piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.34 - Niewinna przejażdżka


Poranek okazał się nadzwyczaj ciepły i słoneczny. Co prawda chyba nikt nie wstał wraz z pierwszymi promieniami jutrzenki – może poza Morrigan, ale na dobrą sprawę nigdy nie wiadomo, o której wiedźma się budziła – a obóz został wyrwany ze snu trzy godziny po świcie, kiedy Leliana otworzyła oczy. Gdyby nie łuczniczka, zapewne spaliby tak nawet do południa, bo Morrigan niezbyt kwapiła się, by wszystkich obudzić.
Tak więc wygrzebali się z namiotów o trzy godziny za późno, a i tak wyglądali, jakby nie spali całą noc. Oprócz Stena, który z nieprzeniknioną miną zarzucił na siebie lekki – oraz za krótki – płaszcz, by pójść do lasu po drewno na opał. Tymczasem Alistair ruszył do kręgu na ognisko z zamiarem przygotowań do śniadania, a Leliana postanowiła obudzić Bodahna i Sandala, bo wyglądało na to, że oni również urządzili sobie dłuższe spanie tego dnia.
Ellen znowu ostała się samotna oraz bez określonego celu, rozglądając się bezradnie. Teoretycznie mogłaby pomóc Alistairowi, ale znając jej szczęście, taka pomoc bardziej przypominałaby katastrofę. Dlatego po chwili zastanowienia skierowała się do pasących się kawałek dalej koni, zamierzając przywitać się ze swoją niesforną klaczą – poprzedniego dnia nie miała do tego głowy.
— Cześć, piękna — mruknęła, ostrożnie zbliżając się do skubiącej trawę Taiki.
Dzika uniosła łeb, zastrzygła uszami, jednak na widok Ellen napięcie zniknęło z jej oczu, pojawił się w nich znudzony wyraz, jakby chciała powiedzieć: „ach, no tak, to ty”. Ostentacyjnie powróciła do przerwanego zajęcia, oganiając się ogonem od natrętnych much.
Strażniczka pogładziła miękką szyję klaczy, uśmiechając się do siebie. Coś już się zmieniło w ich relacjach, przynajmniej Dzika nie próbowała od razu odgryźć ręki. Ellen przeczesała palcami długą czarną grzywę i przyjrzała się pozostałym koniom, przymrużając oczy, gdy musiała spojrzeć pod słońce. Zdawały się nad wyraz spokojnie, można pomyśleć, że wszystko było w porządku i Fereldenowi nie groziło żadne niebezpieczeństwo.
— Przydałoby ci się szczotkowanie, co? — zagadnęła Dziką, uśmiechając się.
Taika spojrzała na nią kątem oka, obracając ucho w stronę Strażniczki. Ellen odniosła nieodparte wrażenie, że klacz rozumiała wszystko, co się do niej mówiło, zupełnie jak Shegar. Zastanowiła się, czy mogło mieć to związek z krwią elfich hall.
— Poczekaj chwilę, pójdę tylko po zgrzebło — poprosiła pogodnie i skierowała się do niedużej torby rzuconej nieopodal siodeł oraz ogłowi, w której znajdowały się przybory do czyszczenia.
Pospiesznie wróciła i zabrała się do pracy, z początku nucąc pod nosem piosenki, by ostatecznie zacząć opowiadać Mystic o wszystkim, co jej przyszło na myśl. W pewnym momencie klacz westchnęła ciężko i odwróciła łeb tak, by nie musieć patrzeć na oporządzającą ją Ellen.
Tymczasem do głównego obozu zbliżyła się sztywnym, gniewnym krokiem okrzyknięta już tego ranka przez Alistaira za – wreszcie – zmarłą Morrigan. W dłoni trzymała niedużą torbę; a przynajmniej mogła to być kiedyś torba, w której przechowywała zioła, ponieważ teraz wyglądała jak psu z gardła wyciągnięta. Nawet ślina skapywała z dobrze wyprawionej skóry.
Alistair odprowadził rozjuszoną wiedźmę uprzejmie zdumionym wzrokiem, razem ze Stenem próbując rozpalić ogień na wilgotnym drewnie, natomiast Leliana przeszła na przeciwległy kraniec obozu, żeby nie zostać ofiarą gniewu. Morrigan zmierzała bowiem wprost do gryzącego znalezionego patyka Shegara.
— Zżarłeś całą torbę moich ziół, ty głupi psie — warknęła na ogara, potrząsając trzymanym w ręku skrawkiem materiału. — Myślisz, że nie wiem, co się z nimi stało? — spytała gniewnym głosem.
Shegar zamerdał jakby nigdy nic ogonem, odrywając pysk od obgryzanego patyka. Ostatecznie zapiszczał z niezadowoleniem, jakby oskarżał Morrigan o złe samopoczucie.
Kobieta prychnęła rozjuszona.
— To wyłącznie twoja wina — uświadomiła go przez zaciśnięte zęby, podtykając bliżej nosa poszarpaną, pustą torbę. — Część tych ziół była trująca. Powinieneś się cieszyć, że cię nie zabiły.
Shegar nastawił ucho, wpatrując się w wiedźmę brązowymi ślepiami, po czym nagle zaszczekał głośno, unosząc się na przednich łapach. Na twarzy Morrigan pojawiło się zdumienie, które szybko ustąpiło miejsca irytacji i złości.
— Nie bądź śmieszny. Więcej ci nie dam, nawet gdybym miała — stwierdziła, wykrzywiając brzydko usta.
Urażony Shegar zaskomlił cicho, znowu kładąc się normalnie i wpatrując się z wyrzutem w twarz wiedźmy.
— Masz tupet, kreaturo — warknęła, wsadzając nędzne resztki torby pod pachę. — A twój oddech też pozostawia wiele do życzenia. Jazda mi stąd — rozkazała i machnęła ponaglająco ręką.
Shegar położył łeb na łapach, wlepiając w Morrigan przysłowiowy wzrok zbitego psa, i zaskomlił przeciągle, niemal jak kwilące dziecko. Kobieta zacisnęła usta, chwilę spoglądała zdenerwowana w bok, jednak kiedy mabari wydał z siebie jeszcze raz ten sam dźwięk, cmoknęła zirytowana.
— Zobaczymy — warknęła pokonana.
Ogon Shegara zakołysał się nieśmiało.
— Niczego nie obiecuję — zastrzegła momentalnie i odwróciła się sztywno do mabari, ruszając szybkim krokiem z powrotem, by zająć się cerowaniem wymiędlonej torby.
Shegar uniósł łeb, odprowadzając Morrigan wzrokiem.
Po trzydziestu minutach śniadanie było gotowe, a Alistair kończył nalewanie gulaszu do misek. Dopiero kiedy rozdał wszystkim ich porcje, zorientował się, że miał jedno naczynie za dużo – czy raczej brakowało mu jednej gęby do wyżywienia. Rozejrzał się czujnie dokoła, jednak nie dostrzegł Ellen; kto jak kto, ale ona nigdy nie spóźniała się na posiłki. Zmarszczył czoło, zatrzymując się pomiędzy Stenem a Lelianą.
— Widział ktoś Ellen? — spytał wreszcie.
— Chyba poszła do koni. Zawołać ją? — zaproponowała łuczniczka, łyżką wskazując orientacyjny kierunek, w którym udała się Strażniczka.
Młodzieniec przeniósł wzrok w tamtą stronę, westchnął cicho i położył miskę pod nosem Shegara, by pies mógł zjeść.
 — Nie, nie trzeba, sam pójdę — odparł, a kiedy Leliana wzruszyła ramionami, wracając do posiłku, ruszył w kierunku koni z zamiarem odszukania Ellen.
Daleko szukać nie musiał, Couslandka stała obok Taiki, bynajmniej nie próbując się chować, i coś z zapałem opowiadała, czyszcząc już i tak lśniącą, ciemną sierść. Alistair uśmiechnął się z rozbawieniem, podchodząc raźnym krokiem do obu pań, jednak ledwie zbliżył się na cztery metry, Dzika nagle poderwała łeb, przerywając posiłek, i rzuciła się w stronę Strażnika, szczerząc groźnie zęby, jakby miała zamiar mu coś odgryźć.
Ellen krzyknęła zaskoczona i odskoczyła w bok; podobnie uczynił Alistair i kiedy Taika upewniła się, że młodzieniec się przestraszył, powróciła do zajęcia.
Strażniczka popatrzyła na Alistaira.
— Uroczy koń — wydusił wreszcie, zakrztusiwszy się kilka razy, po czym potrząsnął głową i spojrzał na Ellen. — Śniadanie gotowe, chciałem cię zawołać — stwierdził, uśmiechając się do dziewczyny.
Skinęła głową i przestała czesać sierść Taiki.
— Już idę — odparła pogodnie i ściągnęła zgrzebło z dłoni, by odłożyć je do worka.
Alistair przytaknął, uśmiechnął się raz jeszcze i skierował się z powrotem do ogniska, słysząc za sobą kroki Ellen.

Po skończonym posiłku zaczęli zbierać się do drogi, pakować namioty oraz cały niepotrzebny w podróży sprzęt na wóz Bodahna, ubierać się w zbroje – a przynajmniej w przypadku wojowników, Morrigan pozostała w swoim ubraniu – oraz siodłać konie.
Ellen wybrała z pomocą krasnoludzkiego kupca odpowiedni dla Stena pancerz, który nie uwierałby go oraz chronił na wypadek nieplanowanych wypadków w wieży, i pomagała qunari dopasować rzemyki – dokładniej pomagała tam, gdzie sięgała – kiedy nagle odsunęła się od olbrzyma i popatrzyła w zamyśleniu na Alistaira.
Podpinający popręg Kreoisa Strażnik rzucił dziewczynie pytające spojrzenie i poprawił tybinkę, bo się podwinęła.
— Alistairze, poprowadziłbyś ich do Kręgu? — spytała, poklepała Stena po łokciu (do ramienia nie sięgnęła) i podeszła do Taiki, by ją osiodłać.
Młodzieniec odruchowo pokiwał głową, powracając do przerwanego zajęcia, jednak zaraz zmarszczył czoło.
— A co z tobą? — mruknął niepewnie.
— Chciałam pojechać przodem. Znaczy nie do końca. Bokiem. Ach, nie wiem, jak ci wyjaśnić — zdenerwowała się, ostrożnie zapinając nachrapnik Taiki.
Mina klaczy jasno sugerowała, że wytrzymywała to bezsensowne oplatanie rzemieniami tylko resztkami cierpliwości.
— Po prostu zamierzałam sprawdzić Taikę, spróbować się jakoś z nią dogadać, zacieśnić więzy. Krótko mówiąc, przejechać się — spróbowała wybrnąć.
— Sama? — zaniepokoił się Alistair, opuszczając strzemiona wzdłuż śnieżnych boków Kreoisa.
Poklepał stojącego spokojnie ogiera po szyi, a siwek łypnął na swojego jeźdźca.
— Nie jestem pewien… — zaczął zmartwionym głosem Strażnik.
— Pojedzie ze mną — zadeklarowała się niespodziewanie Leliana, doskakując do Ellen i obejmując dziewczynę ramieniem.
Couslandka stęknęła cicho, kiedy ręka łuczniczki oplotła ją w szyi, i uśmiechnęła się niepewnie. Taika parsknęła gniewnie, odsuwając się dwa kroki od pań.
— No, Alistairze, nie bądź taki, podziel się Ellen ze mną — rzuciła złośliwie łuczniczka, wyszczerzając zęby w uśmiechu.
— Słucham? — wydusił, szukając wytłumaczenia u Couslandki.
Mina dziewczyny była równie zdumiona, co jego.
— Jak to: podzielić się? O co ci znowu chodzi?
— Rozumiem, że możesz być bardzo zaborczy, ale chyba mogę spędzić z nią dwie godzinki, co? — spytała ze słodkim uśmiechem Leliana i rozczochrała krótkie włosy Ellen, nie odrywając spojrzenia od zmieszanego wysnutymi oskarżeniami Alistaira.
— A bierz ją w cholerę! — wybrnął, jednak zauważywszy oburzoną minę Strażniczki, postanowił się trochę zreflektować: — Znaczy się, jedźcie, gdzie chcecie, mi nic tam do tego — dodał, machnął dłonią i z braku lepszego zajęcia znowu sprawdził popręg Kreoisa. — Tylko żebyście dojechały w jednym kawałku do doków pod wieżą.
— To spotkamy się na miejscu! — zawołała zadowolona Ellen i, popychana przez Lelianę, dosiadła Taiki.
Klacz z anielską cierpliwością zniosła moszczenie się na jej grzbiecie, jakby doskonale rozumiała, że dziewczyna nigdy nie miała bliższych stosunków z końmi.
— Morrigan, pilnuj ich, dobrze? — zwróciła się do wiedźmy Strażniczka.
Kobieta uniosła głowę i popatrzyła zdumiona, by po chwili westchnąć męczeńsko i wywrócić oczami z niezadowoloną miną, co chyba mogło oznaczać, że postara się ich nie pozamieniać w plugawce oraz nie zgubić w przydrożnym rowie.
— Chodź! — rzuciła wesoło Leliana.
Obie panie ruszyły energicznym kłusem, za nimi natomiast potruchtał Shegar, i po chwili zniknęli wszystkim z oczu, choć Strażniczka jeszcze kilka razy się obejrzała na towarzyszy.
Alistair westchnął i bez słowa wsiadł na Kreoisa, zwracając ogiera w stronę głównego traktu prowadzącego do wieży Kręgu Maginów. Skinął na pozostałych pod jego opieką wojowników i ruszył przodem równym stępem. Zamierzał najpierw wyjechać spomiędzy drzew, a dopiero potem, na oznakowanej drodze, narzucić żywsze tempo.
— Tak sobie myślę, Alistairze… — odezwała się zupełnie niespodziewanie Morrigan.
Strażnik spojrzał na kobietę zdumiony, unosząc wysoko brwi.
— Posłuchaj…
— Mam inne wyjście? — mruknął sceptycznie, ostentacyjnie odwracając wzrok na wąską ścieżynę, którą poruszali się wśród drzew.
Poczuł na sobie lodowate spojrzenie wiedźmy, jednak spodziewał się, że uprzejma pogawędka zaraz zmieni się w złośliwe komentarze. Był na to przygotowany.
— Czy spośród dwojga pozostałych przy życiu Szarych Strażników to nie ty jesteś tym starszym? — spytała przerażająco miłym głosem.
Młodzieniec zmarszczył w zastanowieniu czoło i wbił wzrok w szyję Kreoisa, rozmyślając nad słowami Morrigan. Rzeczywiście, chyba był starszy. Prawdopodobnie. Nie pytał Ellen o wiek, ale kiedy tak się zastanowić… Przez jej bardzo drobną i niewysoką budowę trudno ocenić, ile w istocie miała lat.
— Ciekawi cię to, tak? — rzucił, siląc się na uszczypliwy ton.
Wolał nie wchodzić w żadne zażyłości z tą kobietą, nie ufał jej i tylko czekał, aż wbije im nóż w plecy. Nie rozumiał, dlaczego Ellen zgodziła się wziąć ją ze sobą, jednak nie chciał się kłócić z dziewczyną. Zresztą jej ufał. Skoro uznała, że Morrigan będzie przydatna, w porządku, ale żadnych przyjaźni. Ona ich jeszcze zdradzi, był tego pewien.
— Właściwie to ciągle ustępujesz nowej rekrutce — ciągnęła niewzruszenie Morrigan. — To sposób postępowania przyjęty przez całą Szarą Straż, czy tylko przez ciebie? — Zerknęła przelotnie na młodzieńca, unosząc brew.
— Co chcesz usłyszeć? — warknął zdenerwowany, zaciskając dłonie na wodzach. — Że wolę wykonywać czyjeś polecenia? No więc wolę — fuknął.
— Wydajesz się bardzo pasywny — podsumowała.
— Nie mogłabyś wczołgać się gdzieś pod krzak i tam zdechnąć? — wycedził przez zęby młodzieniec, rzucając wiedźmie ponure spojrzenie.
Morrigan uniosła brew, zerkając na Alistaira z rozbawieniem.
— Byłoby wspaniale, dzięki — burknął i pogonił Kreoisa do żwawszego stępa, wyprzedzając Entaine i uwalniając się od uciążliwego towarzystwa złośliwej wiedźmy.
Już w ciszy zmierzali do głównego traktu, tylko chrzęst ściółki leśnej pod końskimi kopytami, oddechy podróżnych oraz skrzypienie wozu przerywały milczenie. Nawet ptaki nie były jeszcze skore do świergolenia, jakby także zaspały i teraz dopiero się rozbudzały, przygotowując do rutynowego dnia.

Razem z Lelianą wybrały mniej uczęszczaną drogę i teraz jechały równym stępem koń przy koniu, nie odzywając się do siebie, jednak w pogodnych nastrojach. Shegar zamykał przysłowiowe tyły, rozglądając się z zainteresowaniem i wodząc wzrokiem mądrych ślepi po pniach drzew. Wierzchowce kroczyły spokojnie, tylko Taika od czasu do czasu przystawała z zawieszoną w powietrzu nogą, nabierała powietrza i dopiero wtedy ruszała, żwawiej doganiając Tallona. Ellen za każdym razem poklepywała klacz dla uspokojenia, choć Dzika zdawała się nie zwracać na to większej uwagi; tylko jej ucho wędrowało do amazonki.
— Ta twoja wizja… — zaczęła powoli Strażniczka, przenosząc wzrok na towarzyszącą jej Lelianę.
Kobieta westchnęła ciężko.
— Wiedziałam, że wcześniej czy później ten temat wypłynie — przyznała niechętnie. — Nie umiem tego wyjaśnić, ale miałam pewien sen… Były w nim nieprzeniknione ciemności — opowiedziała, zniżając głos. — Tak gęste, tak realne… I był jeszcze hałas, okropny, straszliwy hałas. Stałam na szczycie i patrzyłam, jak wszystko wokół pochłania ciemność. A kiedy burza połknęła ostatnie promienie słońca… poleciałam w dół, a mrok zaczął mnie ku sobie przyciągać — zakończyła.
— Śniłaś o Pladze? — mruknęła niepewnie Ellen, unosząc brwi.
— Chyba tak — stwierdziła w zamyśleniu Leliana. — To właśnie jej symbolem były te ciemności, prawda? Kiedy się zbudziłam, poszłam do zakonnych ogrodów, jak to zawsze czyniłam. Tego dnia jednak na krzewie różanym zakwitł pojedynczy kwiat — ciągnęła z rozmarzonym wyrazem twarzy. — Wszyscy wiedzieli o tym, że krzew umarł. Był szary, powykręcany i zdeformowany, najbrzydsza rzecz na świecie. A tu proszę: pojawiła się na nim przepiękna róża — skwitowała, kręcąc głową. — Jakby Stwórca wyciągnął rękę i rzekł: „Nawet pośród ciemności jest nadzieja i piękno. Miejcie wiarę”.
— I właśnie dlatego postanowiłaś nam pomóc? — spróbowała się upewnić, trochę nie mogąc w to uwierzyć.
— W moim śnie spadłam albo… albo może skoczyłam… — zaczęła niepewnie Leliana, by ostatecznie potrząsnąć głową. — Zrobię wszystko, by powstrzymać Plagę. Wiem, że jesteśmy w stanie to uczynić. W świecie jest tak wiele dobrych rzeczy. Jak mogłabym siedzieć bezczynnie, podczas gdy Plaga by je wszystkie… pochłaniała?
— Ja chyba też nie mogłabym siedzieć bezczynnie — przyznała Ellen, uśmiechając się do łuczniczki.
— Dlatego właśnie jesteś Szarą Strażniczką — zauważyła ze śmiechem Leliana, jednak Couslandka zrozumiała, że te słowa miały bardzo poważny i szczery wydźwięk.
Zmieszała się i zamilkła, postanawiając nie kontynuować tego wątku, przez co zapanowała między nimi cisza.
— Zdaje się być mądrym zwierzęciem — zagadnęła Leliana, przyglądając się Taice z żywym zainteresowaniem.
Klacz spojrzała krótko na łuczniczkę, po czym parsknęła i potrząsnęła grzywą, postanawiając zignorować rozmowę. Ellen uśmiechnęła się i skinęła głową, odruchowo dotykając ciepłego kłębu zwierzęcia.
— To prawda. Często mam wrażenie, że rozumie każde moje słowo, dokładnie jak Shegar — przyznała, na co ogar szczeknął pogodnie zza ich pleców. — Tak sobie myślę… może to wpływ tej krwi halli, o której mówił Cedric? — zasugerowała.
— To nie takie głupie — przyznała Leliana, kiwając głową. — Jak myślisz, jest szybka? Tallon podobno nie miał sobie równych w stadzie Cedrica, jednak na niej nikt nigdy nie jeździł — zmieniła temat, uśmiechając się pogodnie.
Strażniczka popatrzyła wesoło na towarzyszkę, domyślając się, do czego zmierzała.
— W takim razie co powiesz na wyścig? — rzuciła.
Leliana rozpromieniła się i skinęła głową.
— Nie odmówię. Do głównego traktu? — zaproponowała, przenosząc wzrok na dróżkę przed nimi.
Ellen przytaknęła i ruchem głowy poprosiła, by Leliana dała komendę do ruszenia. Łuczniczka zrównała Tallona z Taiką, przyłożyła łydki do boków kasztana i zamarła na chwilę.
— Start! — krzyknęła zaraz.
Oba konie wyrwały z kopyta do przodu, kiedy dostały sygnał od amazonek, i kilkanaście metrów jechały noga w nogę równym tempem. Potem jednak Lelianie udało się namówić Tallona do przyspieszenia i ogier skoczył do przodu, zostawiając Taikę w tyle. Ellen poczuła, jak mięśnie klaczy się napinają, jednak nie ruszyła szybciej; czy to z posłuszeństwa, czy z lenistwa, czy z niemocy. Strażniczka klepnęła szyję Dzikiej, pochylając się nad nią.
— Dalej. Pokaż, na co cię stać — poprosiła szeptem.
Taika zastrzygła uszami, parsknęła cicho, jakby zgadzając się na postulat Ellen, i wyciągnęła krok. Couslandka jeszcze nigdy nie jechała tak szybko na koniu. Nie dość, że zostawiły biednego Shegara w tyle, to jeszcze dogoniły cwałującego Tallona i najzwyczajniej w świecie go wyprzedziły.
Zdumieniu na twarzy Leliany wcale nie ustępowało zdumienie na twarzy Ellen, gdy popatrzyły na siebie podczas wymijania. Potem Taika szarpnęła łbem, odbierając Strażniczce wodze i poluzowując sobie kontakt, pochyliła szyję i ruszyła jeszcze szybciej, tak, że wiatr zaczął wyciskać łzy z oczu dziewczyny.
Ellen przysiadła niżej w siodle, by być bliżej końskiego grzbietu, i wplotła dłonie w długą czarną grzywę, czując się tak bezpieczniej.
— Tylko pamiętaj, że ja tu jeszcze jestem! — zawołała, przekrzykując świst wiatru.
Zdawało się jej, że Taika parsknęła w odpowiedzi.
— I nie należę do najlepszych jeźdźców!
Po kilku chwilach tej szaleńczej jazdy Ellen właściwie przywykła do nowej mechaniki ruchu wierzchowca i niemal wczuła się w kroki klaczy, zaczynając się delektować przejażdżką. Najbardziej niezwykłe z tego wszystkiego było chyba to, że mimo długiej galopady Taika jeszcze się nie spociła, ba, nawet wydawało się, że wciąż tryskała energią. Strażniczka uśmiechnęła się radośnie, niepewnie unosząc się nad szyją Dzikiej i pozwalając sobie na oglądanie mijanych krajobrazów. Gdzieś z boku, po prawej stronie, śmignęły nieduże domki wioski, potem po obu stronach drogi wyrosły duże głazy. I wtedy bajka się skończyła.
Taika wryła się gwałtownie czterema nogami w ziemię, przysiadając na zadzie i sunąc w przód podczas hamowania. Stuliła uszy, zadzierając szyję tak mocno, że Ellen została zmuszona do odchylenia się w siodle. Ledwie dziewczyna odzyskała straconą równowagę, Dzika odpuściła niespodziewane zatrzymanie i skoczyła w przód; najwyraźniej sama poczuła się niepewnie i wolała uniknąć wywrotki, jednak kolejne szarpnięcie przy hamowaniu oraz ponownym wryciu się kopytami w ziemię sprawiło, że Ellen z krzykiem przerażenia przechyliła się przez szyję, gubiąc strzemiona i prawie spadając. Wczepiła się jednak w grzywę Taiki, rozpaczliwie próbując utrzymać się w siodle.
Ledwie klacz zatrzymała się stabilnie i stanęła równo na czterech nogach, w podskoku obróciła się tak, by zatarasować całym ciałem węższą drogę i zarżeć nisko, prawie jak ogier, tuląc uszy i wpatrując się w stronę, z której powinien nadbiec Tallon. Ellen jeszcze nie złapała oddechu po incydencie z hamowaniem, wciąż wtulała się w szyję wierzchowca. Dopiero kiedy usłyszała tętent kopyt, popatrzyła w stronę zwalniającej Leliany, chcąc do niej zawołać. Głos uwiązł jej w gardle.
Na jednym z wielu olbrzymich kamieni stał wielki, szary wilk, z pochylonym łbem oraz ślepiami wbitymi w przytupującą nerwowo w miejscu Taikę. Jego ogon był uniesiony sztywno, kły odsłonięte w niemym warkocie. Ellen ścisnęła klacz kolanami, czując lodowaty dreszcz wstrząsający ciałem. Wtedy z kryjówek wyłoniła się reszta watahy, jeszcze siedem rosłych, potężnych drapieżników. Leliana zaklęła szpetnie i zatrzymała podrygującego z przerażenia Tallona, nerwowo ściągając łuk z pleców.
— Ta… Taaaikaaa! — wrzasnęła Ellen, gdy wilk stojący przed chwilą na głazie odbił się i skoczył na nie z rozwartą paszczą.
Klacz stuliła uszy z gniewnym kwikiem, szarpnęła łbem i w ostatniej chwili odepchnęła się tylnymi nogami od ziemi, przelatując łukiem nad innymi drapieżnikami. Wylądowała kawałek dalej. Strażniczka znowu zachwiała się niebezpiecznie na grzbiecie Dzikiej, nerwowo łapiąc jej grzywę. Pierwsza strzała przeszyła powietrze, kierując się w kark jednego zwierzęcia.
Wataha rzuciła się do ataku, doskoczyła do nóg klaczy i jej brzucha, kłapiąc paszczami. Taika zarżała zdenerwowana i uskoczyła w bok, unikając rozszarpania skóry, jednak tego już było dla Ellen za dużo. Strażniczka z zaskoczonym okrzykiem zsunęła się z wierzchowca i gruchnęła o ziemię, uderzając tyłem głowy w twardą drogę. Wilki wydały z siebie zadowolony pomruk, ruszając do zamroczonej zdobyczy.
W tym momencie Couslandka zobaczyła tylko wielkie kopyta nad twarzą, a potem Taika ze wściekłym parsknięciem wylądowała tak, że Ellen znalazła się pod jej brzuchem, osłonięta przed drapieżnikami. Ten czas Strażniczka wykorzystała do podniesienia się i dobycia broni, by zaraz rzucić się do walki z niecodziennym wsparciem u boku – bo z własnym koniem.
Trzeba przyznać, że razy rozdzielane wilkom przez Dziką były silne i bolesne. Kopyta klaczy z głuchym trzaskiem łamały zwierzętom kości i miażdżyły łby. Kilka drapieżników uciekło z podkulonymi ogonami, pozostałe wykończyły Ellen i Leliana – oraz dwa Shegar, który w końcu dogonił towarzyszki i bez wahania włączył się do walki.
Wreszcie atak się skończył, w polu widzenia nie został żaden żywy wilk, tylko dwa konie, pies oraz para wojowniczek. Leliana podjechała kłusem do Ellen, pochylając się nad stojącą nieruchomo dziewczyną. Strażniczka schowała sztylety do osłonek, przenosząc wzrok na łuczniczkę.
— Nic ci nie jest? — spytała zdenerwowana Leliana, marszcząc z niepokojem czoło.
Couslandka uśmiechnęła się uspokajająco i oparła się na dyszącej ze złości Taice, próbując uspokoić bicie własnego serca.
— Wszystko w porządku — zapewniła, pogładziła łeb Shegara, po czym wsunęła nogę w strzemię i z powrotem wsiadła na Dziką. — Tylko nie wspominajmy o tym Alistairowi — poprosiła po chwili zastanowienia, pokiwała do siebie głową, po czym skierowała Taikę dalej drogą.
Łuczniczka uśmiechnęła się lekko pod nosem, ruszając za Strażniczką.
— Uważaj — poprosiła nagle i Ellen na wszelki wypadek zatrzymała klacz.
Rudowłosa dziewczyna wskazała na mdło połyskujące pod maskującymi liśćmi wnyki, marszcząc czoło.
— Jest ich tu jakaś dziesiątka, musimy ostrożnie jechać — zakomunikowała, wyprzedziła Taikę i poprowadziła towarzyszkę slalomem między pułapkami.
Kiedy ujechały dziesięć metrów, na uboczu drogi dostrzegły dwa znaki. Każdy kolejno głosił niezmiernie interesujące rzeczy: „Uwaga! Teren nawiedzany przez wilki!” oraz: „Zastawiono pułapki na wilki”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz