piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.33 - Noc rozmów


Z zamku ruszyli prosto do obozu, nie zaglądając do Redcliffe. Ellen uznała, że ludzie zaczęliby ich wypytywać, co też działo się z arlem, czy jeszcze żył, dlaczego Teagan nie wracał i co z nimi dalej będzie. Takich rozmów woleli uniknąć – pójdą do wioski wtedy, kiedy wszystko się rozwiąże, a zamek zostanie uwolniony spod wpływów demona. Bo i co mieliby powiedzieć mieszkańcom? „Przykro nam, ale syn waszego arla zaczął się nudzić, więc przyzwał demony, które opętały trupy, i nasłał je na was. Ale to była tylko taka zabawa”? Dlatego minęli drogę prowadzącą do wioski i skierowali się w górę, na wzgórza, za którymi zaczynał się las i znikały rude skały klifów nad jeziorem Kalenhad.
Podróż do obozu zajęła im pół godziny; względnie milczeli, pogrążeni w niewesołych rozmyślaniach o zbliżającej się przyszłości. Czasami tylko któreś westchnęło, niekiedy Ellen zganiła Shegara, nakazując mu spokojny krok, nie szczenięce podrygiwanie, zdarzało się też, że Leliana coś zanuciła pod nosem, melodia jednak bardzo szybko milkła. W takich nastrojach dotarli do celu, gdzie już czekali na nich Morrigan, Sten, Bodahn i, choć może trochę mniej tego świadomy, Sandal. Krasnoludy powitały nadchodzących wojowników entuzjastycznie, wiedźma kpiącym uśmiechem, kiedy tylko dostrzegła nietęgie miny kompanów, natomiast Sten milczącym spojrzeniem.
Ellen przedstawiła zaistniałą sytuację najlepiej, jak potrafiła, i choć historia kilkakrotnie była przerywana złośliwymi komentarzami Morrigan, która teraz wymyślała na pomysł Strażniczki z zostawieniem jej w obozie, to po dwóch godzinach rozwodzenia się nad wszystkim zakończyła opowieść.
Sten spoglądał na nią beznamiętnie, najwyraźniej przyjąwszy to do wiadomości, Bodahn bardzo się przejął i zaczął biadolić, a Morrigan wzniosła oczy do nieba i pokręciła z politowaniem głową.
— Zatem co ostatecznie postanowiliście? — spytała, z trudem powstrzymując się od kolejnej złośliwości.
Ellen przeczesała palcami włosy, śledząc wzrokiem drogę wędrówki słońca po firmamencie. Wyglądało na to, że w zamku spędzili całe przedpołudnie oraz sporą część popołudnia, za trzy godziny zacznie się zmierzchać.
— Jutro przed południem wyruszymy do Kręgu Maginów po wsparcie — zakomunikowała, z cichym stęknięciem rozprostowując nogi, bo od dłuższego czasu siedziała w niewygodnej pozycji. — Pieszo droga zajęłaby nam cały dzień, wierzchem natomiast powinniśmy tam dotrzeć w pół dnia. Chciałabym być na miejscu przed zmrokiem.
— Sądzisz, że zastraszeni magowie zamknięci w swojej klatce o złotych prętach odważą się na stawienie czoła plugawcowi? — prychnęła Morrigan.
Couslandka wzruszyła ramionami.
— Odważą czy nie, traktaty zobowiązują ich do pomocy. A o stawienie czoła plugawcowi poprosi ich Szara Straż, której winni się niejakie posłuszeństwo w czasie Plagi. Sądzę, że nie będą mieli zbyt dużego wyboru. Zresztą pal ich licho — podsumowała.
Wiedźma wykrzywiła usta w coś na kształt uśmiechu.
— Jakieś wieści z Fereldenu? — zagadnęła Ellen.
— Horda podobno metodycznie przemieszcza się na północ, choć żadnych informacji jednoznacznie to potwierdzających nie otrzymaliśmy — odparła Morrigan, krzyżując ręce na wysokości piersi. — Lothering jak stało, tak stoi, Loghain mobilizuje swoje siły i podobno próbuje zyskać poparcie Bannornu. Nie zawsze dyplomatycznie — skwitowała, jej twarz wykrzywiła się brzydko. — Prócz tego nic. Cisza. Niewiele osób tędy podróżowało, tylko raz wysłaliśmy Bodahna głębiej na szlak, wtedy przyniósł te wieści.
— Dziękuję za czujność — pochwaliła kobietę Strażniczka i westchnęła, przenosząc wzrok na Alistaira i Lelianę.
Oboje większość czasu milczeli, łuczniczka przyglądała się swoim butom, natomiast młodzieniec wpatrywał się w ziemię, zaciskając niemal do siności usta.
— Przebierzmy się i odpocznijmy, dziś nie przewiduję już żadnych atrakcji — zaproponowała Strażniczka, podnosząc się z ziemi. — Jeśli wasza zbroja potrzebuje renowacji, połóżcie odpowiednie części obok wozu Bodahna, razem z naszym krasnoludem spróbujemy coś na to poradzić — dodała, uśmiechając się łagodnie.
Leliana ochoczo pokiwała głową i ruszyła w stronę rozstawionego niedawno przez Stena namiotu, by zostawić w nim rzeczy. Alistair po chwili poszedł w jej ślady, nie reagując w żaden konkretny sposób na słowa Couslandki.
Ellen z prawdziwą ulgą pozbyła się zbroi i ubrała na siebie luźne, wygodne ubrania. Rozmasowała ostrożnie siniaka, którego nabiła jej buława żywego trupa – albo cholera wie, skąd się tam właściwie wziął i co go nabiło – skrzywiła się i zebrała części pancerza potrzebujące przeglądu. Raźnym krokiem zbliżyła się do krzątającego się przy rzeczach Bodahna i zrzuciła zbroję na stos, który zdążył już powstać obok wozu.
— Wybacz mi, Bodahnie, ale czy masz chwilę? — zagadnęła, przekrzywiając głowę, by zobaczyć kręcącego się przy burcie pojazdu krasnoluda.
Kupiec popatrzył na nią zdumiony, potem uśmiechnął się szeroko i pospiesznie do niej podszedł, zacierając ręce.
— Dla ciebie zawsze, droga wojowniczko! — zapewnił pogodnie i popatrzył pytająco na stos pancerzy, który piętrzył się przy nodze Strażniczki.
Ellen uśmiechnęła się i wskazała zbroje dłonią.
— To nic poważnego, ale zostały trochę uszkodzone. Mógłbyś coś na to poradzić? — spytała niepewnie.
Krasnolud potarł w zamyśleniu zaplecioną w warkocze brodę, podrapał się po głowie, a potem klasnął w ręce.
— Nie ma takiej rzeczy, której kupiec i przedsiębiorca Bodahn Feddic zrobić by nie mógł! — zawołał, uśmiechając się szeroko. — Nie jestem może mistrzem kowalstwa, ale w końcu pochodzę z Orzammaru, widziało się to i owo i tego i owego się próbowało. Na jutro powinny być zdatne do użytku — uznał fachowym tonem i przesunął stosik na bok, bliżej wozu. — Zaraz zabiorę się do pracy! — zapewnił, biorąc w dłoń wgnieciony naramiennik.
Couslandka podziękowała krasnoludowi, orzekła, że bez niego by sobie na pewno nie poradzili, po czym zawróciła, kierując się z powrotem w stronę namiotów.
Alistair już zajął się rozpalaniem ognia w kręgu stworzonym ze średniej wielkości kamieni, obok niego leżał kociołek oraz worek z prowiantem. Dziewczyna odetchnęła cicho, złapała stojący w okolicy pniak i przyciągnęła go bliżej przyszłego ogniska, siadając na nim.
Zapatrzyła się na dłonie młodzieńca rozniecające ogień, przymknęła oczy i odpłynęła myślami do czekającej ich jutro wyprawy. Wiedziona doświadczeniem nie chciała zostawiać nikogo w obozie, jednak nękała ją świadomość, że wtedy Bodahn ostałby się bez ochrony, a czuła się za krasnoluda odpowiedzialna. Może kazać Shegarowi pilnować kupca? Nie, to raczej głupi pomysł, mabari obraziłby się na nią i zrobiłby się nieprzyjemny.
Spróbowała sobie wyobrazić, jak mogła wyglądać Wieża Kręgu. Pewnie była bardzo wysoka i stara, przypominała górę sięgającą szczytem samego Stwórcy, a w środku roiło się od potężnych magów miotających zaklęcia oraz od niesfornych uczniów… i od templariuszy w lśniących zbrojach z wyrytymi na nich świętymi symbolami. Nigdy nie spotkała innego templariusza poza Alistairem, więc nie wiedziała, jacy byli. Zgorzkniali i nieprzystępni? A może właśnie tacy jak Strażnik? Zamrugała, kiedy łuna płomieni stała się silniejsza od zapadającego powoli zmierzchu.
Młodzieniec postawił już wodę, by się zagotowała, teraz siedział na ziemi z drewnianą łyżką w dłoni i spoglądał trochę nieobecny na trzaskające pod dotykiem płomieni drwa. Ellen przeciągnęła się z cichym pomrukiem.
— Czym dokładnie zajmują się templariusze? — zagadnęła.
Kiedy na nią spojrzał, schowany do kieszeni spodni amulet zaciążył śmiesznie, jakby koniecznie chciał wrócić do prawowitego właściciela. Ale Ellen nie wiedziała, czy to odpowiedni moment, żeby go dać Alistairowi. Nie wiedziała, czy kiedykolwiek się na to odważy. Dlatego zignorowała to uczucie, czekając na odpowiedź młodzieńca.
— W zasadzie szkoleni są do walki — przyznał po krótkim zastanowieniu, a przed oczami Strażniczki stanęła scena, w której nacierał na upiora z lśniącym błękitem mieczem.
Poczuła dreszcz na plecach i potrząsnęła głową, żeby się skupić na rozmowie.
— Zakon powie ci, że templariusze istnieją po to, by bronić wiary, ale nie daj się na to nabrać. To armia — ostrzegł, uśmiechając się krzywo. — Innym zadaniem templariuszy jest oczywiście polowanie na magów. W tym celu szkolimy się w zakresie wysysania many oraz zakłócania zaklęć — rzucił tak niedbałym tonem, jakby mówił o gotującej się właśnie zupie.
Którą to teraz zamieszał, marszcząc lekko czoło; Ellen poczuła przyjemny zapach ziół i warzyw.
— Upolowałeś wielu magów? — spytała zainteresowana, opierając głowę na rękach i wbijając w niego przenikliwe spojrzenie.
— Nie. Właściwie to nigdy nie zostałem templariuszem w pełnym tego słowa znaczeniu — przypomniał. — Duncan zwerbował mnie, zanim zdążyłem złożyć śluby. Byłem obecny tylko przy jednej Katordze, rytuale, podczas którego magowie poddawani są próbie — stwierdził, przy okazji wyjaśniając Ellen słowo, które słyszała po raz pierwszy w życiu.
Nie wiedziała, że magowie też mieli próby w Kręgach.
— Właściwie to nie różni się aż tak bardzo od naszego Dołączenia i… jest równie niebezpieczny — uznał w zamyśleniu i kontynuował bardziej ponurym głosem: — Dziewczyna, którą sprawdzali… Umieścili w jej wnętrzu demona, by przekonać się, czy zdoła mu się oprzeć. Nie dała rady — szepnął, zaciskając dłoń na drewnianej łyżce.
Ellen bezwiednie otworzyła usta. Więc tak sprawdzali magów? Robiąc z nich plugawców? I jeśli sami pokonają demona, wtedy… wtedy dalej żyją?
— Musieliśmy… szybko to zakończyć. Muszę ci się przyznać, że nie miałem po tym wielkiej ochoty zostać templariuszem — zakończył z gorzkim uśmiechem.
— Wygląda na to, że templariusze mogliby kierować Zakonem — mruknęła.
Alistair popatrzył na nią zaskoczony, po czym uśmiechnął się z pobłażaniem.
— Mogłoby się tak wydawać, ale to niemożliwe — odparł spokojnie i zostawił ich kolację w spokoju, siadając wygodniej, by kontynuować opowieść: — Zakon trzyma swych templariuszy w ryzach. Widzisz, dostajemy lyrium, które pomaga w rozwoju naszych zdolności magicznych… a to oznacza, że stajemy się od niego uzależnieni — skwitował.
Ellen zastygła, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Znów przypomniała sobie to niebieskie światło oraz dziwne słowa, które wypowiedział. To musiało być zaklęcie.
— A ponieważ Zakon kontroluje handel lyrium z krasnoludami… No cóż, z pewnością potrafisz dodać dwa do dwóch.
— Byłeś uzależniony od lyrium? — niemal wyszeptała.
— Na szczęście nie — uspokoił ją z łagodnym uśmiechem. — Lyrium zaczynasz otrzymywać dopiero po złożeniu ślubów. Nie jest niezbędne templariuszom do nauki. Sprawia tylko, że stają się skuteczniejsi. A przynajmniej tak mi mówiono. Możliwe, że to nieprawda — podsumował ze wzruszeniem ramion i znów zamieszał w zupie, żeby przypadkiem nie przywarła do dna garnka i się nie przypaliła.
Ellen pomyślała, że Alistair jak najbardziej był skuteczny, i to nawet bez lyrium.
— Zakon zwykle nie pozwala templariuszom opuszczać swych szeregów, żeby nie mogli wyjawić innym tajemnic. Ja jestem wyjątkiem. Szczęściarz ze mnie — stwierdził z kpiną, po czym nagle podstawił jej łyżkę z zupą pod nos. — Spróbuj, nie za słone? — spytał jakby nigdy nic.
Zamrugała, patrząc na niego bez zrozumienia, by zaraz zaśmiać się cicho. Ostrożnie wypiła to, co jej podał, jednak okazało się gorące i sparzyła sobie język. Jęknęła zduszonym głosem, szybko przełknęła zawartość ust, na czym ucierpiało jej gardło, po czym wystawiła język na świeże powietrze i zaczęła go nerwowo wachlować.
Alistair przez chwilę gapił się na nią z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy, jednak zaraz roześmiał się głośno i wrócił do mieszania zupy.
— Fofeś fofiecieć, sze bemdzie fofące — wygarnęła mu z wyrzutem, dalej wachlując język w przerwach między wyrazami.
Strażnik zaśmiał się bardziej, patrząc na nią z pobłażliwym rozbawieniem, po czym po prostu rozczochrał krótkie włosy dziewczyny.
— A jest za słone? — przypomniał.
Pacnęła go ręką po dłoni i niepewnie schowała język. Mlasnęła nim kilka razy, jednak ból nie minął całkowicie i musiała się nieco wysilić, by odezwać się zrozumiale:
— Nie — burknęła urażona i usiadła poza zasięgiem jego rąk.
Oraz łyżki.
Alistair zachichotał i powrócił do gotowania z o wiele lepszym humorem niż przed rozmową. Ellen cieszyła się, że jego samopoczucie się poprawiło, ale z drugiej strony wolała nie być zmuszona do parzenia sobie za każdym razem języka.
Po chwili dołączyła do nich Leliana, usiadła obok Strażniczki i zanuciła pod nosem skoczną piosenkę, oznajmiwszy, że Morrigan rozpaliła własne ognisko z dala od nich i raczej nie skusi się na wspólny posiłek. Ellen popatrzyła w stronę małego obozu wiedźmy, czując się nieco zawiedziona; rozumiała potrzebę odizolowania oraz samotności, jednak chciała kobietę lepiej poznać i trochę porozmawiać. Zresztą martwiła się o nią.
Westchnęła cicho i postanowiła zadbać o ukochane sztylety; już dawno ich nie ostrzyła ani nie czyściła specjalnym tłuszczem, rękojeści też potrzebowały konserwacji. Poprosiła więc, by Alistair zawołał ją, kiedy kolacja będzie gotowa, i poszła po broń.
Przysiadła w półmroku nadchodzącym spomiędzy drzew, rozłożyła sztylety na trawie i przygotowała potrzebne przedmioty. Najpierw zabrała się do zeskrobywania zaschniętej krwi szorstką szmatką oraz paznokciami, gdy było trzeba, potem nasmarowała skórę, którą obciągnięto rękojeści, specjalną substancją i zabrała się do natłuszczania ostrzy, by przypadkiem nie zardzewiały od posoki. Kto wie, co krew pomiotów mogła zrobić nawet z dobrym metalem?
— Nie rozumiem — usłyszała nagle głos Stena i przerwała pracę, unosząc głowę, by popatrzeć na stojącego nad nią wielkiego qunari. — Wyglądasz jak kobieta — stwierdził swoim opanowanym głosem.
Ellen powstrzymała śmiech.
— Jestem kobietą, Stenie — przypomniała olbrzymowi.
Odłożyła szmatkę do pojemnika z tłuszczem i oparła łokcie na kolanach.
— Jesteś przecież Szarym Strażnikiem — żachnął się Sten.
Ellen nadal nie rozumiała, jaki problem widział, i odnosiła niejasne wrażenie, że rozmowa była pozbawiona sensu, jednak uprzejmie milczała, czekając na więcej konkretów.
— Nie możesz być kobietą — uznał.
— Kobiety nie mogą być Szarymi Strażnikami? — spytała zdumiona.
— Kobiety są kapłankami, rzemieślnikami, kupcami lub rolnikami — wyliczył, spoglądając na siedzącą przed nim dziewczynę. — Nie parają się walką.
— To nie jest prawdą w każdym przypadku — zauważyła.
Już całkowicie zapomniała o sztyletach, skupiając się na dziwnej rozmowie.
— Niektóre kobiety walczą — stwierdziła.
— Jaka kobieta chciałaby być mężczyzną? — spytał zdenerwowany Sten. — To nie ma sensu. — Skrzyżował muskularne ramiona na torsie.
Ellen westchnęła z rozbawieniem.
— Myślisz, że nie mogą być kobietami, bo kobiety nie walczą? — spróbowała się upewnić.
Qunari pokiwał głową, zaciskając usta, jakby w jego mniemaniu Ellen pojęła to zdecydowanie zbyt późno.
— O to mi chodziło — zgodził się.
— Ja jestem kobietą i walczę — zauważyła.
— Jedna z tych dwóch rzeczy nie może być prawdą — uparł się Sten, kręcąc głową. — Dana osoba rodzi się jako qunari, jako człowiek, elf czy krasnolud. I nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia — stwierdził. — Rozmiar dłoni, rozum lub jego brak, kraj, z którego pochodzimy, kolor włosów: rzeczy te pozostają poza naszą kontrolą. Nie wybieramy, po prostu jesteśmy.
— Ale każdy może wybrać, czym chce się zajmować — odparła równie uparcie, z uśmiechem wracając do polerowania ostrzy.
Sten zmarszczył czoło, patrząc na nią jeszcze chwilę.
— Czy aby na pewno? — rzucił w przestrzeń i odwrócił się, powoli ruszając do ogniska. — Zobaczymy.
— Zobaczymy, Stenie, zobaczymy — zgodziła się pod nosem, zaczynając nucić zasłyszaną u Leliany piosenkę.
Alistair zawołał ją na kolację i musiała skończyć konserwowanie broni. Odłożyła sztylety do namiotu, po czym pospiesznie wróciła do ogniska, by zabrać się za kolację, bo niezwykle zgłodniała – cały dzień nie miała niczego w ustach.

Po skończonym posiłku większość udała się na spoczynek: to jest Leliana i Alistair, Sten usiadł gdzieś na uboczu, spoglądając w zamyśleniu przed siebie, Bodahn oraz Sandal już dawno zjedli i zaszyli się w wozie, natomiast Shegar od piętnastu minut drzemał w najlepsze przy ognisku, pochrapując cicho.
Ellen pozbierała brudne miski i wyszorowała je piaskiem, ponieważ w pobliżu nie znalazła żadnego strumyka, a wody pitnej szkoda było marnować na zmywanie. Kiedy już uwinęła się ze wszystkim, doszła do wniosku, że zwyczajnie się jej nudziło – a spać jeszcze nie chciała iść, ledwie wzeszedł księżyc i osrebrzał czubki rosnących wokół drzew.
Z westchnieniem ruszyła w stronę płonącego w ciemności ogniska Morrigan, próbując wypatrzeć siedzącą przy płomieniach wiedźmę. Tak, jak Strażniczka myślała, kobieta jeszcze nie spała. Siedziała z niedużą miseczką w dłoni i miarowo mieszała jej zawartość, czasami mrucząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Brzmiały podobnie do tych, których użył na dziedzińcu Alistair, jednak z pewnością miały odmienne znaczenie.
Ellen usiadła nieopodal Morrigan, a ona tylko rzuciła jej znudzone spojrzenie i powróciła do zajęcia. Couslandka chwilę wpatrywała się w gęstą, czerwoną substancję, po czym przeniosła wzrok na ognisko.
— Czy można jakoś pomóc opętanemu magowi? — spytała cicho.
— Mówisz o tym dziecku-plugawcu w nawiedzonym zamku? — spróbowała się upewnić Morrigan, przerywając na krótką chwilę zajęcie;, przeniosła na nią poważny, chłodny wzrok.
Ellen skinęła głową.
— Jeśli masz na celu usunięcie demona, nie robiąc krzywdy dziecku, istnieje pewien sposób — stwierdziła, powracając do mieszania. — Między dzieckiem i demonem powstała więź, dzięki której można dotrzeć do prawdziwej postaci demona w Pustce. Tam można go pokonać w bezpośredniej walce — wyjaśniła zdawkowo i Strażniczka z ciężkim westchnieniem pomyślała, że to już wiedziała. — Do Pustki może wkroczyć jedynie mag. Wymaga to lyrium i grupy innych magów do odprawienia rytuału… a nie posiadamy żadnej z tych rzeczy, prawda? — zauważyła kpiąco, wznosząc oczy do nieba. — Zresztą nawet gdybyśmy posiadali, demona musiałby zniszczyć jeden jedyny mag. To nie jest proste, lecz masz swoją odpowiedź — skwitowała, wzruszając ramionami, po czym odłożyła trzymaną miskę w pobliże płomieni i westchnęła ze znużeniem.
Zapadła między nimi cisza. Słowa Morrigan Ellen skomentowała tylko skinięciem głowy i przyciągnięciem kolan do klatki piersiowej, by oprzeć na nich brodę. Wbrew pozorom milczenie wcale nie okazało się nieprzyjemne, choć wyczuwało się w nim dystans oraz chłód. Strażniczka czuła się niemal dobrze w towarzystwie wiedźmy. Bardzo chciała do niej dotrzeć, dogadać się, nie wyobrażała sobie, by przez cały ten czas miały być dla siebie lodowato uprzejme. A wyglądało na to, że teraz był idealny czas, by spróbować zacieśnić więzi zwykłą rozmową.
Dlatego Ellen poszukała wspólnego, w miarę bezpiecznego tematu.
— Flemeth naprawdę jest taka, jaka się wydaje? — spytała zamyślonym głosem, na chwilę odchylając głowę, by spojrzeć w niebo.
Zaraz jednak zainteresował ją cichy i niemal zduszony dźwięk dobywający się od strony Morrigan. Z rosnącym zdumieniem zrozumiała, że wiedźma chichotała pod nosem, kręcąc głową i patrząc w ognisko.
— Cóż, to zależy, nieprawdaż? — zauważyła rozbawiona i potarła kształtny nos.
Ellen poczuła ciepło w sercu na myśl, że zdołała rozpogodzić wiedźmę.
— A na kogo wygląda? — spytała zainteresowana, przenosząc przeszywające spojrzenie niecodziennych oczu na towarzyszkę.
Strażniczka zmarszczyła czoło.
— Na staruszkę — przyznała zgodnie z prawdą i wzruszyła ramionami.
Nigdy by się nie spodziewała, że Morrigan najzwyczajniej w świecie się zaśmieje. Dźwięk może nie był niewiarygodnie kobiecy, raczej więcej kryło się w nim ponurych brzmień niż pogodnych, ale jednak się śmiała.
— Och, z pewnością jest stara — zgodziła się wiedźma, uspokoiwszy się nieco, jednak uśmiech wciąż igrał w kącikach jej ust. — Co do tego nie ma wątpliwości. Powiedz, co pamiętasz z opowieści o mojej matce? Tej, którą Chasyndzi nadal straszą swoje dzieci? — zagadnęła niemal przyjacielsko.
— Trochę o tym słyszałam — przyznała po chwili zamyślenia, wzruszając ramionami.
— Z pewnością ta historia zmieniła się z czasem — stwierdziła wiedźma i dorzuciła do ognia pojedynczy, względnie gruby patyk. — Mogę ci przekazać, co kiedyś powiedziała mi Flemeth. A ty zdecydujesz, czy to prawda, czy nie. Jeśli zechcesz — zaproponowała.
— Brzmi ciekawie — zachęciła ją z entuzjazmem, siadając bliżej, żeby lepiej słyszeć.
Morrigan spojrzała na nią z niedowierzaniem, jednak zaraz skupiła się na opowieści, którą miała przekazać.
— Bardowie śpiewają o tym, że kiedyś Flemeth była młoda i piękna — zaczęła nieco łagodniejszym głosem. — Była cudownej urody panną w kraju barbarzyńców, której pożądał każdy, kto ją ujrzał.
— Jak dawno to się działo? — spytała nieśmiało Strażniczka.
Kraj barbarzyńców był w Fereldenie chyba jeszcze przed Andrastą… a już na pewno przed Kalenhadem! Dlatego trochę trudno było jej wyobrazić sobie Flemeth żyjącą jakieś… trzysta lat, jeśli dobrze liczyła. Albo i więcej.
— Wiele stuleci temu, zanim tę krainę nazwano Fereldenem — odparła usłużnie Morrigan, uśmiechając się pod nosem na widok oszołomienia na twarzy Ellen. — Opowiadają, że Flemeth zakochała się w bardzie Osenie i uciekła z zamku swego męża, strasznego lorda Konobara, który przysiągł zemstę za jej niewierność — ciągnęła i sięgnęła po miskę, by raz jeszcze zamieszać substancję. — Prawdę mówiąc, moja matka twierdzi, że to Osen był jej małżonkiem, a Konobar zazdrosnym lordem spoglądającym z oddali — dodała, uśmiechając się kpiąco. — Lord Konobar przybył do Osena i zaproponował mu bogactwo i władzę w zamian za jego piękną żonę. A Osen przystał na to.
— Sprzedał swą żonę innemu mężczyźnie? — spytała zszokowana Ellen.
Właśnie dlatego nie chciała wychodzić za mąż! Może trudno porównać dzisiejsze czasy do zamierzchłych, jednak Strażniczka tak wyobrażała sobie małżonka.
Wzdrygnęła się.
— Życie barda jest ubogie, a miłość blednie w obliczu głodu — stwierdziła spokojnie wiedźma. — To Flemeth zaproponowała ten układ. Wszystko dobrze by się skończyło, gdyby lord Konobar dotrzymał swej części umowy. Był jednak łajdakiem proponującym złoto, którego nie posiadał — opowiadała dalej, jej twarz nieznacznie się wykrzywiła, a głos stał się ostrzejszy. — Osena wyprowadzono na pole, skatowano i pozostawiono na pewną śmierć. Flemeth porozumiała się z duchami i, dowiedziawszy się o tej zbrodni, poprzysięgła zemstę.
— Więc naprawdę kochała Osena? — spytała ostrożnie Ellen.
— Nie o to chodziło — odparła Morrigan, kręcąc głową.
Przestała mieszać w lewą stronę i zaczęła mieszać w prawo, spoglądając to w miseczkę, to na Strażniczkę.
— Konobar był człowiekiem bez honoru, więc nie mogła z nim być. Flemeth błagała duchy o pomoc i to one zabiły Konobara. Demon, o którym mówi legenda, pojawił się dużo później — wyjaśniła, jednak widząc zafascynowane spojrzenie Ellen, z cichym westchnieniem ciągnęła opowieść: — Widzisz, sprzymierzeńcy lorda Konobara ścigali Flemeth. Zagnali ją do Głuszy, gdzie się ukryła. Tam odnalazła demona, który dał jej siłę. —Postawiła miskę w cieniu, z dala od płomieni. — Legendy mówią o wielkim bohaterze Cormacu, który setki lat później pokonał Flemeth, gdy najechała niziny na czele wielkiej armii. To wszystko bzdury.
— Oczywiście tak powiedziałaby Flemeth — mruknęła rozbawiona Ellen, opierając brodę na kolanach i nie odrywając wzroku od wiedźmy.
Morrigan spojrzała na nią ni to kpiąco, ni z rozbawieniem, ni pobłażliwie.
— Zdziwiłabyś się, jak mało ją obchodzi to, co ja lub ktokolwiek inny sądzi o jej przeszłości. Prawdą jest to, że ta inwazja nigdy nie miała miejsca — wyjaśniła, kładąc ręce na kolanach. — Flemeth opowiadała, że Chasyndzi nigdy nie zebrali armii pod jej sztandarem. I nigdy nie walczyła z żadnym wojownikiem o imieniu Cormac — ciągnęła. — Cormac rozpętał brutalną wojnę domową przeciwko swemu ludowi, a później twierdził, że zamierzał pokonać zło, które zalęgło się pośród lordów. Tak obwołano go bohaterem — skwitowała kpiąco, wywracając oczami. — Flemeth pojawiła się w tej legendzie dużo później. Być może na skutek wielkiej wojny z Chasyndami, do której w końcu doszło. Lecz matka twierdzi, że nie zna okoliczności jej wybuchu.
Ellen ze zdumieniem uświadomiła sobie, że w takim razie Flemeth będzie miała… tysiąc lat? Zmarszczyła w zastanowieniu czoło. Ale przecież to niemożliwe… prawda?
— W jaki sposób Flemeth zdołała przeżyć tyle czasu? — spytała.
— Demon w jej wnętrzu zmienił ją w… — zaczęła, jednak urwała, najwyraźniej sama nie wiedząc, jak to określić. — Coś innego. Niektórzy powiedzieliby, że w plugawca, ja tam nie wiem. Wiem tylko, że moja matka jest sprytna. I jest częścią Głuszy, tak samo, jak Głusza jest częścią niej — stwierdziła. — Nie jest jednak nieśmiertelna. Krwawi jak każdy. Nóż w sercu zabiłby ją jak każdego człowieka, gdyby ktoś miał tyle szczęścia, żeby zadać cios.
— Czy plugawce nie są zwykle szalonymi potworami? — zasugerowała Ellen.
Tak zawsze słyszała, a przynajmniej tak mawiano w jej kręgach. Connor natomiast przeczył tej tezie, więc Strażniczka sama już nie wiedziała, co o tym myśleć.
— Jak często bywa to „zwykle”? — rzuciła kpiącym głosem Morrigan.
Dziewczyna nieznacznie się skuliła, bo w ciemności, ze światłem płomieni oblewającym jej twarz, wiedźma wyglądała naprawdę strasznie.
— Zawsze? A jeśli nie zawsze, to kiedy tak nie jest? W tym i następnym świecie jest więcej rzeczy niż jesteśmy w stanie pojąć — skwitowała, przenosząc wzrok na ognisko. — To, czym się stała Flemeth, stanowi zagadkę… Pewnie nawet dla niej samej.
— Legenda opowiada, że Flemeth miała wiele córek — zauważyła po chwili milczenia Ellen.
— Chcesz wiedzieć, czy mam siostry? — spytała z lekkim rozbawieniem Morrigan. — Sama o to pytałam. W końcu w opowieściach występuje wiele Wiedźm z Głuszy. Nie tylko jedna. A te historie istniały na długo przede mną — mruknęła w zamyśleniu. — Flemeth nie che mówić o innych córkach, o ile w ogóle istniały. Mam więc sądzić, że jestem pierwsza? — rzuciła i pokręciła głową. — Wątpię w to.
— Dlaczego miałaby o nich nie mówić? — mruknęła Ellen, marszcząc czoło.
— Chasyndzi opowiadają o kłótni między Flemeth i jej „córkami” — odparła powoli Morrigan. — Mówią, że pewnego dnia wyłapała je z całej Głuszy i zjadła ich serca. Może to prawda. Nigdy nie spotkałam innej wiedźmy ani o takiej nie słyszałam — zauważyła niemal z rozbawieniem, unosząc brew, kiedy spoglądała na oszołomioną twarz Strażniczki. — Być może pewnego dnia Flemeth zje również moje serce.
— Wierzysz w jej wersję? — spytała wreszcie Ellen, otrząsnąwszy się z wyobrażeń o matce, która pożerała serca własnych dzieci.
— Nie wierzę bezkrytycznie we wszystko, co twierdzi Flemeth — skwitowała ostro wiedźma. — Czasami wydaje mi się, że zgorzkniałość mąci jej wspomnienia. Ale w ogólnych zarysach? Tak, wierzę tej opowieści, choć nie do końca — sprecyzowała, uśmiechając się.
Ellen pokiwała głową, czując się bardzo przyjemnie z myślą, że właśnie przegadała godzinę, do której na początku bała się odezwać.
— To bardzo ciekawa historia — stwierdziła przyjaźnie i bynajmniej wcale nie kłamała, mówiąc to. — Dziękuję.
— Flemeth opowiada ją bardziej kwiecistym językiem. Ale nie ma za co — odparła nawet całkiem przyjaźnie.
Znów między nimi zapadła cisza, a Ellen zaczęła się poważnie zastanawiać nad tym, by zostawić kobietę w spokoju i pójść już spać; nawet Sten zniknął w namiocie.
— Czy mogłabym zapytać o twoją matkę? — odezwała się niespodziewanie wiedźma, jednak wpatrywała się w ognisko, nie patrzyła na Strażniczkę. — Fakt, nie jest legendarnym plugawcem, lecz i tak jestem ciekawa.
— Moja matka zginęła — odparła cicho Ellen, uśmiechając się smutno.
Cóż, gdyby Morrigan spotkała Eleonorę, na pewno poprzysięgłaby zamienienie teyrny w żabę lub w coś równie okropnego. Matka Ellen miałaby trudności w zaakceptowaniu wiedźmy taką, jaką była. A przynajmniej z początku.
— I to całkiem niedawno, prawdę mówiąc — dodała po chwili.
— Ach — westchnęła zaskoczona, rzuciwszy Strażniczce krótkie spojrzenie. — Przyjmij więc moje kondolencje, jeśli są coś warte — poprosiła, co zupełnie zdumiało Ellen. — A jestem pewna, że warte są bardzo niewiele. Nieważne — skwitowała prawie gniewnie, jakby te słowa uwłaczały jej godności.
Strażniczka jednak uśmiechnęła się przyjaźnie.
— Czas już się położyć — stwierdziła. — Dobrej nocy, Morrigan — pożyczyła jej, podnosząc się i ruszając w stronę namiotu.
— Dobrej nocy, Ellen — usłyszała za plecami i przystanęła, otwierając szerzej oczy.
Poczuła przemożna ochotę, by obejrzeć się przez ramię na wiedźmę, jednak się powstrzymała i dzielnie ruszyła przed siebie. Nawet nie zdziwiło jej to przyjazne pożegnanie. Najbardziej oszołomił ją fakt, że Morrigan zwróciła się do niej po imieniu; nie przypominała sobie, by to zrobiła do tej pory.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz