piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.38 - Demon gnuśności


W korytarzu oprócz plam krwi lub strzępków szat mijali również wysokie, majestatyczne posągi. Wieża w czasach swej świetności, przed bitwą pod Ostagarem oraz buntem Uldreda, musiała być naprawdę pięknym miejscem. Ellen z radością obejrzałaby wnętrza dokładniej, jednak świadomość przeciekającego przez palce czasu goniła do tego stopnia, że niemal obojętnie mijała wszystkie zamknięte komnaty, uparcie prąc do przodu.
Dopiero Sten zwrócił jej uwagę na rzeźby.
— Co to za posągi? — spytał, ruchem brody wskazując kolejną podobiznę człowieka dzierżącego coś niedużego w dłoniach. — Was, magów, charakteryzuje jakaś niezdrowa fascynacja kobietami z pucharami w rękach — skwitował.
Wynne otworzyła usta, by odpowiedzieć na pytanie, jednak w tej samej chwili Ellen gwałtownie się zatrzymała, ruchem ręki dając pozostałym znać, by uczynili to samo. Wszyscy zgodnie przysunęli się bliżej ściany, tylko Shegar podczołgał się do pani, węsząc w powietrzu. Alistair wyjrzał przez ramię dziewczyny, chcąc sprawdzić, co ją tak zaniepokoiło; zaglądała bowiem do jednej z komnat, która miała uchylone drzwi.
— Nic tu nie ma! — warknęła nerwowo nieznajoma kobieta, odrzucając zniecierpliwionym ruchem lniany worek na stos książek.
Towarzyszył jej jeszcze mężczyzna, oboje ubrani byli w charakterystyczne togi, z kosturami zawieszonymi na plecach. W półmroku nie dało się dostrzec dokładnych rysów twarzy czy nawet koloru włosów.
— Coś musiało zostać. Jeśli się stąd wydostaniemy, będziemy potrzebować złota. Uldred powiedział… — sprzeciwił się mężczyzna, kończąc przetrząsanie innej torby.
Ellen zmrużyła oczy. Kolejni magowie krwi.
— Uldreda tu nie ma, prawda? — rzuciła kobieta, przerywając towarzyszowi.
Podparła się buntowniczo pod boki.
— Trzymaj gębę na kłódkę, a nic nam się nie stanie — zażądała twardo, łapiąc ramię maga, by odciągnąć go od jego aktualnego zajęcia.
Wtedy za ich plecami rozżarzyło się jasne niebieskie światło, w ułamku sekundy rozbłysło oślepiająco, a gdy zgasło, oczom Ellen ukazał się kołyszący się na powyginanych stopach plugawiec. Zwrócił spojrzenie jedynego oka na dwójkę przerażonych magów, po komnacie rozszedł się ponury, gardłowy śmiech.
— Tu jesteście! — zawołał, jednak nie otworzył ust, pozostały zarośnięte mięsem.
Ellen zastygła, wytrzeszczając oczy.
— Maluczcy magowie… ale smakowite kąski. Zacznę chyba od tego grubaska… — zamruczał, wyciągając szponiaste łapy do stojącego nieruchomo mężczyzny.
— Nie! — wrzasnął, rozpaczliwie próbując chwycić kostur, jednak pazury plugawca były szybsze.
Rozdarły ciało nieszczęśnika od twarzy po biodro, krew trysnęła na posadzkę i przerażoną kobietę, a głowa czarodzieja potoczyła się po kamieniach. Ellen krzyknęła przestraszona, jednak jej głos zdusiła ciepła dłoń, która zacisnęła się na ustach. Ktoś pociągnął ją w tył i przytrzymał w ramionach, podczas gdy z pokoju dochodziły obrzydliwe odgłosy mlaskania, chlupotania krwi oraz cichego, rozpaczliwego łkania.
Strażniczka zacisnęła palce na dłoni towarzysza, zamykając oczy i dusząc szloch w piersi. Nie chciała wiedzieć, jak plugawiec się pożywiał, nie chciała wiedzieć, co zrobił tej biednej kobiecie, chciała stąd pójść, wrócić do obozu i opatulić się kocem w namiocie.
— Ruszaj się, templariuszyno, trzeba się pozbyć robactwa — zarządziła ostrym, jednak ściszonym głosem Morrigan i sztywno chwyciła ramię Alistaira.
Młodzieniec skinął głową i ostrożnie puścił Ellen, do której od razu podeszła Leliana. Łuczniczka w duchu cieszyła się, że nie widziała tego samego, co rozegrało się na oczach Strażniczki, bo z pewnością by tego nie zniosła.
— Osłaniaj mnie, uwinę się z tym szybko — zarządziła wiedźma, przekraczając próg.
W następnej chwili na plugawca ze wściekłym rykiem ruszył wielki, czarny niedźwiedź. Odtrącił istotę masywną łapą znad pożeranej właśnie kobiety, ciskając zniekształconym cielskiem o ścianę. Jasnobrązowe ślepia zapatrzyły się na kwilącą czarodziejkę pozbawioną większości kończyn, a mimo to wciąż żywą, potem pazury miłosiernie pozbawiły ją głowy, kończąc bolesną śmierć.
— Skup się, przeklęta wiedźmo! — krzyknął Alistair, unosząc prawą dłoń z rozczapierzonymi palcami oprócz kciuka i serdecznego; te połączył ze sobą, mamrocząc nerwowo pod nosem.
Niedźwiedź poderwał łeb i odruchowo uchylił się przed ciosem plugawca, chociaż ten został zatrzymany przez błękitną barierę. Drapieżnik zawarczał i ruszył na wroga w celu zmiażdżenia go potężnym ciosem łapy, jednak plugawiec osłonił mordę skrzyżowanymi chudymi ramionami. Gdy je gwałtownie wyprostował, niedźwiedź został odrzucony w tył przez potężne zaklęcie.
Alistair zaklął, widząc, że istota szykowała się do rzucenia kolejnego czaru. Pozostawało jedno, jednak było to ryzykowne. Przygryzł wargę, nerwowo się zastanawiając, ale nie zostało zbyt wiele czasu. Zaklął raz jeszcze, zaraz unosząc rękę nad głowę.
— Regniese c’ambre! — krzyknął, zaciskając dłoń w pięść.
Całą salą wstrząsnęło potężne uderzenie niewidzialnej fali, która odrzuciła na ścianę jak plugawca, tak niedźwiedzia, nawet Wynne zachwiała się niebezpiecznie i tylko dzięki Stenowi nie upadła na zimne kamienie.
Morrigan, znów w ludzkiej formie, osunęła się oszołomiona na posadzkę, pojękując cicho. Spróbowała unieść się na drżących rękach, gdy usłyszała, że plugawiec doszedł do siebie po Oczyszczeniu Terenu, jednak nie mogła zapanować nad ciałem. Tak gwałtowny powrót do pierwotnej postaci był silnym szokiem, ponadto odebranie magowi magii przypominało zmuszenie człowieka do biegu na czterdzieści kilometrów – dlatego teraz czuła się zupełnie wyczerpana, mimo że wola walki wciąż była niezachwiana.
Warknęła przez zaciśnięte zęby, kątem oka widząc zbliżającego się plugawca.
Morrigan! — wrzasnęła Ellen, wpadłszy do komnaty; wyrwała się przed chwilą Lelianie, gdy tylko usłyszała zaklęcie wypowiedziane przez Alistaira.
Teraz Strażnik wspierał się na ścianie, oddychając ciężko – najwyraźniej nie przewidział, że ten manewr będzie go kosztował tyle wysiłku.
Plugawiec zatrzymał się wpół kroku i spojrzał na nową ofiarę, zwracając wzrok ludzkiego oka na pobladłą twarz Strażniczki. Couslandka zacisnęła zęby, chwyciła jeden ze sztyletów i cisnęła bronią wprost w łeb potwora; ostrze wbiło się idealnie w ślepie istoty, plugawiec wrzasnął wściekły, a dziewczyna mogła ruszyć biegiem do Morrigan.
— Sten, pomóż mi! — warknął Alistair, ostatkiem sił odpychając się od ściany i ruszając na szalejącego z bólu wroga.
Qunari puścił chwiejącą się Wynne, dobył wielkiego dwuręcznego miecza, który zabrał trupowi, i ruszył biegiem za Strażnikiem. Zaatakowali jednocześnie, z zaskoczenia, ślepy stwór zadawał ciosy panicznie, dlatego chwilę później padł martwy na ziemię. Obaj wojownicy odskoczyli w tył, by uniknąć oparzenia wybuchającym ciałem.
Ellen osłoniła Morrigan, gdy plugawiec dokonał autodestrukcji, po czym odsunęła się od wiedźmy, uśmiechając się do niej blado. Na twarz kobiety wróciły już zdrowe kolory, zapamiętale klęła na Alistaira, wspominając często o braku mózgu oraz wyobraźni, choć wciąż dygotała. Strażniczka obejrzała się na Lelianę, która niosła ubrania Morrigan; przyklękła przy obu paniach i wręczyła im materiały, uśmiechając się nieśmiało.
Z pomocą Ellen wiedźma ubrała się całkiem sprawnie i w kompletnym zespole ruszyli do Shegara pilnującego Wynne.
— Następnym razem już się nie przemieniaj, dobrze? Wymyślimy jakiś inny sposób — poprosiła troskliwie Ellen, kiedy sędziwa czarodziejka stwierdziła, że obie maginie zaraz dojdą do siebie i że trzeba ruszać.
Morrigan zerknęła na Strażniczkę przelotnie.
— Mogę również wcale nie brać udziału w walce i zostawić wszystko na waszej głowie — zauważyła lodowatym głosem i zwolniła kroku, by uwolnić się od Couslandki.
Ellen westchnęła zmęczona, jednak wiedziała, że Morrigan zapamięta jej słowa mimo powierzchownej złości. Po prostu zaklęcie rzucone przez Alistaira zraniło jej dumę, to wszystko. Za pewien czas powinno jej przejść. Taką przynajmniej miała Strażniczka nadzieję.
Nie napotkali już żadnych przeszkód czy niespodzianek do momentu, w którym Wynne nagle skręciła gwałtownie do jednej z komnat. Wpadła do pomieszczenia jak poparzona, a Ellen bez zastanowienia ruszyła za kobietą i tym sposobem wszyscy znaleźli się w zastawionym regałami z książkami pokoju. Na samym jego środku stało misternie zdobione biurko, pod prawą ścianą ustawiono długi stół.
— To wszystko musiało należeć do kogoś ważnego — mruknęła Leliana, rozglądając się z ciekawością.
Ellen pokiwała głową, zgadzając się ze słowami przyjaciółki.
— To biuro Irvinga — wyjaśniła Wynne, tocząc dokoła zrozpaczonym spojrzeniem. — Ale… nie ma go tu — westchnęła ciężko, spuszczając głowę.
Ellen zbliżyła się do jednej z szafek i z ciekawości zajrzała do środka.
— Pewnie jest na wyższych piętrach wieży. Znajdziemy go — pocieszyła kobietę Leliana, uśmiechając się delikatnie.
Wynne skinęła głową i energicznie zawróciła, ruszając do wyjścia z nowymi siłami.
— Niedaleko są schody. Chodźmy, szkoda czasu — zdecydowała, przekraczając próg, a wszyscy podążyli za nią.
Oprócz Ellen, która trochę się zagapiła podczas przetrząsania rzeczy Pierwszego Zaklinacza Irvinga. Na ostatniej półce pod stertą papierów leżała ciężka księga w czarnej skórzanej oprawie. Kiedy Strażniczka dotknęła jej grzbietu, przeszył ją lodowaty dreszcz, a włosy na karku stanęły dęba.
Zadrżała, przygryzając wargę, i ostrożnie chwyciła tomiszcze, wyciągając je z szafki. Shegar, który został z panią, zapiszczał ponaglająco, oglądając się na schody, gdzie zniknęli ich towarzysze.
— Chwila, piesku — poprosiła półgłosem, przetarła dłonią kurz z księgi i przyjrzała się jej uważnie.
Okładka była pokryta misternymi, nieco mrocznymi symbolami, od całego tomu biła aura grozy. Ellen uznała, że Morrigan mogłaby się tym zainteresować, dlatego spróbowała księgę wcisnąć do torby. Operacja zakończyła się niemal sukcesem – tylko jeden róg wystawał z niedużego skórzanego tobołka i choć Strażniczka czuła się z tym obciążeniem nieco niekomfortowo, to pospiesznie ruszyła w stronę schodów, by dogonić towarzyszy.
Shegar nastawił ucho, wychodząc z pomieszczenia, obejrzał się i zlustrował uważnym wzrokiem cały gabinet. Wreszcie, po chwili wahania, pobiegł za Ellen, przeskakując po dwa stopnie, by zrównać z dziewczyną krok.

Kolejne piętro przedstawiało się jeszcze bardziej ponuro niż poprzednie. Strażniczka zdławiła w gardle odruch wymiotny, kiedy popatrzyła na porastające filary oraz ściany dziwne rośliny – o ile były to rośliny – od których rozchodził się nieprzyjemny zapach. Dziewczyna wolała nie przypominać sobie, co tak cuchnęło; ruchem ręki poprosiła towarzyszy, by podążyli za nią, i skierowała się do drzwi prowadzących w głąb wieży.
— Też macie uczucie, że im wyżej, tym sytuacja staje się gorsza? — zagadnął nerwowym głosem Alistair, jednak jego pytanie zostało bez odpowiedzi.
Przemierzali korytarze w ciszy, rozglądając się czujnie i oczekując niespodziewanego ataku. Wszędzie było pusto, przerażająco pusto, nawet trupy nie zalegały już na posadzkach, jakby wszystko i wszyscy się rozpłynęli. To jeszcze bardziej przerażało Ellen, starała się trzymać blisko towarzyszy i nie patrzeć na boki, bo od razu dostawała gęsiej skórki.
— Wszyscy gdzieś zniknęli… albo zginęli — odezwała się Wynne, zamierając z dłonią położoną na klamce kolejnych drzwi.
Po przejściu kilku rozległych sal zmierzali, jak zapewniała czarodziejka, do ostatniego korytarza, którym będą mogli dostać się do schodów prowadzących na następne piętro.
— Obawiam się najgorszego — mruknęła zmartwiona.
— Chodźmy po prostu dalej. Nie możemy być daleko od celu — zaproponowała Ellen i nacisnęła klamkę dłonią Wynne, otwierając przejście.
Wkroczyli do korytarza, w którym panował ponury półmrok, a ściany porastała dziwna, cuchnąca błonka rośliny. Kiedy mijali jedne z wielu drzwi prowadzących do osobnych komnat, zza desek dobiegło ciche postękiwanie. Shegar zatrzymał się, zjeżył sierść na grzbiecie i wyszczerzył zęby, wpatrując się w zamknięte przejście. Ellen wymieniła zaniepokojone spojrzenie z Lelianą i zbliżyła się do desek.
— To chyba kolejne plugawce — mruknęła czarodziejka, unosząc kostur.
Strażniczka pokiwała głową, kładąc dłoń na zimnej klamce. Powinni się ich pozbyć, w końcu to obiecali Gregorowi… ale kiedy pomyślała, że miałaby stawić czoła większej ilości tych szkarad, drżała niekontrolowanie.
— Tym razem, templariuszyno, nie baw się zakonnymi zaklęciami — zdecydowała Morrigan, nieczule odsunęła dziewczynę od drzwi i wkroczyła do środka dostojnym krokiem, trzymając w dłoni kostur.
Ellen sapnęła zaskoczona nagłym wtargnięciem wiedźmy do komnaty okupowanej przez plugawce, złapała łokieć Alistaira i pociągnęła go za sobą, wbiegając do środka tuż za Morrigan. Stwory w pierwszej chwili ich nie zauważyły – stały obok siebie, wpatrzone we wciśniętą do kąta szafę. Obie istoty kołysały się miarowo na zniekształconych stopach, pomrukując z niezadowoleniem.
Ich zamyślenie przerwało głośne stuknięcie kostura uderzającego o posadzkę; obróciły się przodem do Morrigan, zawarczały głucho, po czym rzuciły się do ataku. Pierwszego wiedźma bez trudu wzięła na siebie, zdzieliła go bezlitośnie twardym kosturem po pysku, by zaraz wbić palce w czoło stwora i wysyczeć zaklęcie. Drugim zajęli się Alistair wraz z Ellen, zaatakowali go tradycyjnie, a Strażnik, zgodnie z niezbyt uprzejmą prośbą wiedźmy, darował sobie rzucanie czarów.
Plugawiec, którym zajęła się Morrigan, niespodziewanie wybuchł – nie była to ognista eksplozja, tylko zwyczajne rozerwanie ciała na strzępy. Kawałki mięsa posypały się z głuchymi mlaśnięciami na posadzkę, by zaraz spłonąć w ciszy, podczas gdy wiedźma szykowała kolejne zaklęcie. Sten i Shegar włączyli się do walki i z ich pomocą powalenie plugawca nie zajęło zbyt dużo czasu. Co prawda pazury istoty rozorały szyję Ellen, jednak rana nie była głęboka i dziewczyna niezbyt się tym przejęła.
Kiedy martwe ciało upadło na posadzkę, Morrigan rzuciła zaklęcie, za sprawą którego plugawiec pokrył się grubą warstwą lodu. Strażniczka z fascynacją obserwowała, jak pod przezroczystą skorupą wzbierają płomienie, by ostatecznie nie przebić na powietrze i zgasnąć, ledwie osmaliwszy nieruchome cielsko. Wiedźma prychnęła pod nosem i niedbałym kopnięciem odsunęła lodową figurę pod najbliższą ścianę.
Dopiero wtedy Ellen rozejrzała się z większym zainteresowaniem; znajdowali się prawdopodobnie w sypialni, pomieszczenie było podzielone na trzy segmenty, z czego w jednym w dalszym ciągu stało łóżko. Dziewczyna westchnęła cicho, zastanawiając się, czy plugawce, które właśnie zabili, były niegdyś lokatorami tego pomieszczenia, gdy ktoś nagle złapał ją za brodę i obrócił jej głowę. Spojrzała na zatroskaną twarz Alistaira.
— Brzydko to wygląda — stwierdził zaniepokojony, przyglądając się szramie, którą otrzymała w spadku po plugawcu.
Strażniczka wzruszyła ramionami, chcąc powiedzieć coś o tym, że gorzej wyglądać już i tak nie mogła, jednak młodzieniec nie dał jej dojść do słowa.
— Wynne, jesteś magiem kreacji, prawda? — spytał na wszelki wypadek, a gdy staruszka skinęła głową, wskazał palcem twarz Ellen. — Mogłabyś to jakoś załatać, żeby nie wdało się zakażenie?
— Co to znaczy „mag kreacji”? — spytała w międzyczasie Strażniczka, uwolniwszy brodę z uścisku Alistaira i spojrzawszy na uśmiechniętą łagodnie Wynne.
— To znaczy, że jak się skaleczysz, to cię uzdrowię — wyjaśniła czarodziejka i przytknęła żarzącą się szmaragdowym światłem dłoń do rany.
Couslandka przypomniała sobie, że podobnym zabiegom została poddana jeszcze w Wieży Ishal, gdzie tamten mag też coś mówił o magii kreacji. Uśmiechnęła się z wdzięcznością do Wynne, kiedy staruszka skończyła zabieg.
— Musisz się tylko wytrzeć z krwi — stwierdziła czarodziejka, wskazując szyję dziewczyny.
Shegar zawarczał głucho, zbliżając się na ugiętych łapach do wciśniętej w kąt szafy. Ellen spojrzała z zainteresowaniem na ogara, który zjeżył sierść i wbił wzrok w mebel – komoda zdawała się delikatnie drżeć, a gdy mabari warknął głośniej, z jej wnętrza dobiegło ciche piśnięcie.
Strażniczka uniosła wysoko brwi.
— Halo? — spytała głośno.
— H… halo? — odpowiedziała niepewnie szafa.
— Co ty tam robisz? — sapnęła zdruzgotana.
Leliana zachichotała cicho, zasłaniając usta dłonią, podczas gdy Morrigan prychała kpiąco. Shegar przestał warczeć, uznawszy, że spełnił swoje zadanie.
— N… nic. P… proszę, nie chcę umierać… — wydukał nieznany wojownikom osobnik, jąkając się tak często, że Ellen z trudem zrozumiała, co próbował powiedzieć.
— Nie musisz się nas obawiać — zapewniła łagodnie.
— Ale demony… — przypomniał drżącym głosem.
Alistair mruknął coś o dobijającej głupocie.
— Poradziliśmy sobie z nimi. Zaufaj mi — poprosiła cierpliwie.
— Jeśli… jeśli jesteś pewna, że to bezpieczne, mógłbym wyjrzeć na zewnątrz — zgodził się tajemniczy nieznajomy.
Coś w szafie zachrobotało, zawiasy skrzypnęły i z wnętrza mebla wyłonił się szczupły oraz naprawdę wysoki mężczyzna z potarganymi brązowymi włosami. Ellen bardzo poważnie zastanowiła się nad tym, jak się zmieścił w tej szafie.
— Och. Au. Ach… tak — zajęczał, pocierając lędźwie.
— Jesteś ranny? — zaniepokoiła się Strażniczka.
Po ciemnej todze można było poznać, że młodzieniec należał do Kręgu Maginów i wyglądało na to, że nie został opętany przez żadnego demona.
— Nadwyrężyłem sobie plecy i straciłem czucie w zadku — udzielił szczerej odpowiedzi, krzywiąc się śmiesznie, jednak kiedy jego spojrzenie padło na leżącą pod ścianą lodową figurę, wytrzeszczył oczy. — Och, święty Stwórco… ten demon nie wiedział nawet, co go trafiło, prawda? — rzucił rozbawiony. — Godwin, mag z Kręgu Fereldenu, do usług — przedstawił się.
— Miło mi cię poznać — wydusiła dziewczyna, uśmiechając się z zakłopotaniem.
— Nie tak miło, jak mnie z powodu, że zjawiliście się w porę. Wszędzie były demony blokujące mi wyjście. Zdecydowałem, że w tej sytuacji najlepszym wyjściem będzie się ukryć i zachowywać bardzo, bardzo cicho — opowiedział, uśmiechając się szeroko. — Chcę znaleźć jakieś bezpieczne miejsce… Na razie chyba zostanę tutaj. Może za jakiś czas wrócę do szafy — zdecydował.
— Zabiliśmy już większość demonów. Mógłbyś uciec — zaproponowała, w szoku nie wymyśliwszy niczego bardziej błyskotliwego.
Godwin machnął niedbale ręką.
— I dokąd niby miałbym pójść? Templariusze zamknęli drzwi. Zostanę tutaj i zobaczę, jak się sprawy potoczą — uznał.
Ellen westchnęła ciężko i wzruszyła ramionami, doszedłszy do wniosku, że szkoda marnować czas na kłótnie z magiem.
— Dobrze więc. Trzymaj się — pożegnała się, unosząc dłoń, po czym skierowała się z powrotem do drzwi, ruchem ręki prosząc, by towarzysze poszli za nią.
— Jeszcze raz dziękuję za uratowanie mi życia — rzucił w ślad za nimi Godwin, machając na pożegnanie. — Obyśmy spotkali się ponownie w szczęśliwszych i spokojniejszych czasach.
Kiedy Ellen obejrzała się przez ramię, zobaczyła, że szafa znów stała zamknięta, a w komnacie już nikogo nie było. Pokręciła głową, wzniosła oczy ku sufitowi i wyszła z powrotem na korytarz.

Kilkanaście minut później zdołali wspiąć się na najwyższe piętro – przynajmniej tak mówiła Wynne, kiedy docierali do szczytu schodów i próbowali otworzyć dziwnie napęczniałe drzwi. Ledwie przekroczyli próg i znaleźli się w okrągłej sali, od której odchodził krótki łukowaty korytarz, uderzył w nich potworny smród. Tym razem Ellen nie miała problemów w rozpoznaniu nasuwającego się skojarzenia. Tak cuchnęło gnijące mięso.
Rozejrzała się dokoła, mrugając szybko, żeby pozbyć się napływających do oczu łez, jednak jedynym, co ujrzała, były wyrastające z kamieni żywe narośle, jakby… worki mięsa, oblepione mięsem ściany, posadzka wyłożona tkankami. Dziewczyna zadrżała, patrząc na to z przerażeniem.
— Piękny przykład wykorzystania magii — rzucił sarkastycznie Sten.
Drużyna skierowała się w korytarz. Tym razem komnaty były ułożone inaczej i centralna sala, będąca jakby środkiem wieży, znajdowała się za drzwiami po prawej stronie. Zza uchylonego przejścia po lewej dobiegały stłumione głosy. Wszyscy zgodnie stanęli, wymieniając spojrzenia, i zaczęli nasłuchiwać; jeden ton należał do kobiety, drugi do mężczyzny, jednak trudno było orzec, o czym rozmawiali.
Leliana pchnęła drzwi i Strażnicy zgodnie przekroczyli próg. Na środku zdewastowanej komnaty stał templariusz z bezosobowym spojrzeniem wbitym gdzieś w dal. Zdawał się być całkowicie nieświadomy otaczającego go świata. Wokół niego krążyła zgrabna postać – niemal kobieca, posiadała bowiem piersi, biodra, jednak jej skóra miała odcień bladego różu, pokryta była ciemnymi plamami, z głowy wyrastały czarne rogi, a zamiast włosów na czaszce płonął purpurowo-hebanowy płomień. Jej nogi były nogami kozła, w talii przepasała się zwiewnym materiałem, na górnej części ciała nie miała nic prócz metalowych kolczyków na piersiach, które zasłaniały sutki. Ciągnęły się od nich srebrne łańcuszki doczepione do prowizorycznej spódnicy.
— Wszystko jest tak, jak sobie życzyłeś — mruczała zmysłowym głosem, nie odrywając wzroku od nieobecnej twarzy templariusza. — Nasza miłość i nasza rodzina są czymś więcej, niż oczekiwałeś.
— Demon pożądania — syknęła cicho Morrigan.
Te dwa proste słowa wystarczyły, by Ellen potrząsnęła głową i postąpiła krok w przód, zaciskając dłonie w pięści.
— Puść go, ohydny demonie! — zażądała, a Shegar zawarczał krótko, jeżąc sierść na karku i tym samym popierając słowa pani.
Demonica wyprostowała się i obejrzała się na gości, mrużąc jadowicie żółte oczy.
— Słyszałaś coś, kochanie? — odezwał się wypranym z emocji głosem templariusz, dalej wpatrując się w dal.
— To nic, mój drogi — spróbowała uspokoić ofiarę demonica, uśmiechając się przebiegle czarnymi ustami. — Ktoś stoi u drzwi. Zaraz je otworzę. Dzieci skończyły kolację. Połóż je do łóżka, a ja zobaczę, kto to taki — zaproponowała, nie odrywając wzroku od przybyszów.
— Pospiesz się, dzieci będą chciały, by ktoś pocałował je na dobranoc — przypomniał tym samym głosem templariusz.
— Zaraz wracam, ukochany — zapewniła, dotknęła dłonią o długich paznokciach policzka mężczyzny, po czym odwróciła się do wojowników. — Przerywacie nam w intymnym momencie, a ja nie lubię, jak ktoś mi przeszkadza — oznajmiła ostrzejszym głosem.
— Nie ma w tym żadnej miłości ani intymności — warknęła Ellen.
Nie szukała nigdy drugiej połówki, nie wyobrażała sobie przyszłego męża, ale też kiedyś była małą dziewczynką, która marzyła o wielkiej, prawdziwej miłości pełnej pasji. Tak te marzenia nie wyglądały.
— Dałam mu to, czego zawsze pragnął. Cóż w tym złego? — spytała demonica.
Strażniczka przyłapała się na tym, że prawie przyznała istocie rację, więc zamrugała, skupiając się na własnym umyśle, a nie myślach szeptanych przez istotę.
— Jego szczęście jest iluzją, okrutnym kłamstwem — wycedziła przez zaciśnięte zęby, niemal plując każdym słowem.
Musiała być ostrożna, bo czuła, jak bestia próbowała zmienić jej zdanie własną wolą. Skupiła myśli na tym, co było namacalne, co mogła sobie wyobrazić – na ściskanym w dłoni amulecie dla Alistaira, który nadal spoczywał w niedużej torbie, tuż obok księgi. Kiedy wyobrażała sobie święty symbol wyryty w metalu, potrafiła utrzymać umysł w ryzach.
— Trudno pojąć emocje. Nie można ich zobaczyć — zauważyła demonica.
Przesunęła szponiastą dłonią po piersi, wyraźnie rozkoszując się dotykiem i świdrując wzrokiem Ellen. Strażniczka zadrżała, rozpaczliwie myśląc o amulecie, o jego właścicielu, o Shegarze, o towarzyszach, o tym, co było ich zadaniem.
— Zwykle jednak wywołuje je coś prawdziwego: prawdziwe wydarzenia, prawdziwi ludzie — wtrąciła Wynne ostrym głosem, przez co spojrzenie demona powędrowało do staruszki, uwalniając Ellen ze swojej mocy. — To, co mu zrobiłaś, jest… odrażające.
— Widziałam jego samotność i tęsknotę za posiadaniem kochającej rodziny — wytłumaczyła demonica bardziej zirytowanym głosem.
— Najwyraźniej można dostać to, czego się pragnie, a mimo to cierpieć potworne katusze. To lekcja dla każdego, kto zastanawia się nad małżeństwem — rzuciła kpiąco Morrigan, a Ellen nie potrafiła się z nią nie zgodzić.
Do tej pory jeszcze, jeśli nie męczyły ją w koszmarach mroczne pomioty, często w snach pojawiał się jej ślub, ziszczenie najgłębszych obaw. Nie miała zamiaru dać się zaprowadzić do ołtarza – nigdy.
— Ona karmi się jego najgłębiej skrywanymi pragnieniami i odbiera mu wolę — syknęła przez zęby Leliana. — To… to bluźnierstwo.
— Nikt poza mną nie potrafiłby zajrzeć mu w serce. Sam nie był w stanie tego zrobić — wytłumaczyła łagodnym głosem, uśmiechając się dziko.
Ellen potrząsnęła głową, zastanawiając się, dlaczego te argumenty do niej trafiały. To kłamstwa. Ktoś na pewno by potrafił. Ktoś naprawdę mu pisany, przemknęło jej przez myśl, co było niejakim zaskoczeniem. Nigdy tak nie postrzegała spraw sercowych.
— Uczyniłaś go swym niewolnikiem — rzuciła.
Demonica zaśmiała się ponuro, kręcąc rogatą głową.
— Spełniłam jego marzenia… Daję mu wszystko, czego zapragnie. Czy to on jest moim niewolnikiem, czy raczej ja jego? — zasugerowała. — Jesteśmy partnerami. Daję mu to, czego nikt inny dać mu nie może, a poprzez niego mogę doświadczyć, jak być śmiertelniczką.
— Rodzina, gdzie żona i dzieci są tak naprawdę jedną i tą samą osobą… istotą — poprawił się Alistair, kręcąc z niedowierzaniem głową.
Couslandka zerknęła na niego przelotnie, bezwiednie gładząc łeb Shegara. Nigdy nie przepadała za rozmowami o prawdziwej miłości, ślubie, małżeństwie i dzieciach.
— To właśnie… to właśnie definicja koszmaru — uznał.
— Jak długo zamierzasz utrzymywać go w stanie otępienia? — zaatakowała Wynne. — Czy poczuje, gdy jego ciało zawiedzie i zabierze go śmierć? — spytała z pretensją.
— Krótki, rozkoszny żywot lepszy jest od niekończącej się, żałosnej egzystencji — skwitowała nonszalancko demonica.
— On zasługuje na to, by go od ciebie uwolnić. By mógł odszukać swoje własne szczęście — stwierdziła Ellen.
— Jakie szczęście? Jego życie było pustką, żałował złożonych przez siebie ślubów — warknęła demonica, rozkładając ramiona.
Strażniczka mimo woli zastanowiła się, czy gdyby Alistair został templariuszem, złożyłby te głupie śluby, czy wtedy również poddałby się mocy nagiego demona.
— Chcesz, żeby do tego życia powrócił? — spytała gniewnie istota.
— Wolności nie można dać. Ten templariusz musi ją sam odnaleźć — stwierdził Sten.
Ellen spojrzała na qunari oszołomiona, nie wierząc własnym uszom.
— Nie znajdzie jej, jeśli ona będzie tak nad nim wisieć! — zawołała święcie oburzona, wskazując kołyszącą się demonicę.
Istota syknęła cicho.
— Czego się nauczy, jeśli mu pomożesz? Niczego — zauważył spokojnie Sten.
Ellen potrząsnęła gniewnie głową.
— Przykro mi, ale nie mogę go tak zostawić — oznajmiła lodowatym głosem.
Demonica cmoknęła zirytowana, cofając się do ofiary.
— Nasze myśli i dusze są ze sobą złączone. Jeśli zginie jedno z nas, drugie czeka ten sam los. Większość mych sił pochłania podtrzymywanie tej więzi. Jestem jego żoną i jego dziećmi. Będzie mnie bronił i umrze, jeśli będzie trzeba — wyjaśniła. — Niczego od was nie chcę. Mam, czego mi trzeba. Proszę tylko, byście zostawili nas w spokoju.
Może na mężczyznę zadziałałoby to słodkie, niewinne spojrzenie. Ale Ellen nie obchodził wdzięk i kobiecość demona.
— Żebyś mogła wyssać z niego całe życie i zająć się kimś innym? — rzuciła kpiąco. — Nie — wycedziła przez zaciśnięte zęby, sięgając po broń.
— A więc nie pozostawiasz mi wyboru… — syknęła demonica, mrużąc ślepia, by zaraz odwrócić się i podbiec do nieruchomego templariusza.
Objęła mężczyznę, wtulając się w jego opancerzoną pierś.
— Pomocy! — zawołała kobiecym, delikatnym głosem. — U drzwi są bandyci! Zabiją dzieci! Pomocy!
— Nie pozwolę im na to! — krzyknął templariusz, chwytając miecz i ściągając z pleców tarczę.
Bez zastanowienia ruszył do ataku z bojowym okrzykiem.
Alistair chwycił ramię Ellen i odepchnął dziewczynę w bok, gdy ostrze templariusza z przerażającą siłą spadło do ciosu. Wziął cały atak na ledwie schwyconą tarczę, odtrącił broń i sam przeprowadził kontratak, by odciągnąć mężczyznę od towarzyszy. Sten ruszył mu z pomocą, nawet przez chwilę nie zamierzając polemizować z decyzją Couslandki.
— My go zajmiemy, pozbądźcie się demona! — zawołał Strażnik, blokując cios templariusza, podczas gdy qunari brał zamach.
Ellen skinęła głową, poderwała się z miejsca i od razu skoczyła do przeciwniczki. Natrafiła na niewidzialną barierę, od której się odbiła i upadła na ziemię z cichym stęknięciem. Shegar ruszył do obrony pani, jednak demonica była szybsza.
Rzuciła nieznane Strażniczce zaklęcie o zgoła znanych efektach – poczuła paraliżujące zimno w stopach i z przerażeniem patrzyła, jak lód sprawnie wędruje coraz wyżej po jej ciele.
— Cholera — zaklęła Morrigan.
Podbiegła do Ellen, dotknęła jej ramienia i wyszeptała kilka słów, zaraz nakazując, by się nie ruszała z miejsca przynajmniej przez chwilę, a sama zaatakowała demonicę czarem, który oplótł istotę złotymi sznurami i ją unieruchomił. Kilka strzał Leliany trafiło w ciało przeciwniczki, zagłębiło się w nim z cichym mlaśnięciem, ciemnofioletowa krew pociekła po sinej skórze. Pozostałe pociski odbiły się od niewidzialnej ściany i poszybowały we wszystkie strony, co znacznie utrudniło walkę Stenowi oraz Alistairowi.
Ellen, widząc, że demonica zaraz przełamie zaklęcie Morrigan, podczas gdy wiedźma nie skończyła jeszcze plecenia następnego, zrobiła jedyną rzecz, jaka jej przyszła na myśl, zważywszy na to, że od kolan w dół była jeszcze zamrożona. Rzuciła jednym ze sztyletów, a ostrze zatopiło się w jej brzuchu; wraz z rozdzierającym wrzaskiem demona rozległ się krzyk templariusza, co Alistair wykorzystał do przebicia ciała mężczyzny na wylot.
Wtedy Morrigan zakończyła, równo z Wynne, inkantację zaklęcia i najpierw demonicę pokryła warstwa żywych płomieni, a potem gruba powłoka lodu. Dwa ciała zwaliły się na posadzkę, z czego jedno rozprysło się na tysiące przezroczystych kawałków.
— Wszyscy cali? — spytał Alistair, chowając broń do osłonki.
Ellen pokiwała głową, podnosząc się z pomocą Leliany z ziemi, przytupała stopami w miejscu, by je trochę rozgrzać, po czym spojrzała ze smutkiem na martwego templariusza.
— Lepiej zginąć, niż stać się pożywieniem demona, moja droga — mruknęła cicho Wynne, kładąc dłoń na ramieniu Strażniczki.
Dziewczyna niechętnie przytaknęła, popatrzyła po twarzach zebranych, po czym skierowała się do widniejących po drugiej stronie korytarza drzwi.
— Chodźmy, szkoda czasu — rzuciła, nacisnęła zimną klamkę.
W środku zastali istotę łudząco podobną do plugawca, jednak o wiele większą i masywniejszą, ponadto na łbie miała rogi. Spojrzała na przybyszów leniwym wzrokiem jedynego oka, mrugnęła niespiesznie, po czym westchnęła, odsuwając się od leżącego na posadzce maga. Ellen zatrzymała się wpół kroku.
— Och, goście — westchnął znudzony, przyglądając się im beznamiętnie.
Strażniczka, choć nie miała stuprocentowej pewności, uznała, że oto stała przed kolejnym demonem.
— Zabawiłbym was, ale… nie chce mi się — przyznał.
— To dobrze, łatwiej będzie cię zabić — stwierdziła Ellen.
— Ale dlaczego? Nie męczy cię ta przemoc, której tyle jest na świecie? — spytał leniwie demon, kiwając się miarowo na boki.
Ellen poczuła, że jej ręka drży, więc opuściła ją wzdłuż ciała, nie chwyciwszy broni.
— Bo mnie tak. Nie wolałabyś położyć się i… zapomnieć? Zostawić to za sobą? — mruczała dalej istota.
Powieki Strażniczki nagle bardzo zaciążyły. Rozpaczliwie spróbowała sięgnąć do amuletu, który pomógł jej przy spotkaniu z demonem pożądania, ale… nie miała na to siły. Usłyszała za sobą głuche stąpnięcie i z trudem zerknęła przez ramię, by zobaczyć, że Shegar leżał nieruchomo na posadzce, a jego boki ledwie się unosiły przy oddychaniu. Zmarszczyła czoło, zaniepokojona o przyjaciela, jednak nie mogła zwalczyć nagłej niemocy, która ją ogarnęła.
— Oczy… mi się zamykają — wydukał Alistair, przerwawszy na szerokie ziewnięcie. — Niech mnie… ktoś… uszczypnie… — poprosił zmęczonym głosem.
— To niedorzeczne — warknęła bez przekonania Morrigan. — Nie możesz oczekiwać, bym legła na lepkiej od krwi podłodze… — spróbowała się sprzeciwić, jednak straciła równowagę i przeszła kawałek w bok, by znów odzyskać pion.
— Musimy stanąć… i walczyć… — wydusił Sten, ale jego głos był dziwnie ciężki.
Ellen znów podjęła walkę o przytomność, jednak z każdą sekundą coraz bardziej przegrywała.
— Nie będę słuchać twych kłamstw, demonie — sprzeciwiła się Leliana, zatykając z całej siły uszy i zaciskając powieki. — Nie masz… nade mną władzy… — wyszeptała na koniec, opuszczając ręce wzdłuż ciała.
— Nie poddawaj się — jęknęła Wynne, słowa kierując do Ellen.
Strażniczka pokiwała głową, zgadzając się z czarodziejką, i podjęła kolejną próbę opanowania umysłu.
— Musisz mu się oprzeć albo będzie po nas — szepnęła staruszka.
— Dlaczego walczysz? — spytał przyjemnym dla ucha głosem demon. — Zasługujesz na odpoczynek. Świat da sobie radę bez ciebie — zapewnił, a Ellen wydało się, że się uśmiechnął.
Ciemność przyniosła utęskniony spokój, z przyjemnością się w niej zanurzyła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz