piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.34 - Pierwsze napięcia

— Zżarłeś całą torbę moich ziół, ty głupi psie!
Ellen drgnęła. Szeroko otworzyła oczy, czując, jak serce zamierało w piersi. Przed sobą widziała coś ciemnego. Nic znajomego.
To nie była jej komnata. To nie był głos poirytowanej Niani.
— Myślisz, że nie wiem, co się z nimi stało?
…bo to nie było Wysokoże.
Ellen przewróciła się z brzucha na plecy i nabrała głębokiego, uspokajającego wdechu. Zaspała. A Morrigan zdążyła pokłócić się z Shegarem. Odważyłaby się zrobić mu krzywdę? Żołądek Ellen zwinął się w ciasną kulkę.
Musiała się ruszyć. Interweniować. Musiała…
Z zewnątrz dobiegło ją niezadowolone skamlenie. Zaraz po nim rozległo się nieco drwiące prychnięcie.
— To wyłącznie twoja wina — poinformowała Morrigan. — Część tych ziół była trująca. Powinieneś się cieszyć, że cię nie zabiły.
Ellen podniosła się na kolana i ostrożnie wsunęła dłoń między poły namiotu. Jej skórę oblał orzeźwiający chłód poranka. Wzdychając cicho, zerknęła na zewnątrz. Ognisko już wygasło, w polu widzenia dostrzegła tylko smukłe plecy Morrigan. Nikogo w pobliżu. Pewnie przygotowywali się do drogi.
— Nie bądź śmieszny — parsknęła Morrigan.
Ellen zsunęła wzrok niżej, na warującego przed Morrigan Shegara. Nie wyglądał źle. Ani jakby czuł się karcony. Na ustach Ellen pojawił się blady uśmiech.
Nigdy nie czuł się karcony, mały głuptas.
— Więcej ci nie dam, nawet gdybym miała. — Morrigan zsunęła jedną dłoń z biodra, chyba żeby pogrozić Shegarowi palcem.
Odpowiedziało jej natarczywe skomlenie. Shegar złożył pysk na łapach, tuląc uszy. Wyglądał, jakby Morrigan złamała mu serce. Ellen nie powstrzymała poszerzającego się uśmiechu. Shegar zawsze przedkładał jedzenie nad wszystko inne. Dobrze przypomnieć sobie, że niektóre rzeczy… jeszcze się nie zmieniły.
— Masz tupet, kreaturo. — Morrigan pochyliła się nad nim. — A twój oddech też pozostawia wiele do życzenia. Jazda mi stąd.
Shegar znów zapiszczał. Odważył się przyczołgać bliżej, jego wzrok niewinnego szczeniaka zmieniał się w błaganie, któremu nikt jeszcze się nie oparł. Nawet Niania i jej trudny charakter. Ellen przymknęła oczy, sadowiąc się w wejściu do swojego namiotu. Było coś uspokajającego w tym poranku.
— Zobaczymy — fuknęła niespodziewanie Morrigan. — Niczego nie obiecuję.
Ugięła się. Nieprawdopodobne.
Z piersi Ellen wyrwał się śmiech. Niezbyt głośny – i pewnie umknąłby uwadze Morrigan, gdyby nie to, że w obozowisku panowała całkowita cisza. Morrigan odwróciła się gwałtownie i popatrzyła na Ellen jakby spłoszona. Zdumienie na jej twarzy szybko ustąpiło miejsca frustracji.
— Powiedziałam coś zabawnego? — warknęła oschle.
Ellen wytrzymała jej przyszpilające spojrzenie. Pokręciła głową, posyłając Morrigan blady uśmiech.
Wieczorem nie zachowała się najlepiej. Nie miała pojęcia, jak się z tym czuła. Jak powinna się z tym czuć.
— Nie — odparła spokojnie. — Dzień dobry, Morrigan.
Morrigan zmrużyła oczy. Wyglądała, jakby nie wiedziała, czy Ellen uwierzyć. Skrzyżowała ręce na piersiach, nieznacznie zadarłszy brodę.
— Zaspałaś — wytknęła bezlitośnie.
Ellen odgarnęła potargane włosy z czoła. Nawet kiedy były krótkie, po nocy zwykle sterczały we wszystkie strony. Może zbliżał się czas, żeby je przyciąć.
— Wiem — mruknęła. — Shegar coś zniszczył?
Morrigan zerknęła na merdającego ogonem psa. Jego spojrzenie błyszczało, wędrując od Ellen z powrotem do Morrigan, z rozdziawionego, ziejącego pyska zwisał różowy język. Czasami naprawdę przypominał szczeniaka.
— Nie musisz się tym przejmować. — Morrigan zacisnęła usta. — Lepiej bierz się do roboty. Chyba że zmądrzałaś i postanowiłaś zignorować opętane dziecko.
Ellen zmarszczyła czoło.
Racja. Krąg Maginów, podróż, Redcliffe i otruty arl. Cały Ferelden stojący na głowie. Depcząca im po piętach Plaga – i ona w samym środku problemów, otoczona ludźmi, których właściwie nie znała. Na chwilę zapomniała o tym, że w jakimś momencie została ochotnikiem do popełnienia spektakularnego samobójstwa.
— Nie — poinformowała twardo. — Zamierzasz dyskutować?
Morrigan przechyliła głowę. Milczała.
Ellen chyba pierwszy raz w życiu nie poczuła się mniejsza – nawet pomimo tego, że siedziała, rozespana i pozbawiona zbroi. Nie wiedziała, co zrobiła inaczej.
— Och, wstałaś!
Pogodny głos Leliany wyrwał ją z cichego pojedynku. Ellen pochyliła się, żeby podłapać szeroki uśmiech Leliany. Jasny prawie tak samo jak wspinające się po bezchmurnym niebie słońce.
— Tak jakby — odpowiedziała powoli.
— Już kończymy przy koniach! Sten całkiem sprawnie składa namioty, zaraz może się zająć twoim — rzuciła niemal śpiewnie. — Lada moment możemy wyjeżdżać!
— Och — wyrwało się Ellen.
Podparła się ręką na ziemi i wstała. Shegar natychmiast skoczył do jej nóg i owinął się wokół nich prawie jak wąż. Dłoń Ellen odruchowo odnalazła jego szeroki łeb, chociaż nawet nie zerknęła w jego stronę.
— W porządku. Do roboty. Mamy do objechania pół Jeziora Kalenhad — wymamrotała, przeczesując palcami ciepłą sierść.
— Szybko nam minie! — Leliana znów rozpromieniła się w uśmiechu. — Oby magowie się zgodzili, Redcliffe na nas liczy!
Ellen nie powstrzymała się od skrzywienia. Nie chciała pamiętać, że ktokolwiek na nich liczył. Tak naprawdę liczył na nich cały świat – i prawdopodobnie się przeliczy. Jak pięć osób i pies mogli powstrzymać Plagę?
Nogi Ellen wydawały się ciężkie i sztywne. Plecy chciały się zgarbić, ramiona zgiąć i opaść. Czuła, że nie była na swoim miejscu, że wszystko to, co się działo, nie powinno jej dotyczyć. Stworzono ją do innego życia.
Oblizała usta, nabierając głębokiego wdechu.
— W takim razie przestańcie stać jak kłody. Trzeba pomóc Alistairowi i Stenowi — warknęła chłodno.
Nie wiedziała, co zobaczyła na twarzy Leliany. Jakąś emocję, to na pewno. Uciekła przed nią wzrokiem, cichym gwizdnięciem przywołując do siebie Shegara, kiedy ruszyła. Zauważyła, że Morrigan uniosła brew – ale na to też nie miała ochoty odpowiadać.
Co czuła? Co powinna czuć?
Raczej nie ten chłód w piersi. Tyle że nie było innego wyboru. Musiała albo zaakceptować rzeczywistość, albo nieruchomo zaczekać na śmierć.
Może kiedyś przestaną sądzić, że będzie podejmowała za nich decyzje. Może tego dnia znajdzie spokój. Póki co… nikt tu nie musiał się lubić, tak? Nie musieli jej lubić.

***

Podróż przebiegała spokojnie. Od chwili, w której Ellen udało się wdrapać na zdenerwowaną Taikę, nawet niespecjalnie walczyła o życie. Klacz kroczyła równym, energicznym stępem, Ellen czuła, że była niezadowolona, ale nie stwarzała zagrożenia. To… całkiem miłe z jej strony.
Krajobrazy wyglądały monotonnie – albo to tylko podły nastrój Ellen. Trakt wiódł wśród pojedynczych drzew lub na obrzeżach niewielkich zagajników. Słońce lało się z nieba, ale nie było zbyt gorąco, żeby oddychać. Powietrze wydawało się prawie przyjemne. Gdzieś na granicy słyszalności skrzypiał wóz poczciwego Bodahna. Może nie powinna była mu pozwalać zostać. W każdej chwili ktoś mógł ich zaatakować.
To zmartwienie nawet jej nie przygniotło. Wystarczyło dopisać je do niekończącej się listy wątpliwości – aż któregoś dnia zostanie przez nie złamana.
Drobna część niej chciała, żeby Wieża Kręgu Maginów pojawiła się na horyzoncie jak najszybciej. To by dało jakieś zadanie. Wyzwanie. Zajęłaby czymś myśli, zamiast nerwowo pochylać się nad tym, jak bardzo była bezradna. Przy tej drobnej części niej istniała jeszcze jedna – ta, która nienawidziła zimnej pustki w piersi i niemocy. Oraz całej reszty tego parszywego życia, ale nie mogła na nie niczego poradzić.
Leliana miała trochę racji. Redcliffe na nich liczyło, w ten czy inny sposób. Odparli w końcu atak żywych trupów, dostali się do zamku… ale z magami nie będą tak rozmawiali. Trzeba było ich… przekonać. Ellen nie potrafiła przekonać własnej matki, żeby zgodziła się na ścięcie jej włosów – i zrobiła to wbrew jej woli. Nie dało się zabrać magów do Redcliffe wbrew ich woli.
Powoli wypuściła powietrze, próbując pozbyć się męczącego ucisku w piersi. Może wystarczyło o tym nie myśleć? Przynajmniej póki co. Przy odrobinie szczęścia zostaną zamordowani, zanim dotrą do Wieży Kręgu Maginów. Zanim Ellen zostanie zmuszona do wymyślenia, jak w trybie natychmiastowym zostać dyplomatą.
Przed nimi jeszcze długa droga. Jeśli dobrze rozplanują trasę, najwcześniej do celu dotrą następnego dnia, pod wieczór. To naprawdę dużo czasu na zamartwianie się – ale póki nie dojadą do miejsca, Ellen nie musiała bawić się w spokojnego, wyważonego człowieka. Może po prostu wypchnąć tam Lelianę? Ona wszystkich potrafiła oczarować uśmiechem, pewnie by jakoś wyszarpnęła tych magów.
— Kiedy dotrzemy do głównego traktu — Ellen podniosła głos, nie oderwała jednak wzroku od ciemnej grzywy Taiki — przyśpieszymy.
Odpowiedziała jej cisza. Ellen prawdopodobnie powinna łypnąć na każdego, żeby wycisnąć z nich reakcje, ale nie miała ochoty. Przełożyła wodze do jednej ręki i nerwowo roztarła ramię. Nienawidziła gęsiej skórki.
— Pewnie! — rzuciła po dłużącej się pauzie Leliana.
Entuzjazm w jej głosie nie był szczery. Przynajmniej w ogóle się odezwała.
Ellen skinęła głową do powietrza. Mogła udawać, że wszyscy zgodzili się z jej decyzją. Oni chyba też coś udawali.
— Tak sobie myślę, Alistairze… Posłuchaj.
Wśród tej nieprzyjemnej ciszy poniósł się zniżony głos Morrigan. Ellen mimowolnie wyprostowała się w siodle – wypadało udawać, że tego nie słyszała. Ale Morrigan chyba tylko częściowo próbowała zapewnić rozmowie jakąś intymność. Wszyscy mogli usłyszeć to, co mówiła, nie tylko Alistair.
— Mam inne wyjście? — parsknął, jakby poirytowany.
Pewnie zaraz się pokłócą i tyle z tego będzie. Ellen dotknęła ciepłej szyi Taiki, zahaczając palcami o jej długą grzywę. Klacz w odpowiedzi podrzuciła łbem, zwracając jedno ucho w jej stronę.
— Czy spośród dwojga pozostałych przy życiu Szarych Strażników to nie ty jesteś tym starszym?
Coś w głosie Morrigan pozostawiało po sobie nieprzyjemną, kwaśną nutę. Pytanie, nadal wymówione niższym tonem, pełne było mściwej satysfakcji. Ellen napięła plecy, trochę jakby przygotowując się na ból dźgnięcia. Przecież tutaj nie chodziło o Alistaira. Chodziło o to, że Ellen uparła się na Krąg Maginów. Teraz musiała za to oberwać.
Odpowiedź długo nie nadchodziła. Co zabawne, Ellen nie do końca bała się tego, co Alistair powie. Jemu jednemu potrafiła zaufać.
— Ciekawi cię to, tak? — burknął.
Brzmiał na odrobinę pokonanego. Pewnie czuł się niezręcznie. Morrigan bardzo celnie wbiła tę szpilę – prosto pod żebro Ellen, ale rykoszetem dostał też on.
Udawać, że jej tu nie było? Pozwalać na to? Warknąć? Jak powinna się zachować, żeby nie wyjść na głupiego smarkacza? Przecież była głupim smarkaczem. Który nagle zaczął dowodzić, nie wiedzieć dlaczego.
— Właściwie to ciągle ustępujesz nowej rekrutce — zauważyła z nutą wyższości Morrigan. — To sposób postępowania przyjęty przez całą Szarą Straż, czy tylko przez ciebie?
Ellen z trudem powstrzymała potrzebę wbicia łydek w boki Taiki. Przede wszystkim – wyglądałoby to naprawdę nieprofesjonalnie. Uciekać przed nieprzyjemną rozmową i oskarżeniami. Nie tak zachowywały się osoby, które podejmowały decyzje. Tak nie zachowałby się jej ojciec.
Po drugie, Taika prawdopodobnie w odwecie dopilnowałaby, żeby Ellen wylewnie ucałowała glebę.
— Co chcesz usłyszeć? — warknął nagle Alistair. — Że wolę wykonywać czyjeś polecenia? No więc wolę.
Ellen nie wiedziała, czy Alistair zdenerwował się na Morrigan w jej imieniu, czy poczuł się atakowany. Raczej to drugie.
— Wydajesz się bardzo pasywny — wytknęła Morrigan.
— Nie mogłabyś wczołgać się gdzieś pod krzak i tam zdechnąć? — wycedził przez zęby, dokładnie akcentując każde słowo. — Byłoby wspaniale, dzięki.
Serce Ellen biło coraz szybciej. I boleśniej.
Jak się zachować? Co zrobić? Czuła na sobie spojrzenia – nie miała pojęcia czyje, ale czy to robiło jakąkolwiek różnicę? Musiała zareagować. Prawda?
Co zrobiłby jej ojciec?
Napięła ramiona, sztywno się prostując. Spróbowała unieść głowę, pozbyć się emocji, które odbijały się na twarzy. Chodziło o godność i dumę, tak? Ojciec radził sobie z ludźmi poprzez uśmiech albo nieugiętość charakteru. Słuchali go, bo chcieli. Bo potrafił wywrzeć na nich dobre wrażenie. Potrafił operować słowami.
Ellen w niczym go nie przypominała. Nigdy nie stanie się taka jak on.
Skręciła ciało razem z cofnięciem łokcia – ale Taika zareagowała już na ruch jej bioder. Dosłownie obróciła się w miejscu, tuląc uszy, i zatarasowała drogę klaczy Morrigan. Dwa ciemnie konie zetknęły się pysk w pysk i chociaż Taika była dużo mniejsza, wcale się taka nie wydawała. Ellen miała wrażenie, że jej stulone uszy odzwierciedlały napięcie, którego nie zdołała się pozbyć z własnej twarzy.
— Masz jakiś problem, Morrigan? — warknęła. — Jestem tuż obok. Możesz mi to powiedzieć prosto w oczy.
Pozostali też wstrzymali wierzchowce. Ellen była prawie pewna, że usłyszała niespokojny pomruk od strony Alistaira i Leliany. Sten raczej oceniał w ciszy.
Nie oderwała wzroku od chłodnej miny Morrigan.
— A zdołasz przyjąć krytykę jak dorosła osoba? — Morrigan uniosła brwi, posyłając Ellen uśmiech ostry jak brzytwa.
Zabolało.
Ellen zacisnęła usta, wypuszczając powietrze nosem. Drżała. Nie powinna. Naprawdę była aż tak słaba?
— Spróbuj — wycedziła przez zęby.
— Zachęcasz mnie do dyskusji, czy do pojedynku na pięści? Bo brzmisz, jakbyś robiła to drugie — parsknęła.
— Dajcie spokój — rozległ się nieco drżący, niepewny głos Leliany. — Nie ma sensu sprzeczać się o głupoty, prawda? Powinniśmy się pośpieszyć, Redcliffe czeka, a nie wiemy, jak szybko wpuszczą nas do…
— Nikt nie pytał cię o zdanie, siostrzyczko — syknęła Morrigan.
— Dość!
Ellen prawie zakrztusiła się nabieranym wdechem. Podniesienie głosu było ostatnim, na co powinna sobie pozwolić – ale zrobiła to. Proszę bardzo, Morrigan. Oddawała swoje słabości jak na tacy. Morrigan mogła je nawet rozszarpać, Ellen nie wiedziała, czy po tym wszystkim jakkolwiek by ją to skrzywdziło.
— Jeśli chcesz się z kimś kłócić, kłócisz się ze mną. — Dźgnęła kciukiem własną pierś, świdrując napiętą twarz Morrigan rozognionym wzrokiem. — Jeśli chcesz się na kimś wyżyć, wyżywasz się na mnie. Ja nas wpieprzyłam w Krąg Maginów. I ja nas z tego wyciągnę, czy ci się to podoba, czy nie.
— Może należało się zastanowić, czy wpieprzanie nas tam jest rozsądne, zanim to zrobiłaś — wytknęła chłodnym głosem.
Ellen zacisnęła zęby.
Myślenie z wyprzedzeniem nie było jej najmocniejszą stroną, więc Morrigan miała rację. Tylko nie musiała jej aż tak głośno wyrażać.
— Ja podsunąłem to rozwiązanie.
Głos Alistaira wybrzmiał twardo i pewnie. Ellen mimowolnie się wzdrygnęła – nie słyszała w nim tego brzmienia od… od Ostagaru.
— Wszystko sobie wyjaśniliśmy? — Alistair przesunął spojrzeniem od Morrigan aż do Ellen i na niej zatrzymał się na dłużej. — Możemy ruszać dalej?
— Możemy — wymamrotała.
Kopyta zastukały na utwardzonym trakcie. Ellen podłapała ciepły wzrok Leliany, razem z jej pocieszającym uśmiechem – i zapatrzyła się w ziemię. Wierzchowce wyminęły nieruchomą Taikę i po chwili Ellen została na samym końcu grupy.
Gdyby tylko wiedziała jak. Jak wszystko naprawić i pchnąć, żeby działało.
Skierowała Taikę w ślad za pozostałymi, czując, jak ciężar wgniatał ją w siodło.

***

Ognisko trzaskało wściekle, rzucając wokół długie cienie. Ellen obserwowała tańczące płomienie – to, jak zniekształcały otaczające ich krzewy i drzewa. Jak malowały noc w zupełnie nowe odcienie. Czerń była ciemniejsza, a jasność cieplejsza. Ellen przymknęła oczy, nabierając głębokiego wdechu.
Nie odezwała się do nikogo przez cały dzień. Bardzo dojrzale. Ale nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Podłapała jeden czy drugi uśmiech Alistaira – zmusiła się, by je odwzajemnić. I co dalej? Teraz Alistair spał. Albo właśnie zasypiał. Morrigan oddaliła się, żeby nie musieć na nich patrzeć. Ellen została w towarzystwie kończącej skromny posiłek Leliany i milczącego Stena, który zdecydował się wziąć wartę tego wieczoru. Nawet Shegar już pochrapywał na granicy blasku ogniska i głębokiego cienia nocy.
— Jutro powinno być pogodnie!
Ellen uniosła brwi, posyłając Lelianie zdezorientowane spojrzenie. Promienny uśmiech na jej twarzy jakby odrobinę przygasł przy braku entuzjazmu Ellen i Stena.
Sten skinął głową.
— Pewnie tak — wymamrotała Ellen.
Co dało się odpowiedzieć na takie stwierdzenie?
— Szybciej dotrzemy do Kręgu. — Leliana trochę się rozluźniła i, znów swobodnie uśmiechnięta, wsparła się za sobą rękoma. — Nic nie będzie nas spowalniało. W deszczu źle się jeździ, konie też tego nie lubią.
Cokolwiek. Dlaczego rozmawiali o pogodzie. Jeśli nie było innych tematów, mogli po prostu milczeć. Ellen zacisnęła usta.
— Można je prowadzić — wytknął spokojnie Sten.
— Nogi by mi weszły do dupy — żachnęła się odruchowo Ellen.
Podłapała zaskoczone spojrzenie Leliany. Tym razem to ona uniosła brwi, patrząc na Ellen tak, jakby wyrosła jej druga głowa.
— A wam nie? — prychnęła odrobinę poirytowana.
Nie powiedziała przecież niczego dziwnego, prawda?
— Wojownik jest przyzwyczajony do wielogodzinnych marszów — skomentował Sten – jego głos nawet nie zadrżał.
Och, świetnie. Tego właśnie było jej potrzeba – przypomnienia, że wątpił w jej kompetencje. Może by się zdziwił, gdyby usłyszał, że ona też wątpiła. Albo dokładnie to przeczuwał, dlatego tak ją prześladował.
— Sten, nie bądź zbyt surowy — mruknęła Leliana. — Nie wszyscy mają takie długie nogi jak ty, wiesz.
Ellen zmarszczyła czoło.
To przecież nie tak, że miała krótkie nogi.
— Dlaczego o tym rozmawiamy? — warknęła. — Sama mówiłaś, że jutro powinna być ładna pogoda. Więc pojedziemy wierzchem.
Leliana olśniła ją jednym ze swoich promiennych uśmiechów. Ellen odwróciła wzrok, zaciskając dłonie na chłodnej trawie.
Trzeba było trzymać mordę na kłódkę. Atmosfera robiła się prawie przyjazna – nawet jeśli kosztem szydzenia z niej – a ona musiała ją zniszczyć. Albo spędziła za dużo czasu w pobliżu szlachty, albo właśnie za mało.
— Więc…
Jej głos śmiesznie się skurczył i zdeformował, kiedy przepchnęła go przez nieprzyjemnie zwężone gardło. Przełknęła, czując na sobie pogodne spojrzenie Leliany. Zawędrowała wzrokiem aż do nieruchomego Stena – przypominał ogromny, zwalisty kamień, który zaległ tuż obok ich ogniska.
— …co robiłeś w tej klatce? — wykrztusiła.
Sten uniósł głowę. Jego spojrzenie zawisło nieruchomo na twarzy Ellen.
— Siedziałem, jak już zauważyłaś.
To chyba jakiś żart.
Ellen zająknęła się, czując, jak coś zwijało się w żołądku. Głos Stena był tak samo stoicki jak cała jego postać – nie potrafiła powiedzieć, czy z niej szydził, czy mówił szczerze, czy po prostu zażartował. Raczej to pierwsze.
— Bardzo śmieszne — tchnęła, uciekając wzrokiem.
— Dziękuję.
Leliana parsknęła śmiechem.
— Jesteś niemożliwy! — rzuciła wesoło.
Ellen zamrugała szybko – ale nic się nie zmieniło. Leliana nadal chichotała, a ogień z trzaskaniem pożerał drewno. Sten naprawdę… zażartował? Nie próbował jej dokuczyć?
— Wiem — odparł spokojnie.
Ellen wróciła do niego spojrzeniem w dobrej chwili, by zobaczyć, jak kącik jego ust uniósł się, tworząc lekki półuśmiech. Serce w jej piersi zatrzepotało.
Zażartował. Tak po prostu.
— Parshaara. — Sten wywrócił oczami, podchwyciwszy jej niedowierzający wzrok. — Chcesz czegoś jeszcze?
— Ja mam pytanie — przyznała Leliana.
Ellen zerknęła na nią z zaciekawieniem. Rozmowa wyraźnie ją ożywiła, jej jasne oczy błyszczały w świetle ognia. Wyglądała na młodą kobietę – ale chyba była starsza od Ellen. Na pewno była starsza od Ellen, tu raczej wszyscy byli od niej starsi.
— Jakoś mnie to nie dziwi — westchnął Sten.
— Po co przybyłeś do Fereldenu? — Leliana uśmiechnęła się przyjaźnie, wspierając brodę na dłoniach.
Na czole Stena pojawiła się głęboka pionowa zmarszczka. Przymrużył oczy – nie spuszczał wzroku z ogniska.
— Żeby odpowiedzieć na pytanie.
— Słucham? — Głos Leliany pełen był zaskoczenia.
Ellen wyprostowała się tak, żeby lepiej widzieć jego twarz. Nadal spokojną, przypominającą maskę opanowania, ale… było w niej coś jeszcze. Ślad emocji, których Ellen nie umiała nazwać.
— Jak brzmiała odpowiedź? — wyrwało jej się.
Sten podłapał jej spojrzenie.
— Nie byłaś pod Ostagarem, gdy armia poniosła klęskę? — mruknął, jakby odrobinę karcąco. — To jest twoja odpowiedź.
Och. Plaga.
— Chodzi o pomioty? — rzuciła Leliana. — Sprawdzałeś wieści o Pladze, Stenie?
Sten nie odpowiedział. Może skinął głową, Ellen nie była pewna. Płomienie trochę przekłamywały obrazy, kiedy przez nie patrzyła.
— I co? — spytała chyba zbyt napastliwie. — Nie musisz złożyć, nie wiem, raportu?
— Muszę. — Sten wzruszył ramionami.
— A kiedy zamierzasz to zrobić? — podchwyciła Leliana.
Sten zacisnął usta. Wcześniej Ellen wydawało się, że był odrobinę poirytowany – teraz za to wyglądał na… zmęczonego. Może nie powinna poruszać tego tematu. Albo drążyć. Nie tylko ona nie chciała mówić o niektórych rzeczach.
— Nigdy — poinformował twardo. — Nie mogę wrócić do domu.
Serce Ellen skurczyło się w piersi – a w ślad za nim podążyła reszta ciała. Ramiona opadły i się zgarbiły, plecy zgięły się pod ciężarem, głowa zwisła tak, że spojrzenie Ellen natrafiło na sypką ziemię.
Prawie nie słyszała głosu Leliany, przebijającego się przez ognisko.
— Dlaczego nie?
— To już bez znaczenia. — Westchnienie Stena było głębokie, jakby musiał znaleźć w sobie dużo siły na udzielenie tej odpowiedzi.
— Och — mruknęła Leliana.
Ellen uśmiechnęła się ponuro. Czy ktokolwiek, z kim podróżowała, mógł wrócić do domu? Chyba tylko Morrigan. O ile jej chata jeszcze stała po tym, jak przez Głuszę Korcari przemaszerowała horda pomiotów.
Ellen w żaden sposób nie była wyjątkowa. Straciła właściwie wszystko – tak samo jak otaczający ją ludzie. Pochylanie się nad swoim cierpieniem wydawało się dość nietaktowne w tej sytuacji. Samolubne.
— Jutro późnym popołudniem chyba dotrzemy do celu. — Ellen uniosła głowę, zerkając na swoich towarzyszy.
Sten w milczeniu przytaknął.
— Tym tempem prawdopodobnie tak.
Ellen zmusiła usta, żeby ułożyły się w uśmiechu. Po pierwszym wysiłku przyszło to prawie naturalnie – i właściwie szczerze. Nie była pewna, dlaczego coś tak prostego obudziło w niej nerwowość. Oddech przyśpieszył razem z sercem w piersi, jakby czymś ryzykowała. Może… może po prostu czuła się z tym uśmiechem odrobinę zbyt odsłonięta.
— Trzeba będzie się wyspać — wykrztusiła, uciekając wzrokiem. — Leliano, chyba lepiej się położyć?
— Och. Tak. Pewnie. — W jej głosie Ellen usłyszała niepewność, chyba podyktowaną zaskoczeniem.
— Sten, obudź mnie za parę godzin. Zmienię cię. — Zerknęła na niego.
Sten skinął głową.
Ellen dźwignęła się z miejsca i stanęła wyprostowana. Chłodny wiatr nocy pchnął ją w plecy, unosząc kilka pojedynczych kosmyków włosów. Pachniał wilgocią – nic dziwnego, skoro jechali wzdłuż linii brzegowej Jeziora Kalenhad.
Uśmiechanie się do ciemności było zdecydowanie prostsze niż uśmiechanie się do nich. Mimo to Ellen odszukała w półmroku nadal siedzącą Lelianę.
— Dobrej nocy — pożyczyła im, zanim zawróciła do namiotu.
— Dobrej nocy — usłyszała za plecami odrobinę zdezorientowany głos.
Jutro będzie lepiej. Jutro spojrzy Morrigan w oczy i nie ugnie się przed jej dezaprobatą. Jutro dostaną się do Kręgu Maginów. Jutro spróbują uratować świat.
A jeśli nie jutro, to kolejnego dnia. Aż do skutku.
W to potrafiła uwierzyć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz