piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.36 - Wieża Kręgu Maginów


Carroll został na zewnątrz, tłumacząc, że schody prowadziły wprost do pierwszego hallu i z pewnością trafią do celu, a on musiał przypilnować łódki. Nigdy nie wiadomo, kto lub co zapragnie popłynąć przez jezioro nieszczęsną Lissie, więc templariusz będzie jej strzegł. Prawdę mówiąc, Ellen była przekonana, że po prostu chciał uniknąć reprymendy od dowódcy – bodajże Gregora – dlatego uśmiechnęła się ze zrozumieniem i pokiwała głową, przyznając młodzieńcowi rację.
Potem z towarzyszami u boku skierowała się do wielkich wrót. Przekroczyli próg wieży i ruszyli wąskimi, spiralnymi schodami w górę, to wchodząc w półmrok, to przechodząc w jasny blask zawieszonych na ścianach pochodni. Wreszcie dotarli do dobrze oświetlonej komnaty; ledwie otworzyli ciężkie metalowe drzwi i wkroczyli do pomieszczenia, rozległy się krzyki oraz nerwowy tupot nóg. W biegu minęła ich czwórka templariuszy w wielkich płytowych zbrojach i rzucili się do ryglowania przejścia, pokazując sobie palcami idących przybyszów.
Ellen odprowadziła ich zdumionym spojrzeniem, wsłuchując się w dochodzące zewsząd jęki bólu oraz łkania. Alistair delikatnie dotknął jej ramienia i wskazał stojącego na środku komnaty mężczyznę ze srebrnymi krótki włosami oraz równie jasną brodą na żuchwie. Strażniczka skinęła głową i poprowadziła wszystkich w stronę templariusza – prawdopodobnie Gregora.
— …chcę, żeby dwóch żołnierzy przez cały czas miało te drzwi na oku — kończył wydawać rozkazy szorstkim, nieco zachrypniętym głosem. — Nie otwierać ich bez mojej wyraźnej zgody. Czy to jasne? — spytał, słowa kierując do stojącego przed nim templariusza.
Mężczyzna zasalutował, wypinając pierś.
— Tak jest — odparł, wyminął dowódcę i ruszył biegiem do pilnujących drzwi, by przekazać im dokładne instrukcje.
Ellen zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co się tu działo.
— Drzwi są zaryglowane — szepnął jej do ucha Alistair, jednak nie oderwał wzroku od dowódcy templariuszy. — Nie chcą, żeby ktoś mógł wejść do środka? Czy żeby nie mógł stamtąd wyjść?
Ellen popatrzyła na niego oszołomiona, powoli zaczynając rozumieć, co miał na myśli. Czyżby coś się stało z magami?
— A teraz będziemy czekać — mruknął templariusz, kręcąc opuszczoną głową. — I modlić się.
— To ty jesteś Gregor, jak przypuszczam? — spytała Strażniczka, zatrzymując się kawałek przed komturem i wbijając w niego przeszywające spojrzenie.
Przeniósł na nią wzrok, zerknął na ustawionych za jej plecami towarzyszy, po czym zmarszczył gniewnie czoło.
— Kim jesteście? — warknął, kładąc dłoń na rękojeści miecza.
Ellen opanowała odruchowe drgnięcie, starając się nie dać po sobie znać, że była zaniepokojona.
— Wyraźnie poleciłem Carrollowi, by nikomu nie pozwalał przeprawiać się przez wody jeziora. Sytuacja jest bardzo… delikatna — wyjaśnił koślawo, przymrużając ciemnobrązowe oczy. — Musicie stąd odejść dla własnego bezpieczeństwa.
Ellen pokręciła głową.
— Potrzebujemy pomocy magów w walce z mrocznymi pomiotami — odparła.
Komtur zmarszczył czoło, jego poorane zmarszczkami oblicze zastygło w gniewie.
— Dość już mam tego, że Szarzy Strażnicy nieustannie potrzebują nowych rekrutów do walki z mrocznymi pomiotami, ale takie ich prawo — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Shegar zjeżył sierść na grzbiecie, powarkując na mężczyznę, jednak Ellen uspokoiła go położeniem dłoni na szerokim łbie.
— Nie znajdziecie tutaj sprzymierzeńców. Templariusze nie mają ludzi, których mogliby wam użyczyć, a magowie są… niedysponowani — wyjaśnił spokojniej komtur.
Ellen uniosła pytająco brwi, wpatrując się w Gregora. Wreszcie mężczyzna syknął niezadowolony przez zęby i podjął przerwany wątek:
— Powiem bez owijania w bawełnę: wieża nie jest już pod naszą kontrolą. Opanowały ją plugawce i demony. Krąg jest stracony. To koniec wieży — wyrzucił na wydechu urywanymi zdaniami.
Ellen poczuła, jak nogi się pod nią uginają. Pobladła przerażona, tracąc dech w piersi. Raz jeszcze rozejrzała się po komnacie, tym razem zwracając większą uwagę na z pozoru nieistotne szczegóły – kupy zakrwawionych szmat w kątach, potłuczone wazony, wywrócone świeczniki, nadpalone stoły oraz krzesła, leżących na posadzce rannych templariuszy, rozpryśnięte dokoła szkarłatne plamy.
Nigdy by nie pomyślała, że w poszukiwaniu pomocy przeciwko istocie z Pustki znajdzie w Kręgu Maginów jeszcze większy bałagan niż ten, który zostawiła w Redcliffe. Ale jakim cudem? Przecież szkoleni tu magowie nie byli tak nieświadomi oraz bezbronni jak Connor, demony nie mogły ich opętać we śnie, wszystkich jednocześnie. Czyżby została przerwana Zasłona? Ale przez kogo?
Jak przez mgłę usłyszała odzywającego się Stena:
— To właśnie dlatego w Par Vollen ucinamy magom języki — stwierdził.
— Przyznaję, że zgadzam się z twoim towarzyszem — mruknął niechętnie Gregor. — Stwórca wie, że qunari nie doprowadziliby do takiej sytuacji.
— Jak do tego doszło? — spytała cicho Ellen.
Komtur popatrzył na nią w zamyśleniu, jakby się zastanawiał, czy powinien o tym opowiadać. Wreszcie westchnął.
— Nie wiemy — odparł. — Widzieliśmy tylko demony polujące zarówno na templariuszy, jak i magów. Zrozumiałem, że ich nie pokonamy, więc poleciłem swym ludziom, by salwowali się ucieczką — dodał, bezwiednie tocząc spojrzeniem po obecnych w jedynej bezpiecznej komnacie templariuszach.
Ellen zadrżała; czyli jednak została przerwana Zasłona.
— Jak możemy pomóc? — spytała momentalnie.
W niebezpieczeństwie znaleźli się nie tylko zamknięci w wieży magowie oraz templariusze, ale również mieszkańcy całego Fereldenu. Gdyby z Kręgu uciekło tyle plugawców… nie potrafiła sobie wyobrazić pogromu, jaki by to wywołało. Jednocześnie kraj trawiła wojna domowa!
— Wysłałem wiadomość do Denerim, prosząc o posiłki i pozwolenie na wykorzystanie Prawa Likwidacji — odparł komtur.
Ellen zmarszczyła czoło, słysząc słowa templariusza. Na wykorzystanie czego? Sama nazwa nie brzmiała zbyt zachęcająco.
— Prawa Likwidacji? — powtórzyła ostrożnie.
— Na jego mocy templariusze mogą zabić magów należących do Kręgu — wyjaśnił usłużnie, uśmiechając się cierpko.
Strażniczka cofnęła się pół kroku. Czyli on chciał tych biednych ludzi zabić?
— Magowie już pewnie nie żyją — zauważył rozsądnie Alistair, kręcąc głową.
Ellen popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Jak można zakładać czyjąś śmierć?
— Jeśli w środku są jeszcze jakieś plugawce, trzeba się z nimi rozprawić za wszelką cenę — przypomniał.
— Sytuacja jest trudna — mruknął Gregor. — Aby wieża znów była bezpieczna, wszystko, co znajduje się w jej wnętrzu, musi zostać zniszczone — oznajmił twardym głosem dowódcy. — Nie ma innego wyjścia.
— Magowie nie są bezbronni — sprzeciwiła się Ellen, odnajdując w sobie odwagę, by postąpić krok w stronę komtura. — Część z nich pewnie jeszcze żyje — oznajmiła.
— Jeśli w środku są jeszcze żywi, to znaczy, że sam Stwórca ich osłonił — wyszeptał zasmucony Gregor, odwracając wzrok. — Nikt nie miał prawa wyjść z tego cało. Karmić się złudzeniem, że komuś udało się ujść z życiem i nie natrafić na nikogo… to zbyt bolesne.
Ellen już go nie słuchała.
— Poszukamy ocalałych — oznajmiła mocnym głosem, wbijając w oczy Gregora przenikliwy wzrok.
Za sobą usłyszała przerażone sapnięcie Leliany oraz ciche krztuszenie się Alistaira, Morrigan prychnęła z niedowierzaniem i Strażniczka dałaby sobie rękę uciąć, że uniosła z zainteresowaniem brwi, krzyżując ramiona na wysokości piersi.
— Zapewniam cię, plugawiec to przeciwnik, którego nie można lekceważyć, a z pewnością natkniecie się na więcej niż jednego — ostrzegł gniewnie Gregor, potrząsając z niedowierzaniem głową nad głupotą i brakiem odpowiedzialności dziewczyny.
— Musimy spróbować. Trzeba to zrobić — stwierdziła Ellen.
Na usta cisnęły się jej słowa, że wiedziała, jak bardzo niebezpieczne były plugawce, jednak zachowała to dla siebie. Gregor z pewnością nie uwierzyłby w opowieść o nawiedzonym zamku arla Redcliffe, nie było też czasu na opowiadanie o bitwie pod Ostagarem.
— Uważajcie… kiedy przekroczycie ten próg, nie będzie już odwrotu — zastrzegł Gregor, odsuwając się o krok, by Strażnicy mogli zobaczyć metalowe, zaryglowane drzwi pilnowane przez sześciu przygotowanych do walki templariuszy. — Brama musi zostać zamknięta. Nie otworzę jej nikomu, dopóki nie uzyskam pewności, że jest bezpiecznie. Uwierzę, że już po wszystkim dopiero wtedy, gdy stanie przede mną pierwszy zaklinacz i mi o tym powie. Jeśli Irving nie żyje… to Krąg jest stracony i należy go zniszczyć — podsumował łamiącym się głosem.
Wyglądało na to, że pierwszy zaklinacz był jego przyjacielem.
— Niechaj Andrasta da wam odwagę, cokolwiek zdecydujecie — dokończył, uśmiechnął się blado, po czym skierował się do swoich ludzi, by przekazać im wieści o podróżnych poświęcających własne życie w imię nieosiągalnego celu.
Ellen nagle poczuła się winna, że ciągnęła za sobą wszystkich towarzyszy. Może powinna pójść sama? Skoro tak bardzo chciała ratować magów, nie powinna mieszać w to pozostałych. Mieli pewne prawo, by się zbuntować i nie zgodzić na samobójczą misję.
Spojrzała niepewnie na wojowników.
— Wybaczcie mi, że zadeklarowałam wasz udział bez wyraźnej zgody na to — zaczęła rozsądnym głosem, który w ogóle nie drżał, choć nogi pod Ellen uginały się tak, jakby były z waty. — To niemal samobójcza misja, jednak ja nie potrafiłabym stąd odejść, nie próbując pomóc uwięzionym w środku ludziom. Jeśli nie chcecie, nie musicie ze mną iść. Zrozumiem to.
Zapadła cisza i Strażniczka sama nie wiedziała, czy byli zaskoczeni jej słowami, czy zastanawiali się nad pójściem z nią oraz ryzykowaniem życiem. Leliana rozejrzała się po towarzyszach, Alistair podrapał się po głowie, Morrigan uniosła brwi, Sten natomiast… jak to Sten, po prostu patrzył na dziewczynę ze spokojem.
Pierwszy oprzytomniał Shegar; otrząsnął się, strosząc śmiesznie złotą sierść, i potruchtał do Ellen z wywalonym na wierzch jęzorem. Usiadł przy nogach Couslandki, merdając ogonem. Dziewczyna odetchnęła w duchu i pogładziła szeroki łeb.
— Myślisz, że pójdziesz sama? — odezwał się Alistair, unosząc wysoko brwi.
Kiedy na niego popatrzyła zdezorientowana, uśmiechnął się łagodnie i pokręcił głową.
— Nie puszczę cię tam samej. Zresztą Szara Straż trzyma się razem, prawda? — dodał, podchodząc do niej.
Za nim ruszyła z uśmiechem Leliana.
— Przyjaciół nie zostawia się w potrzebie. Jak już się wpakowałaś, to ja idę tuż za tobą — oznajmiła, obejmując Strażniczkę ramieniem.
Ellen uśmiechnęła się nieśmiało, patrząc na towarzyszy.
— Chętnie zobaczę upadek wspaniałych magów Kręgu — odezwała się Morrigan, jej usta wygięły się w zimnym uśmiechu. — Taka rzecz nie zdarza się zbyt często, nie wolno mi tego przegapić. — Również podeszła do Ellen.
— Obiecałem walkę u twego boku, by odkupić swoje grzechy. Garstka opętanych magów nie przeszkodzi mi w dotrzymaniu słowa — skwitował Sten.
Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej.
— Dziękuję — wychrypiała.
Tak naprawdę to nie wierzyła w to, że postanowią z nią iść, zgodzą się na samobójczą misję mającą na celu ocalenie ludzi, którzy niemal z pewnością już nie żyli.
— Zatem chodźmy — zdecydowała, odwróciła się i skierowała w stronę wielkich metalowych drzwi, a pozostali podążyli za nią.
Gregor obejrzał się na przejście, kątem oka dostrzegłszy zmierzających w jego stronę wojowników. Z niedowierzaniem wymieszanym z zaskoczeniem obserwował, jak jego templariusze otwierali ciężkie wrota, a Szara Straż przekracza próg, bez wahania wchodząc do opanowanej przez plugawce oraz demony wieży. Metalowe drzwi ze zgrzytem się za nimi zamknęły i już na dobre uwięziły w środku.
Templariusz pokręcił głową, powracając do rozmowy z rycerzem. To było niemożliwe, tak po prostu wejść do miejsca pełnego istot z Pustki, a potem stamtąd wyjść. Nie bez grupy wyszkolonych magów – lub templariuszy.
Niedorzecznym też było to, że Szara Straż porzucała kraj ogarnięty Plagą na rzecz kilku czarodziei.

W korytarzu panował półmrok; i chwała za to Stwórcy, choć i tak było widać za dużo. Kamienne ściany poznaczone zostały plamami krwi rozpryśniętymi na boki, jakby ktoś rozsadził od wewnątrz ciało, w niektórych miejscach widniały szkarłatne ślady dłoni, nieco rozmazane – zupełnie tak, jakby mag rozpaczliwie próbował uciec, jednak osunął się na posadzkę. Ponadto wszędzie leżały nieruchome ciała. Niekiedy młodzi czarodzieje – jak wyjaśnił Alistair na podstawie szat, które, przynajmniej niektórzy, mieli na sobie, byli to uczniowie – wyglądali tak, jakby się po prostu ułożyli do snu na zakrwawionej posadzce, a niekiedy zostawała po nich tylko ręka. Albo głowa. Inne trupy całkowicie się zwęgliły, sczerniały i stały się zupełnie nierozpoznawalne.
Ellen z trudem oddychała zapachem śmierci, zaciskała dłonie w pięści i próbowała opanować wstrząsające nią odruchy wymiotne. Wiedziała, że im dalej będą się posuwali, tym gorzej będzie, ale już teraz czuła kłujące w oczy łzy i musiała walczyć z tym, by się nie rozpłakać. Nie powinna, była wojowniczką, Szarą Strażniczką – a jednak miała ochotę skulić się w czyichś ramionach i zaszlochać jak mała dziewczynka.
Na szczęście korytarz nie ciągnął się wiecznie. Alistair uznał, że znajdowali się na piętrze dla uczniów i właśnie mijali ich pokoje – co samotnie sprawdziła Morrigan. Powiedziała, że nie chce, by Ellen plątała się jej między nogami, jednak kiedy wróciła, skwitowała tylko, że templariuszyna miał rację, i nie powiedziała niczego więcej. Strażniczka domyśliła się, że te komnaty nie wyglądały lepiej niż korytarz, więc bez słowa przyjęła wszystko do wiadomości. Ruszyli w stronę widniejących w przeciwległej ścianie drzwi.
Klamkę nacisnęła Leliana, pewnie pchnęła nasiąknięte krwią deski, jednak próg pierwsza przekroczyła Ellen. Weszli do rozległego, jeszcze większego niż komnata, w której znajdowali się żywi templariusze, pomieszczenia. Pozbawione było jakichkolwiek ozdób, dywanów, po prostu kamienna podłoga, kamienne ściany oraz drzwi prowadzące prawdopodobnie do podziemi. Jednak nie to zszokowało Strażniczkę.
W środku znajdowali się żywi ludzie.
Troje małych dzieci kuliło się w ramionach niewysokiego młodzieńca o płowych włosach, obejmował drobne ramiona i przyciskał do siebie, wzrok mając utkwiony w dwóch stojących kawałek dalej pannach. Trzymały ciężkie kostury z akolity, wpatrzone w świetlistą barierę wzniesioną na kolejnych drzwiach prowadzących w głąb wieży. Między nimi była trzecia kobieta z karacenowym kosturem, w czerwonej szacie. Miała siwe włosy związane w sterczącą z tyłu głowy kitkę, względnie szczupła, utrzymywała najwyraźniej formę.
Chwilę później przez barierę przedarła się istota, jakiej Ellen nigdy w życiu nie widziała. Jej ciało było bezkształtne; sunęła bezszelestnie po posadzce, zostawiając za sobą zwęglone kamienie – wyglądało na to, że stworzona została z płynnej lawy. Krótkie, chude, szponiaste łapy oraz ryj całkowicie bezosobowy, tylko z parą ognistych ślepi. Ellen pisnęła zduszonym głosem i cofnęła się dwa kroki, gdy istota ruszyła w stronę magów.
Najstarsza czarodziejka dała towarzyszkom znak, by się odsunęły, uniosła kostur nad głowę. Do uszu Strażniczki dobiegły szeptane przez kobietę słowa, potem broń zawirowała i na koniec uderzyła z cichym stuknięciem w posadzkę. Ognisty potwór został pokryty w całości grubą warstwą lodu, zarzęził, po czym opadł na podłogę, gruchnął łbem o kamienie, a potem rozpłynął się.
Kobieta postawiła pewniej kostur, oddychając głęboko, i wtedy zauważyła ich jedna z młodych czarodziejek. Krzyknęła cicho, na co staruszka momentalnie się odwróciła, celując bronią w przybyszów. Ellen z rosnącym zdumieniem wpatrywała się w twarz magini; choć poznaczona zmarszczkami oraz zmęczeniem, miała w sobie młodzieńczy wigor, jasnobłękitne oczy zastygły w wyrazie determinacji, wąskie usta pociągnięte były szminką.
Strażniczka myślała, że czarodziejka nie żyła. Pamiętała ją z Ostagaru, kiedy stała pod drzewem w obozie, spokojna oraz serdeczna, pamiętała ich rozmowę i łagodny głos kobiety. Wynne. Magini walcząca po stronie króla.
Chyba nie tylko Ellen rozpoznała staruszkę, bo mimo że Morrigan również chwyciła kostur, gotowa obronić towarzyszy, Wynne opuściła broń, na jej twarzy wymalowało się zdumienie wymieszane z niedowierzaniem.
— To ty! — zawołała. — Nie… nie podchodź bliżej — zastrzegła ostrym głosem, znów unosząc broń.
Morrigan drgnęła, dziewczyna jednak położyła dłoń na jej kosturze, w milczeniu ją powstrzymując.
— Szara Strażniczka czy nie, rozgromię cię w mgnieniu oka! Twoich towarzyszy też! — warknęła Wynne.
Morrigan prychnęła kpiąco, wywracając oczami, a Ellen uciszyła ją syknięciem.
— Nie jesteśmy tu, żeby z tobą walczyć — zapewniła, uśmiechając się delikatnie.
Wynne była ostatnią osobą, którą spodziewała się spotkać po bitwie pod Ostagarem i Couslandka sama nie wiedziała, czy to jej szczęście, czy pech.
— W porządku… — mruknęła podejrzliwie staruszka.
Ellen poszerzyła uśmiech.
— Powiedzmy, że ci wierzę. Ale w takim razie co tu robicie? — spytała bardziej natarczywie, ruchem ręki nakazując wycofanie się młodym czarodziejkom.
— Przybywamy, by poprosić magów o pomoc — odparła zgodnie z prawdą Strażniczka.
Magowie praktycznie nie istnieli, miała przed sobą nędzne niedobitki. Ale zawsze to ocalone życie. Gregor się mylił, zamykając drzwi na cztery spusty, teraz była tego pewna.
— Rozumiem, że powiedziano wam już, że Krąg nie jest w stanie udzielić wam żadnej pomocy — mruknęła Wynne, stawiając kostur tak, jakby to była laska. — Dlaczego więc templariusze was wpuścili? Zamierzają teraz zaatakować wieżę?
— Nie — uspokoiła ją Ellen.
Wiedziała jednak, że nie była to całkowita prawda i okłamałaby kobietę, gdyby nie przybliżyła sytuacji.
— Czekają na posiłki — wytłumaczyła ciszej.
— A więc Gregor sądzi, że nie ma nadziei dla Kręgu — podsumowała zmęczonym głosem Wynne, na jej ustach zatańczył smutny uśmiech. — Pewnie uznał, że już wszyscy zginęliśmy. Zostawili nas na pastwę losu, ale nawet w tym więzieniu udało się nam przeżyć. Jeśli jednak skorzystają z Prawa, nie będzie w stanie stawić im oporu.
— Co tu się stało? — spytała Ellen, ruchem ręki zataczając łuk.
— Powiedzmy tylko, że doszło do pewnego rodzaju buntu pod przywództwem maga imieniem Uldred — uznała zimnym głosem Wynne. — Gdy powrócił z bitwy pod Ostagarem, podjął próbę przejęcia władzy w Kręgu. Jak widzicie, wynik nie był taki, na jaki liczył. Nie wiem, co się stało z Uldredem, ale jestem pewna, że to wszystko jego sprawka. Nie zamierzam pozwolić, by Krąg został zniszczony przez pychę i głupotę jednego człowieka — warknęła na koniec, zaciskając z całej siły dłoń na kosturze.
Ellen poczuła podziw wobec tej starszej kobiety.
— Co zamierzasz? — spytała, ciekawa, jak planowała pomóc Kręgowi.
Przekrzywiła głowę, przyglądając się tym, co oprócz Wynne przeżyli. Niewielu ich było, w większości dzieci, jednak z nich dałoby się na nowo zacząć budować Krąg.
— Wzniosłam barierę na drzwiach prowadzących do wieży, żeby nic nie mogło zaatakować dzieci — zaczęła Wynne, wskazując niedbałym ruchem ręki świetlistą zasłonę.
Ellen popatrzyła na nią z zainteresowaniem.
— Nie będziecie w stanie wejść do wieży, póki bariera działa, ale jeśli przyłączycie się do mnie, by uratować Krąg, usunę ją — postawiła warunek.
Strażniczka spojrzała oszołomiona na czarodziejkę.
— Dobrze. Pomożemy ci — zgodziła się po chwili.
W końcu z takim zamiarem tu wchodziła – żeby pomóc magom i ocalić tych, którzy przeżyli. A skoro Wynne oraz jej towarzysze wciąż oddychali, to znaczyło, że głębiej w wieży mogło być więcej czarodziei.
— Kiedy Gregor zobaczy, że zabezpieczyliśmy wieżę, rozkaże swoim ludziom się wycofać. Jestem tego pewna. On nie jest fanatykiem — ciągnęła Wynne, uśmiechnąwszy się z wdzięcznością.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Gregor uwierzy tylko w słowo pierwszego zaklinacza — ostrzegła, pamiętając to, co komtur powiedział im przed wejściem do wieży.
— A zatem nasza ścieżka jest oczywista — zauważyła Wynne, przenosząc wzrok na falującą w drzwiach barierę. — Musimy uratować Irvinga.
— No to bierzmy się do roboty — rzuciła zachęcająco Ellen i obejrzała się na towarzyszy.
Alistair skinął głową, uśmiechając się do Strażniczki, pozostali nie wyrazili większych sprzeciwów. Oprócz Morrigan, która chwyciła ramię dziewczyny, wbijając w nie palce.
— Chcesz pomagać tej prawiącej morały guwernantce? — warknęła gniewnie. — Ratować te żałosne imitacje magów? — Wskazała stojących kawałek dalej uczniów. — Pozwolili zamknąć się w zagrodzie jak bezmyślne bydło. Teraz ich panowie wybrali dla nich śmierć: niech więc umierają. Zasługują na to.
Ellen wbiła w jej twarz oszołomiony wzrok. Nigdy nie sądziła, że można kogoś tak bardzo nienawidzić, nawet go nie znając. Chociaż… czy ona tak przypadkiem nie nienawidziła Loghaina?
— Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, mogłabyś być jedną z nich — zauważyła spokojnie, nie chcąc przybierać wobec Morrigan wrogiej postawy.
Wiedźma wcale nie była złą osobą, po prostu miała inne spojrzenie na świat.
— Gdyby tak było, z pewnością już dawno rzuciłabym się ze szczytu tej wieży głową w dół — odparowała bez zastanowienia, wbijając jeszcze mocniej palce w ramię dziewczyny.
Strażniczka zdusiła w gardle bolesne syknięcie.
— Nie pozwolę, by ktokolwiek miał taką władzę nad moim ciałem i umysłem. Jestem człowiekiem, nie rzeczą — stwierdziła wiedźma.
Ellen westchnęła ciężko, zdając sobie sprawę z tego, że ciągnięcie tej dyskusji nie miało sensu. Dlatego, chyba po raz pierwszy od objęcia tego stanowiska, posłużyła się rzekomym autorytetem i tytułem przywódczyni.
— Zdecydowałam już. Pomożemy Wynne — stwierdziła opanowanym głosem i spojrzała twardo na Morrigan.
Wiedźma zacisnęła usta, przez chwilę wyglądając tak, jakby miała zamiar zostawić towarzyszy, zbuntować się i nie posłuchać przywódczyni, jednak wtedy zsunęła dłoń z ramienia Ellen z cichym, gniewnym parsknięciem.
— Niech ci będzie — skwitowała.
— Petra, Kinnon… — odezwała się Wynne, uznawszy, że kłótnia już zakończona i udało się im podjąć decyzję, i zwróciła się do swoich podopiecznych: — Pilnujcie ich. Wrócę szybko — poprosiła, wskazując ruchem głowy przerażone dzieci.
Wtedy jedna z młodych czarodziejek, o intensywnie rudych włosach, wystąpiła w przód, podchodząc do nauczycielki.
— Wynne, na pewno dobrze się czujesz? — zapytała łagodnie, uśmiechając się ze smutkiem. — Byłaś ciężko ranna. Może powinnam iść z wami.
Czarodziejka uśmiechnęła się, kładąc dłoń na ramieniu uczennicy.
— Pozostali bardziej was potrzebują niż ja. Nic mi nie będzie — zapewniła opanowana, niemal pogodna, i poklepała dziewczynę po plecach. — Zostań z nimi… Dopilnuj, by byli spokojni i bezpieczni. — Wyminęła uczennicę i skierowała się do bariery.
Ellen, ruszając za staruszką, dotknęła ramienia zmartwionej czarodziejki.
— Miej wiarę. Nie zawiedziemy — szepnęła łagodnie, przyzwyczajając się już do pocieszania ludzi.
— Twoja pewność siebie jest pocieszająca, ale dopilnuj, żeby nie zapomnieć przez nią o swoich słabościach — rzuciła przez ramię Wynne, zatrzymując się przed barierą.
Skarcona jak mała dziewczynka Strażniczka zarumieniła się z zakłopotania, spuściła głowę i ruszyła do staruszki, zaciskając usta.
— Proszę bardzo — westchnęła ciężko Wynne, wskazując zasłonę. — Trochę mnie zdumiewa, że zdołałam utrzymać tę barierę tak długo.
Ellen uśmiechnęła się do niej, podczas gdy pozostali zbliżali się wolnym krokiem.
— Zrobiłaś, co musiałaś, Wynne — zauważyła, spoglądając na osłonę z podziwem.
Musiała przyznać, że magia ją zafascynowała, i choć nie rozumiała jej działania, to czuła, że była czymś więcej niż tylko trochę inną umiejętnością, którą posiadali niektórzy ludzie. Ona była darem.
— Chwilami było to bardzo męczące, ale musiałam być silna dla bezpieczeństwa nas wszystkich — szepnęła Wynne, by zaraz potrząsnąć głową i wyprostować się. — Szykuj się na najgorsze. Nie wiem, co może czyhać za tymi drzwiami — ostrzegła lojalnie, spoglądając na Strażniczkę. — Gotowa?
— Jestem gotowa — odparła Ellen. — Zniszcz barierę — poprosiła, przenosząc wzrok na błękitną zasłonę.
Wynne uśmiechnęła się blado.
— Dobrze. Uważaj teraz… — mruknęła, unosząc rękę, wokół jej dłoni zebrały się wiązki niebieskich promieni.
Dziewczyna zapatrzyła się zafascynowana na to zjawisko. Chwilę potem bariera opadła, a oni ruszyli w półmrok następnego korytarza, otulił ich zapach śmierci oraz krwi.
I żadne nie wiedziało, co mogło się czaić za kolejnym zakrętem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz