piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.35 - Babcina łódź Lissie


Spotkali się na trakcie trochę wcześniej, niż przypuszczali, a obie panie pytane o to, jak tam przejażdżka, uśmiechały się z zakłopotaniem, wzruszały ramionami i zapewniały, że bardzo przyjemnie. Mijany przy drodze znak poinformował ich, że zmierzali w dobrą stronę i że nie wjadą już do żadnej wioski.
W pobliżu Kręgu Maginów osiedlało się niewiele ludzi, co najwyżej pojedyncze rodziny w niedużych domkach skrytych wśród drzew, natomiast nie było mowy o choćby najmniejszych miejscowościach. Prawdopodobnie powodowało to zabobonne podejście do magii oraz magów, którzy byli uważani za osoby – czy czasami nawet istoty – skłonne do zdrady i pozbawione patriotyzmu, gotowe do wbicia noża w plecy.
Chwilowo przemieszczali się spokojnym stępem, bo okazało się, że narzucone na początku tempo było na tyle szybkie, iż do wieży powinni dotrzeć gdzieś o zmroku, już się nie spiesząc. Ten czas, przynajmniej większość, poświęcili rozmowom. Bodahn dzielnie zagadywał ignorującą go Morrigan; wiedźma jechała wyprostowana i zapatrzona w dal, jakby nie zauważała powożącego krasnoluda. Leliana zaczęła bardzo ożywioną wymianę zdań z Alistairem, dlatego Ellen dłuższą chwilę wpatrywała się w nich podejrzliwie, zastanawiając się, czy może łuczniczka opowiadała Strażnikowi o ich niewinnej przygodzie.
Kiedy jednak młodzieniec popatrzył w jej stronę, po czym posłał jej szeroki, pogodny uśmiech, pospiesznie odwróciła wzrok, udając, że nie w nich się wpatrywała. Ostatecznie uznała, że pomęczy Stena; odbyta wczoraj z qunarim rozmowa bardzo ją zainteresowała, więc postanowiła dowiedzieć się trochę więcej o mężczyźnie.
— Co robiłeś w tej klatce? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko.
Popatrzył na nią z góry, nawet na końskim grzbiecie przewyższając Couslandkę o dwie, trzy głowy, jak nie więcej, po czym udzielił odpowiedzi z nieprzeniknioną miną:
— Siedziałem, jak już zauważyłaś — stwierdził.
Ellen zająknęła się. Kilkakrotnie spróbowała coś z siebie wydusić, jednak z marnymi rezultatami, więc wreszcie się poddała, spoglądając na Stena w oszołomieniu. Czy on… czy on właśnie zażartował?
— Bardzo śmieszne — burknęła, wydymając śmiesznie usta.
— Dziękuję — odparł uprzejmie.
Ellen wytrzeszczyła oczy.
— Jesteś niemożliwy! — zawołała zdruzgotana.
— Wiem — zapewnił Sten, kącik jest ust jakby drgnął, po czym qunari popatrzył przed siebie, tracąc zainteresowanie Strażniczką.
Ellen, jak to Ellen, poddać się jednak nie zamierzała. Wbiła uparty wzrok w profil olbrzyma, czekając, aż wreszcie się odezwie. Osiągnęła zamierzony efekt – obrzucił ją niemal zirytowanym spojrzeniem.
— Parshaara — warknął, a Couslandka pomyślała, że chyba właśnie zaklął w swoim języku. — Czy chcesz czegoś jeszcze? — spytał spokojniej.
— Mam pytanie — przyznała Ellen, uśmiechając się pogodnie.
Sten westchnął ciężko.
— Jakoś mnie to nie dziwi — podsumował.
Escalar kroczył równo, od czasu do czasu podrzucając łbem, by pozbyć się gęstej grzywki z czoła, która uparcie wpadała mu do oczu.
Ellen uśmiechnęła się szeroko, słysząc odpowiedź Stena.
— Po co przybyłeś do Fereldenu? — rzuciła; bardzo chciała dowiedzieć się, co sprawiło, że qunari zjawił się w zapomnianym przez Thedas państwie.
— Żeby odpowiedzieć na pytanie — stwierdził, nie patrząc już na nią.
— Jak brzmiała odpowiedź? — drążyła z rosnącym zainteresowaniem.
Przejechał taki kawał drogi, tylko żeby uzyskać informacje? Zapewne kazał mu jego dowódca, czy jak to się wśród qunari nazywa. W końcu Sten był z Beresaad, przedniej straży swojego ludu.
— Nie byłaś pod Ostagarem, gdy armia poniosła klęskę? — mruknął.
Zająknęła się, wpatrując się w niego ze zdumieniem. Więc o to chodziło? O Plagę?
— To jest twoja odpowiedź.
— Nie musisz złożyć raportu? — spytała po chwili.
— Muszę.
— Kiedy zamierzasz to zrobić? — nacisnęła.
— Nigdy. Nie mogę wrócić do domu — mruknął, marszcząc czoło.
Ta szczerość zupełnie zaskoczyła Ellen.
— Dlaczego nie? — wydusiła zszokowana.
— To już bez znaczenia — orzekł, spoglądając obojętnie przed siebie.
Ellen zgarbiła ramiona, poruszyła się na grzbiecie Taiki, po czym odprowadziła klacz kawałek dalej, żeby nie męczyć Stena swoją obecnością. Chwilę potem Alistair głośno zaproponował, by ponowili galop, bo inaczej dotrą na miejsce cztery godziny po zmroku i przydałoby się nadrobić stracony czas. Ellen zgodziła się ze słowami Strażnika i wydała rozkaz do ruszenia, pozwalając się wyprzedzić większości towarzyszy.
Razem z Taiką zostały w tyle, w wolniejszym galopie, a Couslandka spróbowała poukładać myśli i uporządkować wnioski, jakie do tej pory wyciągnęła ze znajomości z tymi przedziwnymi oraz różnorodnymi osobami. Jednego mogła być jednak pewna – poznała najbardziej niezwykłych mieszkańców Fereldenu, na jakich tylko dało się natknąć w tym zimnym kraju. I bynajmniej nie było to jej nieszczęściem.

Rzeczywiście zdołali nadrobić stracony czas i gdy słońce już kryło się za horyzontem, nad wierzchołkami drzew od godziny kołysał się miarowo w takt końskich kroków szczyt wieży Kręgu. Po minięciu znaku informującego o piętnastu minutach drogi do celu znowu zwolnili tempa, przechodząc do równego, energicznego stępa. Konie z wyraźną ulgą złapały głębszy oddech i zwiesiły łby, już nawet nie zwracając uwagi na różne dźwięki dobywające się spomiędzy drzew.
Ellen zapatrzyła się na monumentalną konstrukcję otuloną cienką woalką chmur, wyobrażając sobie, jak to miejsce musiało wyglądać z bliska – lub od wewnątrz. Dlatego pierwszą, która zauważyła podjeżdżającego do nich Alistaira, była Taika. Klacz parsknęła niezadowolona i łypnęła groźnie na siwego ogiera i jego jeźdźca, gdy ci się zbliżyli.
— Wiesz… — zaczął powoli Alistair, na co Ellen drgnęła i przeniosła na niego wzrok, trochę zaskoczona jego nagłym pojawieniem się. — Może to nie najlepsza chwila, żeby o tym myśleć, ale mam do ciebie prośbę.
Strażniczka przekrzywiła głowę, czekając na jego następne słowa.
— Możliwe, że wkrótce będziemy wyruszać do Denerim, więc chciałem spytać, czy moglibyśmy tam… kogoś odwiedzić — wyjaśnił trochę koślawo.
Ellen poczuła się bardzo dziwnie; jeszcze nigdy nie doznała wymieszania zupełnie skrajnych uczuć. Jego słowa zainteresowały ją oraz zaniepokoiły, żołądek ścisnął się trochę z niepewności, trochę ze strachu, i sama nie wiedziała, co też ją tak wytrąciło z równowagi. Dlatego uśmiechnęła się pogodnie, sprawnie maskując ten dziwny stan.
— Masz przyjaciółkę spoza Strażników? — spytała jakby nigdy nic, przekrzywiając głowę, by na niego spojrzeć.
Alistair wygiął śmiesznie usta, odwracając wzrok od Ellen, co przysporzyło dziewczynie kolejne ukłucie niepokoju.
— Niezupełnie chodzi o przyjaciółkę — sprecyzował skrępowany, na co Couslandka, całkowicie nad sobą nie panując, rzuciła mu miażdżące spojrzenie pełne wyrzutu.
Nim zdołała się opanować, Alistair potrząsnął głową.
— Nie, nie patrz tak na mnie, to nie taka przyjaciółka, jak myślisz — żachnął się, a Ellen momentalnie odwróciła głowę, żeby ukryć rumieniec zdenerwowania. — Chodzi o to, że mam siostrę — wyjaśnił. — Przyrodnią. Mówiłem ci o mojej matce, prawda? Była służącą na zamku Redcliffe i miała córkę… tyle że nigdy jej nie spotkałem — ciągnął. — Ona też chyba nic o mnie nie wiedziała. W końcu starali się zatuszować moje narodziny. Ale kiedy zostałem Szarym Strażnikiem, popytałem tu i ówdzie… No i okazało się, że moja siostra żyje. I że mieszka w Denerim — zakończył, przenosząc na dziewczynę roziskrzone spojrzenie.
Couslandka uśmiechnęła się, obserwując radość młodzieńca.
— To wspaniała nowina — zgodziła się.
Początkowe dziwne uczucie odeszło w zapomnienie.
— To tak naprawdę jedyna krewna, jaka mi została, nie licząc tej całej szlachty od strony ojca. Pomyślałem sobie, że… może czas ją odwiedzić — ciągnął. — Nadciąga przecież Plaga i nie mam pojęcia, czy jeszcze kiedyś będę mieć okazję. Może jakoś jej pomogę, ostrzegę przed niebezpieczeństwem czy coś. Nie wiem — przyznał trochę nieporadnie, posyłając Ellen niepewny uśmiech.
— Możemy spróbować, jeśli chcesz — zgodziła się spokojnie.
Na pewno nie będzie to kolidowało z ich zadaniem, prędzej czy później, tak jak mówił, zostaną zmuszeni zajrzeć do Denerim – chociażby po to, żeby porządnie naprawić zbroję lub nawet zakupić taką lepszej jakości. Na ten przykład Sten na gwałt potrzebował nowego pancerza, więc nie widziała przeszkód w odwiedzeniu siostry Alistaira.
— Naprawdę? — zdziwił się.
Zaraz jednak uśmiechnął się z wielką ulgą.
— Byłbym wdzięczny. Chyba bym sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się stało, a ja bym jej nawet nie poznał — przyznał i przeczesał palcami jasne włosy. — Nazywa się Goldana i z tego, co wiem, ponownie wyszła za mąż, ale wciąż mieszka tuż przy obcowisku. Jeśli będziemy w tej okolicy… cóż, warto by tam zajrzeć.
— Na pewno — zgodziła się Ellen i oboje zamilkli, jadąc obok siebie pogrążeni we własnych myślach.
Strażniczka chwilę wierciła się w siodle, aż wreszcie Taika parsknęła gniewnie.
— Alistairze… — zaczęła Couslandka, sięgając dłonią do małej torby przy pasie.
Powinna mu dać amulet, to była w końcu pamiątka po matce.
— Tak? — spytał z pogodnym uśmiechem.
Drżącymi palcami spróbowała odpiąć guzik torby.
— Widzisz, ja… — zaczęła niezdarnie, wsuwając dłoń do niedużego bagażu.
— Wjeżdżamy do doków! — krzyknęła w tym momencie Leliana, która prowadziła cały pochód i właśnie znalazła się na szczycie wzgórza.
— W takim razie kłusem marsz! — zarządziła z ulgą Ellen, uniosła rękę, by pogonić towarzyszy, po czym przyłożyła łydki do boków Taiki, zostawiając Alistaira z niedokończoną rozmową.
Jeszcze chwilę czuła na sobie jego zdumione spojrzenie, jednak dzielnie udawała, że tego nie zauważyła.
Ze wzniesienia rozciągał się widok na łagodne zbocze oraz brzeg, na ciemne wody jeziora Kalenhad i wyspę, na której wybudowano wielką wieżę Kręgu Maginów. Zdawało się, że czubek budowli sięgał samego Stwórcy, bo niknął gdzieś w chmurach, niedostępny i zapierający dech w piersiach.
Nieopodal pomostu, przy którym zacumowano całkiem sporą łódkę, wzniesiono niedużą gospodę dla podróżnych, z jej komina ulatywał dym. Natomiast z prawej strony znajdowały się ruiny niegdysiejszego mostu, którym można było dostać się z wieży na suchy ląd i na odwrót. Magowie musieli się bardzo narazić, skoro konstrukcja została zburzona.
— Widzicie wieżę? — odezwała się entuzjastycznie Leliana, wpatrując się w budowlę niemal z nabożnością. — Widok ze szczytu musi być zachwycający! — zawołała, obracając się, by spojrzeć na siedzącą z rozdziawionymi ustami Ellen.
Strażniczka zdołała tylko pokiwać głową, podczas gdy Morrigan mruczała niezbyt miłe komentarze pod adresem Kręgu Maginów.
— To więzienie dla waszych magów? — mruknął Sten, przyglądając się z zainteresowaniem budowli. — Nasze nie są tak okazałe — przyznał, po czym spojrzał na Couslandkę, czekając na rozkazy.
Wreszcie Ellen oprzytomniała i obróciła się w siodle, by spojrzeć na stojącego kawałek za nimi Bodahna. Uśmiechnęła się do krasnoluda, który przyglądał się z wozu monumentalnej budowli.
— Zatrzymaj się w gospodzie, Bodahnie — zwróciła się do kupca, wskazując niedużą karczmę. — Posłuchaj plotek, może czegoś się dowiesz. Wrócimy najszybciej, jak to będzie możliwe — obiecała, wyrzucając nogi ze strzemion.
— Tak jest, Strażniczko! — zawołał ochoczo krasnolud, strzelił lejcami, a kiedy jego wół ruszył z niezadowolonym pomrukiem, pomachał towarzyszącym mu wojownikom.
— A my z koni — zdecydowała Ellen, przerzuciła nogę nad zadem Taiki i zeskoczyła na ziemię.
Z wierzchowcami w rękach ruszyli w dół zbocza, uważając, by się nie poślizgnąć na pokrytej rosą trawie. Shegar truchtał obok nich, pazurami zapewniając sobie stabilność na wilgotnych źdźbłach. Wieczorne niebo zaczęło już przybierać granatową barwę, niedługo zamigocą pierwsze gwiazdy. Ruszyli w stronę pomostu, na którym kręciła się niezbyt wyraźna postać człowieka, by porozmawiać z nią o warunkach przewozu; prawdopodobnie to właśnie ta osoba zarządzała kołyszącą się na falach jeziora łódką.
Jednak kiedy maszerowali raźno przed siebie, zauważył ich starszy mężczyzna z siwymi włosami ubrany w koszulę w kratę. Wyprostował się nad patroszonymi rybami, otrzepał dłonie z łusek, a potem odezwał się na tyle głośno, że Ellen przystanęła:
— A niech mnie, co sprowadza tu tak dystyngowaną personę? — zwrócił się do Strażniczki, posyłając jej szeroki, przyjacielski uśmiech.
Dziewczyna zirytowana zastanowiła się, po czym niby widać jej szlacheckie pochodzenie. Miała to wypisane na czole?
— Chcielibyśmy przeprawić się przez wodę, do wieży — odparła uprzejmie, najpierw wskazując na towarzyszy, a potem na wznoszącą się na wyspie budowlę.
Starzec popatrzył za palcem Couslandki i pokiwał głową.
— Ha! Nic z tego — stwierdził i rozłożył bezradnie ręce.
Ellen uniosła brwi, zaskoczona odpowiedzią.
— Od wielu dni nikomu na to nie pozwalają. Jestem przewoźnikiem, a przynajmniej nim byłem — wytłumaczył z przyjacielskim uśmiechem, a Strażniczka zerknęła na kręcącego się po pomoście jegomościa. — Biedny, stary Kester został bez pracy.
— Dlaczego? — spytała Ellen, na myśli mając zakaz wchodzenia do wieży.
— Nie mam zielonego pojęcia — odparł bezradny Kester, rozkładając ręce.
Morrigan zacmokała zniecierpliwiona, jednak Ellen machnęła na nią dłonią.
— Nie powiedzieli mi. Dopiero co był u mnie Gregor i mówił: „Nie martw się, Kester. Mamy wszystko pod kontrolą” — ciągnął, kiwając mądrze głową. — Nic więcej nie powiedział. A później moją łódź, znaczy się Lissie, przekazał w ręce Carrolla! — zawołał oburzony, wskazując kręcącego się po pomoście młodzieńca. — Nazwałem ją tak na cześć babci, tę moją łódź.
— Nie domyślasz się, dlaczego nie pozwalają nikomu przeprawiać się przez wody jeziora? — spytała na wszelki wypadek Ellen.
Gregor mógł być dowódcą templariuszy w Kręgu Maginów, zatem wyglądało na to, że magowie coś przeskrobali i dostali szlaban. Stwórco, spraw, żeby to było tylko to.
— Jeśli miałbym zgadywać, to bym powiedział, że ma to coś wspólnego z magią — przyznał Kester, wzruszając ramionami. — Ale ta wieża zawsze miała coś z nią wspólnego.
— Nie ma żadnego sposobu, by przedostać się na drugą stronę? — drążyła uparcie.
— Możecie spróbować wpław, ale tego nie polecam — stwierdził, wskazując ruchem głowy ciemną wodę. — W jeziorze są jakieś wstrętne stwory. To pewnie wina tych mikstur, co to je spuszczają do wody — uznał, po czym zupełnie niespodziewanie, nachylił się nad dziewczyną i mruknął do jej ucha: — Gregor poradził mi, żebym zaczekał tutaj, aż burza ucichnie. Ale mówię ci, niektóre burze tak szybko nie mijają.
Ellen krótko skinęła głową.
— Cóż, dziękuję ci za pomoc — stwierdziła z przyjaznym uśmiechem.
Kester machnął lekceważąco ręką, wyraźnie zażenowany słowami dziewczyny.
— Jesteś nazbyt uprzejma. Takie jak ty zwykle nie poświęcają czasu osobom mego pokroju — zauważył z nerwowym śmiechem, na co Ellen uśmiechnęła się szerzej.
W tym też momencie przypomniała o sobie Taika przez niezbyt czułe szturchnięcie amazonki w plecy. Strażniczka zachwiała się i skarciła klacz spojrzeniem, choć nie wyglądało na to, by Dzika się jakkolwiek przejęła.
— Wybacz, Kesterze, czy moglibyśmy zostawić konie pod twoją opieką? — spytała, wskazując ruchem głowy stojące za plecami jeźdźców wierzchowce. — Nie przeprawimy się z nimi przez jezioro, a za fatygę możemy ci zaoferować… pięć srebrników. Umowa stoi?
— A jakże! — odparł entuzjastycznie i pokazał nadwyrężony płot wzniesiony nieopodal gospody. — Tam je uwiążę i koniska poczekają na was grzecznie — zdecydował, po czym zabrał się do zbierania wodzy, a od Ellen dodatkowo przyjął umówioną zapłatę.
Skinął im na pożegnanie, kierując się we wskazaną przez siebie stronę; Strażniczka przykazała Taice bycie grzeczną i odwróciła się do towarzyszy.
— Czyli musimy poradzić sobie z tym Carrollem, co pilnuje łódki — podsumowała to, czego się dowiedzieli.
Leliana pokiwała wolno głową, natomiast Morrigan uśmiechnęła się zimno.
— Proponuję wrzucić go do jeziora. Szybka i czysta robota — stwierdziła.
Ellen, choć zachichotała cicho, zaprzeczyła, mówiąc, że to trochę niehumanitarne, i poprowadziła wszystkich w stronę pomostu, starając się wymyślić coś, dzięki czemu przekonaliby templariusza do wpuszczenia ich na łódkę.
Wielki strażnik jedynego sposobu, który mógłby przetransportować ich na wyspę z wieżą, okazał się młodym mężczyzną z cokolwiek znudzoną miną. Krótkie, kręcone włosy w kolorze orzechów lśniły od pokrywających je kropelek wody z bryzy, ciemne oczy zwróciły spojrzenie na nadchodzących podróżnych, a zbroja zaklekotała miarowo, gdy młodzieniec ruszył w ich stronę, by zagrodzić im drogę w połowie pomostu.
— Hej, wy! — zawołał, rozkładając ręce. — Nie chcecie chyba dostać się do wieży, co? Bo mam wyraźny rozkaz, żeby nikogo nie przepuszczać! — stwierdził, łypiąc podejrzliwie.
Ellen wystąpiła krok w przód, by być bardziej zauważalną. Podparła się pod boki, spoglądając na Carrolla spokojnie.
— Jestem Szarą Strażniczką i potrzebuję pomocy magów — zakomunikowała, używając jedynego argumentu, który przyszedł jej na myśl.
— Och, jesteś Szarą Strażniczką, tak? — spytał, nawet nie próbując ukryć kpiny.
Couslandka powstrzymała ciężkie westchnienie i skinęła głową.
— Udowodnij — zażądał triumfalnym tonem.
Ellen zmarszczyła czoło, zastanawiając się, jak mogłaby to zrobić, po czym sapnęła zaskoczona, przypominając sobie o traktatach. Sięgnęła do niedużej torby i wyjęła z niej stare papiery, unosząc je tak, by Carroll mógł dokładnie widzieć pieczęć.
— Mam tutaj pewne dokumenty… — zaczęła, jednak młodzieniec jej przerwał, chwytając kartki między palce i nachylając się nad nimi, by coś widzieć w półmroku.
— Tak? — rzucił sceptycznie. — Och, pieczęć Szarego Strażnika — mruknął zafrapowany. — A więc twierdzisz, że jesteś jedną z nich. Wiesz, ja też mam dokumenty. Wynika z nich, że jestem królową Antivii. Co ty na to? — rzucił zadowolony z siebie.
Za plecami Ellen rozległ się charakterystyczny dźwięk dłoni uderzającej o ciało i Strażniczka pomyślała, że Alistair skomentował zaistniałą sytuację bardzo trafnie.
— Czy królowe nie są przypadkiem płci żeńskiej? — zauważyła z rozbawieniem.
Carroll zmarszczył czoło, ale zaraz wyprostował się, wypinając opancerzoną pierś.
— Nie kwestionuj władzy królewskiej — zażądał władczym głosem, po czym wypuścił wstrzymywane powietrze. — Tak czy siak, miło się rozmawiało. A teraz idźcie sobie — warknął i machnął dłońmi, chcąc przegonić ich jak natrętne psy.
Shegar warknął krótko zza nóg Ellen, templariusz chyba jednak nie widział zasłoniętego przez podróżnych ogara.
— Natychmiast.
— Nie moglibyśmy się jakoś dogadać? — spytała zdesperowana Couslandka, gotowa zapłacić młodzieńcowi za przewiezienie ich na drugą stronę.
— Nie wiem… — mruknął w zamyśleniu Carroll. — Ale jestem odrobinę głodny — stwierdził wreszcie.
— Mam cię nakarmić? — spytała zdruzgotana Ellen.
— Parshaara! — warknął nagle porządnie zirytowany Sten i przepchnął się między Alistairem i Lelianą, stając obok zdezorientowanej Ellen.
Wyciągnął do oniemiałego Carrolla torbę.
— Masz! Spróbuj tego — zażądał gniewnie.
Młodzieniec ostrożnie wziął pakunek od qunari i podejrzliwie zajrzał do środka.
— Och, ciasteczka! — zawołał uradowany.
Zdumienie Ellen zaczynało już sięgać zenitu. Skąd u Stena ciasteczka?
— Chętnie się z nimi rozstanę, jeśli pozwolą nam uniknąć tego głupka — burknął qunari, jakby chciał się wytłumaczyć z tego, że nosił przy sobie paczkę słodkich wypieków.
— Skąd je wziąłeś? — spytała niepewnie Ellen, zastanawiając się, czy właściwie chciała znać odpowiedź.
Sten westchnął ciężko.
— We wsi, przez którą przejeżdżaliśmy, był taki jeden dzieciak: gruby, niechlujny bachor — opowiedział z kamienną twarzą, choć zdumienie na obliczu Ellen z każdym słowem Stena rosło. — To właśnie jemu odebrałem te słodkości. Mógł się bez nich obejść.
— Ukradłeś ciastka dziecku? — spróbowała się upewnić.
— Dla jego własnego dobra — burknął, zaciskając wygięte w podkówkę usta.
Tymczasem Carroll zdążył już napocząć podwieczorek i teraz spróbował wyartykułować coś rozsądnego z pełnymi ustami:
— Mmm, pychota. Ręka rękę myje, coś za coś, mam rację? — rzucił, przełknąwszy kęs, po czym odsunął się na bok i wskazał kołyszącą się na wodzie łódź. — Możemy ruszać.
Ellen odetchnęła z ulgą i ruchem głowy kazała towarzyszom wchodzić się na pokład.
Mina Carrolla ulegała coraz ciekawszym metamorfozom, gdy kolejno do łódki wchodziła rudowłosa łuczniczka, półnaga kobieta z kijem zawieszonym na plecach, rosły qunari, mężczyzna z wielką tarczą, powarkujący pod nosem ogar mabari, a na końcu nieduża dziewczyna, która wcisnęła się między Alistaira oraz burtę. Ostatni wsiadł Carroll, kręcąc z niedowierzaniem głową, i sięgnął po wiosła, przygotowując się do ruszenia.
Kiedy odbili od brzegu, od razu owiał ich ziąb ciągnący od jeziora Kalenhad. Powietrze stało się nieprzyjemnie wilgotne i Ellen zadrżała, kuląc się na swoim miejscu oraz coraz mocniej wciskając się bokiem w Alistaira, by chociaż trochę ją ogrzał. Leliana zajęła się zagadywaniem Carrolla, dzięki czemu na łodzi powstał przyjemny dla ucha gwar, ciszę przerywała również chlupocząca o burtę woda.
Wreszcie Strażniczka, w pamięci mając rozmowę z Alistairem, którą odbyli przed zjechaniem ze wzgórza, postanowiła spytać o rzecz nękającą ją już pewien czas. Ale zwykle albo zapominała spytać, gdy nadarzała się okazja, albo tej okazji nie było.
— Dlaczego utrzymywałeś w tajemnicy swoje dziedzictwo? — szepnęła, pochylając się tak, by tylko on ją usłyszał.
Strażnik spojrzał na nią zaskoczony. Zaraz jednak westchnął i wzruszył ramionami. Ellen czuła się nieco zawiedziona, że tak długo jej o tym nie mówił – przecież było wiele sytuacji, w których powinien był o tym wspomnieć. Chociaż mimochodem.
— Bo nigdy o to nie pytałaś? — rzucił, znowu próbując obrócić wszystko w żart.
Couslandka odwróciła wzrok i zapatrzyła się w zamglone wody jeziora, oddychając chłodnym powietrzem.
— Boli mnie to, że mi nie zaufałeś — przyznała bardzo cicho.
— Nie, proszę, nie myśl w ten sposób — szepnął z niepokojem i chwycił jej dłoń, zaciskając na niej palce.
Przeniosła spojrzenie na Strażnika.
— Nie chodzi o to, że ci nie ufałem. To… — Westchnął ciężko i pokręcił głową, puszczając rękę dziewczyny. — Proszę, pozwól, że spróbuję ci wyjaśnić. Chodzi o to, że przyzwyczaiłem się nie mówić o tym nikomu, kto jeszcze nie wiedział — mruknął, robiąc taki ruch, jakby chciał rozłożyć bezradnie ramiona, jednak przestrzeń, którą dysponowali, uniemożliwiła mu to. — To była zawsze tajemnica. Nawet Duncan był jedynym Szarym Strażnikiem, który zdawał sobie z tego faktu sprawę. A wtedy, po bitwie, kiedy powinienem był ci o tym powiedzieć… — urwał na chwilę i znów westchnął. — Sam nie wiem. Wtedy wydawało mi się, że już na to za późno. Zresztą w jaki sposób można komuś o czymś takim powiedzieć? — rzucił zirytowany i splótł palce dłoni.
— Na przykład tak: „Przy okazji, jestem następcą tronu” — zaproponowała ironicznie, wywracając oczami.
— Tak, cóż… Pewnie jakaś część mnie cieszyła się, że o tym nie wiesz — przyznał powoli, uśmiechając się gorzko.
Ellen nie zauważyła, że wyznał to z prawdziwym trudem, uderzyło ją tylko stwierdzenie o radości.
— Ty… cieszyłeś się, że o tym nie wiem? — wyszeptała zdruzgotana.
— Chodzi o to, że każdy, kto się o tym dowiedział, zaczynał mnie inaczej traktować — spróbował wyjaśnić. — Zamiast Alistaira stawałem się królewskim bękartem. Wiem, że może ci się to wydać głupie, ale nie znoszę faktu, że to ukształtowało moje życie. Nigdy nie chciałem i z całą pewnością nie chcę zostać królem. Na samą myśl o tym ogarnia mnie przerażenie — stwierdził i wzdrygnął się.
— Wcale nie wydaje mi się to głupie — odparła zgodnie z prawdą.
Ona też nie wyobrażała sobie, że miałaby zostać teyrnem Wysokoża, to było zupełnie nie dla niej. W końcu to Fergus… Szybko odgoniła od siebie te myśli.
— Nic mi po tym; moja krew mnie prześladuje, niezależnie od tego, co robię —ciągnął Alistair, uśmiechnąwszy się z wdzięcznością. — Powinienem się chyba cieszyć, że to raczej arl Eamon zostanie następcą tronu. Jeśli nic mu nie będzie. Mam nadzieję, że nic mu nie będzie — wyszeptał.
Zaraz jednak westchnął i spojrzał na Strażniczkę.
— Jeśli ma to jakiekolwiek znaczenie, chciałbym przeprosić, że wcześniej ci o tym nie powiedziałem. Ja… miałem chyba nadzieję, że polubisz mnie za to, kim jestem. Głupio postąpiłem — przyznał, uśmiechając się niepewnie.
Chłód otoczenia na chwilę zniknął, kiedy Ellen wysłuchiwała przeprosin. Świat nagle bardzo szybko zawirował, a ona zapomniała, co się mówiło w takich sytuacjach. Dopiero po momencie zmagań z samą sobą – zmagań, których zupełnie nie rozumiała i były dla niej czymś nowym – uśmiechnęła się pogodnie, opierając się ramieniem o Strażnika.
— Nie przejmuj się tym — rzuciła beztrosko, zadzierając głowę i spoglądając w gwiazdy; chłodna bryza uderzyła w jej policzki, przyjemnie je studząc. — Nic się nie stało.
— Czuję ulgę, że teraz już o tym wiesz — mruknął, spoglądając z lekkim uśmiechem na falujące wody jeziora.
Ellen uśmiechnęła się do siebie i opuściła głowę. Bez słów zgodzili się z tym, by udawać, że ta rozmowa nigdy nie miała miejsca.
Morrigan spojrzała na Strażniczkę przeciągle i dziewczyna, zupełnie spontanicznie, postanowiła na przyszłość staranniej dobierać miejsca w ciasnych łódkach, bo ten wzrok wiedźmy był naprawdę straszny. Poczuła się niemal winna tego, że rozmawiała z Alistairem tak, żeby inni nie słyszeli.
Kiedy przybili do brzegu wyspy, odczuła prawdziwą ulgę. Z radością wyskoczyła na suchy ląd i stanęła u stóp potężnej wieży, u stóp siedziby fereldeńskiego Kręgu Maginów. Jeśli kiedykolwiek czuła się przy czymkolwiek – lub kimkolwiek – jeszcze mniejsza niż w rzeczywistości, tak przy tej budowli była niczym nic nieznaczący pyłek.
Przełknęła ślinę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz