piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.37 - Zmiennokształtna


Jeszcze nigdy nie widziała tak zdewastowanej biblioteki – i jednocześnie tak wielkiej oraz wzbudzającej zachwyt. Gdyby nie porozrzucane dokoła książki, walające się wszędzie powyrywane strony, plamy krwi, wywrócone regały, rysujące się w półmrokach kontury ciał, Ellen z radością zostałaby w tym miejscu dłużej, by zatopić się w lekturze.
Nie należała do osób, które niezwykle chętnie spędzały całe dnie w bibliotece przy zgłębianiu wiedzy, jednak od czasu, kiedy miała dostęp do rodowego zbioru ksiąg, minęło już wiele dni i wiele rzeczy się wydarzyło. Dlatego w progu przystanęła z rozdziawionymi ustami, wodząc spojrzeniem po olbrzymich regałach, przyglądając się posągowi przedstawiającemu maga, podziwiając rozległe żyrandole zawieszone poniżej łukowo-żebrowego sklepienia.
— Nie ociągajmy się, gdzieś tu mogą czaić się demony — mruknęła Wynne, wymijając oszołomioną Strażniczkę i ruszając w głąb pomieszczenia szybkim krokiem.
Ellen skinęła bezmyślnie głową, westchnęła z niejakim smutkiem i podreptała za czarodziejką, żeby nie zgubić w półmroku niewyraźnej sylwetki. Nieodparta ochota na przestudiowanie któregoś woluminu rosła w miarę zagłębiania się w ciemność zalegającą w bibliotece. Było tu tyle książek, tyle wiedzy, tyle informacji o Fereldenie oraz wszelkich prawach rządzących światem… Westchnęła cicho, kręcąc głową na wszystkie strony, by zobaczyć jak najwięcej z pomieszczenia, w którym się znaleźli.
Szli w ciszy, nikt nie kwapił się do zaczynania jakichkolwiek rozmów, panowało napięte milczenie. Zdawało się, jakby wszyscy nasłuchiwali wroga, oczekiwali, że coś – lub ktoś – zaraz na nich wyskoczy, spróbuje zabić. Ellen dostrzegała kątem oka strach na twarzy Leliany, napięcie w spojrzeniu Alistaira, nawet Morrigan sprawiała wrażenie zaniepokojonej. Jedynymi ostojami spokoju był Sten wraz z Shegarem, obaj kroczyli po zachlapanej krwią posadzce, starając się nie deptać żadnych książek.
Ellen nie lubiła ciszy, a póki nikt nie dybał na ich życie, powinna dowiedzieć się jak najwięcej o okolicznościach buntu. W końcu przewodziła grupie wojowników, którą posłała niemal na pewną śmierć w sam środek piekła.
— Możesz mi powiedzieć, od czego zaczęły się te kłopoty? — zagadnęła czarodziejkę, przeskoczywszy nad stosikiem książek.
Z zaskoczeniem zdała sobie sprawę, że mówiła półgłosem, jakby ponura atmosfera wieży zmuszała ją do szeptu.
— Ach, to długa historia — westchnęła kobieta, wspierając się na karacenowym kosturze. — Zaczęło się, gdy wróciłam spod Ostagaru. Brałam udział w tej pechowej bitwie. Ledwo uszłam z życiem — opowiedziała urywanymi zdaniami, zmuszona co pewien czas łapać głęboki oddech, gdy ślizgała się na zakrwawionej posadzce. — Nie nadawałam się do podróży, więc pozostałam w Ostagarze, żeby zebrać siły i pomóc rannym. Uldred za to niemal natychmiast ruszył do wieży. Kiedy w końcu tu wróciłam, dowiedziałam się, że Uldred prawie przekonał Krąg, by ten przyłączył się do Loghaina! Człowieka, który niemal zniszczył nas wszystkich! — zawołała oburzonym głosem, przystanąwszy na chwilę, żeby obejrzeć się na Ellen. — Ale wina nie leży po stronie Kręgu. Uldred mówił przekonująco, a poza tym skąd mieli wiedzieć, co się stało w Ostagarze?
— Może Uldred od początku knuł razem z Loghainem — rzuciła od niechcenia.
Po odkryciu tego, jak daleko sięgał spisek teyrna, jak wiele możliwości zakładał, nie miała żadnych wątpliwości, że natkną się na objawy tego raka, który pożerał Ferelden od wewnątrz. Żeby wyleczyć państwo, nie można było tylko usuwać przerzutów – jak tego w wieży. Trzeba pozbyć się samego serca nowotworu.
— Podejrzewam, że tak. Uldred zawsze pragnął władzy. Może Loghain obiecał mu pozycję pierwszego zaklinacza, gdy Plaga zostanie już powstrzymana — zauważyła Wynne, uśmiechając się gorzko.
Ellen pokiwała wolno głową.
— Cóż, powiedziałam Pierwszemu Zaklinaczowi Irvingowi, co Loghain zrobił na polu bitwy. Jakim jest zdradzieckim szubrawcem. Irving obiecał, że się tym zajmie. Zwołał spotkanie, by wypytać Uldreda, ale coś musiało pójść nie tak — ciągnęła czarodziejka.
Znaleźli się już w drugiej części biblioteki i wyglądało na to, że pomieszczenie jeszcze się nie kończyło.
— Wyszłam ze swojego pokoju i usłyszałam krzyki. Dochodziły z komnaty, w której miało się odbyć spotkanie. Wkrótce potem dojrzałam, jak pierwszy z plugawców dogania i zabija maga. Potem było już tylko gorzej — zakończyła z ciężkim westchnieniem.
Ellen usłyszała coś na kształt kpiącego prychnięcia, jednak nie była pewna, czy się jej przypadkiem nie wydawało, więc to przemilczała.
— Zatem zaczęło się na tym spotkaniu? — spróbowała się upewnić, wsparłszy się na regale, kiedy straciła równowagę przy omijaniu ciemnej kałuży.
Wynne pokiwała w zamyśleniu głową.
— Musiało się tam zacząć, ale nie mam całkowitej pewności. O ile wiem, stwory przybyły z tamtej strony — powtórzyła cierpliwie.
— Możesz mi opowiedzieć o Uldredzie? — ciągnęła przepytywanie Ellen, rozglądając się z ciekawością; chyba zbliżali się już do trzeciej części biblioteki.
— Uldred… Nie powinnam tak o nim mówić, ale nigdy go nie lubiłam — przyznała szczerze, krzywiąc się.
Strażniczka zerknęła na nią krótko.
— Był nerwowy i chytry jak łasica. Nigdy nie uczył, nigdy nie wspominał o uczniach. Zdawało się, że nie obchodzi go Krąg, tylko jego własna korzyść — wyliczyła, wkraczając do trzeciej i najmniejszej części pomieszczenia.
— Musiał być nieznośny — mruknęła Ellen, chwytając podane przez Alistaira ramię, kiedy straciła równowagę na książce i prawie się wywróciła.
Posłała Strażnikowi uśmiech, gdy jednak natrafiła na jego pogodne spojrzenie, poczuła, że się rumieni. Podziękowała w duchu Stwórcy za ciemność i dogoniła Wynne.
— Uldred z pewnością ma swoje zalety — stwierdziła z kpiną czarodziejka. — Z pewnością ma również doskonały powód, żeby je tak skrywać przed światem.
Ellen zaśmiała się cicho, słysząc słowa Wynne. Westchnęła, dostrzegłszy w półmroku drzwi, do których bez wahania skierowała się czarodziejka. Kiedy staruszka potknęła się o coś ledwo widocznego w ciemności i straciła równowagę, a Ellen podtrzymała ją, nim upadła na posadzkę, na końcu kostura Morrigan rozbłysło złote światło. Rzuciło łagodną poświatę na otoczenie, ukazując skulone na podłodze zwłoki, na które nadepnęła Wynne.
Staruszka sapnęła i rzuciła wiedźmie karcące spojrzenie, na co Morrigan uśmiechnęła się kpiąco.
— Babuniu, jeśli boisz się, że światełko ściągnie tu demony, to co ty właściwie robisz z nami? — spytała szyderczo, po chwili przenosząc wzrok na milczącą Ellen. — Ruszajmy. Pójdę obok — zaproponowała suchym głosem.
Strażniczka skinęła głową i podążyła w stronę drzwi, słysząc obok siebie miarowe kroki wiedźmy. Ostrożnie nacisnęła klamkę i pchnęła dębowe deski, z cichym skrzypnięciem otwierając przejście. Na bardzo krótką chwilę wydało się jej, że w środku było idealnie ciemno, panowała wszechogarniająca, niezmącona niczym czerń, a potem, zaledwie w ułamku sekundy, zrozumiała, skąd to wrażenie. Wielka kula ognia mknąca w stronę drzwi wywołała ten efekt.
Jak przez mgłę usłyszała czyjś krzyk, ktoś wołał jej imię, ktoś wydawał rozkazy. Nie zwróciła na to zbytniej uwagi, w jej głowie pozostała tylko jedna myśl: uchyl się!
Skoczyła w bok i nieco w przód, przeturlała się po posadzce i uderzyła plecami w regał z książkami. Tomy posypały się na nią jak grad ciężkich kamieni, jednak bolesny jęk został zagłuszony gromkim hukiem wybuchającej kuli ognia. Nie miała pojęcia, czy jej towarzyszom coś się stało, jaskrawość płomieni, które nagle ogarnęły całą okrągłą komnatę, zmąciła zmysł wzroku i uniemożliwiła dokładne rozpoznanie ciemnych sylwetek.
Ellen podniosła się na chwiejnych nogach, patrząc na wysokie postaci biegnące w jej stronę z przeciągłym skrzekiem, o groteskowo zgarbionych ramionach i chudziutkich łapach z nad wyraz długimi palcami. W następnej chwili, gdy jedna z tych rąk zacisnęła się na jej szyi, unosząc ją pół metra nad ziemię, zrozumiała, że nie był to nikt z jej towarzyszy. Charknęła, chwytając dłońmi przegub istoty i wbijając w niego palce, aż poczuła, jak paznokcie zagłębiają się w ciele.
Nie dość, że nagła zmiana naświetlenia pogorszyła jej wzrok, to teraz jeszcze brak powietrza i ucisk na gardle wycisnęły łzy z oczu. Szarpnęła się rozpaczliwie, kopnęła dziko nogami i wreszcie poczuła, jak siła nieznanego przeciwnika ją puszcza, że leci w dół, trochę w bok, znowu uderza o posadzkę. Kaszlnęła kilkakrotnie, rozmasowując piekącą skórę, i popatrzyła w stronę przejścia.
Istota, która ją zaatakowała, wyglądała groteskowo. Poniekąd przypominała widziane już przez dziewczynę formy demonów – o zniekształconych, bezosobowych twarzach, bez szyi, z chudymi ramionami. Ta jednak miała na sobie nędzne resztki szaty, jakby togi maga, ponadto jej plecy… Zdobił je wielki, nierówny garb, za którym ukrywał się cały rogaty łeb z czymś podobnym do twarzy, widoczne w niej było tylko jedno oko. Ludzkie oko. Ellen zadrżała, patrząc, jak potwór pada na ziemię, powalony potężnym ciosem olbrzymiej łapy… niedźwiedzia.
Drapieżnik zaryczał ogłuszająco, rozdziawiając paszczę, śnieżne kły błysnęły w półmroku, odbijając tańczące na regałach światło płomieni. Łapa jeszcze raz uderzyła w zniekształcone ciało, rozrywając je na wysokości klatki piersiowej. Istota zapiszczała przeraźliwie, próbując wydłubać długimi palcami ślepia niedźwiedzia. Zwierzę zawarczało gardłowo, kłapnęło paszczą i nastąpiło na groteskowy łeb, miażdżąc go i rozpryskując resztki mózgu na kamieniach.
Ellen krzyknęła cicho, kiedy wzrok niedźwiedzia zwrócił się na nią. Momentalnie poderwała się na równe nogi, gotowa do walki; nie miała pojęcia, skąd to zwierzę się tu wzięło i co zamierzało. Do chwili, w której zajrzała w ślepia drapieżnika. W jasnobrązowe, niezwykle inteligentne ślepia. Patrzyła, jak niedźwiedź rusza z rykiem na następne istoty, które atakowały pozostałych wojowników. Dopiero kiedy dostrzegła błękitny miecz Alistaira, Stena walczącego wyrwanym z rąk trupa orężem, Shegara obskakującego ognistego potwora, dokładnie takiego samego, jakiego godzinę temu pokonała Wynne, otrząsnęła się z szoku i również ruszyła do ataku.
Na dobrą sprawę ona, Sten, Leliana i Shegar jedynie osłaniali tyły. W momencie, w którym nie wiadomo było, z kim się mierzyli ani co te istoty potrafiły, mogli tylko wspierać dwie czarodziejki oraz templariusza siejących najwięcej spustoszenia w szeregach wroga. Wspólnymi siłami udało się im powalić cztery groteskowe podobizny ludzi i jedną ognistą bestię, dlatego po kilkunastu minutach walki wszystkie ciała przeciwników legły nieruchome na posadzce.
Ellen odetchnęła zadowolona, otarła nadgarstkiem pot z czoła, a potem nagle poczuła czyjeś dłonie na ramionach i ktoś gwałtownie pociągnął ją w tył. Zatrzymała się z tą osobą na regale z książkami, wytrzeszczyła oczy, gdy delikatne ręce otoczyły ją tak, by osłonić twarz, a potem usłyszała ostry krzyk Alistaira:
— Cofnąć się!
Chwilę później rozległ się gromki wybuch, w Strażniczkę uderzyła fala gwałtownego ciepła i zaległa cisza. Ellen zadrżała, ostrożnie uchylając powieki, kiedy dłoń z jej twarzy zniknęła, i zaraz obejrzała się przez ramię.
Dostrzegła stojącą za nią Morrigan, z cierpkim uśmiechem w kącikach ust i drobnym zadrapaniem na policzku. Odetchnęła w duchu, przyglądając się wiedźmie z wdzięcznością, kiedy jednak chciała się odsunąć i ruszyć do pozostałych, kobieta ją przytrzymała.
— Potrzebuję moich ubrań — zakomunikowała, dlatego Strażniczka przesunęła spojrzeniem po jej ciele.
Z niejakim zakłopotaniem zrozumiała, że była naga. Uniosła brwi, jednak zdołała powstrzymać się od pytań.
— Leliana! — zawołała do łuczniczki, na co kobieta spojrzała w stronę przyjaciółki. — Mogłabyś podać nam te ubrania? Te, co leżą pod regałem przy drzwiach! — poprosiła, wskazując ręką miejsce, w którym dostrzegła potrzebne materiały.
Leliana skinęła głową i podniosła ciuchy, ruszając w stronę obu pań. Alistair spojrzał na nie oszołomiony, marszcząc czoło.
— Dzięki — mruknęła, biorąc od łuczniczki rzeczy, i dała się pociągnąć Morrigan za najbliższy regał, uśmiechając się z zakłopotaniem do zdumionych towarzyszy.
W czasie, kiedy wiedźma się ubierała, Wynne odsapnęła, wsparła się na kosturze, po czym spojrzała z zainteresowaniem na niemal oburzonego zaistniałą krępującą sytuacją Alistaira, który zerkał gniewnie w miejsce, w którym znajdowały się Morrigan i Ellen.
— Nie wspominałeś, że jesteś templariuszem, młodzieńcze — zagadnęła go przyjacielsko, uśmiechając się ciepło.
Strażnik oderwał wzrok od regału z książkami, by popatrzeć na czarodziejkę.
— Nie do końca nim jestem. Nigdy nie złożyłem ślubów — wyjaśnił, również się uśmiechając.
Staruszka niemal od razu zyskała sobie jego przychylność łagodnym usposobieniem. Przypominała trochę babcię, której nigdy nie miał.
— To nie śluby czynią cię skutecznym, czyż nie? — zauważyła z bardziej tajemniczym uśmiechem, przenosząc wzrok na zbliżające się do nich Ellen i Morrigan.
Strażniczka podbiegła lekkim truchtem do towarzyszy, obrzucając wszystkich troskliwym spojrzeniem.
— W porządku? Jesteście cali? — spytała zaniepokojona.
Leliana żywo zapewniła, że nic im się nie stało, Shegar poparł ją szczeknięciem, Sten skinięciem głową. Alistair wskazał na spoglądającą ostentacyjnie w bok Morrigan.
— Co to było? — warknął.
Ellen popatrzyła na wiedźmę, popierając pytanie Alistaira.
— Co masz na myśli? — odparła z kpiącym uśmieszkiem.
Młodzieniec zacisnął zęby, jeszcze bardziej mrużąc oczy.
— Od początku wiedziałem, że miałaś bliższe zażyłości z pchłami, ale nigdy bym nie pomyślał, że masz również takie problemy z owłosieniem na ciele — rzucił.
Ellen westchnęła ciężko, uznawszy, że oni naprawdę nigdy, ale to przenigdy nie zapałają do siebie chociaż odrobiną sympatii. Położyła dłoń na ramieniu Alistaira i delikatnie go popchnęła, prosząc tym samym, żeby chwilowo darował sobie złośliwości.
— Nigdy nie mówiłaś, że umiesz coś takiego. Tak się… zmienić — wydukała, gestykulując bezradnie rękoma.
Wiedźma uśmiechnęła się do niej cierpko.
— Jestem zmiennokształtną, jeśli o to ci chodzi — wyjaśniła, by zaraz wskazać schody prowadzące do kolejnych drzwi. — Ale chyba nie to jest naszym największym problemem. Powinniśmy iść dalej — zauważyła.
Ellen skinęła głową.
— Racja — zgodziła się, zanim jednak ruszyła, popatrzyła na niezadowolonego Alistaira. — Co to było? Te… podobizny ludzi. Były… potworne — wydukała, przypominając sobie zniekształconą, niemal zwierzęcą twarz i jedno ludzkie, mądre oko.
Zadrżała.
— To były plugawce. Ludzie nie zawsze zachowują swój pierwotny kształt po opętaniu przez demony — wyjaśnił młodzieniec. — Księgi często określają je jako potwory, które na grzbiet naciągnęły płaszcz z ludzkiej skóry. Całkiem trafne porównanie —  skwitował z ciężkim westchnieniem. — Plugawce w takiej formie często zatraciły niemal całe człowieczeństwo, a jeśli się je zabije, w akcie ostatniej zemsty ich ciało wybucha płomieniem. Dlatego trzeba szybko odskakiwać do tyłu.
— Towarzyszył im demon gniewu — uzupełniła Wynne, wyprzedzając Ellen i kierując się do schodów.
Strażniczka powiodła za nią wzrokiem, po czym pokiwała głową.
— Rzadko się zdarza, by demony poza Pustką utrzymywały swoją pierwotną formę, jednak przy tak dużych dziurach w Zasłonie chyba wszystko jest możliwe — dodała z ponurym rozbawieniem, wchodząc na pierwszy stopień.
Na tym zakończyli wszelkie rozmowy, zmierzając w milczeniu na pierwsze piętro wieży. Tyły zamykał Sten, który ledwie mieścił się na szerokość w wąskim korytarzu, przez co nic nie miałoby szans przedrzeć się w górę.
Ellen mimo to co chwila zerkała za siebie, od czasu do czasu rozmasowując szyję w miejscu, w którym szpony plugawca zaciskały się na skórze.
Zdążymy, Connorze. Nie staniesz się takim potworem, obiecuję.

Na pierwszym piętrze panował względny spokój. Okrągła komnata, jakby środek wieży, od którego rozchodziły się drzwi do pierścieniowego korytarza, przy którym znajdowały się inne pomieszczenia, była czysta. Na ścianach wciąż płonęły pochodnie, pokój tonął w ich przyjemny blasku. Wynne miała zamiar skierować się dalej w korytarz, postąpiła pierwszy krok w stronę drzwi, gdy nagle Leliana chwyciła Ellen za ramię. Wskazała odseparowaną od reszty pomieszczenia prowizoryczną ścianą przestrzeń, marszcząc czoło. Strażniczka chwyciła łokieć czarodziejki, zatrzymując ją, i spojrzała pytająco na przyjaciółkę.
— Słyszycie? — spytała półgłosem łuczniczka. — Wydaje mi się, że ktoś jest blisko.
Ellen uniosła brew, patrząc w stronę, którą wskazywała ręka Leliany.
— To niemożliwe… — szepnęła oszołomiona Wynne, uwalniając ramię z uścisku Ellen i ruszając w kierunku przegrody.
Strażniczka ruchem ręki poleciła, by pozostali podążyli za nimi, i dogoniła czarodziejkę. Kiedy znaleźli się za ścianą, ich oczom ukazał się wielki bałagan. Na kamiennej posadzce walały się porozrzucane księgi, woluminy, dziwne kawałki patyków, bez trudu można było nadepnąć na roztrzaskane szkło, dokoła unosił się intensywny zapach ziołowych mikstur, w kątach leżały połamane półki. Wśród całego tego pobojowiska stał wyprostowany mężczyzna w ciemnofioletowej todze, o krótkich włosach, już łysiejący na czole, z beznamiętnym wyrazem twarzy.
Drużyna zgodnie zatrzymała się jak wryta, patrząc na nieznajomego, podczas gdy on spoglądał na nich bez większych emocji. Z cichym westchnieniem odstawił na krzywy stolik trzymaną w dłoni butlę.
— Proszę, nie wchodźcie do magazynu — odezwał się monotonnym głosem, wodząc wzrokiem po twarzach zebranych. — Mamy tu bałagan, nie zdołałem go jeszcze uprzątnąć.
Ellen zakrztusiła się.
— Kim jesteś? — wydusiła, rzuciwszy przelotne spojrzenie Alistairowi.
Po minie Strażnika wywnioskowała, że nie mieli do czynienia z żadnym plugawcem, zresztą Wynne zaśmiała się z wyraźną ulgą. Oni z pewnością poznaliby pułapkę zastawioną przez istoty z Pustki.
— Wołają mnie Owain — przedstawił się, skłaniając uprzejmie głowę. — Zarządzam magicznym magazynem Kręgu. Próbowałem posprzątać, ale niewiele zdziałałem — wyjaśnił.
Ellen z całkowitą pewnością pomyślała, że oszalała.
— Dlaczego próbujesz sprzątać w takim momencie? — spytała.
— Odpowiadam za stan magazynu. Muszę utrzymywać w nim porządek — wytłumaczył głosem zupełnie pozbawionym emocji, monotonnym i pustym. — Próbowałem się stąd wydostać, kiedy sytuacja się uspokoiła. Wtedy właśnie natknąłem się na barierę. A jako że nie znalazłem innej drogi wyjścia, wróciłem do pracy.
— Owainie, trzeba było się odezwać! — zawołała zszokowana Wynne. — Otworzyłabym ci drzwi.
— Magazyn to znajome miejsce. Wolę być tutaj — odparł tym denerwującym, pozbawionym emocji głosem, przenosząc bezosobowy wzrok na Wynne.
Ellen wreszcie nie wytrzymała, prychnęła nerwowo, rozkładając ręce.
— Jak możesz być taki spokojny? — spytała prawie z pretensją.
— To jeden z Wyciszonych — wytłumaczyła Wynne, uśmiechając się blado.
Strażniczka spojrzała na nią wielkimi oczami, bo to pojęcie niewiele jej powiedziało. Słyszała jedynie, że w Kręgach mieszkali ludzie, którzy nie zajmowali się magią, a rzemiosłem. Może Owain do nich należał, może to właśnie robili Wyciszeni.
— Oni nie odczuwają emocji — dodała czarodziejka, widząc minę Ellen.
Dopiero wtedy dziewczyna powoli skinęła głową, zaczynając rozumieć, dlaczego mężczyzna zachowywał taki spokój.
— Wolałbym nie umierać. Wolałbym, żeby wieża powróciła do swego poprzedniego stanu — odezwał się Owain. — Być może Niall zdoła nas wszystkich ocalić.
— Co Niall próbuje zrobić? — zainteresowała się Strażniczka.
Jeśli przeżył mag, który pragnął ocalić Krąg, jego pomoc mogła być nieoceniona.
— Nie wiem, ale zjawił się tutaj z kilkoma innymi i zabrał Litanię Adralli — odparł.
Mina Ellen znowu zrzedła; nie miała pojęcia, czym była Litania Acośtam.
— Litania chroni przed kontrolą umysłu — wtrąciła Wynne, uśmiechnęła się do Couslandki i znów skupiła uwagę na Owainie. — Czy mamy tu do czynienia z magią krwi?
Ellen zdrętwiała, przenosząc zszokowane spojrzenie na czarodziejkę. O cholera.
— Nie wiem — odparł Owain.
— Niall był na spotkaniu, powinien wiedzieć — uznała Wynne.
Spojrzała na Ellen z niepokojem.
— Magia krwi… tego się obawiałam — przyznała drżącym głosem.
— Damy sobie radę — stwierdziła Strażniczka.
— Powinniśmy odszukać Nialla. Dzięki Litanii będziemy mieli szansę pokonać każdego maga krwi, na jakiego się natkniemy — poradziła Wynne, przenosząc wzrok na drzwi, które prowadziły do pierścieniowego korytarza.
Ellen pokiwała głową; to dość pocieszająca wiadomość. Teraz trzeba założyć, że Niall jeszcze żył.
— Życzę wam szczęścia. Może to wszystko niedługo się skończy i znów będzie jak dawniej. Do widzenia — pożegnał się Owain, skinął głową, po czym wrócił do porządkowania magazynu.
Przodem ruszyła Wynne wraz z Ellen. Skierowały się do drzwi, zostawiając Wyciszonego z jego obowiązkami. Pozostali podążyli w milczeniu za obiema paniami, rozglądając się dokoła.
Gdy Strażniczka miała już położyć dłoń na klamce, odezwał się Alistair:
— Czujecie? Jest tutaj wyraźnie zimniej — zauważył, marszcząc czoło.
Ellen zastygła na chwilę, zastanawiając się nad słowami młodzieńca, i kiedy doszła do wniosku, że się nie mylił, przygryzła wargę.
— Pewnie ktoś nie zamknął okna. To nic takiego — stwierdziła z nerwowym uśmiechem i przekroczyła próg.
Pomieszczenie było podzielone na trzy podpokoje, w dwóch skrajnych stały – bądź leżały – regały z książkami, w środkowym wznosiła się gruba kolumna, a z lewej strony znajdowały się drzwi prowadzące w głąb korytarza. Kiedy wszyscy mieli już się skierować do przejścia, Morrigan syknęła gniewnie, osadzając towarzyszy w miejscu. Przyłożyła palec do ust i wskazała pierwszy z lewej podpokój, mrużąc oczy.
— Co my właściwie robimy? — szeptała gorączkowo nieznajoma kobieta.
Ellen podeszła kilka kroków w przód, by ujrzeć stojących nieopodal trzech magów. W pierwszej chwili chciała zakrzyknąć radośnie, jednak coś ją tknęło. Przygarbiła ramiona, spoglądając na dwie kobiety oraz jednego mężczyznę. Rozglądali się nerwowo, zaciskali dłonie na kosturach, byli bladzi i poplamieni krwią.
— Zastanawialiście się nad tym?
— Uciszcie się! Obie! — warknął gniewnie mężczyzna. — Chyba coś słyszałem. Miejcie oczy szeroko otwarte…
Strażniczka uznała, że nie dowie się, kim byli, dopóki się nie ujawni. Dała ręką znak towarzyszom, by pozostali w gotowości, sama wzięła głęboki wdech i wyszła zza filaru, pojawiając się w polu widzenia magów. Spojrzeli na nią oszołomieni, chyba nie spodziewając się ujrzeć wojownika. Dziewczyna przywołała na usta pogodny uśmiech, rozkładając ręce w pokojowym geście i, niemal pewna, że byli po ich stronie, ruszyła do magów z zamiarem zaproponowania pomocy.
I wtedy przekonała się, że jednak nadal pozostawała zbyt ufna.
— Zabić ją! — krzyknął mężczyzna, podrywając kostur i celując nim w oszołomioną Strażniczkę.
W chwili, kiedy padło pierwsze zaklęcie, dziewczyna usłyszała krzyk Alistaira i tuż przed nią pojawiła się migotliwa jasnoniebieska zasłona, która odbiła czar. Po krótkim szoku bez trudu dobyła broni i skoczyła w przód, przebijając pierś stojącego przed nią mężczyzny. Usłyszała przy uchu świst strzały, po czym jedna z kobiet padła martwa na ziemię. Gdy Ellen wyjmowała ostrze sztyletu z ciała, zarejestrowała tupot nóg za sobą.
Błyskawicznie wyminęła ją Morrigan, dopadła do trzeciego maga, również kobiety, i złapała ją za nadgarstek, uniemożliwiając użycie krwi, która wypłynęła ze świeżego rozcięcia. Obca pisnęła boleśnie i skuliła się pod miażdżącym spojrzeniem, nie protestując, kiedy Morrigan cichym zaklęciem usuwała źródło siły zakazanej magii z jej ramienia.
— No proszę… — mruknęła wiedźma, uśmiechając się zimno, i postąpiła krok w bok, by odsłonić drżącą kobietę pozostałym.
Alistair warknął coś niemiłego pod nosem, chowając miecz.
— Proszę, nie zabijajcie mnie — jęknęła łamiącym się głosem czarodziejka.
Ellen przyjrzała się jej zakrwawionej szacie, jasnorudym, splamionym posoką włosom, i pokręciła głową.
— Ci, których zabiłaś, też nie chcieli umierać — zauważyła.
— Wiem, że nie mam prawa prosić was o litość, ale uwierzcie, nie chciałam tej całej śmierci i zniszczenia — wychrypiała, na co Morrigan prychnęła kpiąco. — Próbowaliśmy się tylko uwolnić. Uldred powiedział nam, że Krąg poprze Loghaina, a Loghain pomoże nam w zamian wyzwolić się spod wpływów Zakonu. Nie wiecie, jak to wyglądało. Templariusze nieustannie nas obserwowali, nie spuszczali nas z oka…
— To, co zrobiliście, pogorszy tylko sytuację przyszłych magów — przerwała jej Ellen, krzyżując ręce na wysokości piersi.
— Myśleliśmy… zawsze ktoś musi zrobić pierwszy krok… wymusić zmianę, niezależnie, jaką cenę przyjdzie za to zapłacić — wytłumaczyła koślawo, nieśmiało próbując uwolnić rękę z uścisku Morrigan.
Wiedźma syknęła cicho, wbijając paznokcie w przegub kobiety.
— Nic nie usprawiedliwia tego, czego się tutaj dopuściliście — warknęła Wynne.
— A teraz Uldred oszalał, a my jesteśmy w rozsypce i czekamy na śmierć z rąk tych, którzy mieli nam pomóc — wychrypiała kobieta. — To przerażające.
— Wiesz, że nie możemy zostawić przy życiu żadnego maga krwi — przypomniała jej Strażniczka.
— Ale ja… chciałabym, by dano mi szansę na zadość uczynienie — sprzeciwiła się łamiącym się głosem.
Ellen uniosła brew.
— Proszę, jeśli mnie oszczędzicie… mogłabym uciec i odpokutować za swe winy w Zakonie — wymyśliła, uśmiechając się z nieśmiałą nadzieją.
— Wiesz, że cię nie przyjmą — wtrącił niemal rozbawiony Alistair. — Są bardzo wybredni, gdy o to idzie. Ladacznice, mordercy, proszę bardzo. Maleficarum: nie ma mowy.
— Twoje komentarze zdradzają ignorancję, Alistairze — sprzeciwiła się Leliana.
Strażnik westchnął potępieńczo; przeczuwał, że prędzej czy później nie zgodzą się ze sobą w kwestiach duchownych.
— Zakon przyjmuje wszystkich, niezależnie od tego, co wcześniej robili — zapewniła, kiwając głową.
— Cóż, wygląda na to, że chodzi ci o jakiś inny Zakon, bo ten, który ja znam, nie zawahałby się wbić ci miecz miłosierdzia prosto w serce — skwitował beztrosko, uśmiechając się krzywo.
Ellen, wietrząc kolejny spór w szeregach, uniosła uspokajająco ręce, uniemożliwiając Lelianie sprzeciwienie się Strażnikowi.
— Jestem skłonna zgodzić się z Alistairem — ucięła krótko.
Dokładnie pamiętała kazania matki Mallol, jak kobieta gniewnie wyrażała się nie tyle o magach krwi, co o jakichkolwiek czarodziejach, więc miała pewne podstawy, by sądzić, że cały Zakon – lub znaczna większość – tak właśnie podchodził do podobnych spraw.
— Chcę tylko zachować życie. Proszę… — wychrypiała zrezygnowana kobieta.
Ellen westchnęła ciężko, przymykając na krótką chwilę powieki. Potem dobyła jednego sztyletu, szykując się do wydania wyroku.
— Twoją pokutą będzie śmierć — szepnęła, zaglądając kobiecie w oczy.
Dostrzegła w nich przerażenie, jej serce ścisnęło się z bólu, jednak zaraz wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Współczucie zniknęło, gdy przypomniała sobie krwawe ślady dłoni rozmazane na kamiennych ścianach. Prawie nie słyszała rozpaczliwego krzyku „nie, nie, proszę!”, po prostu zadała cios, odbierając kolejne życie. Zabijanie ludzi przestało ją już przerażać i chociaż później często czuła wyrzuty sumienia, to nauczyła się z tym żyć. W wojnie wielu ginęło.
— Pospieszmy się. Na tym piętrze znajduje się biuro Irvinga — zakomunikowała Wynne, na co Ellen skinęła krótko głową, obróciła się tyłem do nieruchomego ciała kobiety i podążyła za staruszką, ani razu nie oglądnąwszy się za siebie.
Wkroczyli do pierścieniowego korytarza i ruszyli szybkim krokiem wzdłuż zamkniętych komnat, starając się nie dostrzegać leżących pod ścianami ciał oraz krwawych śladów rąk. Musieli oczyścić wieżę z zakazanej magii. Nieważne, jaką cenę za to zapłacą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz