piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.39 - Pustka


Powietrze było ciężkie, zbliżał się chyba wieczór. Spacerowała wolnym krokiem po długiej kamiennej drodze pomiędzy wysokimi filarami, rozglądając się. Zewsząd otaczała ją strzelista konstrukcja twierdzy, gdzieś z boku wystawała wieża, z drugiej strony ciągnął się mur, w oddali widniała bryła głównego budynku. Dokoła panowała przejmująca cisza, żadnego śpiewu ptaków, żadnego szumu wiatru ani nawet głosów mieszkańców. Szła spokojnie, z półprzymkniętymi oczami, z uśmiechem na ustach. Już dawno nie czuła się tak rozluźniona, wypoczęta, radosna – właściwie bez określonego powodu. Miała wrażenie, jakby spędziła w tym miejscu całe życie, jakby było jej domem, jakby…
Chwila. Przecież ona nie miała domu.
Zatrzymała się wpół kroku, marszcząc czoło i wbijając zaniepokojony wzrok w kamienną drogę. Pamiętała, że coś utraciła, coś bardzo ważnego, chyba właśnie dom. Ale kiedy? W jakich okolicznościach? Dlaczego? Rozejrzała się z niepokojem dokoła, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć, dlaczego właściwie spacerowała po twierdzy.
Problem polegał na tym, że niczego nie pamiętała.
To odkrycie naprawdę ją zaniepokoiło. Przygryzła wargę i przeczesała palcami krótkie włosy, jeszcze bardziej je mierzwiąc. Musiała z kimś porozmawiać, z osobą, która mogłaby jej wyjaśnić to dziwne zjawisko, nagłe uczucie pustki. Nie chciała niszczyć spokoju zbędnym zdenerwowaniem, dlatego z zacięciem ruszyła przed siebie, by kogoś odszukać. Nie musiała długo iść wśród kolumn, po chwili wspięła się schodami na kamienną posadzkę, na której stał nie kto inny, a jej ukochany mentor Duncan.
Mężczyzna uśmiechnął się serdecznie na widok rekrutki i dziewczyna poczuła, że w jej sercu rozlewa się przyjemne ciepło. Zawsze cieszyła ją każda chwila spędzona z wojownikiem, dobrze się dogadywali mimo…
Mimo czego, tak właściwie?
— Ach, tu jesteś, Ellen — odezwał się głębokim, przyjemnym dla ucha głosem.
Skinęła krótko głową, podchodząc bliżej Szarego Strażnika. Bo to był Szary Strażnik, prawda? Zastanowiła się nad tym, jednak po chwili grzebania w pamięci odkryła, że to wiedziała na pewno.
— Chyba ci nie przeszkadzam, co? — rzucił, pochylając się lekko.
Uśmiechnęła się nerwowo i potrząsnęła głową, by uspokoić mentora. Duncan nie martwiłby się tym, czy mi przeszkadza. Po prostu by spytał, czy mam chwilę czasu na rozmowę, pomyślała.
Ale skąd ten pomysł? Skąd wątpliwość? Przecież Duncan stał przed nią we własnej osobie, jak mogła sądzić, że nie zachowywał się tak, jak powinien?
— Nie pamiętam, co robiłam — przyznała zakłopotana; nie chciała, by Strażnik ją wyśmiał, wolała uchodzić w jego oczach za osobę dojrzałą i odpowiedzialną.
Irytujące wrażenie, jakoby miała coś do zrobienia, pogłębiło się.
— Na pewno byłaś po prostu zamyślona — zauważył z ciepłym, szerokim uśmiechem, obserwując jej niepokój.
Uniosła wyżej głowę, by spojrzeć mu w oczy, i nagle wszystkie myśli kłębiące się w umyśle stały się leniwe, nie miała siły na roztrząsanie niczego.
Duncan by się tak nie uśmiechał. Duncan był cichy i powściągliwy, jego aprobata stawała się widoczna tylko w oczach. To komendant Szarej Straży, mój komendant, on nigdy się tak nie uśmiechał, przemknęło jej przez umysł.
Zaraz jednak zostało to odsunięte – chyba przez nią.
— Jesteś w Weisshaupt już od jakiegoś czasu — zmienił temat, ruchem ręki zataczając łuk, by pokazać ogrom twierdzy.
Ellen rozejrzała się nieprzytomnie dokoła, marszcząc czoło. A więc to jest Weisshaupt. Ale ono przecież leży w Anderfels. Co bym robiła tak daleko od Fereldenu, kiedy jestem tam potrzebna? Zaraz. Dlaczego miałabym być potrzebna w Fereldenie?
— Podoba ci się tutaj? — zagadnął, przerywając jej gorączkowe rozmyślania.
Uniosła wzrok na Strażnika, uśmiechając się z roztargnieniem.
— Tak, oczywiście. To piękna forteca — zapewniła odruchowo, kiwając głową.
Świadomość palącej potrzeby wrócenia do Fereldenu zaczęła ją niemal uwierać, miała ochotę poruszyć się niespokojnie, odwrócić się i odbiec, odjechać z powrotem do ojczyzny. Bo tam było teraz jej miejsce… tylko dlaczego?
— Będzie świadectwem czasów, gdy Szara Straż była potrzebna do walki z mrocznymi pomiotami — rzucił Duncan, podpierając się pod boki i rozglądając się dokoła.
Zabrzmiał tak niefrasobliwie, że Ellen w pierwszej chwili nie zwróciła uwagi na jego słowa. Potem wbiła w mentora oszołomione spojrzenie.
— Co masz na myśli? — wydusiła, czując dziwny ścisk w żołądku.
Dlaczego się nie cieszyła z tych wieści? W końcu takie było ich zadanie, musieli pozbyć się mrocznego pomiotu z Thedas. Ale one były, one są w Fereldenie. Na pewno. Dlatego muszę tam wrócić, bo mroczne pomioty tam zostały. Jestem potrzebna.
— Nie musimy już z nimi walczyć? — spytała niepewnie.
Myśli, które przed chwilą przegalopowały dziko przez głowę, odsunęła na bok, uznawszy je za nieważne. Czy to na pewno ona selekcjonowała własne przemyślenia?
— Mrocznych pomiotów już nie ma, pamiętasz? — przypomniał zaskoczony Duncan.
Ellen poczuła się nagle tak, jakby w jej umyśle powstała wielka czarna dziura. Potrząsnęła gniewnie głową.
— Brałaś przecież udział w ostatniej bitwie. Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo, pokonaliśmy arcydemona i puściliśmy ich podziemne kryjówki z dymem — opowiedział, a przy każdym jego słowie w głowie dziewczyny rysowały się nowe obrazy przedstawiające sceny wspomnień, walki, wielkiej wygranej.
Ale to nie były jej wspomnienia. To nie były jej myśli.
Wtedy przez obraz rysowany w umyśle przez kogoś obcego przebiły się inne sceny, nagle bardzo osobiste, bolesne, ale prawdziwe. Płonąca posiadłość, trupy mężczyzn leżące w kałużach krwi, odbiegający rudowłosy młodzieniec, kulący się na posadzce jacyś ludzie, małżeństwo, miała ich oczy, ich rysy twarzy, była ich córką! A potem Duncan złapał ją za rękę, pobiegła wraz z psem o mądrych ślepiach przez dym.
I stała na czarnej ziemi, lepkiej ziemi, pochylał się nad nią przerażający smok, niewidomy smok, ale patrzący pustymi oczyskami. Zerwała się z krzykiem ze snu, było ciemno, leżała owinięta w koc, ktoś odezwał się do niej łagodnie, siadając obok i dotykając jej ręki. To była prawda. To były jej wspomnienia.
— To niemożliwe — sprzeciwiła się.
Duncan drgnął nieznacznie, słysząc jej odpowiedź, jednak nie zamilkła, czując na sobie jego przeszywający wzrok. Jej mentor nigdy nie patrzył w ten sposób, w taki drapieżny, taki dziwny. Coraz mocniej wątpiła.
— Coś przede mną ukrywasz — stwierdziła z pretensją.
Nie lubiła, kiedy ktoś kłamał.
— Głupie dziecko — wycedził przez zaciśnięte zęby Duncan, łapiąc nadgarstek Ellen i zaciskając na nim palce, aż dziewczyna jęknęła cicho, patrząc na Strażnika z przerażeniem.
Przyciągnął ją bliżej siebie, pochylając się nad nią.
— Dałem ci tak wiele, a ty mi to rzucasz prosto w twarz. Nie zadowala cię pokój, który ci oferuję? — spytał wibrującym głosem.
Nagle przestał być jej ukochanym mentorem, nagle przestał być Duncanem, choć wciąż miał jego twarz. Duncan nie żyje, pomyślała nagle, całkowicie pewna swego, pogodzona z tą prawdą, jakby zaakceptowała ją już dawno temu.
Gdy wyszeptała w umyśle te trzy proste słowa, nagle tama pękła, coś runęło na nią z niesamowitą mocą, wielobarwne, głośne, pełne sprzecznych uczuć. Z trudem to opanowała i uporządkowała, by zrozumieć, co to było: jej wspomnienia. Jej prawdziwe wspomnienia.
Stała w ponurej sali, wielkiej, obszernej, pełnej rozsypanych dokoła książek. Przepełniał ją zachwyt i niedowierzanie, znów czuła się jak mała dziewczynka, rozglądała się dokoła oniemiała. A potem ktoś mocno ją obejmował, przyciskał do siebie, zatykając dłonią usta, by jej krzyk nie zdradził ich pozycji. Zaraz mówiła do szafy, z której nagle wyjrzał mężczyzna – z pewnością mag. Na nowo odczuwała zaskoczenie i rozbawieniem tym odkryciem, na nowo gonił ją czas i na nowo z trudem wciskała do torby grubą księgę.
Nadeszły też starsze wspomnienia, równie wielobarwne oraz wciąż ogólnikowe.
Uderzała zaciśniętą pięścią w ścianę, przysięgając krwawą zemstę na mężczyźnie, u jej stóp leżały dwa trupy – kobiety i chłopca. Potem ktoś łapał ją za łokieć, odciągając od kulącego się na zakrwawionej posadzce małżeństwa, od jej rodziców, tuż obok biegł rosły pies, chwilę później łkała cicho podczas podróży.
Nagle widziała wielką fioletową bestię, rogatą bestię z trupem zwisającym z poroża, piła gorzką, palącą krew z kryształowego kielicha, upadała pod czyimś ciężarem w Głuszy Korcari, bo walczyła z mrocznymi pomiotami, pokonała strach i teraz ktoś ją ratował. Miał takie śliczne, brązowe oczy.
I zaraz patrzyła na drobnego chłopca o przerażonym wzroku śmiejącego się z obłędem, obejmowała pocieszająco młodzieńca o jasnych włosach, wyciągała z biurka amulet ze świętym symbolem Andrasty, osłaniała ją kopytami mahoniowa klacz, kobieta krzyczała jej imię, spoglądały na nią jasnobrązowe oczy z krzaków w Głuszy.
Na koniec ktoś ją objął, przytulając do siebie i owiewając gorącym oddechem jej szyję, za jego plecami słońce kryło się za horyzontem, a ostatnie promienie słońca topiły się w wodzie niedużego stawu.        
Tego było tak wiele, że nie potrafiła wszystkiego ogarnąć. Zgarbiła ramiona i jęknęła cicho, przykładając dłoń do czoła. Ale pamiętała. Pamiętała, kim była, pamiętała, co się stało, pamiętała, jak się tu znalazła. Uniosła zdeterminowany wzrok na wykrzywioną złością twarz Duncana i wyrwała rękę z jego uścisku, odsuwając się od mężczyzny.
— Mroczne pomioty nie zniknęły, ignorowanie ich to nieodpowiedzialność — wycedziła, patrząc nieugięta na rozjuszonego mężczyznę.
— Wygląda na to, że usatysfakcjonować cię może tylko wojna i śmierć. Niechaj i tak będzie! — zawołał rozzłoszczony i machnął ręką, uderzając Strażniczkę w twarz.
Siła ciosu odwróciła jej głowę w drugą stronę, oszołomiona dziewczyna otworzyła szerzej oczy, zamierając.
— Masz swoją wojnę i swoje mroczne pomioty! Niechaj przyniosą ci zgubę! — wysyczał Duncan, z cichym szelestem dobywając miecz.
Ellen z okrzykiem przerażenia odskoczyła do tyłu, unikając bolesnego ciosu z ręki Strażnika. Spojrzała na niego wielkimi oczami, wciąż czując piekący policzek. Miała walczyć? Z Duncanem? Choć wiedziała, że to nie jej mentor, i tak nie potrafiłaby podnieść na niego ręki. Kimkolwiek – czy raczej czymkolwiek – w istocie był. Dlatego przez pierwsze kilka minut rozpaczliwie miotała się dokoła, unikając ataków i modląc się, by ten koszmar się skończył. Wreszcie, gdy ostrze Strażnika niemal rozpłatało jej gardło, zdecydowała.
Płynnym ruchem chwyciła sztylet i zablokowała następny cios, by zaraz odtrącić ciężką klingę i wyprowadzić własne pchnięcie w jego bok. Odskoczył, śmiejąc się ochryple z jej marnych wysiłków.
— Podnosisz rękę na swojego mentora? — szydził, bez trudu parując każdy cios.
Ellen poczuła, że jej ręka zaczyna drżeć, zacisnęła zęby, nie chcąc wdawać się w żadną dyskusję z Duncanem.
— Nieposłuszeństwo w szeregach jest karane, wiesz? Jakże bezduszna i okrutna musisz być, atakując starszego człowieka!
— Ty… — zaczęła, uciekając spod ostrza Strażnika i przenosząc ciężar na lewą nogę.
Wbiła wzrok w brązowe oczy, zmarszczyła czoło i odepchnęła się od posadzki, całą sobą rzucając się na Duncana. Już nie dbała o to, co się stanie, czy zginie, czy ją pochwyci, nie dbała o nic. Liczyło się tylko uwolnienie z tej przerażającej pułapki ułudy.
…nie żyjesz! — krzyknęła.
Poczuła, jak ostrze sztyletu zatapia się w ciele, jednak zacisnęła powieki, byleby tylko nie patrzeć na śmierć Strażnika. Na drugą śmierć mentora. Gdy odważyła się znów spojrzeć na świat, ujrzała tylko kamienną posadzkę, pustą, bez najmniejszego śladu po ciele, wciąż była otoczona wielkimi murami i filarami. Ale coś uległo zmianie.
Kątem oka dostrzegła, że otoczenie falowało, zamierało dopiero w chwili, w której zwracała spojrzenie w określoną stronę. Jakby tylko jej świadomość definiowała jego ostateczny kształt. Westchnęła cicho, opuszczając broń wzdłuż ciała i tocząc dokoła wzrokiem. Kiedy tak się rozglądała, dostrzegła coś, czego wcześniej tu nie było. Niedużą rzeźbę przypominającą stolik o małym kwadratowym blacie, stojącą na chudej nodze.
Podeszła do przedmiotu z fascynacją i pochyliła się nad nim, z zaskoczeniem przyglądając się srebrnym runom wyrytym w ciemnym kamieniu. Nie były rozrzucone bezładnie, tworzyły coś na kształt pajęczyny: jedna znajdowała się pośrodku, otoczona pięcioma innymi, które natomiast były okrążone przez sześć następnych. Z czego jedna, kiedy tylko się zbliżyła, zalśniła jasnobłękitnym światłem. Płytkie żłobienia, które z początku Ellen wzięła po prostu za skazę, okazały się czymś w rodzaju ścieżek. Przynajmniej tak zaczęły wyglądać, gdy jedno z nich rozżarzyło się złotem, łącząc świecącą się runę z inną, jedną z czterech otaczających tę główną.
Zafascynowana dziewczyna niepewnie wyciągnęła dłoń i dotknęła zgaszonego symbolu, do którego jakby otworzyła się droga. Poczuła dojmujące zimno, a potem zrobiło się bardzo ciemno.

Kiedy znów otworzyła oczy, a mogłaby przysiąc, że stało się to co najwyżej minutę po tym, jak ogarnął ją mrok, odkryła, że znajdowała się w zupełnie innym, niezwykle dziwnym miejscu. Stała na popękanej ziemi w odcieniu mdłej pomarańczy, dokoła rozciągały się przeróżne wzniesienia oraz filary budowli wyrastające z gleby, wszędzie rosły czarne rośliny przypominające ucięte w połowie dzidy wetknięte między kamienie grotem do góry, kołyszące się mimo braku wiatru. Powietrze było tak samo ciężkie i lepkie, co w Weisshaupt – a raczej czymś, co Weisshaupt miało przypominać.
Rozejrzała się dokoła zaniepokojona, marszcząc czoło, i wtedy w oddali dostrzegła inne wyspy pomarańczowej ziemi, jednak wszystkie… wisiały w powietrzu. Tak po prostu lewitowały w niekończącej się przestrzeni, zawieszone w pustce. Następnym, co zobaczyła, był młodzieniec. Jego widok jednocześnie ją zaskoczył, zaniepokoił i ucieszył.
Nieznajomy miał na sobie togę charakterystyczną dla magów, sięgające ramion brązowe włosy wyglądały na wilgotne, jakby się spocił, twarz poszarzała, stała się pociągła i zmęczona, niebieskie oczy rozglądały się dokoła, lekko przymrużone i niemal nieprzytomne.
Ożywiły się, gdy spostrzegły zbliżającą się Strażniczkę.
— Kim jesteś? — spytał z niepokojem. — Skąd się tu wzięłaś? Jesteś demonem?
Zmarszczyła czoło, zatrzymując się i przyglądając się mu niepewnie.
Demonem…? Skoro tak, to… chyba znalazła się w Pustce. Pamiętała dziwne stworzenie, z którym rozmawiała, zanim obudziła się w Weisshaupt. Czy to za jego sprawą się tu znalazła?
— Nie… Widzę, że nim nie jesteś — mruknął, kręcąc głową. — Jesteś taka jak ja. Gratuluję wydostania się z pułapki.
Ellen jeszcze mocniej zmarszczyła czoło. Tak, teraz sobie przypominała. Chyba opętał ją demon… czy jej towarzyszy też?
— Pułapki? — powtórzyła trochę bezmyślnie.
Mimo to świadomość, że nie była tu sama i znalazła kogoś, kto zmagał się z tym samym problemem, podniosła ją na duchu.
— Każdego, kto tu trafia, demon chwyta w pułapkę snu, z którego, jak sądzi, nikt nie zdoła się uwolnić — opowiedział monotonnym głosem.
Ellen przekrzywiła głowę.
— Też myślałem, że udało mi się uciec, ale krążyłem tylko bez końca po tych pustych, szarych pomieszczeniach.
— Kim jesteś? — spytała.
Skoro już się stamtąd wydostała, teraz pozostawało uwolnienie się z tej przeklętej Pustki. Z pewnością mag będzie mógł jej pomóc, w końcu to oni wchodzili do tego miejsca świadomi, a nie jak zwykli ludzie – tylko śniąc.
— Na imię mi Niall — przedstawił się z mdłym uśmiechem.
W głowie Ellen odtworzyła się rozmowa z dozorcą magazynu Kręgu, który wspominał o kimś o tym właśnie imieniu.
— Próbowałem ocalić Krąg, gdy natrafiłem na demona gnuśności. Przypuszczam, że mamy podobne doświadczenia — skwitował prawie z rozbawieniem.
— Niall? — powtórzyła z nieśmiałym uśmiechem.
Skoro natrafiła na tego, który zorganizował wyprawę ratowniczą, na pewno wszystko skończy się dobrze. Musiało. Obiecała, że wróci do Connora z pomocą. Miała obowiązek powstrzymania Plagi. Nie mogła tak po prostu utknąć sobie w Pustce.
— Owain o tobie wspominał.
— Owain bardzo mi pomógł — stwierdził w zamyśleniu Niall. — Chyba nigdy nie zdołam mu się odwdzięczyć. Naszą bronią przeciwko dominacji magów krwi była Litania. Ale teraz jest już za późno — westchnął, spuszczając wzrok.
Ellen zmarszczyła czoło, czując nagły niepokój.
— Wszyscy zginęli…
— Jest jeszcze nadzieja, prawda? — zasugerowała, uśmiechając się śmielej.
Rzeczywiście, uwięzienie w Pustce przytłaczało, jednak jej wola uwolnienia się z tej pułapki była jeszcze silniejsza niż zwątpienie. Poza tym czekały na nią obowiązki, była odpowiedzialna za tyle istnień…
— To miejsce pozbawia cię wszystkiego — wychrypiał bez przekonania, uśmiechając się smutno, jakby już się z tym pogodził. — Nadziei, uczuć, życia…
— Znajdziemy z tego jakieś wyjście — obiecała, kładąc dłoń na ramieniu Nialla.
Nie wiedziała dlaczego, ale była przekonania, że przy dotknięciu młodzieniec okaże się niematerialny, że ręka przejdzie przez niego jak przez ducha. Jednak nie, był dokładnie taki sam jak ona.
— Nie, stąd nie sposób się wydostać — zaprzeczył energiczniej niż do tej pory. — Możesz sądzić, że istnieje wyjście, ale mylisz się. — Widzisz tamten piedestał? — spytał nagle, wskazując ręką coś kawałek dalej.
Ellen przeniosła wzrok w tamtą stronę i uniosła z zaskoczeniem brwi, rozpoznając znajomą rzeźbę, dzięki której przeniosła się do Nialla. Zerknęła na maga, zastanawiając się, jaką rolę przedmiot odgrywał w ich ucieczce.
— Zbadałem widoczne na nim runy. Oznaczają wyspy znajdujące się w dominimum demona gnuśności — wytłumaczył.
Ellen skinęła ze zrozumieniem głową.
— Sam demon znajduje się na centralnej wyspie, ale jest ona niedostępna — ciągnął. — Pięć wysp leżących wokół składa się na pierścień ochronny. Kiedy to ustaliłem, myślałem, że gdzieś mnie to zaprowadzi — przyznał z ciężkim westchnieniem i opuścił uniesioną rękę.
Ellen zmarszczyła czoło, zastanawiając się, dlaczego Niall przemilczał sześć wysp znajdujących się na skraju pajęczyny. Na jednej z nich było Weisshaupt, jeśli dobrze dedukowała na podstawie rozumowania maga.
— Udałem się więc na każdą z pięciu wysp, ale moje nadzieje okazały się płonne. Zawsze pojawia się jakaś przeszkoda. Już widzisz ścieżkę, ale nie zdołasz na nią wejść. Jej istnienie będzie cię dręczyć i doprowadzi do szaleństwa — mruknął niechętnie.
Ellen wyobraziła sobie opisywaną przez Nialla pułapkę bez wyjścia i potrząsnęła gniewnie głową. To było niedorzeczne – zawsze znajdzie się rozwiązanie, trzeba być po prostu upartym i zdecydowanie dążyć do celu, a nie się poddawać. Lekcje, które wyciągnęła z upadku Wysokoża, były cenne oraz bolesne, dzięki nim wiedziała już, że nigdy nie popełni drugi raz tych samych błędów.
— Czy moi towarzysze mogą być na którejś z tych wysp? — spytała na wszelki wypadek, przenosząc wzrok z piedestału na Nialla.
Czuła się winna, że również zostali wplątani w tę nieprzyjemną przygodę z demonem. Bała się myśleć, co mogło im się przytrafić, do jakich pułapek trafili, czy w ogóle nadal żyli. Ale przecież pozostawało jeszcze sześć wysp zewnętrznych, na jednej z nich była ona. Dlaczego więc nie oni mieliby się tam znajdować? Trzeba będzie spróbować.
— Ja… nie wiem — przyznał bezradny Niall, rozkładając ręce.
Spoglądał na nią z fascynacją, jakby nie dowierzał temu, co widział, jakby jej zacięcie go dziwiło i nieco przerażało.
— Jest wielu śniących — mruknął w zamyśleniu, znowu patrząc na piedestał. — Być może dotrzesz do nich, udając się na poszczególne wyspy… jeśli ci się poszczęści — zakończył, wykrzywiając usta w coś na kształt uśmiechu.
— Co wiesz na temat demona gnuśności? — zagadnęła, zakładając ręce na plecach.
— Niewiele. Nie można powiedzieć, byśmy byli przyjaciółmi — zauważył z ponurym rozbawieniem, wzruszając ramionami.
Ellen pomyślała, że Niall, mimo iż został pozbawiony nadziei, wciąż posiadał poczucie humoru. Uśmiechnęła się krzywo, czekając na jego następne słowa.
— Demony mają swoje hierarchie. Grają we własne gierki, a śmiertelnicy są dla nich… pionkami albo tylko żetonami do zapłaty — wyjaśnił.
Dziewczyna skinęła powoli głową, przypominając sobie słowa Pieśni Światła: otóż demony to pierwsze dzieci Stwórcy, jednak on nie był z nich zadowolony, ponieważ nie potrafiły zarządzać światem, który otrzymały. Czyli Pustką.
— Demon, który nas tu przetrzymuje, włada prawdopodobnie całą tą częścią Pustki. Łatwo nas nie wypuści, o ile w ogóle… — zakończył.
— Warto spróbować. Nie zamierzam czekać bezczynnie na śmierć — stwierdziła niemal opryskliwie.
Samo słowo „śmierć” wywołało na jej skórze dreszcze. Nie, nie zostanie tu dłużej, niż to będzie konieczne, już postanowiła.
— Nic nie osłabia twego ducha, co? — mruknął niedowierzającym głosem Niall, przyglądając się dziewczynie tak, jakby była bardzo fascynującym obiektem badawczym. — Nie wiem, czy cię podziwiać, czy ci współczuć.
Prychnęła gniewnie i potrząsnęła głową, nakazując sobie w myślach wyrozumiałość. To wpływ Pustki. Kiedy tylko się stąd wydostaną, wszystko będzie dobrze.
— Jeszcze tu wrócę — obiecała, unosząc ostrzegawczo palec, i ruszyła w stronę podestu, by raz jeszcze przyjrzeć się wyrytym na nim znakom.
Niall wzruszył ramionami, przenosząc wzrok przed siebie, w bliżej nieokreśloną przestrzeń.
— Nie przejmuj się mną — westchnął, kończąc rozmowę ze Strażniczką i pogrążając się w swoim letargu.
Ellen pomyślała, że był bardzo biednym człowiekiem.
Zatrzymała się przy rzeźbie i raz jeszcze przyjrzała się wszystkim symbolom, zastanawiając się, jakim niby cudem przy ich pomocy miałaby podróżować między wyspami w Pustce. Odtworzyła w pamięci wszystko, co zrobiła po pokonaniu pułapki – jaką najwyraźniej był Duncan (całe szczęście, że demon nie pokusił się o wykorzystanie wspomnienia rodziców. Najwyraźniej odsuwała je od siebie dostatecznie skutecznie) – i niepewnie dotknęła jednego z symboli, zastanawiając się, czy dzięki temu przeniesie się na wyspę, którą oznaczał.
Nic się jednak nie stało; zmarszczyła zirytowana czoło. Owszem, zauważyła, że kanaliki łączące dwie sąsiadujące wyspy z tą, na której się znajdowała, nie świeciły się tak jak ten od jej snu do tej części Pustki, jednak nie sądziła, że było to potrzebne do podróży. Westchnęła ciężko, czując, że powoli opuszcza ją wola walki. Uszła cztery metry i już przeszkoda nie do przebycia? Wspaniale.
Wtedy dostrzegła kątem oka coś, co ją zainteresowało. Otóż gdyby poszła dalej tą drogą, która ciągnęła się za piedestałem, dotarłaby do wrót z uschniętych pędów. Za nimi nie było nic, jednak wisiała w nich półprzezroczysta fioletowa zasłona. Ellen zmarszczyła mocniej czoło, odsunęła się od piedestału i ruszyła w tamtą stronę.
Właściwie niewiele się zastanawiała nad konsekwencjami swojego czynu, gdy dotykała bariery i ostrożnie zanurzała w niej dłoń, a potem wchodziła w nią cała.
W końcu… wciąż śniła, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz