piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.32 - Plugawiec


Półmrok głównej sali rozświetlała tylko ciepła poświata bijąca od paleniska na tyłach komnaty. Ogień trzaskał wesoło, chłonąc drewno, które zostało mu podarowane, i wyciągając palce płomieni w stronę komina. Na środku pomieszczenia rozłożono szmaragdowy dywan obszyty złotą nicią, pod ścianami stały długie stoły i ławy, przy których można było siadać, pod sufitem natomiast zawieszono szeroki żyrandol z płonącymi weń świecami; zdawały się niezwykle blade przy jasności paleniska.
Tuż przed kominkiem, na niewielkim podwyższeniu, stała szóstka zapatrzonych w dal strażników w solidnych zbrojach oraz z widoczną bronią trzymaną na wszelki wypadek w rękach. Pomiędzy nimi, dokładnie jak pan i władca tych włości, znajdował się nieduży, chudy chłopiec o nieco za długich rękach w porównaniu do reszty ciała – niewątpliwie jeszcze urośnie, i to dużo, teraz jednak jego smukła budowa nadawała mu nieco niewieści wygląd. Jasnobrązowe włosy wyglądały na nieuczesane, jasnobłękitne oczy śledziły poczynania banna Teagana.
Mężczyzna tańczył bowiem radośnie przed chłopcem, wywijając niczym błazen na dworze króla, przyklaskując czasami lub tupiąc, aż wreszcie dziecko nagrodziło go brawami i pozwoliło usiąść przy swoich nogach. Za chłopakiem kuliła się zgarbiona Izolda ze wzrokiem wbitym w posadzkę, z poszarzałą twarzą oraz zaciśniętymi nerwowo ustami.
Ellen ruszyła prosto do dziecka, wyprostowana, ze spojrzeniem wbitym wprost w dorastającą twarzyczkę – już nie pyzatą, a jednak wciąż zdecydowanie młodą. Jej towarzysze podążyli za nią, Alistair zmarszczył czoło, wodząc wzrokiem od chłopca do Teagana i Izoldy. Cokolwiek się tu działo, nie wyglądało to zbyt dobrze.
— Więc to są moi goście? — spytał zachrypniętym głosem dzieciak.
Strażniczka zatrzymała się kawałek przed podestem, zerkając nerwowo na uśmiechniętego nieprzytomnie Teagana.
— To o nich mi mówiłaś, matko? — zwrócił się do drżącej Izoldy, a kobieta skuliła się jeszcze bardziej.
— T… tak, Connorze — odparła cicho, nie patrząc na syna.
Ellen przeniosła wzrok z powrotem na chłopca.
— A to jest ta, która pokonała moich żołnierzy? — drążył dalej, teraz wskazując wprost na Couslandkę.
Dziewczyna uniosła brew. Jego żołnierzy? Czyżby miał na myśli… żywe trupy? Czyli… chyba… ale…
— Tych, których wysłałem do odbicia wioski? A teraz się na mnie gapi! — zawołał wzburzony, gniewnie mrużąc podkrążone oczy. — Co to jest, matko? Nie widzę dość wyraźnie — warknął do arlessy.
— To… — zająknęła się Izolda, niepewnie prostując zgarbione plecy i spoglądając na drobną Couslandkę. — To kobieta, Connorze. Taka jak ja — wytłumaczyła.
— Łżesz! — krzyknął Connor, unosząc dłoń tak, jakby chciał spoliczkować Izoldę. — Ona zupełnie cię nie przypomina! Spójrz tylko na nią! Dwa razy młodsza od ciebie i o wiele piękniejsza. Dziwię się, że z zazdrości nie każesz jej stracić! — syknął, przenosząc pełen gniewu wzrok na Strażniczkę.
Ellen poczuła, jak oblewa ją zimny pot. To nie było dziecko. To było coś innego, coś gorszego od tych cieni oraz upiorów, które na nich czekały w zamku.
— C… Connorze, błagam, nie rób nikomu krzywdy! — jęknęła Izolda, składając ręce jak do modlitwy i obracając zalaną łzami twarz do syna.
Chłopiec jeszcze chwilę mierzył ją pełnym nienawiści spojrzeniem, po czym nagle przyłożył dłoń do czoła, kuląc się na podeście.
— Mamo? — szepnął niespodziewanie drżącym głosem, dokładnie takim, jakim mówiły dzieci w jego wieku.
Rozejrzał się przerażony dokoła, a dostrzegłszy zastygłą w zdumieniu twarz arlessy, uśmiechnął się niepewnie.
— Co… co się dzieje? Gdzie ja jestem? — wychrypiał, znów tocząc wokół wzrokiem jak ranne zwierzę w potrzasku.
Izolda jęknęła z ulgą i padła na kolana przed synem, ujmując jego drżące dłonie w swoje i zaciskając na nich palce.
— Och, dzięki Stwórcy! Connorze! — zawołała łamiącym się głosem, kolejne łzy stoczyły się w dół jej twarzy. — Connorze, słyszysz mnie? — spytała natarczywie, widząc, że spojrzenie chłopca znów zasnuwa mgiełka.
Chwilę potem wyrwał ręce z dłoni arlessy z obrzydzeniem wykrzywiającym oblicze.
— Odejdź ode mnie, głupia kobieto! — warknął, odtrącając Izoldę jak natrętnego bezpańskiego psa.
Arlessa skuliła się, łkając cichutko.
— Zaczynasz mnie nudzić — wycedził przez zęby, mierząc ją niezadowolonym spojrzeniem, po czym znów przyjrzał się gościom.
— Na oddech Stwórcy! — sapnął zszokowany sir Perth, blednąc. — Co tu się stało?
— Szarzy Strażnicy… — wychrypiała Izolda, odsuwając się od Connora. — Proszę, nie róbcie krzywdy memu synowi! On nie odpowiada za swoje czyny! — jęknęła.
A więc to prawda. Oto stoję przed najprawdziwszym w świecie plugawcem, który bawił się życiem niewinnych ludzi, przed demonem, który wykorzystuje ciało biednego chłopca do własnych celów.
— Więc to on jest tym złem, o którym mówiłaś — rzuciła bardzo powoli Ellen.
Kątem oka dostrzegła, jak Alistair zaciska dłonie w pięści, jednak milczał, wpatrując się w Izoldę i małego Connora. Nie chciała sobie nawet wyobrażać, co musiał czuć. Zwłaszcza że z pewnością wiedział, jak trzeba pozbyć się plugawca.
— Nie, nie mów takich rzeczy! — pisnęła kobieta, podrywając w obronnym geście ręce i potrząsając nimi w panice. — On nie chciał tego zrobić! To wina maga, tego, który otruł Eamona… — spróbowała usprawiedliwić syna łamiącym się głosem. — To od niego wszystko się zaczęło! To on przyzwał demona! Connor próbował tylko pomóc swemu ojcu!
— To była uczciwa wymiana! — warknął Connor.
Ellen spojrzała na niego, choć na chwilę jej żołądek skurczył się mocno. Zdawało się, jakby wraz z chłopcem mówił ktoś jeszcze, kogo słowa było słychać tylko jako niewyraźne, trudne do zrozumienia echo. Jakby przemawiał zza Zasłony, z samej Pustki.
— Ojciec żyje, tak jak chciałem. Teraz moja kolej, by zasiąść na tronie i wysłać wojska na podbój świata! Już nikt nie będzie mi mówił, co robić! — zawołał, unosząc zaciśniętą w pięść dłoń.
— Nikt mu nie będzie mówił, co robić! — powtórzył z obłąkańczym śmiechem Teagan, machając rękoma. — Nikt! — nacisnął, znów zanosząc się przerażającym chichotem.
— Cicho, stryju — skarcił mężczyznę chłopak, uśmiechając się krzywo pod nosem. — Ostrzegałem cię, co się stanie, jeśli dalej będziesz krzyczał, prawda? Ostrzegałem. Ale nie unośmy się — uznał, zwracając się teraz do wszystkich zebranych. — Ta kobieta dostąpi oczekiwanej audiencji. Powiedz, kobieto… — zwrócił się do Ellen, wbijając w nią przeszywający wzrok.
Pochyliła nieznacznie głowę, czekając na słowa chłopca. A raczej plugawca.
— Po co tu przybyłaś?
— Przybyłam tu pomóc, jeśli zdołam — odparła bez zająknięcia.
Connor zmarszczył czoło; odpowiedź najwyraźniej go nie zadowoliła. Przytupnął stopą, splatając ręce na plecach.
— Pomóc mnie? Ojcu? Sobie? Komu konkretnie? — warknął.
Ellen uśmiechnęła się z chłodną uprzejmością, starając się w ogóle nie mrugać, żeby plugawiec nie pomyślał, że mogłaby się go obawiać.
— Pomóc ludziom, których dręczyłeś — sprostowała.
— Ja się tylko bawiłem! — żachnął się, wzruszając ramionami. — Wszyscy dobrze się bawili! Czy dobrze się bawisz, stryju? — zwrócił się do siedzącego przy nim mężczyzny, uśmiechając się krwiożerczo.
Bann popatrzył na niego nieprzytomny, szczerząc zęby.
— Marmolada! — krzyknął uradowany i klasnął w dłonie jak małe dziecko.
Ellen poczuła nagłą potrzebę złapania Teagana za rękę i zabrania od plugawca tak, jak robiły to troskliwe matki, gdy ich dzieci próbowały bawić się czymś, czym nie powinny.
— Widzisz? Dobrze się bawimy! — zwrócił się do Strażniczki Connor. — Moim zdaniem próbujesz wszystko zepsuć. Co o tym sądzisz, matko? To chyba mi grozi — odezwał się do arlessy.
— Nie… nie sądzę… — wycedziła przez zaciśnięte zęby Izolda.
Strażniczka domyśliła się, że te proste słowa kosztowały ją dużo wysiłku.
— Oczywiście, że nie — prychnął plugawiec, mierząc kobietę kpiącym spojrzeniem. — Od czasu, kiedy odesłałaś moich rycerzy, nic, tylko zabierasz mi zabawki. Szczerze mówiąc, robi się to nudne — podsumował, teraz znów patrząc na stojących przed nim wojowników. — Pragnę rozrywki! Akcji! Ta kobieta zepsuła mi zabawę, ratując tę głupią wioskę, i teraz za to zapłaci! — zawołał, machnął władczo ręką, a nieruchomi gwardziści pod ścianami nagle drgnęli i ruszyli sztywnym krokiem do wojowników; i wraz z nimi Teagan.
Ellen zacisnęła zęby, dobywając sztyletów.
— Niezwykle mi przykro, że zniszczyłam twoje plany — syknęła przez zęby.
Rycerze zaatakowali i trzeba było skoczyć do walki bez względu na to, z kim się mierzyli. Pozostało jej wcielenie się po raz kolejny w rolę przywódcy.
— Leliana, Shegar, łucznicy! Alistair, weź wraz z ludźmi sir Pertha wojowników! — rzuciła, skrzyżowała ostrza broni nad głową, blokując atak wymierzony w szyję, by zaraz kopniakiem odtrącić mężczyznę i ruszyć do wywijającego mieczem Teagana.
Musiał być sposób, żeby go unieszkodliwić.
Bann zaatakował ją z niebywałą furią, śmiejąc się dziko i wymachując bronią tak, jakby była to zwyczajna zabawka. Ellen w pewnym momencie pomyślała, że zostanie pokonana, jednak wtedy z pomocą nadszedł Shegar, skoczył na plecy mężczyzny i przewalił go na posadzkę, warcząc głośno. Mimo wyraźnej złości nie zranił Teagana, czekając, aż Strażniczka zdecyduje, co robić dalej.
I Ellen zdecydowała.
— Zostaw go, Shegar. Pomóżmy rycerzom! — zawołała, dotknęła grzbietu ogara i skoczyła do wojowników, atakując innego gwardzistę.
Bann został na posadzce, postękując głucho i próbując się podnieść, choć opadł całkowicie z sił. Walka nie trwała już długo, dawni żołnierze arla – teraz słudzy plugawca – padli pod ostrzami przeciwników i w głównej sali zapanowała przejmująca, pełna napięcia cisza. Alistair i Ellen od razu zaczęli rozglądać się dokoła, próbując zlokalizować miejsce pobytu Connora, jednak chłopiec jakby się rozpłynął. Natomiast w komnacie została Izolda.
— Teaganie! — krzyknęła arlessa, opuszczając kryjówkę w rogu pomieszczenia i podbiegając do podnoszącego się z trudem mężczyzny.
Chwyciła jego dłoń i pomogła mu wstać.
— Teaganie, nic ci nie jest? — zmartwiła się, z trudem przełykając łzy.
— Wszystko w porządku, Izoldo — wychrypiał, uśmiechając się krzywo, i odgarnął opadające na czoło włosy, tocząc dokoła nieco nieprzytomnym spojrzeniem.
Widok Strażników wyraźnie go zaskoczył.
— Mój umysł należy już do mnie — dodał, prostując się z godnością.
— Błogosławiona niech będzie Andrasta! — szepnęła arlessa, ściskając dłonie banna i uśmiechając się przez łzy.
Ellen, Alistair oraz Leliana podeszli do nich, podczas gdy Shegar położył się w miejscu, w którym stał, obserwując w ciszy.
— Nie wybaczyłabym sobie, gdybyś zginął! Sama cię tu przyprowadziłam! Ależ jestem głupia! — wygarnęła łamiącym się głosem. — Proszę! Connor nie jest za to odpowiedzialny! — zwróciła się do Strażników. — Na pewno można go jakoś ocalić!
— Nie zamierzam zabijać dziecka — orzekła Ellen.
Jakkolwiek nie patrzyłaby na całą sytuację, najwięcej winy widziała w postępowaniu Izoldy; gdyby oddała Connora do Kręgu, nic by się nie stało. Może gdyby Couslandka sama była matką, miała dziecko i chciała je chronić… ale zawsze trzeba rozgraniczać ochronę od ryzykowania tragedią.
— Nie wiem, czy możemy go ocalić — mruknął Teagan, rozmasowując obolały kark.
Skrzywił się przy tym brzydko, westchnął ciężko i popatrzył ze smutkiem na zdruzgotaną arlessę.
— Demony nie słuchają głosu rozsądku — przypomniał, jego spojrzenie powędrowało w stronę przejścia prowadzącego w dalsze części zamku.
— On nie zawsze jest demonem, którego widzieliście — sprzeciwiła się Izolda, potrząsając głową. — Connor nadal ukrywa się gdzieś tam, w środku, i czasem udaje mu się zyskać przewagę. Proszę, ja chcę go tylko chronić! — jęknęła.
Strażniczka zacisnęła usta, odwracając wzrok.
— Czy nie od tego wszystko się zaczęło? — warknął zdenerwowany Teagan.
Ruszył w stronę stołu pod przeciwległą ścianą, by zaraz wrócić do nich i rozpocząć wędrówkę od początku.
— Najęłaś maga, by w tajemnicy uczył Connora… chciałaś go w ten sposób chronić — przypomniał, wytykając ją palcem.
Załkała cicho.
— Gdyby odkryli, że Connor ma w sobie magię, zabraliby mi go! — zawołała z pretensją, przyciskając dłonie do mostka i obrzucając Teagana załzawionym spojrzeniem. — Myślałam, że jeśli nauczy się wystarczająco dużo, by umieć to ukrywać, to…
— Gdzie jest arl Eamon? — przerwała jej ostro Ellen.
Izolda powstrzymała narastający w piersi szloch i popatrzyła na Strażniczkę tak jak skarcone dziecko na surową piastunkę.
— Na górze, w swojej komnacie — mruknęła, zaciskając palce na materiale drogiej sukni. — Myślę, że to demon utrzymuje go przy życiu — dodała ledwie słyszalnym głosem, odwracając wzrok.
— Więc jeśli zniszczymy demona, to…? — zaczął przerażony Teagan.
Ellen dostrzegła, jak Alistair zaciska zęby, wbijając przerażająco obojętny wzrok w posadzkę pod swoimi stopami, jakby to mogło mu pomóc stawić czoła rzeczywistości.
— Tak, wtedy mój mąż również może umrzeć — potwierdziła ich obawy Izolda, kiwając głową ze smutkiem.
Couslandka poczuła nagłą ochotę, by spoliczkować kobietę za jej głupotę oraz naiwność, za brak wyobraźni i egoizm. Przeklęte Orlesianki.
— Nie miałaś pojęcia, że człowiek, którego zatrudniłaś, był skrytobójcą? — spytała.
— Absolutnie nie — odparła spokojniejszym głosem, nabierając powietrza. — Zaufałam Loghainowi. Bo dlaczego miałabym nie ufać? Skąd mogłam wiedzieć, że mag, którego przyśle, będzie mordercą?
Ellen odwróciła głowę w drugą stronę, marszcząc nos. Może stąd, że zostawił króla i Szarą Straż na pastwę losu, na żer dla mrocznych pomiotów? Może stąd, że zdradził swój kraj? A może stąd, że zajął bezprawnie tron, nim jeszcze jego córka zdjęła żałobę po mężu?
— Eamon nic o tym nie wiedział? — zdumiał się Teagan. — Izoldo, masz pojęcie, co narobiłaś?! — wykrzyknął wściekły i uderzył pięścią w stojący nieopodal stół, aż drewno zatrzeszczało głucho.
— Eamon chciałby tylko, byśmy zrobili to, co trzeba! — fuknęła zdenerwowana Izolda. — A ja nie mogłam stracić mego syna! Nie przez… przez magię! — dodała drżącym głosem, mniej pewnie, jednak na koniec zadarła dumnie brodę.
Strażniczka zacisnęła zęby.
— A teraz możesz stracić nie tylko jego, ale dużo więcej — uświadomiła jej z okrutną szczerością, nie czując się jakkolwiek winną łzom, które pojawiły się w oczach kobiety.
— Nie, nie, proszę! Musi być jakiś inny sposób! Musi być coś, co moglibyśmy zrobić! — wykrzyknęła, postępując krok w stronę Strażniczki, Ellen jednak odsunęła się od arlessy i obróciła się tak, by widzieć Alistaira oraz Lelianę.
Oboje wpatrywali się w nią.
— Jaki mamy wybór? — mruknęła, pytanie kierując do młodzieńca.
Alistair westchnął ciężko, nie patrząc na nikogo.
— Normalnie nie proponowałbym zabicia dziecka, ale… — zaczął, po czym urwał, zbyt przerażony tym, co już zdążył wypowiedzieć.
Ellen uśmiechnęła się do niego blado, próbując zachęcić do kontynuowania.
— To plugawiec. Nie jestem pewien, czy mamy jakikolwiek wybór — dokończył cicho.
— Nie możemy zabić chłopca, niezależnie od tego, czy opętał go demon, czy nie — sprzeciwiła się Leliana, gniewnie potrząsając głową.
Ellen przygryzła wargę; nie ma to jak dwie skrajne rady, zawsze okazują się niezwykle pomocne przy podejmowaniu ostatecznych decyzji.
— Proszę, nie mówcie mi nawet, że bierzemy to pod uwagę! — zawołała na koniec, widząc zwątpienie na twarzach Strażników.
Couslandka odwróciła wzrok. A co mogli zrobić? Istniał inny sposób na zabicie plugawca? Oczywiście, nie uśmiechało się jej zgładzenie tej małej, chudziutkiej istotki, która na bardzo krótką chwilę patrzyła na świat przerażonymi oczętami, ale znów musiała wziąć pod uwagę dobro wszystkich, nie tylko tego delikatnego chłopca.
Zagryzła wargę.
— Connor to mój bratanek, ale… jest także opętany — odezwał się z trudem Teagan. — Śmierć byłaby dla niego… miłosierdziem.
Ellen zacisnęła powieki.
— Nie, to niemożliwe! — krzyknęła arlessa, uderzając mężczyznę w ramię tak, jakby chciała go wypchnąć z zamku.
Jej oczy wypełniły się łzami.
— Co… z magiem? — uchwyciła się jedynego pomysłu, który jej pozostał. — On może wiedzieć coś o tym demonie, prawda? Jeśli wciąż żyje, moglibyśmy z nim pomówić! — zauważyła z rosnącą nadzieją.
Strażniczka obejrzała się przez ramię, marszcząc w zamyśleniu czoło.
— Jest w lochu, wciąż żywy — zakomunikowała zdawkowo, czując nieznaczną ulgę.
Może nie będzie trzeba zabijać chłopca. Może Jowan odkupi swoje winy. Może pomoże im obu, nie zostanie zmuszona do wybierania większego dobra.
— A więc należy go tu natychmiast przyprowadzić — zdecydowała Izolda, prostując się dumnie. — Nie… nie wiem, na ile możemy mu ufać, ale musimy się przekonać, czy coś wie. Teaganie, mógłbyś go odszukać? — zwróciła się do banna, przenosząc na niego spojrzenie zaszklonych oczu.
— Ja… spróbuję, ale jeśli będzie się opierał, nie zawaham się go zabić — ostrzegł, mijając Strażników i kierując się w stronę bocznych drzwi.
Ellen powiodła za nim wzrokiem, czując na karku przyspieszony oddech zdenerwowanego Alistaira.
— Niedługo wrócę — stwierdził, znikając za progiem.
W komnacie zapanowała pełna napięcia cisza. Izolda ostentacyjnie odwróciła wzrok, zawieszając go w nieokreślonym punkcie na ścianie. Ellen westchnęła cicho i cofnęła się pół kroku, stając ramię w ramię z Alistairem. Delikatnie ujęła jego dłoń w swoją, zaciskając na niej palce.

Teagan wrócił nie więcej niż pół godziny później, prowadząc przed sobą wyprostowanego maga z przytkniętym sztychem ostrza do pleców. Przez chwilę Jowan wyglądał niemal groźnie, kiedy szedł z uniesioną godnie brodą, lekko zmrużonymi błękitnymi oczami oraz zaciśniętymi zębami. Niestety w następnym momencie dało o sobie znać skrajne wyczerpanie spowodowane długim zamknięciem w lochach – w progu potknął się o własne stopy i stracił równowagę, musząc wesprzeć się na ścianie, by nie upaść.
Westchnął ciężko, po czym podszedł chwiejnym krokiem do Izoldy oraz Strażników. Ellen poczuła ucisk w sercu, kiedy patrzyła na tego biednego, zmizerniałego człowieka.
— Masz szczęście, że po tym wszystkim, co zrobiłeś, wciąż jesteś wśród żywych, Jowanie — przywitała go lodowatym głosem Izolda.
— Demon, który opanował Connora, musi zostać zniszczony — oznajmił spokojnie Jowan, ignorując nienawistne spojrzenie Izoldy i skupiając się bardziej na Teaganie, Strażnikach oraz Lelianie. — Zabicie Connora to… — zaczął, zająknął się i zamilkł na chwilę. — Najprostsza droga do osiągnięcia tego celu — dokończył, uśmiechając się blado.
Ellen wyprostowała się, unosząc brwi, Izolda natomiast zmrużyła oczy, czekając na dalsze słowa czarodzieja.
— Jest jednak inny sposób. Mag mógłby zmierzyć się z demonem w Pustce, nie czyniąc krzywdy samemu Connorowi — wyjaśnił.
— Co masz na myśli? — spytał podejrzliwie Teagan. — Demon jest wewnątrz Connora, prawda?
— Nie fizycznie — zaprzeczył mag, uśmiechając się smutno. — Demon zbliżył się do Connora w Pustce, gdy chłopak śnił, i to stamtąd go kontroluje. Możemy wykorzystać łączące ich więzy, by odnaleźć demona.
Ten sposób zdecydowanie bardziej przypadł Ellen do gustu. Spojrzała z radością na Alistaira, jednak natrafiła na jego chmurne oblicze. Zmarszczyła z zaskoczeniem czoło, nie do końca rozumiejąc, dlaczego go ta wiadomość nie ucieszyła.
— Więc… możesz wejść do Pustki? — spróbowała się upewnić Izolda, unosząc brwi.
Jowan niechętnie na nią spojrzał, zaciskając usta.
— I zabić demona, nie robiąc krzywdy mojemu synowi?
— Nie, ale mogę umożliwić to innemu magowi — odparł ze wzruszeniem ramion.
Ellen rozejrzała się dokoła w poszukiwaniu innych magów, jednak takowych nie dostrzegła. Pomyślała o złorzeczącej w obozie Morrigan; czyżby musieli po nią wracać, żeby weszła do Pustki? I czy w ogóle by się na to zgodziła?
— Zwykle wymaga to pewnej ilości lyrium i obecności kilku magów, ale ja dysponuję… magią krwi — sprecyzował cichszym głosem.
Wtedy Ellen zrozumiała, dlaczego Alistair nie ucieszył się, słysząc tę propozycję, a teraz nawet syknął gniewnie przez zaciśnięte zęby. Ją samą zdumiało oszołomienie, które nią zawładnęło, gdy tylko usłyszała słowa Jowana.
— Magia krwi jest zakazana — przypomniała ostrym głosem, wbijając w maga przeszywające spojrzenie. — Wykluczone.
— Ale jeśli jest jakiś sposób, muszę o nim wiedzieć! — sprzeciwiła się arlessa. — Proszę! Powiedz nam, co masz na myśli, Jowanie — zwróciła się do maga.
Czarodziej popatrzył niepewnie na Couslandkę, Ellen jednak spojrzała w bok, zaciskając zęby. Nie ma mowy, żeby się zgodziła. Choćby mieli ją zabić, nie przystanie na to.
— Lyrium zapewnia rytuałowi energię. Ale ja potrafię czerpać tę moc z energii życiowej kogoś innego — wyjaśnił, co pewien czas zerkając na drżącą ze złości Strażniczkę.
Ellen spojrzała z wyrzutem na Alistaira, jakby on mógł coś zrobić.
— Tyle że ten rytuał wymaga jej bardzo dużo. Tak naprawdę to pochłania cały jej zapas — dokończył cicho.
Leliana i Couslandka jednocześnie wydały okrzyk zdumienia oraz przerażenia, przenosząc na maga zszokowane spojrzenie.
— Więc… ktoś musi umrzeć? — spytał cicho Teagan, wpatrując się w Jowana z niedowierzaniem. — Ktoś musi zostać złożony w ofierze?
— T… tak, a potem wyślemy innego maga do Pustki. Ja nie mogę tam wejść, bo będę odprawiać rytuał — ciągnął Jowan. — Może nie powinienem był o tym w ogóle wspominać. To… to niezbyt zachęcająca możliwość — dodał niemal szeptem.
Nie powinieneś był. Ale już się stało.
— Czy nie ma innego sposobu? — nacisnęła Ellen.
Przecież musiało istnieć coś, co mogliby zrobić, by nikogo już nie zabijać.
— Energia musi skądś pochodzić, w tym wypadku jej źródłem może być lyrium albo… krew — wytłumaczył cierpliwie, uśmiechając się smutno.
Strażniczka zaklęła szpetnie pod nosem.
— Więc niech to będzie moja krew — odezwała się milcząca dłuższą chwilę Izolda. — Złożę swoje życie w ofierze.
— Co?! — wykrzyknął Teagan i złapał ramię arlessy, obracając ją gwałtownie w swoją stronę.
Kobieta sapnęła przestraszona, otwierając szerzej oczy.
— Izoldo, oszalałaś?! Eamon nigdy by się na to nie zgodził! –— zawołał zagniewany i potrząsnął nią nerwowo.
— Albo ktoś zabije mego syna, żeby zniszczyć to, co kryje się w jego wnętrzu, albo ja oddam życie, aby on mógł ocalić swoje — przedstawiła.
Ściągnęła ręce banna ze swoich ramion.
— Dla mnie wybór jest prosty — oznajmiła spokojnie.
Ellen przyłapała się na tym, że zastanawia się, czy i ona potrafiłaby oddać życie za swoje dziecko. Potrząsnęła gniewnie głową; teraz jej zadanie sprowadzało się do ocalenia wszystkich, których tylko zdoła.
— Magia krwi — wycedził przez zęby Alistair, nie kryjąc nienawiści.
Spojrzał z wyrzutem na Izoldę, jakby chciał ją złajać za to, co powiedziała.
— W jaki sposób mogłaby nam tu pomóc? Nie da się naprawić krzywdy jeszcze większym złem — zauważył, kręcąc z niedowierzaniem głową.
— Connora nie można w tej sytuacji za nic winić — stwierdziła gniewnie Izolda, nie patrząc na nikogo. — Nie powinien za to płacić.
— To… to twój wybór, moja droga — zwrócił się niespodziewanie do Ellen Teagan.
Po chwili także Jowan na nią spojrzał, a zaraz wszyscy wpatrywali się w drobną dziewczynę, oczekując, że wyda wyrok. Rozejrzała się zdumiona po twarzach zebranych; niby jakim prawem miałaby decydować, co było słuszne, a co nie?!
— Wiesz o tych sprawach więcej ode mnie, i to ktoś z twoich kompanów musi wkroczyć w Pustkę. Decyzja należy do ciebie — wyjaśnił łagodnie bann.
Strażniczka wbiła wzrok w posadzkę. Owszem, dysponowała pomocą Morrigan… może ona mogłaby zaproponować coś innego? Ale zabicie Izoldy, złożenie jej w ofierze magii krwi… Nie, nie, nie!
— Musi być jakiś inny sposób, by wejść do Pustki — jęknęła, łapiąc ramię Alistaira i zaciskając na nim palce.
Strażnik uśmiechnął się niepewnie.
— Lyrium oraz więcej magów znaleźć można w Kręgu Maginów… — zauważył.
Oczy Ellen zabłysły entuzjastycznie.
— O ile zechcą to w ogóle zrobić.
— Wieża Kręgu znajduje się niedaleko stąd! — zawołała radośnie.
Wystarczyło obejść Jezioro Kalenhad od wschodu, jeśli dobrze pamiętała, a można było trafić do magów oraz poprosić ich o pomoc. I uratować życie Izoldy i Connora, nikogo nie trzeba będzie poświęcać!
— To doskonały pomysł — poparł Strażniczkę Alistair, zwracając się do banna oraz arlessy, poniekąd również do Jowana.
Mag cofnął się o krok, jakby przyjmował do wiadomości, że stał się zbędny.
— Jeden z naszych traktatów dotyczy Kręgu Maginów.
— Wieża znajduje się o jakiś dzień drogi stąd, po drugiej stronie jeziora. Moglibyście spróbować uzyskać pomoc ze strony magów — odezwał się z ulgą Teagan, wypuszczając powietrze.
Ellen uśmiechnęła się szeroko.
— A co się stanie tutaj? Connor nie pozostanie bezczynny! — przypomniała ostrym głosem Izolda.
Strażniczka potrząsnęła głową, już nawet nie zwracając na kobietę większej uwagi.
— Zaryzykuję — stwierdziła po prostu.
— Dobrze zatem — zgodził się Teagan, uśmiechając się do Strażników. — Zostanę tu z Jowanem na wszelki wypadek. Mówi, że chce nam pomóc, więc razem będziemy mieli oko na Connora — uznał, a mag skinął głową, na jego ustach pojawił się subtelny uśmiech. — Spieszcie więc do wieży. Im dłużej będziemy czekać, tym większa szansa, że dojdzie do katastrofy — zauważył poważnym głosem.
— Oczywiście. Wyruszamy natychmiast — zadeklarowała się Ellen i skinęła na towarzyszy.
Pożegnawszy się z arlessą, bannem oraz Jowanem, skierowali się w stronę drzwi prowadzących na dziedziniec, Couslandka jednak zatrzymała się niespodziewanie. Alistair spojrzał na nią pytająco.
— Poczekajcie na mnie na zewnątrz, zaraz przyjdę. Sprawdzę coś jeszcze — stwierdziła po chwili zastanowienia.
— Co tym razem? — spytała nieco podejrzliwie Leliana.
Ellen posłała jej uśmiech i obejrzała się przez ramię.
— Rozejrzę się tu trochę, może znajdę jakieś papiery, które przybliżą nam okoliczności otrucia Eamona — rzuciła.
Shegar zamerdał ogonem i podszedł do Strażniczki, deklarując gotowość do towarzyszenia jej. Alistair zmarszczył czoło.
— Nie ufasz Jowanowi, prawda? — zauważył, uśmiechając się blado.
Pokręciła głową, przyglądając się mu, po czym pogładziła łeb ogara.
— To nie tak. Po prostu nawet on mógł nie wiedzieć wszystkiego. To nie zajmie dłużej niż kilka minut, proszę — nacisnęła i ostatecznie Alistair poprowadził Lelianę do drzwi, przykazawszy Ellen uważanie na siebie oraz nie pakowanie się do pomieszczeń, z których dobywają się dziwne dźwięki.
Shegarowi natomiast kazał wynieść Strażniczkę z zamku, jeśli będzie próbowała głupot.
Tak pouczona Couslandka ruszyła z powrotem w zamkowe korytarze, mając zamiar znaleźć pokój z dokumentami, biuro, cokolwiek, gdzie mogłyby się znajdować interesujące ją papiery. Z pomocą Shegara dotarła do takiej komnaty względnie szybko.
Pomieszczenie nie było duże, na kamiennych ścianach wisiały obrazy przedstawiające arla i jego żonę, syna, Redcliffe, nieznane dziewczynie postacie, w rogach postawiono półki z książkami, natomiast na samym środku pokoju znajdowało się biurko. Ellen kazała Shegarowi zostać przy drzwiach, a ogar bez szemrania przywarował w wyznaczonym miejscu, spoglądając w korytarz. Strażniczka otworzyła pierwszą szufladę, pobieżnie przejrzała jej zawartość i zabrała się do przeszukiwania następnych partii biurka.
W jednej z tych szuflad, już ostatniej sprawdzanej, znalazła coś dziwnego. Nieduży, chyba pozłacany amulet z długim, mocnym łańcuszkiem wyglądającym na nowy. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie, gdyż wisior zdawał się być bardzo pieczołowicie posklejany po strasznym wypadku.
Ellen zmarszczyła czoło, przesuwając palcami po wygrawerowanym na metalu symbolu, i ze zdumieniem zrozumiała, że był to święty znak Andrasty. Jej serce zabiło mocniej w piersi, gdy przypomniała sobie pewną rozmowę.
 Pamiętam, że miałem amulet ze świętym symbolem Andrasty. Była to moja jedyna pamiątka po matce. Kiedy dowiedziałem się, że zostanę odesłany do klasztoru, zdarłem amulet z szyi i rzuciłem nim o ścianę, rozbijając na kawałki”.
Zacisnęła dłoń na niedużej biżuterii, po czym odwróciła się i ruszyła szybkim krokiem do wyjścia, cmoknięciem przywołując do siebie Shegara. Ogar podniósł się z posadzki i podreptał za nią, machając od niechcenia ogonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz