piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.32 - Plugawiec

Bann Teagan tańczył.
Ellen zatrzymała się parę kroków po przekroczeniu progu – nie mogła oderwać od niego wzroku. Podskakiwał, przyklaskiwał, tupał, zupełnie jakby… jakby coś go opętało. Zerknęła na Alistaira. Wyglądał na równie zdumionego, co przerażonego. Sięgnęła do jego ramienia, trochę bez sensu, ale zanim je ujęła, Alistair ruszył.
— Na oddech Stwórcy — wykrztusiła Leliana.
— Ostrożnie — rzuciła do rycerzy Ellen.
Podążyła za Alistairem, obrzucając czujnym spojrzeniem całą komnatę. Poza bannem Teaganem zauważyła też arlessę Izoldę. Stała trochę z tyłu, z opuszczoną głową. Między nią a bannem… Ellen zmarszczyła czoło.
Siedziało dziecko?
— Czekaj — warknęła, chwytając łokieć Alistaira. — Nie wiemy…
— To Connor — mruknął. — To naprawdę Connor.
Ellen wróciła wzrokiem do dziecka. Chłopiec wyglądał na znudzonego, ale obserwował taniec banna Teagana. Wreszcie nagrodził występ brawami – i jakby na rozkaz bann Teagan przypadł do posadzki, sadowiąc się przy jego nogach. Ellen poczuła, jak coś dławiącego naciskało na jej gardło. Nie mogła przełknąć śliny.
Chłopiec zwrócił się w ich stronę – Ellen ujrzała jego poszarzałą twarz i podkrążone oczy. Wyglądał słabo. Jednocześnie biła od niego nienaturalna powaga. Coś było nie tak.
— Więc to są moi goście? — odezwał się Connor, lekko zachrypniętym, ale bardzo władczym głosem. — To o nich mi mówiłaś, matko?
— T-tak, Connorze — wykrztusiła arlessa Izolda.
Alistair przeszedł jeszcze trochę w przód, z uczepioną jego łokcia Ellen. Mogła go puścić. Powinna go puścić. Ale palce dziwnie zesztywniały, nie potrafiła ich rozprostować. Za plecami słyszała nerwowe szepty rycerzy, uspokajanych przez podenerwowaną Lelianę.
Mag krwi miał rację? Wszystkiego dopuściło się dziecko? Connor?
— A to są ci, którzy pokonali moich żołnierzy? — Connor ruchem głowy wskazał ją i Alistaira. — Tych, których wysłałem do odbicia wioski? A teraz się na mnie gapią!
Bann Teagan poruszył się, kiwając do rytmu całym tułowiem. Ellen ześlizgnęła się na niego spojrzeniem, poszukała kontaktu wzrokowego… i odnalazła zupełnie nieprzytomne oczy. Nie wiedział, gdzie się znajdował ani co robił. Nabrała głębokiego wdechu, mocniej wbijając palce w rękę Alistaira.
— Co to jest, matko? — rozległ się głos Connora. — Nie widzę dość wyraźnie.
Ellen drgnęła. Wyciągnięta ręka Connora wskazywała ją, w zaskakująco władczym geście. Poczuła się jak na egzekucji.
— To… — Izolda zająknęła się, trochę sztywno się wyprostowawszy. — To kobieta, Connorze. Taka jak ja.
— Łżesz! — Krzyk odbił się pogłosem od kamiennych ścian. — Ona zupełnie cię nie przypomina! Spójrz tylko na nią! Dwa razy młodsza od ciebie i o wiele piękniejsza. Dziwię się, że z zazdrości nie każesz jej stracić!
Ellen uniosła brwi. To… nie było miłe. Dla arlessy.
— To nie on — wyszeptał Alistair. — Nigdy się tak nie zachowywał. Nie wiem…
— C-Connorze, błagam, nie rób nikomu krzywdy! — jęknęła arlessa.
Ellen sięgnęła do rękojeści sztyletu. Connor nie zrobił niczego, co sugerowałoby atak, ale… to chyba był demon. Co teraz? Zabić dziecko? Tak to działało? Nie wiedziała o magii niczego. Ani tym bardziej o opętaniu. A jeśli…?
— Mamo?
Drżący, łamliwy głos zabrzmiał zupełnie obco. Ellen wróciła wzrokiem do Connora – i zobaczyła przestraszonego, skulonego chłopca. Wpatrywał się w arlessę szklistymi oczami, objęty chuderlawymi ramionami. Napięcie w powietrzu zelżało, dało się głębiej oddychać.
— Co… co się dzieje? Gdzie ja jestem? — Connor rozejrzał się po komnacie.
— Och, dzięki Stwórcy! Connorze! — zawołała arlessa, padając przy nim na kolana. — Connorze, słyszysz mnie?
Wpatrywał się w nią pustym wzrokiem, zupełnie nieruchomy, nie reagując na ściskające jego dłonie ręce arlessy. Wyglądał, jakby przestał zauważać świat.
— Odejdź ode mnie, głupia kobieto! — warknął nagle, odpychając ją. — Zaczynasz mnie nudzić.
Ellen poczuła na sobie spojrzenie Alistaira. Podłapała kontakt wzrokowy – i zobaczyła bezradność. Tego właśnie potrzebowała. Bezradnego templariusza. W obliczu demona. Czy raczej plugawca? Tak się nazywały, prawda?
— Na oddech Stwórcy! — sapnął sir Perth. — Co tu się stało?
Jakiej odpowiedzi oczekiwał? Przecież widział. Connor odszedł od zmysłów w najmilszej wersji, w najgorszej – był źródłem kłopotów.
— Szarzy Strażnicy… — Arlessa Izolda podniosła się z klęczek. — Proszę, nie róbcie krzywdy memu synowi! On nie odpowiada za swoje czyny!
— Więc to on jest tym złem, o którym mówiłaś — rzuciła Ellen.
Nie spodziewała się, że jej głos zabrzmi tak mocno. Prawie oskarżycielsko.
Arlessa potrząsnęła głową.
— Nie, nie mów takich rzeczy! — jęknęła. — On nie chciał tego zrobić! To wina maga, tego, który otruł Eamona… To od niego wszystko się zaczęło! To on przyzwał demona! Connor próbował tylko pomóc swemu ojcu!
— To była uczciwa wymiana! — warknął Connor.
Arlessa gwałtownie umilkła, rozszerzonymi ze strachu oczami wpatrując się w niego. Może się bała, że powie za dużo. Że zdradzi prawdę. Ellen zacisnęła usta. To było na swój sposób obrzydliwe, żeby plugawiec mniej kłamał od świadomej kobiety.
— Ojciec żyje, tak jak chciałem. Teraz moja kolej, by zasiąść na tronie i wysłać wojska na podbój świata! Już nikt nie będzie mi mówił, co robić! — Connor poderwał się z miejsca, unosząc ręce nad głowę, chuderlawe i słabe.
— Nikt mu nie będzie mówił, co robić! — krzyknął za nim bann Teagan, przyklaskując w głuchej ciszy. — Nikt!
— Cicho, stryju. — Connor popatrzył na niego miażdżąco, chmurnie marszcząc czoło. — Ostrzegałem cię, co się stanie, jeśli dalej będziesz krzyczał, prawda? Ostrzegałem. Ale nie unośmy się. — Przeniósł wzrok na zebrane w komnacie osoby i zatrzymał się na Ellen.
Cudownie. Trochę uwagi ze strony plugawca właśnie dla niej.
— Ta kobieta dostąpi oczekiwanej audiencji. Powiedz, kobieto… po co tu przybyłaś?
To było prawie śmieszne. Naprawdę musiał pytać? I czym niby była oczekiwana audiencja? Krew zawrzała w żyłach Ellen, sprawiając, że zacisnęła wolną dłoń w pięść. Nie puściła Alistaira – nie ufała sobie. Nie chciała przypadkiem ruszyć do Connora, żeby powiedzieć mu prosto w oczy, co o tym myślała.
— Przybyliśmy tu pomóc, jeśli zdołamy — odparła zimnym głosem.
— Pomóc mnie? Ojcu? Sobie? Komu konkretnie? — prychnął Connor.
Wyglądał na poirytowanego. Skrzyżował ręce na piersi, jeszcze mocniej marszcząc czoło. Ellen nagle nabrała przemożnej potrzeby, żeby rąbnąć mu w twarz z pięści.
— Pomóc ludziom, których dręczyłeś — warknęła.
Connor potrząsnął głową.
— Ja się tylko bawiłem! Wszyscy dobrze się bawili! Czy dobrze się bawisz, stryju?
Bann Teagan odchylił się tak, żeby widzieć Connora. Na jego ustach pojawił się półprzytomny, rozanielony uśmiech.
— Marmolada!
To był… żałosny widok. Magia naprawdę potrafiła to zrobić z człowiekiem? Zupełnie wyprać jego umysł, zostawić bezużyteczną ścierę, którą bawili się inni? Nic dziwnego, że ludzie tak się jej bali. Że zamykali magów w Kręgach.
— Widzisz? Dobrze się bawimy! — Connor uśmiechnął się chłodno. — Moim zdaniem próbujecie wszystko zepsuć. Co o tym sądzisz, matko? To chyba mi grozi.
— Nie… nie sądzę… — wymamrotała arlessa Izolda.
— Oczywiście, że nie — parsknął Connor. — Od czasu, kiedy odesłałaś moich rycerzy, nic, tylko zabierasz mi zabawki. Szczerze mówiąc, robi się to nudne. Pragnę rozrywki! Akcji! Ci ludzie zepsuli mi zabawę, ratując tę głupią wioskę, i teraz za to zapłacą!
Ellen drgnęła. Wyszarpnęła sztylet, zanim zastanowiła się, co się działo. Poczuła, że Alistair lekko ją potrącił, obracając się. Cienie pod ścianami poruszyły się niespokojnie.
— Żywe trupy! — zawołała Leliana.
Brzdęknęła cięciwa jej łuku. Ellen odwróciła się, próbując odszukać spojrzeniem przeciwników – i zobaczyła biegnącego do drzwi Connora. Bez zastanowienia rzuciła się za nim, omijając dobywających broni rycerzy. Jeśli im ucieknie, nie zdołają już…
Stęknęła, gdy coś pchnęło ją w plecy. Runęła na kolana, sztylety potoczyły się po posadzce. Najgorzej. Sapnęła, obracając się na ręku, próbując wymacać cokolwiek, co posłużyłoby do walki. Ujrzała nad sobą banna Teagana – z mieczem uniesionym do ciosu.
Naprawdę? Tak miała zginąć? Z ręki sojusznika?
Shegar dosłownie zmiótł banna z nóg. Jego pysk zakleszczył się na ramieniu trzymającym broń, mocne ciało przygniotło go do ziemi. Nie miał jak uciekać – wśród zgiełku walki rozległ się bolesny krzyk. Ellen zerwała się, walcząc z rozjeżdżającymi się nogami. Drżały. Chyba… chyba się przestraszyła.
— Shegar! — zawołała, padając przy bannie Teaganie na kolana. — Nie tak mocno!
Shegar potulnie się wycofał. Ellen pogłaskała go po łbie, odkopując trochę dalej miecz banna. Nie wyglądał jednak na kogoś, kto chciał walczyć. Właściwie… popatrzył na nią podejrzanie przytomnie. Ellen zmarszczyła czoło.
— Wróciłeś? — spytała półgłosem.
— Teaganie!
Krzyk arlessy zawibrował wśród ścian. Ellen poderwała głowę – walka była skończona. Rycerze sir Pertha i Alistair bez trudu poradzili sobie z żywymi trupami. Nigdzie nie widziała tylko…
— Trzymaj — mruknęła Leliana i podała jej sztylety.
Ellen uśmiechnęła się niemrawo. Nie powinna nigdy więcej wypuszczać ich z rąk, nawet przy upadku.
Arlessa Izolda chwyciła banna Teagana pod ramiona i pomogła mu wstać.
— Teaganie, nic ci nie jest? — wykrztusiła łamliwym głosem.
Ellen pozwoliła Lelianie pociągnąć się do góry. Skinęła jej głową, wsuwając broń do osłonek. Ostatecznie wcale się nie przydała.
— Wszystko w porządku, Izoldo — wychrypiał bann, przeczesując palcami poplątane włosy. — Mój umysł należy już do mnie.
— Błogosławiona niech będzie Andrasta! — jęknęła arlessa, ściskając jego dłonie. — Nie wybaczyłabym sobie, gdybyś zginął! Sama cię tu przyprowadziłam! Ależ jestem głupia!
Nie dało się ukryć.
Ellen powstrzymała komentarz i odszukała spojrzeniem Alistaira. Podszedł do nich ze zmarszczonym czołem, zaciskając usta. Był… chyba był zły. Na arlessę?
— Proszę! — jęknęła arlessa, odwracając się do nich. — Connor nie jest za to odpowiedzialny! Na pewno można go jakoś ocalić!
— Nie zamierzamy zabijać dziecka — żachnęła się opryskliwie Leliana.
Czy na pewno? Ellen westchnęła.
Przypadkiem nie tak templariusze radzili sobie z plugawcami? Zabijali je. Słyszała opowieści, nawet nie z drugiej ręki, ale nigdy nie dotarła do niej inna wersja.
— Nie wiem, czy możemy go ocalić — mruknął bann Teagan. — Demony nie słuchają głosu rozsądku.
— On nie zawsze jest demonem, którego widzieliście. — Arlessa potrząsnęła głową, unikając ich spojrzeniem. — Connor nadal ukrywa się gdzieś tam, w środku, i czasem udaje mu się zyskać przewagę. Proszę, ja chcę go tylko chronić!
— Czy nie od tego wszystko się zaczęło? — Głos banna nabrał ostrości. — Najęłaś maga, by w tajemnicy uczył Connora… chciałaś go w ten sposób chronić.
Arlessa ukryła twarz w dłoniach. Przez jej palce dobył się stłumiony, żałosny szloch. Ellen odwróciła wzrok.
Arlessa była głupia, dość mało przewidująca, ale… jej matka zrobiłaby to samo dla jej dobra. Cała rodzina Couslandów zrobiłaby wszystko, żeby ją chronić.
A ona nie zrobiła dla nich niczego.
— Gdyby odkryli, że Connor ma w sobie magię, zabraliby mi go! — zawyła arlessa. — Myślałam, że jeśli nauczy się wystarczająco dużo, by umieć to ukrywać, to…
— Gdzie jest arl Eamon? — wpadł jej w słowo Alistair.
Właśnie. Po to tu przyszli.
Ellen wróciła spojrzeniem do arlessy. Wyglądała na… zaskoczoną. I odrobinę zranioną. Otarła twarz z łez, pociągając nosem wśród świdrującej ciszy. Było w tym coś nieprawdopodobnie irytującego. Może to wspomnienie jej orlezjańskiego pochodzenia.
— Na górze, w swojej komnacie — wymamrotała. — Myślę, że to demon utrzymuje go przy życiu.
— Więc jeśli zniszczymy demona, to…? — Bann popatrzył na nią przerażony.
— Tak, wtedy mój mąż również może umrzeć.
Alistair wypluł z siebie przekleństwo. Nawet w połowie nie oddawało ogromu problemu, który się przed nimi spiętrzył. Przed chwilą musieli tylko dostać się do arla. A teraz… poradzić sobie z demonem tak, żeby go nie zabił?
Ellen przeciągnęła dłonią po twarzy, próbując zebrać myśli.
— Nie miałaś pojęcia, że człowiek, którego zatrudniłaś, był skrytobójcą? — spytała.
— Absolutnie nie. Zaufałam Loghainowi. Bo dlaczego miałabym nie ufać? Skąd mogłam wiedzieć, że mag, którego przyśle, będzie mordercą? — rzuciła z pretensją.
Oczywiście.
Gorycz zmiażdżyła gardło Ellen, na chwilę odbierając głos. Arlessa prawdopodobnie nie miała pojęcia – albo bardzo mętne pojęcie – o tym, co stało się w Ostagarze. Może nawet uważała Strażników za zdrajców.
— Eamon nic o tym nie wiedział? — wykrztusił bann Teagan. — Izoldo, masz pojęcie, co narobiłaś?!
— Eamon chciałby tylko, byśmy zrobili to, co trzeba! — fuknęła. — A ja nie mogłam stracić mego syna! Nie przez… przez magię!
Ellen prychnęła. Ściągnęła na siebie spojrzenie arlessy, banna… i Alistaira. Poczuła się odrobinę osaczona – ale skupiła się na arlessie.
Była tak nieskończenie głupia.
— A teraz możesz stracić nie tylko jego, ale dużo więcej — wycedziła.
Prawdopodobnie nie powinna. Leliana chwyciła ją za łokieć, karcąco sycząc, ale Ellen nawet nie mrugnęła. Obserwowała, jak w oczach arlessy stawały łzy, jak poruszała bezgłośnie ustami, przyciskając dłoń do piersi.
— Nie, nie, proszę! Musi być jakiś inny sposób! Musi być coś, co moglibyśmy zrobić!
Ellen wypuściła powietrze przez nos.
Czyli teraz trudniejsza kwestia.
— Jaki mamy wybór? — Obróciła głowę do Alistaira.
Rozległo się jego ciężkie westchnienie.
— Normalnie nie proponowałbym zabicia dziecka, ale… — urwał, mocno zaciskając usta. — To plugawiec. Nie jestem pewien, czy mamy jakikolwiek wybór.
— Nie możemy zabić chłopca, niezależnie od tego, czy opętał go demon, czy nie — fuknęła Leliana, postąpiwszy krok w przód. — Proszę, nie mówcie mi nawet, że bierzemy to pod uwagę!
Ellen uciekła spojrzeniem.
Naprawdę? Przyszło im decydować o… o czymś takim? Kim oni w ogóle byli? Znaleźli się tu w zupełnie innym celu, a wciągnięto ich w nierówną, dziwną walkę z mocami, których normalni ludzie nie rozumieli.
Jeśli nie pozbędą się plugawca, mieszkańcy Redcliffe nie przeżyją. Jeśli zabiją plugawca, zabiją też Connora.
Istniało dobre wyjście z tej sytuacji?
— Connor to mój bratanek, ale… jest także opętany — usłyszała odległy głos banna Teagana. — Śmierć byłaby dla niego… miłosierdziem.
— Nie, to niemożliwe! — krzyknęła arlessa, szarpnąwszy za rękę banna. — Co… z magiem? On może wiedzieć coś o tym demonie, prawda? Jeśli wciąż żyje, moglibyśmy z nim pomówić! — Popatrzyła na pozostałych.
Sprzeciw narósł w ustach Ellen, ale go przełknęła.
Tylko mag potrafiłby doradzić coś w magicznych sprawach. Niestety. A Morrigan znajdowała się dość daleko, żeby nie było sensu po nią wracać.
— Jest w lochu, wciąż żywy — mruknęła.
— A więc należy go tu natychmiast przyprowadzić — zdecydowała arlessa. — Nie… nie wiem, na ile możemy mu ufać, ale musimy się przekonać, czy coś wie. Teaganie, mógłbyś go odszukać?
— Ja… spróbuję, ale jeśli będzie się opierał, nie zawaham się go zabić — ostrzegł ponurym głosem. — Niedługo wrócę.
Ruszył. Jego kroki odbijały się od ścian echem – dopóki nie zniknął za drzwiami. Rozległo się słabe, łamliwe westchnienie arlessy, jednak Ellen na nią nie spojrzała.
Zrobiła głupotę. A teraz oni prawdopodobnie robili jeszcze większą.
Przyklękła przy Shegarze i zatopiła dłonie w jego ciepłej sierści.

***

Bann Teagan wrócił z magiem. Jowan szedł potulnie, w ciszy, jakby udając, że nie czuł przytkniętego do pleców sztychu sztyletu. Wyglądał mizernie – poza kratami celi jeszcze gorzej niż wcześniej. Ellen poczuła coś na kształt współczucia zaciskającego się na żołądku. Jowan na pewno nie dostawał jedzenia. Może wody też nie. Był brudny, wychudzony, osłabiony. Kiedy jednak podniósł wzrok – w jego jasnych oczach dało się zobaczyć determinację.
— Masz szczęście, że po tym wszystkim, co zrobiłeś, wciąż jesteś wśród żywych, Jowanie — odezwała się lodowatym głosem arlessa Izolda.
Ellen posłała jej chmurne spojrzenie.
Nie mogła zwalać całej winy tylko na niego. Nawet jeśli był magiem krwi.
— Demon, który opanował Connora, musi zostać zniszczony — oznajmił Jowan, ignorując arlessę. — Zabicie Connora to… — zająknął się. — Najprostsza droga do osiągnięcia tego celu.
Alistair wypuścił powietrze na tyle głośno, że Ellen na niego zerknęła. Nie zobaczyła na jego twarzy ulgi – i sama też jej nie czuła. Było coś w tonie Jowana, co kazało trzymać się na baczności.
— Jest jednak inny sposób — podjął Jowan. — Mag mógłby zmierzyć się z demonem w Pustce, nie czyniąc krzywdy samemu Connorowi.
— Co masz na myśli? — spytał Teagan. — Demon jest wewnątrz Connora, prawda?
— Nie fizycznie. — Jowan pokręcił głową. — Demon zbliżył się do Connora w Pustce, gdy chłopak śnił, i to stamtąd go kontroluje. Możemy wykorzystać łączące ich więzy, by odnaleźć demona.
Leliana ujęła rękę Ellen i ścisnęła, dając wyraz swojej ekscytacji. Ellen posłała jej uśmiech – trochę niedbały, odrobinę nieszczery. To brzmiało aż za łatwo. Chciała wierzyć, że wystarczyło poprosić Jowana o pomoc, żeby przerwać koszmar, ale… Nie tego nauczyły ją ostatnie wydarzenia. Może miała już paranoję.
— Więc… możesz wejść do Pustki? — Arlessa lekko uniosła brwi. — I zabić demona, nie robiąc krzywdy mojemu synowi?
— Nie, ale mogę umożliwić to innemu magowi. — Jowan spojrzał na nią przelotnie, nieznacznie kuląc ramiona. — Zwykle wymaga to pewnej ilości lyrium i obecności kilku magów, ale ja dysponuję… magią krwi.
Och. To wisiało w powietrzu od początku rozmowy.
Coś zmroziło ją od środka, usztywniając mięśnie. Słyszała o magii krwi same złe rzeczy – że prowadziła do opętania. Że ściągała demony do ich świata. Z drugiej strony, patrzyła na zupełnie czystego Jowana, a zmagała się z opętanym dzieckiem, które nie miało pojęcia, jak działała magia krwi. Gdzie w tym wszystkim prawda?
— Magia krwi jest zakazana — warknął Alistair. — Wykluczone.
— Ale jeśli jest jakiś sposób, muszę o nim wiedzieć! — Arlessa popatrzyła na niego oburzona, marszcząc czoło. — Proszę! Powiedz nam, co masz na myśli, Jowanie.
— Lyrium zapewnia rytuałowi energię. Ale ja potrafię czerpać tę moc z energii życiowej kogoś innego — wyjaśnił, wpatrując się w swoje dłonie. — Tyle że ten rytuał wymaga jej bardzo dużo. Tak naprawdę to pochłania cały jej zapas.
Co?
Ellen popatrzyła na Alistaira. Jego kamienna twarz sugerowała, że takiej odpowiedzi się spodziewał. Przeniosła wzrok na Lelianę – pobladłą, z lekko rozchylonymi ustami. Ona… się tego nie spodziewała.
Czyli? Zabiją albo Connora, albo jego matkę?
— Więc… ktoś musi umrzeć? — wykrztusił bann Teagan. — Ktoś musi zostać złożony w ofierze?
— T-tak, a potem wyślemy innego maga do Pustki. Ja nie mogę tam wejść, bo będę odprawiać rytuał — wyrzucił z siebie na wydechu Jowan. — Może nie powinienem był o tym w ogóle wspominać. To… to niezbyt zachęcająca możliwość.
Niezbyt zachęcająca? Słyszał sam siebie?
— Czy nie ma innego sposobu? — warknęła poirytowana Ellen.
— Energia musi skądś pochodzić, w tym wypadku jej źródłem może być lyrium albo… krew. — Jowan uśmiechnął się blado, z rezygnacją.
Po co w ogóle o tym wspominał? Nijak im nie pomógł. Teraz tylko…
— Więc niech to będzie moja krew — odezwała się arlessa Izolda. — Złożę swoje życie w ofierze.
— Co?! — wykrzyknął bann Teagan. — Izoldo, oszalałaś?! Eamon nigdy by się na to nie zgodził! –— Chwycił ją za ramiona i potrząsnął gniewnie.
— Albo ktoś zabije mojego syna, żeby zniszczyć to, co kryje się w jego wnętrzu, albo ja oddam życie, aby on mógł ocalić swoje. — Ściągnęła jego dłonie. — Dla mnie wybór jest prosty.
— Magia krwi — wycedził Alistair. — W jaki sposób mogłaby nam tu pomóc? Nie da się naprawić krzywdy jeszcze większym złem.
— Connora nie można w tej sytuacji za nic winić. — Arlessa posłała mu miażdżące spojrzenie. — Nie powinien za to płacić.
— To… to twój wybór, moja droga.
Głos banna Teagana był zgaszony, pełen rezygnacji. Rzeczywiście, tylko arlessa mogła decydować o swoim życiu, nikt z nich nie powinien…
Ellen zmarszczyła czoło. To nie na arlessę patrzył bann Teagan. To nie u niej szukał odpowiedzi Jowan. Wszyscy skupili się na Ellen. Mimowolnie cofnęła się pół kroku, próbując schować się za Alistairem.
Na płonący miecz Andrasty, dlaczego…?
— Wiesz o tych sprawach więcej ode mnie i to ktoś z twoich kompanów musi wkroczyć w Pustkę. Decyzja należy do ciebie. — Bann Teagan uśmiechnął się smutno.
To jakieś żarty.
Ellen potrząsnęła głową. Potrząsała nią wściekle i stanowczo, ale spojrzenia nie chciały z niej zniknąć. Została naznaczona? Napiętnowana? Dlaczego uważali, że to ona powinna plamić sobie ręce krwią? Oddech nieznacznie przyśpieszył, budząc serce do gwałtowniejszego bicia.
Nie mogła… przecież… to nieludzkie.
Poczuła na ramieniu przyjemnie ciężką, ciepłą dłoń. Westchnęła, odchylając głowę – i natrafiła na spojrzenie Alistaira. Było w nim tyle spokoju, że nagle nabrała ochoty, by się nim otulić. Jakim cudem nie wpadał w panikę?
— Musi być jakiś inny sposób, by wejść do Pustki — jęknęła.
Nie brzmiało to jak świadoma, odpowiedzialna decyzja. Błagała. O ratunek.
— Lyrium oraz więcej magów znaleźć można w Kręgu Maginów… — westchnął, lekko marszcząc czoło. — O ile zechcą to w ogóle zrobić.
Coś ciężkiego zniknęło z jej piersi. Prawie się roześmiała, ale zdołała to przełknąć. To byłoby zwyczajnie dziwne.
— Wieża Kręgu znajduje się niedaleko stąd! — zauważyła.
Byli nad Jeziorem Kalenhad, prawda? Wieża Kręgu Maginów też. Ile mogło ich od niej oddzielać, kilka dni? Gdyby spróbowali się tam dostać i ubłagać o pomoc, ocaliliby dwa życia. To brzmiało lepiej niż poświęcanie kogokolwiek.
— To doskonały pomysł. — Alistair uśmiechnął się ciepło. — Jeden z naszych traktatów dotyczy Kręgu Maginów.
Ellen nieco spochmurniała. Przecież to nie był jej pomysł? To on go podsunął. Dlaczego teraz zachowywał się tak, jakby…?
— Wieża znajduje się o jakiś dzień drogi stąd, po drugiej stronie jeziora — wtrącił bann Teagan, nie kryjąc ulgi. — Moglibyście spróbować uzyskać pomoc ze strony magów.
— A co się stanie tutaj? Connor nie pozostanie bezczynny! — rzuciła ostro arlessa.
Nie, nie wracali do patowej sytuacji. Nie teraz, kiedy znaleźli najrozsądniejsze wyjście. Ellen posłała arlessie twarde spojrzenie, lekko unosząc brodę. I tak była za niska, żeby wywrzeć wrażenie, ale mogła próbować.
— Zaryzykujemy — poinformowała.
Lepiej ryzykować z tym pomysłem, niż zabijać każdego na prawo i lewo.
— Dobrze zatem. — Bann Teagan skinął głową. — Zostanę tu z Jowanem na wszelki wypadek. Mówi, że chce nam pomóc, więc razem będziemy mieli oko na Connora.
Jowan przytaknął, pozwalając sobie na blady uśmiech. To dodało jego bladej twarzy odrobiny kolorów.
 — Śpieszcie więc do wieży. Im dłużej będziemy czekać, tym większa szansa, że dojdzie do katastrofy — westchnął bann, przymknąwszy oczy.
— Oczywiście. Wyruszamy natychmiast — stwierdził Alistair.
Ruszył przodem – a za nim zerwał się do biegu Shegar. Ellen w porę się zatrzymała, żeby na niego nie wpaść. Zamek musiał wydawać mu się uciążliwy, skoro tak się ucieszył na opuszczenie jego murów. Uśmiechnęła się blado, zrównując krok z Lelianą.
— To dobre wyjście z sytuacji — mruknęła Leliana, kiedy zostawili za sobą główną salę i pomaszerowali w dół wąskiego korytarza. — Może uda się wszystkich ocalić.
— Albo doprowadzimy do większej katastrofy — wytknęła Ellen.
— Wybór nie magii krwi to zawsze dobry wybór. — Leliana zerknęła na nią, uśmiechając się wymownie. — To trudna sprawa.
Trudna? Opętane dziecko nazywała trudną sprawą?
— Trudną sprawą są nudności po wystawnym obiedzie — parsknęła i pokręciła głową. — Nie możliwość wymordowania połowy rodu.
Gardło zacisnęło się nieprzyjemnie. Nie chciała tego mówić. Nie chciała skojarzyć tego z Wysokożem. Nie chciała poczuć się jak Howe.
Wystarczyłoby jedno jej słowo, żeby zabić syna arla i jego żonę. A może ostatecznie też arla. I po Guerrinach pozostałoby tylko wspomnienie.
Leliana mówiła coś, ale Ellen przestała jej słuchać. Zapatrzyła się przed siebie, trochę powyżej ramienia Alistaira, licząc oddechy. Przy odrobinie wysiłku nikt nie zauważy, że jej nastrój się zmienił. Że znowu to robiła – wpadała w pułapkę wspomnień.
Na zakręcie poślizgnęła się i gdyby nie podparła się na ścianie, wylądowałaby na kolanach. Zaklęła pod nosem, rozmasowując nogę. Uderzyła się w piszczel i nawet nie wiedziała, jakim cudem to zrobiła.
— Ellen? — Leliana obróciła się do niej.
— W porządku, nie przejmuj się. — Machnęła ręką. — Już…
Jej spojrzenie przykuło coś leżącego przy zamkniętych drzwiach. Zmarszczyła czoło, sięgając po błyszczący kształt. Chłód metalu ukąsił opuszki.
Czy to był… medalik? Z symbolem Andrasty?
— …wstaję — dokończyła bardziej nieobecnym głosem.
Zacisnęła na nim dłoń, podnosząc się. Nie wiedziała, dlaczego to zrobiła. Leżał w dziwnym miejscu, nie pasował do zamku arla Eamona, a przede wszystkim – wyglądał, jakby ktoś go zgubił. Wychodząc z tej komnaty. Tuż po naprawie, sądząc po śladach pęknięć.
— Musisz bardziej uważać — upomniała ją rozbawiona Leliana. — Zrobisz sobie krzywdę. Czasami w ogóle nie patrzysz.
— Bo nie ma na co — odpowiedziała prawie bezwiednie.
Odchrząknęła. To było głupie.
— To znaczy…
Leliana roześmiała się. Skinęła na nią dłonią, uśmiechnięta promiennie. Ellen poczuła wstępujący na policzki rumieniec.
Nie spodziewała się… tak miłej reakcji. Na tak niemiłe słowa. Dlaczego Leliana się śmiała? To brzmiało prawie przyjacielsko. Jakby się lubiły.
— Chodź, zanim Alistair zauważy, że nas zgubił.
Skinęła głową. Ruszając za Lelianą, nerwowo wcisnęła medalik do torby przy pasie. Może potem wymyśli, co z nim zrobić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz