy Leliana ją lubiła, czy wręcz przeciwnie.
Zresztą nie miało to żadnego znaczenia.
— Na dziedziniec. Musimy wpuścić sir Pertha — rzuciła.
Alistair skinął głową.
Przynajmniej tutaj się zgadzali.

***

— Już blisko!
Ellen wyrwała sztylet z szyi żywego trupa i popatrzyła na Alistaira zaskoczona. Stali w kuchni, jedyne drzwi, jakie przed sobą mieli, prowadziły na schody biegnące w dół. Nie zapowiadało się, żeby tędy trafili na dziedziniec.
— Jeszcze tylko piwnica — wyjaśnił, nagląco machnąwszy ręką.
— Dziedziniec jest za piwnicą? — spytała niepewnie Leliana, chowając ostatnią z nadających się do użytku strzał do kołczanu.
Alistair potrząsnął głową. Wyglądał na naprawdę zniecierpliwionego.
— Chodźmy — mruknęła Ellen.
Nie było sensu dyskutować. Alistair chyba nie umiał wytłumaczyć, dlaczego prowadził ich tak dziwną drogą – a i tak miały tylko jego. Wyprzedziła Lelianę i pierwsza pomaszerowała do drzwi. Za jej plecami rozległ się stukot pazurów Shegara.
Piwnica była ciemna i duszna, odór zgnilizny zdawał się tężeć w powietrzu. Ellen kaszlnęła, przysłaniając nos nadgarstkiem. Leliana nie krępowała się z głośnym krztuszeniem.
— Na oddech Stwórcy, jak tu cuchnie — jęknęła.
— Nie widać żywych trupów — stwierdziła Ellen.
— To dobrze. — Głos Leliany wszedł na wyższe tony.
— Tędy.
Alistair wyminął Ellen i pomaszerował przez cały zalegający na posadzce syf. Shegar dogonił go w kilku susach, jego głośne dyszenie zagłuszyło pokasływanie Leliany. Ellen spróbowała nie poślizgnąć się na niczym, przedzierając się ich śladem. Zaskrzypiały zawiasy, kiedy odnaleźli drzwi.
Schody pokonywali po dwa stopnie naraz. Powietrze stopniowo się oczyszczało i Ellen z przyjemnością oddychała. Ile czasu spędzili w zamkowych korytarzach? Powinni jak najszybciej dołączyć do banna Teagana. Mógł już… mógł już nie żyć. Żołądek skurczył się nieprzyjemnie i słodko rześkie powietrze zaczęło palić w płuca.
Może starali się zupełnie bez sensu. Może czekała ich porażka. Może…
Poczuła na twarzy powiew wiatru. Zachłysnęła się wdechem, prawie potykając się w progu. Leliana przytrzymała ją i pomogła wydostać się na dziedziniec – tonący w cieniu rzucanym przez ogromne drzewo. Mury od wewnątrz porastał bluszcz o pięknych, ciemnozielonych liściach. Było w tym miejscu coś kojąco spokojnego. Coś smakującego prawie jak dom. Ellen westchnęła, zatrzymując się.
— Oho.
Głos Alistaira wyrwał ją z odrętwienia. Skupiła spojrzenie na jego plecach – i zobaczyła, że dobył broni. Zmarszczyła czoło, przerzucając wzrok na dziedziniec. Nie zauważyła zagrożenia, co się mogło…?
Warczenie Shegara prawie zagłuszyło głuche stęknięcia rezonujące wśród murów. Zatrzeszczały naciągane cięciwy i Ellen wiedziała, że to nie był łuk Leliany. Krew szybciej zaczęła krążyć w żyłach, zachęcając do ruszenia.
— Brama jest zamknięta — tchnęła.
— A my jesteśmy w pułapce — odparła Leliana.
— Odwróćcie ich uwagę — zdecydowała Ellen.
Mechanizm otwierający bramę nie był tak daleko. Musiała przedrzeć się przez kilka żywych trupów, ale wydawało jej się, że da radę.
— Co? — Alistair popatrzył na nią podenerwowany.
— Już! — rzuciła.
Ruszyła biegiem, zanim spróbowali ją zatrzymać. Była najmniejsza. Może nie najszybsza, ale do mniejszego celu trudniej trafić. Chyba. Miała taką nadzieję.
Usłyszała za plecami szczęk metalu, głuche dudnienie, pojedynczy krzyk. Nie mogła się obrócić. Każda chwila zbliżała ich do porażki. Do śmierci banna Teagana, do jakiejś tragedii, której Ellen nawet nie umiała nazwać. Mierzyli się z siłami z zupełnie innego świata. Dlaczego stawiała czoła czemuś, czego nie rozumiała? Znowu?
Dopadła do dźwigni i zawisła na niej całym ciężarem. Tuż pod jej stopami na bruku wykrzesała iskry zagubiona strzała. Albo wcale nie taka zagubiona. Ellen stęknęła, mocniej napinając mięśnie. Tego nie przewidziała – chyba była za słaba, żeby otworzyć bramę. I co teraz? Wrócić do Alistaira i Leliany? Wymyślić coś innego? Zacząć bezradnie krzyczeć?
Dźwignia opadła tak gwałtownie, że Ellen straciła równowagę i gruchnęła na tyłek. Jęczący łańcuch mozolnie unosił bramę i ze swojej pozycji Ellen dostrzegła kilka par nóg po drugiej stronie. Sir Perth i jego rycerze. Odetchnęła. Mieli jeszcze walkę do stoczenia. Zamek do odbicia, tak jakby.
Kolejna strzała świsnęła koło niej, tuż przy ramieniu, i wbiła się w bramę. Ellen drgnęła. Sięgnęła po broń, prawie poczuła chłód metalu pod palcami, i przestała oddychać. Coś zmiażdżyło jej pierś, zacisnęło się na brzuchu, a potem gwałtownie szarpnęło. Usłyszała własny piskliwy krzyk.
Świat na moment zniknął. Ziemia zamieniła się miejscem z niebem, wszystko zawirowało, zlało się w litą masę barw. Ellen zacisnęła oczy – i w następnej chwili zabolało całe ciało. Gruchnęła na brukowany dziedziniec, ból eksplodował w barku, w biodrze, przemknął w dół nóg i zmiażdżył żebra. W ustach rozlał się posmak krwi, coś ciepłego zalało oko i nos. Otworzyła usta, by nabrać wdechu, ale zamiast tego z jej piersi wyrwał się głuchy jęk. Nie miała siły wstać.
Ktoś gdzieś krzyczał. Głos przypominał jedynie niewyraźnie tło – jej zmysły skupiały się na dzwonieniu. Metal. Tuż obok. Ellen napięła mniej stłuczoną rękę, szukając broni.
Była wojownikiem, do jasnej cholery. Była Szarą Strażniczką.
I nie zginie, leżąc.
Uniosła się, na siłę otwierając oczy. Tylko na jedno oko widziała dobrze. Zmarszczyła czoło, natrafiając wzrokiem na ogromną postać. To nie był człowiek – i tego jednego była pewna. Cokolwiek to było, miało na sobie zbroję. Trzymało potężny miecz. A hełm przysłaniający twarz ukrywał wszystko poza żarzącymi się lodowatym światłem ślepiami.
Ellen przełknęła ślinę. Istota mogła spokojnie mierzyć ze dwa metry, jeśli nie więcej. Zdawała się zupełnie nieporuszona zamieszaniem na dziedzińcu. Kiedy postąpiła krok w jej stronę, ciało Ellen zareagowało instynktownie. Zaczęła się cofać. Nie widziała żadnego słabego punktu w zwalistej postaci, nie miała pojęcia, gdzie atakować. A stwór się zbliżał, sprężystym, pewnym krokiem.
— Zostaw mnie — wymamrotała przez ściśnięte gardło.
Ślepia jakby wypalały dziurę w jej umyśle.
— Zostaw mnie — powtórzyła na granicy szeptu.
Istota miała zapach. Krwi i śmierci. Odurzający, od którego mięśnie wiotczały, ciało odmawiało posłuszeństwa. Tak pachniała przegrana.
Małej Szarej Strażniczki na kolanach.
Strzały przecięły powietrze i jedna z nich przebiła się przez ramię stwora. Ellen nie widziała krwi. Żarzące się ślepia na moment się od niej odwróciły – i nagle mogła wstać.
Dźwignęła się, ignorując rwanie mięśni, i wyszarpnęła sztylet. Jego lekkość w dłoni wydawała się śmieszna – zwłaszcza kiedy patrzyła na ogrom wroga. Czy to był demon, który nękał Redcliffe? Potworny wojownik prosto z najmroczniejszych koszmarów?
Ruszyła, nawet przez chwilę nie wierząc, że mogła coś zdziałać.
Przesadziła opuszczony miecz i cięła. Odrobinę na oślep. Sztych zazgrzytał na metalu, więc przekręciła nadgarstek. Nie znalazła luki w pancerzu. Odskoczyła, nogi prawie się jej poplątały, ślepia znów ją odnalazły. Zastygła na moment. Powietrze stanęło w gardle, dusząc ją. Nie mogła przełknąć śliny.
— Odsuń się!
Alistair wpadł między nią a stwora i przyjął cios na uniesioną tarczę. Ellen usłyszała jęk drewna. Zamrugała, jakby wyrwana ze snu, i zogniskowała na nim wzrok. Odtrącił broń i zaatakował. Jego miecz świsnął w powietrzu na spotkanie wrogiemu ostrzu.
Była tu doskonale zbędna. Nie miała pojęcia, jak walczyć z tym czymś.
Nie mogła też stać i patrzeć, kiedy Alistair ryzykował życie.
Skoczyła. Przebiegła pod uniesionym ramieniem Alistaira i z całym impetem uderzyła w stwora. Pozbawiła go równowagi, ale nie zdążyła się uchylić – kant jego ciężkiej okrągłej tarczy runął na jej bark. Gruchnęła na kamienie, pozbawiona tchu. Alistair przeszedł nad nią, znów przyjmując cios na swoją broń. Ależ mu pomogła.
Dźwignęła się, zaciskając zęby. Mięśnie drżały, jakby w każdej chwili mogły odmówić posłuszeństwa, jednak odsunęła od siebie zmęczenie i strach. Dzień był jeszcze młody. Miała mnóstwo czasu, żeby głupio ryzykować i popełniać błędy. Na przykład teraz.
Ruszając, rzuciła jednym ze sztyletów. Ostrze świsnęło w powietrzu i zadzwoniło o hełm stwora, nie czyniąc mu krzywdy. Ale go trochę zwolniła. Dźgnęła w bok, prawie w plecy, drugim sztyletem. Znalazła złączenie płyt. Gdyby pchnęła trochę mocniej…
Potężne ramię zmiotło ją z nóg. Przeturlała się po dziedzińcu, czując, że coś znowu zalewało jej oko. Niech to szlag jasny trafi. Poderwała się, nieznacznie się ślizgając, złapała chrapliwy wdech. Jakim cudem to coś było tak silne? Odnalazła spojrzeniem walczących, a serce zgubiło kilka kolejnych uderzeń.
Alistair osunął się na kolano.
Wystarczył jeden atak, by to zakończyć.
Nie sądziła, że mogła biec tak szybko. Wpadła między Alistaira i stwora ślizgiem, ustawiając sztylet płazem do góry. Wrogi miecz zazgrzytał tuż przy rękojeści, grzęznąc w blokadzie. Ellen musiała podeprzeć broń wolną ręką, czując, jak łokieć powoli słabł.
— Alistair! — jęknęła przez zęby.
Ostrze przemknęło pod jej ramionami i wbiło się w pierś stwora. Najpierw tylko do połowy – ale kiedy Alistair wstał, wraził je aż po rękojeść.
Cokolwiek to było, konało w ciszy. Zwiotczało jak śmiertelnie raniony człowiek, zachwiało się, a potem runęło na kolana. Broń zadzwoniła na kamieniach. Alistair wyszarpnął miecz i kopnięciem posłał stwora na ziemię. Zasyczało, gdy ciało jakby zapadło się w sobie. W powietrze uniósł się ciemny dym, na dziedzińcu została tylko pusta zbroja.
Ellen zorientowała się, że nadal trzymała uniesiony sztylet. Nerwowo opuściła ramiona, czując, jak sztywność obejmowała ciało. Nabrała drżącego wdechu.
— Czy to był…? — wykrztusiła.
— Ożywieniec — mruknął Alistair. — Albo upiór, jak kto woli.
Czyli nie demon. To nie wróżyło dobrze.
— Nic wam nie…? — rozległ się głos Leliany. — Na oddech Stwórcy, Ellen!
Ellen drgnęła i obróciła się do niej. Na dziedzińcu leżało mnóstwo trupów – ponownie martwych, jak miała nadzieję. Rycerze sir Pertha powoli zmierzali w ich stronę, podejrzliwie obserwując nieruchome zwłoki. Rozsądnie.
— Twoja twarz! Co się stało? — Leliana chwyciła ją za ramiona.
— Moja twarz? — powtórzyła bezmyślnie.
— Wyglądasz strasznie!
— Dziękuję?
Alistair parsknął cicho. To chyba był śmiech. Leliana posłała mu wściekłe spojrzenie.
— Masz czym wytrzeć tę krew? Krwawisz jeszcze w ogóle? — spytała zatroskana.
— Och. — Czyli to krew zalewała jej wcześniej oko. — Nie, chyba już nie. Nie wiem. Nie myślałam o tym. Trochę rąbnęłam mordą w ziemię.
— Widać. — Alistair uśmiechnął się do niej z przekąsem.
Odpowiedziała uśmiechem. Musiała wyglądać naprawdę dziwnie.
— Chyba rozwaliłaś sobie brew — westchnęła Leliana. — Nie mam niczego pod ręką.
— Wytrę się, spokojnie. — Ellen wzruszyła ramionami i uniosła dłonie do twarzy.
One też nie były zbyt czyste, ale przynajmniej nie we krwi. Nie zważając na niezadowoloną minę Leliany, spróbowała się chociaż trochę doprowadzić do porządku.
Shegar usiadł między nią a Alistairem i westchnął ciężko. Leliana chyba też miała na to ochotę, kiedy, kręcąc głową, odwracała się do podchodzącego sir Pertha.
— Otworzyliście bramy, to dobrze — stwierdził, zatrzymując się przy nich. — Ja i moi ludzie nie możemy się już doczekać, by wreszcie ujrzeć naszego arla. Wejdziemy do głównego hallu razem? Musimy go utrzymać, nawet jeśli nikogo tam nie ma. W przeciwnym razie nie odzyskamy kontroli nad zamkiem.
Ellen opuściła ręce i zerknęła na towarzyszy. Alistair skinął głową, ponure spojrzenie zwrócił na główną część twierdzy. Ellen dopiero teraz zauważyła szerokie schody prowadzące do całkiem sporych wrót. Była tak zaabsorbowana dziwnym stworem, że nawet nie rozejrzała się po dziedzińcu.
— Dobrze — mruknęła. — Ruszajmy.
Może zdążą na czas. Zanim bann Teagan zginie przez pokładane w nich zaufanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz