piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.33 - Noc rozmów

Wracali w ciszy. Ellen trochę się z tego cieszyła – a trochę ją to przytłaczało. Kiedy milczeli, ciężar odpowiedzialności mocniej i mocniej przygniatał ramiona, ciągnąc do ziemi. Nie była pewna, czy w ogóle potrafiła objąć umysłem to, czego musieli dokonać. Od-opętać dziecko. Sam pomysł, że to możliwe, nieco oszołamiał.
Shegar truchtał przed nimi, jakby doskonale wiedział, dokąd szli. Ominęli Redcliffe, wydostawszy się z zamku główną bramą – mogli od razu wejść na trakt. Ellen nie wiedziała, co mieliby powiedzieć mieszkańcom czekającym na wieści. Że ich arl znajdował się w szponach demona, którego przyzwał jego syn? Że właśnie wyruszali po pomoc i przy odrobinie szczęścia nic ich nie zeżre przez najbliższych kilka dni?
Ellen potarła twarz dłońmi, czując nieprzyjemny posmak w ustach. Kiedy myślała o wszystkim, co nagle się na nią zwaliło, miała ochotę położyć się i umrzeć. Ocalenie Fereldenu, które na początku najbardziej przerażało, nagle rozbiło się na kilka, jeśli nie kilkanaście małych cegiełek. I każdą z nich musiała dźwigać ze sobą, bo z jakiegoś powodu ludzie, słysząc o Szarej Straży, oczekiwali cudu. Alistair nie wyglądał na aż tak przejętego. Może przywykł? Był Strażnikiem dłużej od niej.
Nie miała odwagi spytać. Nie miała odwagi za długo o tym myśleć. Może… może wystarczyłoby nie myśleć? Żyć z dnia na dzień i pozbywać się po jednej cegiełce? Na początek pokonali żywe trupy, to zawsze coś. Teraz musieli dojechać do Kręgu Maginów. Potem się pomartwi przekonywaniem magów do ratowania opętanego dziecka.
Czy naprawdę to ona będzie musiała ich przekonywać?
Żwir chrzęścił pod stopami, mieszając się z szumem drzew. Ellen nie wiedziała, kiedy dokładnie, ale wokół zapadł półmrok. Zbliżał się wieczór i dopiero to uświadomiło jej, jak wiele czasu spędzili w zamku Redcliffe. Na oddech Stwórcy, cały dzień biegania, walczenia i rozmawiania o nieprzyjemnych sprawach. Po całonocnej walce.
— Już blisko — odezwała się Leliana.
Ellen bezmyślnie skinęła głową. Widziała wśród drzew migoczące płomienie ogniska, prawdopodobnie ich obozowiska, ale nie poczuła ulgi. Musieli porozmawiać z Morrigan i Stenem. Wytłumaczyć, że Plaga została odłożona na rzecz głupiego dzieciaka.
Tak bardzo chciało jej się spać.
W obozowisku panował spokój. Ellen dostrzegła wóz Bodahna, ale nigdzie nie zauważyła krasnoludów. W cieniu drzew pasły się konie, siwek Alistaira odcinał się od mroku zapadającej nocy jasną smugą. Ognisko trzaskało wściekle – prosto w oczy siedzącego przy nim Stena. Tylko on był w zasięgu wzroku.
Sten uniósł głowę.
— Wróciliśmy! — obwieściła Leliana.
Ellen wzdrygnęła się od jej mocniejszego głosu. Shegar ruszył galopem w stronę Stena, merdając ogonem.
— Gdzie reszta? — spytała niepewnie Ellen.
— Trochę tu pusto — zgodził się z nią Alistair.
Sten wymownie popatrzył w gorzej oświetloną część obozowiska. Rzeczywiście, dało się wypatrzyć kontury namiotu. Którego poły nagle się uniosły, ukazując Morrigan.
— Nareszcie — parsknęła odrobinę opryskliwie.
Ellen zdążyła odwyknąć od jej pozytywnego podejścia do wszystkiego.
— Zmiana planów — poinformowała.
— To ja przygotuję kolację — zdecydował Alistair, wymijając Ellen.
Popatrzyła za nim z oburzeniem, ale udał, że tego nie zauważył. Znowu zostawiał ją samą z odpowiedzialnością! Dlaczego to ona miała rozmawiać? Nie umiała rozmawiać z ludźmi, chyba już to zauważył.
Westchnęła poirytowana. Przynajmniej Leliana przysiadła obok Stena i posłała jej zachęcający uśmiech.
— Co znowu? — warknęła Morrigan.
Sten milczał.
Ellen nie wiedziała, co gorsze.
— Redcliffe ma problemy — zaczęła, rozcierając ręce. — Jest terroryzowane przez… cóż… demona. Tak jakby. Plugawca chyba bardziej. Dokładniej przez syna arla.
Cisza.
To było zdecydowanie gorsze.
— I? — Morrigan uniosła brwi.
Ellen nabrała powietrza.
— Jedziemy po magów z Kręgu, żeby chłopaka uratować — stwierdziła ostrożnie. — Jeśli tego nie zrobimy, arl umrze. Jeśli arl umrze, polityka nam nie wyjdzie. Zresztą i tak musimy zdobyć magów, bo mamy dla nich traktaty, więc…
— Chyba żartujesz. — Morrigan potrząsnęła głową. — Skoro nie da się wykorzystać arla, trzeba skupić się na najważniejszym. Na Pladze. Zrealizować traktaty, a nie niańczyć czyjegoś nieodpowiedzialnego bachora.
Sten nadal się nie odezwał. Coś trzasnęło głucho i Ellen była prawie pewna, że to naczynia, które przygotowywał Alistair. Leliana wyrywała źdźbła trawy spod butów.
Dlaczego jej nie dziwiło, że nikt nie zamierzał kłócić się z Morrigan?
— Poza Plagą jest też problem Loghaina, wiesz? — przypomniała Ellen trochę zbyt piskliwym głosem. — Jeśli nie przekonamy szlachty, że nie jesteśmy zdrajcami, możemy zapomnieć o wojskach. Bez nich…
— Zaręczam, że da się to zrobić bez tych kombinacji. — Morrigan zaborczo skrzyżowała ramiona na piersiach. — Nie ten arl, to inny. Jego problemy nas nie obchodzą.
Serce Ellen biło coraz szybciej. Nie wiedziała, czy ze strachu, czy ze złości. Spróbowała przełknąć ślinę, ale nieprzyjemnie stanęła jej w gardle.
To nie powinno tak wyglądać. Nie mogło tak wyglądać. Nie zamierzała podejmować decyzji tylko po to, żeby się z nich nerwowo tłumaczyć. Żeby świecić oczami przed niezadowolonymi osobami. Przecież to szaleństwo. Morrigan nawet tam nie było.
— Nie.
Zaskoczyła ją stanowczość we własnym głosie. Szybko uniosła wzrok, zanim pewność siebie zniknęła – i podłapała lekko zdezorientowane spojrzenie Morrigan.
— Nie — powtórzyła. — Nas jego problemy obchodzą. Bo tak postanowiłam w Redcliffe. Jedziemy do Kręgu Maginów, żeby pomóc Connorowi i zdobyć poparcie magów. Czy ci się to podoba, czy nie.
Morrigan zmarszczyła czoło.
— Nie będziesz decydować w moim imieniu. Kim niby jesteś, żeby mieć do tego prawo? — warknęła.
Ellen ze świstem nabrała powietrza.
Kim była? Właściwie to nikim. Przestraszoną dziewczynką w otoczeniu osób, których nawet za dobrze nie znała. I czuła na sobie spojrzenia wszystkich.
Czekali. Trochę jak sępy.
— Szarą Strażniczką, której posłuchałaś, kiedy kazała ci zostać w obozowisku — odpowiedziała powoli, niższym głosem. — Jeśli uważasz, że nie warto mnie słuchać, trzeba było pójść z nami.
Morrigan milczała. Zaciskała usta, ale w jej spojrzeniu Ellen nie widziała wrogości. To było coś innego, czego nie umiała nazwać.
Wściekle potrząsnęła głową, przeczesując włosy dłońmi.
— Rano wyruszamy do Kręgu i gówno mnie obchodzi, czy komuś jeszcze to się nie podoba — burknęła. — Nie będę spełniać wszystkich życzeń.
Nie nadszedł żaden protest. Morrigan odwróciła się i odeszła w stronę swojego namiotu – ale nie zrobiła tego tak gwałtownie, by uznać to za demonstrację złości. Ellen wypuściła wstrzymywane powietrze i usiadła obok Leliany.
— Co będziesz gotował, Alistairze? — zagadnęła lekkim głosem Leliana.
Ellen podciągnęła nogi do piersi i skupiła się na masowaniu skroni. Nawet nie usłyszała odpowiedzi Alistaira, zapatrzona w trzaskające płomienie. Sten dorzucił kolejną szczapę drewna, w powietrze wystrzeliły iskry. Głowa nieprzyjemnie pulsowała, przypominając o zmęczeniu, frustracji i bezradności.
Może nie powinna była tak potraktować Morrigan. Może powinna wziąć pod uwagę jej zdanie. Przecież to nie tak, że nimi dowodziła. Ale gdyby każdy chciał robić po swojemu, nie osiągnęliby niczego.
Wokół poniósł się wesoły głos Bodahna, jednak Ellen zdobyła się tylko na uniesienie dłoni w przywitaniu. Uratowała ją Leliana – wstała i ruszyła do Bodahna, zagadując go podobnie pogodnym tonem. Ellen mimowolnie odetchnęła.
Sten podniósł się i odszedł w półmrok. Bez słowa. Nie odezwał się przez cały ten czas i to już było trochę dziwne. Ellen popatrzyła za nim, przesunęła wzrokiem po jego szerokich ramionach – nie wyobrażała sobie walki z większą ilością qunari. Byli ogromni, silni i po prostu przytłaczali. Zwłaszcza takich konusów jak ona.
Spojrzenie prześlizgnęła na Alistaira. Mieszał w zawieszonym nad ogniskiem garnuszku, z którego powoli zaczynała unosić się para. Ellen nie czuła jeszcze żadnego zapachu, ale po tylu godzinach była gotowa zjeść dosłownie wszystko. Zresztą Alistair wcale źle nie gotował. Gdzie się tego nauczył? Chyba nie w Straży. Może templariusze musieli umieć o siebie zadbać?
Uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę niczego o nich nie wiedziała. O templariuszach. Wybierali się do Kręgu Maginów, gdzie na pewno się od nich roiło, a ona nie miała pojęcia, czego się spodziewać. Widywała pojedynczych rycerzy w Wysokożu, ale nigdy nie zamieniła z nimi choćby słowa. Pewnie dlatego, że jako dziecko trochę się bała, za to kiedy dorosła, omijała budynki Zakonu możliwie najszerszym łukiem.
— Czym dokładnie zajmują się templariusze? — rzuciła w przestrzeń.
Alistair spojrzał na nią zaskoczony. Dym z ogniska na moment przysłonił jego twarz i rozległo się kaszlenie. Ellen uśmiechnęła się lekko, opierając brodę na kolanach.
— W zasadzie szkoleni są do walki — wykrztusił, wściekle zamachawszy dłonią w powietrzu. — Zakon powie ci, że templariusze istnieją po to, by bronić wiary, ale nie daj się na to nabrać. To armia. — Wzruszył ramionami. — Innym zadaniem templariuszy jest oczywiście polowanie na magów. W tym celu szkolimy się w zakresie wysysania many oraz zakłócania zaklęć.
Ellen pozwoliła sobie na uniesienie brwi, obserwując, jak Alistair mieszał w swojej potrawce. Wyglądał tak… niewinnie. Jakby mówił o czymś, co prawie go nie dotyczyło.
— Upolowałeś wielu magów? — Przechyliła głowę.
Alistair zmarszczył czoło.
— Nie. Nigdy nie zostałem templariuszem w pełnym tego słowa znaczeniu — zauważył. — Duncan zwerbował mnie, zanim zdążyłem złożyć śluby. Byłem obecny tylko przy jednej Katordze, rytuale, podczas którego magowie poddawani są próbie. Właściwie to nie różni się aż tak bardzo od naszego Dołączenia i… jest równie niebezpieczny.
Zapadła chwila ciszy i Ellen naprawdę nie wiedziała, dlaczego wydawała się tak napięta. Poruszyła się niespokojnie, zaciskając ramiona wokół kolan. Dołączenie było okropne i nie chciałaby przeżyć czegoś podobnego ponownie. Jeśli Katorga przynajmniej trochę je przypominała… chyba Ellen trochę współczuła magom.
Alistair westchnął i pokręcił głową.
— Dziewczyna, którą sprawdzali… — podjął ciszej. — Umieścili w jej wnętrzu demona, by przekonać się, czy zdoła mu się oprzeć. Nie dała rady.
Co?
Ellen wyprostowała się, posyłając Alistairowi zdruzgotane spojrzenie. Jak to – umieścili w niej demona? To w ogóle było… legalne? Zgodne z prawem? Czy Ferelden miał jakieś prawa odnośnie demonów? Albo wpływów Zakonów? Co to w ogóle…?
To brzmiało jeszcze gorzej niż Dołączenie. Widziała Connora. Kiedy znajdował się pod całkowitym wpływem demona, ale też kiedy na chwilę zyskiwał przewagę. I stawał się przerażonym, zdezorientowanym chłopcem.
Na płonący miecz Andrasty, jak ktokolwiek mógłby…?
— Musieliśmy… szybko to zakończyć — wymamrotał Alistair, obracając w palcach drewnianą łyżkę. — Muszę ci się przyznać, że nie miałem po tym wielkiej ochoty zostać templariuszem.
Ellen trochę bezmyślnie skinęła głową.
Templariusze mogli decydować o życiu i śmierci maga? Mogli kontrolować umieszczanie w jego wnętrzu pieprzonego demona? To nieprawdopodobne. To brzmiało na ogrom władzy w rękach dobrze wyszkolonych osób. Magów bali się przecież wszyscy – poza templariuszami. Tylko oni potrafili zablokować ich magię.
— Wygląda na to, że templariusze mogliby kierować Zakonem — zauważyła.
— Mogłoby się tak wydawać, ale to niemożliwe. — Alistair pokręcił głową, na jego ustach pojawił się dziwny uśmiech. — Zakon trzyma swych templariuszy w ryzach. Widzisz, dostajemy lyrium, które pomaga w rozwoju naszych zdolności magicznych… a to oznacza, że stajemy się od niego uzależnieni. I ponieważ Zakon kontroluje handel lyrium z krasnoludami… No cóż, z pewnością potrafisz dodać dwa do dwóch.
…co.
Nie powinna była pytać. Jeszcze przed chwilą templariusze wydawali jej się ponurymi ludźmi w błyszczących zbrojach, z którymi nie miała ochoty rozmawiać. Teraz… nie wiedziała, co czuła. I wobec templariuszy, i Zakonu.
Zagryzła wargę tak mocno, że zabolało.
— Byłeś uzależniony od lyrium? — wykrztusiła.
— Na szczęście nie. — Alistair uśmiechnął się znad garnuszka. — Lyrium zaczynasz otrzymywać dopiero po złożeniu ślubów. Nie jest niezbędne templariuszom do nauki. Sprawia tylko, że stają się skuteczniejsi. A przynajmniej tak mi mówiono. Możliwe, że to nieprawda. Zakon zwykle nie pozwala templariuszom opuszczać swych szeregów, żeby nie mogli wyjawić innym tajemnic. Ja jestem wyjątkiem. Szczęściarz ze mnie.
Na pewno miał szczęście, że go nie uzależnili. Przecież to czyniło z templariuszy marionetki Zakonu. Nawet gdyby chcieli się zbuntować, zrobić coś zgodnie ze swoim sumieniem… nie mogli. Podobnie jak żołnierze. Bunt w szeregach zazwyczaj karany był śmiercią. Nie wolno dezerterować, fizycznie czy psychicznie. Może dlatego Alistair porównał templariuszy do armii?
— Hej, nie rób takiej miny. — Alistair zamachał ręką przed jej oczami.
Nawet nie zauważyła, kiedy usiadł bliżej. Drgnęła nerwowo, szybko mrugając. Alistair znów się uśmiechnął.
— To nie zawsze takie straszne, wiele osób idzie tam z powołania — zauważył. — Akurat nie ja, ale niektórzy…
— I zgadzają się na coś takiego? To nieludzkie.
Alistair przeniósł wzrok przed siebie, lekko wydąwszy usta. Wyglądał, jakby się nad tym zastanawiał, chociaż dla Ellen odpowiedź była dość oczywista.
— Ja bym się nie zgodził. Pewnie dlatego tu jestem.
To nie do końca odpowiedź na jej pytanie, ale Ellen mogła ją przyjąć.
— To naprawdę konieczne? Kręgi i cały ten nadzór templariuszy? — wymamrotała.
Wydawało jej się, że to polegało tylko na wzajemnym krzywdzeniu się. Konieczność ochrony innych przed magią krzywdziła templariuszy, którzy krzywdzili magów, żeby nie musieli chronić innych przed magią. Czyste szaleństwo.
— Nikt jeszcze nie wymyślił lepszego sposobu — zauważył Alistair. — Zakon uważa, że to jedyne wyjście. Magia ma służyć człowiekowi, a nie nim władać.
— Morrigan służy — wytknęła. — I nigdy nie była w Kręgu.
— Connor też nie był.
Głos Alistaira przygasł i Ellen nie odważyła się podjąć tematu. Zresztą pewnie mądrzejsi już nad tym myśleli i niczego nie wymyślili, dlaczego ona miałaby znaleźć rozwiązanie, którego nie odkryto od tylu stuleci?
Alistair wrócił do gotowania. Zapadła cisza, trochę mniej przyjemna niż wcześniej. Cień podróży do Kręgu zdawał się wisieć nad nimi jak katowski topór. Ellen nie mogła się doczekać, żeby znaleźć się w otoczeniu marionetek Zakonu – magów czy templariuszy.
Nie mając co zrobić z rękoma, wyjęła z osłonki jeden ze sztyletów. Matka zawsze ją ganiła, kiedy bawiła się bronią, a Ellen nigdy jej nie słuchała. Balansowanie ostrzem wcale nie było trudne ani tym bardziej niebezpieczne – w najgorszym wypadku mogła się skaleczyć. Ułożyła sztych na środku dłoni i powoli puściła, żeby nie upadł. Przechylił się w jedną stronę, potem w drugą, Ellen jednak podążała ręką za środkiem ciężkości.
Matka już nie mogła jej tego zabronić, a Ellen mimo to trochę czekała, aż usłyszy jej karcący głos.
— Nie rozumiem — rozległo się.
Ellen drgnęła, sztylet natychmiast gruchnął na ziemię. Zgięła i rozprostowała palce, zanim po niego sięgnęła. Serce biło jej jak wściekłe.
Spojrzała na stojącego z drewnem w ramionach Stena. Kucnął, odkładając gałęzie na ziemię, ale obserwował ją.
— Wyglądasz jak kobieta — stwierdził.
Ellen uniosła brwi.
Ze wszystkiego, co mógł powiedzieć, tego na pewno się nie spodziewała.
— Jestem kobietą, Stenie — zauważyła ostrożnie.
— Jesteś przecież Szarym Strażnikiem. Nie możesz być kobietą.
Dobra, to robiło się dziwne.
Ellen przysunęła bliżej sztylet. Chłód ostrza pod palcami dodawał otuchy. Nie bała się, że Sten mógłby ją zaatakować, tylko… nie czuła się pewnie.
— Kobiety nie mogą być Szarymi Strażnikami? — rzucił odrobinę zaczepnie.
— Kobiety są kapłankami, rzemieślnikami, kupcami lub rolnikami — wyliczył, obserwując ją. — Nie parają się walką.
Naprawdę? Skąd on to wziął? Qunari naprawdę tak postrzegali świat? To zupełnie nie zgadzało się z tym, czego uczyła Andrasta.
— To nie jest prawdą w każdym przypadku — żachnęła się, marszcząc czoło. — Niektóre kobiety walczą.
— Jaka kobieta chciałaby być mężczyzną? To nie ma sensu.
Ellen przymrużyła oczy, lekko przechylając głowę. Potrzebowała kilku chwil, żeby połączyć wątki. Przemawiała za nim logika, ale… na oddech Stwórcy, skąd on to wziął?
— Myślisz, że nie mogą być kobietami, bo kobiety nie walczą?
— O to mi chodziło. — Skinął głową.
Coś się nadal nie zgadzało.
Ellen pozwoliła sobie na niepewny uśmiech.
— Ja jestem kobietą i walczę.
— Jedna z tych dwóch rzeczy nie może być prawdą — stwierdził z pełną mocą. — Dana osoba rodzi się jako qunari, jako człowiek, elf czy krasnolud. I nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Rozmiar dłoni, rozum lub jego brak, kraj, z którego pochodzimy, kolor włosów, rzeczy te pozostają poza naszą kontrolą. Nie wybieramy, po prostu jesteśmy.
Ellen poświęciła trochę za dużo czasu pierwszym słowom Stena.
To było… dość bezczelne. I prawie bolesne. Nie należała może do najlepszych wojowników Fereldenu, ale ej, nadal jeszcze żyła. A przez trochę już ją los przeciągnął.
— Jednak każdy może wybrać, czym chce się zajmować — odparła wreszcie.
— Czy aby na pewno? — Sten uniósł brwi. — Zobaczymy.
Podniósł się i odszedł, zostawiając świeżo uzbierane gałęzie. Ellen powiodła za nim zdumionym spojrzeniem – nie miała pewności, czy w piersi bolała ją złość, czy niepewność. Było w niej odrobinę buntu, ale też ogromna ilość pokory.
Mogła mu coś udowodnić, a mogła też puścić wszystko w niepamięć.
Przesunęła dłonią po sztylecie, nie potrafiąc pozbyć się ucisku w sercu.

***

W obozowisku zapanowała cisza. Ellen obserwowała, jak większość jej towarzyszy udawała się na spoczynek – najpierw Leliana, potem Alistair, ostatecznie nawet Sten zniknął jej z oczu. Została prawie sama, jeśli nie liczyć pasących się kawałek dalej koni czy skulonej postaci przy drugim ognisku. Ellen wygrzebała spomiędzy źdźbeł trawy patyk i wetknęła jego końcówkę między zwęglające się drewno.
Nie wiedziała, jak pozostali mogli spać. Zmęczenie powoli miażdżyło jej mięśnie, przygniatało ramiona, ale… nie chciała się kłaść. Zamykać oczu i myśleć o tym, co ich czekało. Jak będzie wyglądała wizyta w Kręgu, czego się spodziewać, co zdążyli zobaczyć. Opętane dziecko, wioska atakowana przez żywe trupy, otruty arl. Zupełnie jak w ponurej baśni. Pytanie tylko, czy czekało ich szczęśliwe zakończenie.
Ellen nerwowo strzepnęła żar, który zebrał się na przypalonym kijku. Drewno trzasnęło cicho, uderzywszy o przypadkowy kamień.
Świat był bardziej przytłaczający niż wtedy, gdy mieszkała w Wysokożu. Kilka tygodni temu nawet nie pomyślałaby, że ktoś mógłby dopuścić się takiej zdrady jak Howe. A dziś? Dziś musiała przyznać, że nie dziwiło ją otrucie arla Eamona przez Loghaina. To wydawało się przerażające. Wojna i niebezpieczeństwo tak zmieniały ludzi, czy zwyczajnie nie miała pojęcia, jak potrafili być okrutni?
Wsparła brodę na dłoni, zawiesiwszy wzrok na krzątającej się wokół swojego ogniska Morrigan. Może powinna ją przeprosić. Zachowała się trochę nieprzyjemnie, Morrigan raczej sobie na to nie zasłużyła. Sama mówiła, że wychowała się w Głuszy. Skąd miała wiedzieć, że w niektórych sytuacjach należało komuś pomóc?
Ale Ellen nie była jej matką i nie musiała brać za nią odpowiedzialności.
…Flemeth pewnie zdecydowałaby tak samo jak Morrigan, swoją drogą.
Ellen wydęła usta i wrzuciła patyk do ogniska. Płomienie trzasnęły cichutko, wypluwając w powietrze więcej iskier. To był ładny widok. Spokojny, jakby na świecie nic się nie zmieniło i żadne tragedie nie czekały, żeby na nich runąć.
Nie musiała Morrigan przepraszać, ale wypadało chociaż zagadnąć. Wybadać, na ile się złościła. Potrzebowali jej pomocy, tylko ona znała się na magii.
Ellen ze stęknięciem wstała i ruszyła do Morrigan. Podłapała jej krótkie, czujne spojrzenie zmrużonych oczu, ale równie szybko Morrigan odwróciła wzrok. Ellen bezradnie zatrzymała się obok niewielkiego ogniska, czując, jak wstyd zaczynał palić w policzki.
To musiało durnie wyglądać.
— Hej — wykrztusiła.
Morrigan lekko uniosła głowę. Jej jasne oczy prawie niczego nie wyrażały.
— Hej.
Ellen przestąpiła z nogi na nogę. Milczenie trochę ją zabijało. Nabrała głębokiego wdechu, aż zabolało w piersi.
— Można jakoś pomóc opętanemu magowi? — wyrzuciła z siebie pierwsze, co w ogóle przyszło jej na myśl.
Morrigan przyjrzała jej się uważniej.
— Mówisz o tym dziecku-plugawcu w nawiedzonym zamku?
O Connorze, cisnęło jej się na usta, ale zdołała to przełknąć. Dla Morrigan imię nie miało znaczenia i w pewien sposób to rozumiała.
Był trochę podobny do Orena.
Ellen zacisnęła dłonie w pięści i skinęła głową.
— Jeśli masz na celu usunięcie demona, nie robiąc krzywdy dziecku, istnieje pewien sposób — zaczęła powoli Morrigan. — Między dzieckiem i demonem powstała więź, dzięki której można dotrzeć do prawdziwej postaci demona w Pustce. Tam można go pokonać w bezpośredniej walce. Do Pustki może wkroczyć jedynie mag. Wymaga to lyrium i grupy innych magów do odprawienia rytuału… a nie posiadamy żadnej z tych rzeczy, prawda?
— Och — wyrwało się Ellen.
Czyli Jowan nie kłamał. I naprawdę jedynym sposobem było udanie się do Kręgu. Przez chwilę myślała, że może Morrigan, wychowana – chyba – przez legendarną Flemeth, wiedziała coś więcej.
— Zresztą nawet gdybyśmy posiadali, demona musiałby zniszczyć jeden jedyny mag. To nie jest proste, lecz masz swoją odpowiedź — dodała Morrigan chłodniejszym głosem.
— Dzięki — mruknęła.
Morrigan nie brzmiała, jakby szukała towarzystwa. Mimo to Ellen usiadła na ziemi, podparłszy się ręką, żeby rozprostować nogi. Czuła przyszpilające spojrzenie Morrigan, od którego zimne ciarki wędrowały po skórze – ale zmusiła się do ignorowania tego.
Nie przypominała swojej matki. Ta myśl nieco natrętnie wkradła się do głowy Ellen, sprawiając, że popatrzyła na Morrigan. Nie chodziła nawet o wygląd. Flemeth chyba niczego nie mówiła wprost – Morrigan za to ani razu nie kluczyła wokół tematu. Wydawała się też bardziej narwana, ale to mogła być już kwestia wieku.
Chyba że to wszystko to doskonała gra pozorów i Ellen łapała się na kolejne warstwy kłamstw. Nawet by jej to nie zdziwiło.
— Flemeth naprawdę jest taka, jaka się wydaje? — mruknęła.
Morrigan prychnęła. Zabrzmiało jak cichy śmiech.
— Cóż, to zależy, nieprawdaż? — Przechyliła głowę, posyłając Ellen bardziej błyszczące spojrzenie. — A na kogo wygląda?
Tego pytania trochę się nie spodziewała.
— Na staruszkę. — Wzruszyła ramionami.
Morrigan się roześmiała. Całkiem szczerze, pełnym głosem, przymknąwszy oczy. Uśmiech na jej ustach – pozbawiony szyderstwa – wyglądał dziwnie. Jakby nienaturalnie. Ale też… zwyczajnie ładnie. Ellen złapała się na tym, że sama lekko się uśmiechała.
— Och, z pewnością jest stara. Co do tego nie ma wątpliwości. — Morrigan skinęła głową. — Powiedz, co pamiętasz z opowieści o mojej matce? Tej, którą Chasyndzi nadal straszą swoje dzieci?
Ellen nie przypominała sobie, żeby Aldous kiedykolwiek poruszał takie tematy – ale samą postać Flemeth znała. Jako kogoś groźnego, morderczego i złowieszczego. Nie była pewna, czy to pokrywało się z chasyndzką historią.
— Trochę o tym słyszałam — stwierdziła wymijająco.
— Z pewnością ta historia zmieniła się z czasem. — Morrigan popatrzyła na nią, nadal lekko uśmiechnięta. — Mogę ci przekazać, co kiedyś powiedziała mi Flemeth. A ty zdecydujesz, czy to prawda, czy nie. Jeśli zechcesz.
Ellen uniosła brwi. Morrigan… chciała z nią rozmawiać?
— Brzmi ciekawie — zgodziła się.
— Bardowie śpiewają o tym, że kiedyś Flemeth była młoda i piękna — zaczęła. — Była cudownej urody panną w kraju barbarzyńców, której pożądał każdy, kto ją ujrzał.
— Jak dawno to się działo?
— Wiele stuleci temu, zanim tę krainę nazwano Fereldenem. — Uśmieszek na twarzy Morrigan wyglądał teraz na bardziej przebiegły. — Opowiadają, że Flemeth zakochała się w bardzie Osenie i uciekła z zamku swego męża, strasznego lorda Konobara, który przysiągł zemstę za jej niewierność. Prawdę mówiąc, moja matka twierdzi, że to Osen był jej małżonkiem, a Konobar zazdrosnym lordem spoglądającym z oddali. — Morrigan przewróciła oczami. — Lord Konobar przybył do Osena i zaproponował mu bogactwo i władzę w zamian za jego piękną żonę. A Osen przystał na to.
…to była dość zaskakująca puenta jak na tego typu opowieść.
— Sprzedał swą żonę innemu mężczyźnie? — wykrztusiła Ellen.
— Życie barda jest ubogie, a miłość blednie w obliczu głodu — mruknęła Morrigan. — To Flemeth zaproponowała ten układ. Wszystko dobrze by się skończyło, gdyby lord Konobar dotrzymał swej części umowy. Był jednak łajdakiem proponującym złoto, którego nie posiadał. Osena wyprowadzono na pole, skatowano i pozostawiono na pewną śmierć. Flemeth porozumiała się z duchami i, dowiedziawszy się o tej zbrodni, poprzysięgła zemstę.
A to znowu wydawało się romantyczne jak na Flemeth. Ellen nie spodziewała się, że taka historia mogła aż tak… ją poruszyć. Czuła, że serce biło jej nieco szybciej. Zupełnie jakby znów była w Wysokożu, przy znajomym palenisku, wśród regałów książek, słuchając miękkiego, zachrypniętego głosu Aldousa.
— Więc naprawdę kochała Osena? — spytała trochę niecierpliwie.
— Nie o to chodziło. — Morrigan pokręciła głową. — Konobar był człowiekiem bez honoru, więc nie mogła z nim być. Flemeth błagała duchy o pomoc i to one zabiły Konobara. Demon, o którym mówi legenda, pojawił się dużo później. Widzisz, sprzymierzeńcy lorda Konobara ścigali Flemeth. Zagnali ją do Głuszy, gdzie się ukryła. Tam odnalazła demona, który dał jej siłę. Legendy mówią o wielkim bohaterze Cormacu, który setki lat później pokonał Flemeth, gdy najechała niziny na czele wielkiej armii. To wszystko bzdury.
O właśnie, tę część opowieści już znała.
Ellen uśmiechnęła się nieco zaczepnie, przyciągnąwszy nogi do piersi.
— Oczywiście tak powiedziałaby Flemeth — skwitowała.
— Zdziwiłabyś się, jak mało ją obchodzi to, co ja lub ktokolwiek inny sądzi o jej przeszłości. Prawdą jest to, że ta inwazja nigdy nie miała miejsca — mruknęła Morrigan, ale znów uśmiechała się całkiem przyjaźnie. — Flemeth opowiadała, że Chasyndzi nigdy nie zebrali armii pod jej sztandarem. I nigdy nie walczyła z żadnym wojownikiem o imieniu Cormac. Cormac rozpętał brutalną wojnę domową przeciwko swemu ludowi, a później twierdził, że zamierzał pokonać zło, które zalęgło się pośród lordów. Tak obwołano go bohaterem. Flemeth pojawiła się w tej legendzie dużo później. Być może na skutek wielkiej wojny z Chasyndami, do której w końcu doszło. Lecz matka twierdzi, że nie zna okoliczności jej wybuchu.
Uśmiech powoli spełzł z ust Ellen. Lubiła historie, ale nie rozmawiały o bliżej nieokreślonej osobie. Tylko o matce Morrigan. A właśnie przerobiły jakąś… połowę? antycznej historii Fereldenu.
— W jaki sposób Flemeth zdołała przeżyć tyle czasu?
— Demon w jej wnętrzu zmienił ją w… — Morrigan zająknęła się, uciekając spojrzeniem w bok. — …coś innego. Niektórzy powiedzieliby, że w plugawca, ja tam nie wiem. Wiem tylko, że moja matka jest sprytna. I jest częścią Głuszy tak samo, jak Głusza jest częścią niej. Nie jest jednak nieśmiertelna. Krwawi jak wszyscy. Nóż w sercu zabiłby ją jak każdego człowieka, gdyby ktoś miał tyle szczęścia, żeby zadać cios.
Więcej plugawców. Cudownie.
— Czy plugawce nie są zwykle szalonymi potworami? — Ellen zmarszczyła czoło.
— Jak często bywa to zwykle? — Głos Morrigan nabrał szyderczych nut. — Zawsze? A jeśli nie zawsze, to kiedy tak nie jest? W tym i następnym świecie jest więcej rzeczy, niż jesteśmy w stanie pojąć. To, czym się stała Flemeth, stanowi zagadkę… pewnie nawet dla niej samej.
Connor też nie wyglądał jak potwór. Może to kwestia czasu? Ale Flemeth miała zdecydowanie dość czasu… o ile to wszystko w ogóle było prawdą.
Ellen westchnęła, trochę przytłoczona abstrakcyjnością tej postaci.
— Legenda opowiada, że Flemeth miała wiele córek — wytknęła.
— Chcesz wiedzieć, czy mam siostry? — spytała rozbawiona. — Sama o to pytałam. W końcu w opowieściach występuje wiele Wiedźm z Głuszy. Nie tylko jedna. A te historie istniały na długo przede mną. Flemeth nie che mówić o innych córkach, o ile w ogóle istniały. Mam więc sądzić, że jestem pierwsza? — Pokręciła głową. — Wątpię w to.
— Dlaczego miałaby o nich nie mówić?
— Chasyndzi opowiadają o kłótni między Flemeth i jej „córkami” — odparła powoli. — Mówią, że pewnego dnia wyłapała je z całej Głuszy i zjadła ich serca. Może to prawda. Nigdy nie spotkałam innej wiedźmy ani o takiej nie słyszałam. Być może pewnego dnia Flemeth zje również moje serce.
I mówiła to tak spokojnie?
Ellen wysoko uniosła brwi, nie powstrzymawszy zdumienia. Morrigan to chyba bawiło, bo wciąż się uśmiechała.
— Wierzysz w jej wersję? — spytała Ellen.
— Nie wierzę bezkrytycznie we wszystko, co twierdzi Flemeth. — Morrigan znów wzruszyła ramionami. — Czasami wydaje mi się, że zgorzkniałość mąci jej wspomnienia. Ale w ogólnych zarysach? Tak, wierzę tej opowieści, choć nie do końca.
Zważywszy na to, że Flemeth była jedynym autorytetem w jej życiu… to dość trzeźwe spojrzenie na tę sprawę. Ellen skinęła głową – sama nie wiedziała, co myślała. Musiałaby w takim wypadku uwierzyć w wiele innych nieprawdopodobnych rzeczy, jak gryfy czy wilkołaki. Nie była już dzieckiem i nawet w jej głowie brzmiało to niedorzecznie.
— To bardzo ciekawa historia — rzuciła przyjaźnie, odchrząknąwszy lekką chrypkę. — Dziękuję.
— Flemeth opowiada ją bardziej kwiecistym językiem. Ale nie ma za co.
Morrigan brzmiała całkiem sympatycznie – i ani razu się nie posprzeczały. Podobnie jak z Lelianą przez cały dzień. Ellen mocno objęła kolana ramionami i zapatrzyła się w ogień.
Potrzebowała w ogóle tego ciężaru? Każde z nich mogło odejść bez uprzedzenia. Albo zginąć. Naprawdę była na to gotowa? Na tracenie kolejnych osób, które lubiła? Może nie powinna. Może lepiej trzymać się na dystans. Wystarczy, że myśl o stracie Alistaira prawie paraliżowała strachem. Znali się tak krótko, a miała tylko jego.
— Czy mogłabym zapytać o twoją matkę? — odezwała się nagle Morrigan. — Fakt, nie jest legendarnym plugawcem, lecz i tak jestem ciekawa.
Ellen poderwała głowę i spojrzała na Morrigan szeroko otwartymi oczami. Serce biło w piersi rytmicznie, szybko, odbierając oddech. Czuła drżące usta, jakby walczyły z napierającym na krtań głosem. Nie mogła przełknąć śliny. Dobrze, że oplotła kolana ramionami – przynajmniej nie dało się zobaczyć, że ręce zaczęły jej się trząść.
Morrigan przecież nie wiedziała.
— Moja matka zginęła — usłyszała swój głos. — I to całkiem niedawno.
W oczy nie zakłuły łzy. Gardła nie ścisnął szloch.
Było dziwnie… pusto. Zimno. Jakby te słowa niczego nie znaczyły.
Morrigan obserwowała ją, ale Ellen nie umiała powiedzieć, co wyrażała jej twarz. Wszystko nagle wydawało się zupełnie obojętne.
— Ach — rozległo się westchnienie Morrigan. — Przyjmij więc moje kondolencje, jeśli są coś warte. A jestem pewna, że warte są bardzo niewiele. Nieważne.
Nieważne.
Ellen poderwała się z ziemi. Gwałtowna zmiana pozycji szarpnęła jej ciałem, przed oczami zatańczyły czarne plamy. Wycofała za siebie nogę, odszukując równowagę. Serce nadal biło nieznośnie szybko.
— Dobrej nocy — wykrztusiła.
Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się, czując, jak piętą ryła dziurę w ziemi, i pomaszerowała do namiotów.
Nie powinna szukać bliskości. Z nikim. Zresztą nawet już tego nie potrafiła. Zwykła rozmowa… a ona uciekała jak przerażone zwierzę.
Może lepiej by było, gdyby umarła. Gdyby przestała bezsensownie gonić za cieniem przyszłości, która jej nie przysługiwała. Nie mieli szans powstrzymać Plagi.
Krąg Maginów wydawał się jeszcze bardziej przerażający niż wcześniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz