piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.39 - Pustka

Słońce przypominało ogromną, szkarłatną kulę, kiedy chyliło się ku horyzontowi. Ellen wsparła się ramieniem na najbliższej kolumnie, obserwując zachód. Było w tym coś cudownie spokojnego. Potrzebowała tego od dawna. Przymknęła oczy, lekko unosząc brodę, by wystawić twarz do ostatnich promieni. Ciepło łaskotało skórę, kładąc się długimi pasmami na równinach poniżej twierdzy.
To dziwne, że wokół panowała cisza. Ellen niechętnie uchyliła powieki, obracając głowę na tyle, by wyjrzeć z cienia krużganków. Nie widziała nikogo na dziedzińcu. O tej porze raczej panował tu ruch. Zmieniała się warta przy bramach i skarbcu, strażnicy kręcili się między komnatami, dzieląc się najświeższymi plotkami z kumplami.
Serce zatrzepotało płochliwie. Ellen przycisnęła dłoń do piersi, jakby to mogło je uspokoić. Dlaczego się zdenerwowała? Przecież znała rutynę tego miejsca.
Nabrała głębokiego wdechu, odrywając ramię od chłodnej kolumny. Zanurzyła się w cieniu, przyjmując osiadające na skórze zimno nocy. Powinna się pośpieszyć do swoich komnat. Na pewno zawołają ją na kolację, kiedy zostanie podana. Jeśli zostanie podana, w końcu przez cały dzień kłócili się z…
…z kim?
Ellen zmarszczyła czoło. Nie podobało jej się to ukłucie niepokoju. Dziwne odrętwienie w piersi. Wydawało jej się, że znała to wrażenie pustki, ale jednocześnie nie potrafiła go umiejscowić. Przystanęła, powoli wypuszczając powietrze. Czuła się tak, jakby o czymś zapomniała. O czymś ważnym.
Była zajęta. Prawda? Była bardzo zajęta. Przeczesała włosy palcami, przesuwając wzrokiem po krótkiej trawie porastającej dziedziniec. Musiała… do kogoś pójść. Albo po kogoś? Obiecała… coś. Dlaczego zapomniała? Starała się nie zapominać złożonych obietnic.
Roztarła ramiona, próbując pozbyć się z nich wrażenia ciężaru. Wieczór był taki piękny, a ona próbowała się zaszczuć negatywnymi emocjami, cudownie. Jakby nie miała dość tego, co…
…czego? Co się stało?
Serce znów zabiło szybciej. Ellen nie była już pewna, czy czuła chłód twierdzy, czy zupełnie inny. Może naprawdę udać się do swoich komnat? Odpocząć trochę. Mogła powiedzieć, że źle się czuła, że chciała się wcześniej położyć. Następny dzień będzie lepszy. To brzmiało jak dobry pomysł.
Uniosła głowę i rozejrzała się po kamiennych krużgankach. W którą stronę znajdowały się jej komnaty? Czegoś takiego nie dało się zapomnieć, prawda? Ellen mocniej zacisnęła ramiona wokół swojego brzucha, zatapiając paznokcie w skórze.
— Ach, tu jesteś, Ellen.
Ellen prawie podskoczyła. Mięśnie boleśnie się napięły, stawiając ciało w dziwnej gotowości. Jakby była przygotowana dosłownie na wszystko – łącznie z atakiem. Odwróciła się gwałtownie.
Kawałek za nią stał mężczyzna. Wyglądał znajomo. Ellen zmarszczyła czoło, rozplątując się z własnych objęć. Jego śniada skóra, ciemne włosy, prawie szelmowski błysk w oczach… Odpowiedziała na uśmiech, wreszcie odnajdując w pamięci imię.
Duncan. Dobrze, że go znalazła. Może umiałby jej wytłumaczyć, dlaczego nie radziła sobie z własnymi myślami.
— Chyba ci nie przeszkadzam, co? — Duncan przechylił głowę.
Ellen zająknęła się, odwróciwszy spojrzenie. To trochę niezręczne, że Duncan przejmował się czymś takim. Przecież był jej komendantem. Czymkolwiek by się zajmowała, musiałaby to porzucić na jedno jego słowo.
Ale, prawdę mówiąc, nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.
— Nie pamiętam, co robiłam — przyznała zakłopotana.
To brzmiało kretyńsko. Nikt normalny nie zapominał o takich rzeczach – Ellen jednak nie potrafiła uporządkować pamięci. Głowa zaczynała tępo pulsować, co w połączeniu z trzepoczącym sercem było zwyczajnie nieznośne.
Duncan uśmiechnął się łagodnie i ułożył szeroką dłoń na jej ramieniu. Ellen odpowiedziała uśmiechem, ale bledszym.
— Na pewno byłaś po prostu zamyślona — mruknął.
Prawdopodobnie tak. Myślała o rzeczach, których nie rozumiała.
Pokiwała głową, bardziej żeby uspokoić Duncana, niż żeby naprawdę przytaknąć. Miała nadzieję, że Duncan nie zaplanował dla niej żadnych wymagających zadań – zdecydowanie się do nich nie nadawała. Przynajmniej póki co. Może gdyby przydzielił jej innych Szarych Strażników, wtedy pewnie by sobie poradziła, ale…
Ellen zmarszczyła czoło. Duncan nie mógł jej przydzielić innych Szarych Strażników. Przecież ich nie było. Prawda?
Tylko co się z nimi stało?
— Jesteś w Weisshaupt już od jakiegoś czasu. — Duncan otoczył ją ramieniem i poprowadził dalej w dziedziniec. — Podoba ci się tutaj?
W Weisshaupt? Dlaczego tak daleko od Fereldenu?
Gardło Ellen boleśnie się ścisnęło. Nie potrafiła nabrać oddechu. To nie była normalna reakcja. Nawet nie wiedziała, co powiedzieć. Przecież… powinna przebywać w Fereldenie. Weisshaupt leżało w Anderfels, prawda? Mówił jej o tym…
…kto?
Duncan delikatnie ścisnął jej ramiona, jakby wymuszał odpowiedź.
— Tak, oczywiście — wykrztusiła. — To piękna forteca.
Jej spojrzenie prześlizgnęło się po strzelistych, ciemnych murach. Z okien zionęła pustka, ale zamki rzadko kiedy sprawiały przyjazne wrażenie. Weisshaupt była ogromna. Chyba. Dość strzelista. Tak jakby. Ellen zapatrzyła się na jedną z widocznych wież.
Naprawdę przypominała tę… tę w tym miejscu, gdzie…
Ellen nabrała wdechu.
To było smutne miejsce. Pełne rozpaczy. Tylko to w niej zostało. Zaciskająca się na ciele rozpacz, która nawet nie należała do niej.
— Będzie świadectwem czasów, gdy Szara Straż była potrzebna do walki z mrocznymi pomiotami — westchnął Duncan, jego głos pobrzmiewał dumą.
Jak to?
Ellen zatrzymała się jak wryta. Ramię Duncana zsunęło się z jej ciała i Duncan stanął parę kroków dalej. Nadal się uśmiechał, kiedy obrócił się do niej, przechylając głowę. Wyglądał, jakby nie rozumiał jej zachowania.
Tak samo jak Ellen nie rozumiała tego, co powiedział.
— Co masz na myśli? — wymamrotała. — Nie musimy już z nimi walczyć?
Przecież dlatego wyruszyli w drogę. W Ferelden. Dlatego przeczołgała się przez największe piekło, jakie ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Nie pamiętała triumfu. Ani zwycięstwa. Usta wypełniła dławiąca gorycz, której nie zamierzała przełykać. Czaiła się w niej iskra siły.
— Mrocznych pomiotów już nie ma, pamiętasz? — Duncan uśmiechnął się łagodnie.
Ellen pokręciła głową. Nie pamiętała. Niczego nie pamiętała. To na pewno nie było normalne. Dlaczego nie potrafiła przypomnieć sobie, czym się zajmowała chwilę temu? Dlaczego nikogo nie było w tej cholernej fortecy? Szarzy Strażnicy popełnili zbiorowe samobójstwo, skoro Thedas ich już nie potrzebowało?
— Brałaś przecież udział w ostatniej bitwie — westchnął Duncan, jakby z drobną irytacją. — Odnieśliśmy wielkie zwycięstwo, pokonaliśmy arcydemona i puściliśmy ich podziemne kryjówki z dymem.
Nie. To nie tak. To wcale tak nie było.
— To niemożliwe — żachnęła się słabo.
Oddech przyśpieszył, gdy Ellen rozpaczliwie próbowała sobie cokolwiek przypomnieć. Nie dało się zapomnieć czegoś tak wielkiego. Zresztą gdyby pomioty zniknęły z powierzchni ziemi, co robiłaby w Weisshaupt? Dlaczego nie wróciła do domu, do rodziny?
Nie mogła tam wrócić. Z jakiego powodu? Musiała wrócić.
Chyba pamiętała bitwę. Pamiętała punkty migoczących pochodni i wielki most. Mnóstwo krwi, wylewającej się na walczących poniżej. Wielkie drewniane konstrukcje połamane jak patyki. Nie było w tym chwały. Ani zwycięstwa. Ale może to po prostu była trudna walka? Może okupili to wielkim poświęceniem, za to wygrali?
— Coś przede mną ukrywasz. — Ellen spojrzała Duncanowi prosto w oczy.
Skrzywił się. To już nie była irytacja – bardziej przypominało gniew. Duncan zacisnął usta, świdrując ją wzrokiem.
Milczał. Dlaczego milczał?
— Gdzie odbyła się ta bitwa? — spytała nieco drżącym głosem. — Kto brał w niej udział? Co z pozostałymi Strażnikami? Gdzie jest…?
…Alistair?
Zachłysnęła się powietrzem. Imię w jakiś nieprawdopodobny sposób zdawało się pasować do jej myśli. Dobrze leżeć na języku. Wydawało się naturalne, jak coś, czego nie dało się zapomnieć. Dlaczego nie mogła go sobie przypomnieć?
Serce skurczyło się w piersi. Ellen cofnęła się pół kroku, przygnieciona przerażeniem. Nie wiedziała, skąd ten strach. Tak jakby ktoś złapał ją w pułapkę. Próbował spętać ręce i nogi, żeby wymusić posłuszeństwo.
Potrząsnęła głową.
— Gdzie Alistair? — prawie pisnęła. — Zawsze tu był!
Od tej pierwszej bitwy aż do… do czego? Pierwsza bitwa – i ostatnia? Skoro wygrali? To nie tak. Alistair był zrozpaczony. Prawie płakał. Ona chciała umrzeć. Tak bardzo, że nawet teraz gorycz rozpaliła gardło.
— Głupie dziecko — warknął Duncan.
Jego głos zupełnie się zmienił. Ellen popatrzyła na niego zdumiona – na jego wykrzywioną furią twarz. Na dłoń sięgającą do broni. Znała ten ruch. W ten sam sposób dobył miecza podczas Dołączenia.
Pozostali rekruci. Nie żyli. Tylko ona i Alistair. Nie było… nie było Duncana.
— Dałem ci tak wiele, a ty mi to rzucasz prosto w twarz — parsknął Duncan. — Nie zadowala cię pokój, który ci oferuję?
Ruszył do niej. Ellen cofnęła się kilka pierwszych kroków, nie potrafiąc oderwać spojrzenia od wysuwanej z osłony broni. Naprawdę chciał ją zaatakować? Za co? Bo podważyła jego rozkazy? To dość drastyczne posunięcie jak na komendanta. Poza tym skoro Szarzy Strażnicy wygrali z pomiotami, czy w ogóle musiała go słuchać? Był jej komendantem? Może wszyscy inni odeszli? Albo…
— Duncanie — wykrztusiła.
Duncan nie zwolnił. Szedł za nią jak drapieżnik szykujący się do skoku. Jego oczy utkwiły w niej jak dwa nieruchome, przyszpilające punkty. Był tak napięty, że nawet jego broda jakby się stroszyła.
Przecież walczyli z mrocznymi pomiotami. Przegrali z nimi. Prawda? Tamta bitwa, tamta wieża, to wszystko obróciło się przeciwko nim. Ledwo uszli z życiem. Musieli… poszukać pomocy. Plaga przetoczyła się po ich armii jak po niewiele znaczących pyłkach.
— Mroczne pomioty nie zniknęły — żachnęła się drżącym głosem. — Ignorowanie ich to nieodpowiedzialność.
Duncan parsknął wściekle. Obrócił miecz w dłoni, ostrze odbiło krwiste refleksy zachodzącego słońca. Ellen poruszyła palcami, nie spuszczając z niego wzroku.
— Wygląda na to, że usatysfakcjonować cię może tylko wojna i śmierć — wycedził przez zęby Duncan. — Niech i tak będzie!
Rzucił się w przód. Był szybki, szybszy, niż go zapamiętała. Ledwo uskoczyła, czując, jak plątały jej się nogi. Podparła się na chłodnym kamieniu krużganków i odepchnęła w bok. Metal dźwięcznie brzdęknął tuż za jej plecami. Jeszcze chwila, a Duncan by ją ściął.
— Masz swoją wojnę i swoje mroczne pomioty! — zawołał schrypniętym głosem. — Niechaj przyniosą ci zgubę!
— Duncanie! — pisnęła.
Miecz przeszył powietrze. Ellen odskoczyła. Poczuła, że sztych przeszedł tuż przy jej brzuchu. Duncan chciał ją zabić. Za co? Dlaczego?
Nie mogła tylko uciekać. Nie miała czasu, żeby znowu ciągle uciekać.
— Przestań! — warknęła.
Rzuciła się w przód. Sztylet dobrze ułożył się w dłoni, kiedy zaatakowała. Duncan sparował cięcie mieczem, metal wykrzesał iskry. Ellen nabrała głębokiego wdechu, mocniej zaciskając palce wolnej ręki na drugiej broni.
Umiała walczyć. Oczywiście, że tak. Ostatnio nie robiła nic innego.
— Podnosisz rękę na swojego mentora? — syknął Duncan.
— Nie ja zaczęłam — prychnęła.
Duncan pchnął tak mocno, że Ellen straciła równowagę. Przeszła w bok, unikając kolejnego ciosu. Miecz Duncana odbił się od bruku dziedzińca – ale Ellen już przy nim była. Gdyby trafiła go w ramię, nie mógłby dłużej walczyć. Może by porozmawiali. Może…
— Nieposłuszeństwo w szeregach jest karane, wiesz? — zawołał, od niechcenia odtrącając jej broń. — Jakże bezduszna i okrutna musisz być, atakując starszego człowieka!
Ellen cofnęła się, żeby nabrać dystansu. Duncan nadal się uśmiechał, błyskając przy tym zębami, jego oczy jakby płonęły. Nie widziała w nim człowieka, którego szanowała. Który zwerbował ją do bractwa. Który…
…wydobył ją z płonącej posiadłości.
Zachłysnęła się powietrzem, w ostatniej chwili blokując cios. Ręce zdradliwie zadrżały i łokcie ugięły się pod naporem Duncana – ale Ellen nie umiała się ruszyć. Wpatrywała się w jego rozognione oczy, czując, jak coś lodowatego narastało w piersi.
To wszystko było kłamstwem. To nie Weisshaupt. Bitwa nie była triumfalna. Ostagar nigdy nie przyniósł zwycięstwa. Pomioty nigdy nie zniknęły.
A przede wszystkim…
— Ty nie żyjesz — wyszeptała.
Tak jak wszyscy inni. Wszyscy znikali z jej życia, aż nie zostało prawie nic.
Odepchnęła miecz Duncana. Przeszła w przód stanowczym krokiem – i kawałek w bok. Broń Duncana zadzwoniła o kamienie. Ellen podbiła ją sztyletem, drugim sięgając ramienia. Ostrze zanurzyło się w ciele, po metalu spłynęła krew.
Znała to uczucie. Zatapiała już broń w ludziach. I potworach. Czasami i w jednym, i drugim jednocześnie.
— Nie żyjesz — powtórzyła.
— Nic bardziej mylnego — wychrypiał.
Zaatakował. Ellen przeszła w bok, lekko obracając ramię. Znowu chybił.
Co miała czuć? Z czym rozmawiała? Gdzie się znalazła? Nie poznawała tej architektury – ale przypominała po trochu wiele miejsc, które do tej pory widziała. To było Wysokoże i Redcliffe, i Ostagar, i strzelista wieża Kręgu. To było wszystko i nic.
— Martwi pozostają martwymi.
Sztylet prześlizgnął się powyżej miecza i wbił się prosto w pierś. Duncan znieruchomiał, szeroko otwierając oczy. Ellen poczuła na ręku znajomy, obezwładniający ciężar konającego człowieka.
To też już przeżywała. Potrafiła na to patrzeć.
Wyszarpnęła broń. Duncan zachwiał się, pozbawiony oparcia, i runął na kolana. Przed nią. Ellen zacisnęła usta, zmuszając się, żeby nie odwrócić wzroku. Gdziekolwiek się znalazła, cokolwiek się działo – to była jej decyzja. Zdecydowała, że zabije Duncana. Czy kimkolwiek tak naprawdę był.
Weisshaupt gasło. Ellen widziała ciemność napierającą na granicy pola widzenia – ale nie odwróciła spojrzenia. Czekała, aż Duncan odejdzie. Po raz kolejny. Kiedy ostatnim razem go widziała, maszerował w ciemność, wśród zacinającego deszczu zbliżającej się burzy. Jego szerokie plecy były jak obietnica bezpieczeństwa, które nigdy nie zostanie jej dane. A potem zniknęły, zakryte mrokiem nocy.
Ten Duncan też w końcu rozpłynął się wśród czerni. Razem z całym kłamliwym światem, który próbował ją udusić.

***

Kolana Ellen zanurzyły się w sypkiej ziemi. Wsparła się na rękach, żeby nie upaść na twarz. Wokół nie było ogromnej fortecy. Nie było nikogo. Ellen zachłysnęła się powietrzem, siadając na swoich piętach.
Co to za miejsce, na oddech Stwórcy?
Otaczały ją pomarańczowe wzgórza, porośnięte dziwną, sztywną trawą, której źdźbła przypominały groty strzał. Nic się nie poruszało. Nie czuła żadnego wiatru. Jej spojrzenie prześlizgnęło się na niebo – o dziwnym, zielonkawym odcieniu. Dlaczego…?
Jej wzrok przykuła wyspa w oddali. Unosząca się. I chyba była do góry nogami. Obok, tylko trochę dalej, było coś, co wyglądało jak wielkie miasto. Też zawieszone w powietrzu. To przecież niemożliwe.
— Halo? — wychrypiała.
Cisza. Nadal cisza.
Ellen zanurzyła dłonie w sypkiej ziemi i zmusiła się, żeby wstać. Nogi nieco drżały, ale zdołała ruszyć przed siebie. Gdzieś musiał być Alistair. I pozostali. Weszli do komnaty razem, tak? Potem… Ellen zmarszczyła czoło.
Spotkali coś. W wieży Kręgu Maginów. Coś, co kazało im odpocząć. Nazywali to demonem. Czyli?
Ellen otoczyła się ramionami, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po plecach. Spróbowała rozmasować gęsią skórkę, ale nic to nie dało. Nie umiała nawet powiedzieć, czy było jej ciepło, czy zimno. Tak jakby… nie czuła temperatury. Powietrze wydawało się dziwnie ciężkie, prawie lepkie, zupełnie inaczej niż osuwająca się spod stóp ziemia.
Dokąd ona trafiła? Co to za miejsce?
Wyszła zza wzgórza, zostawiając unoszące się w powietrzu miasto za plecami. Kiedy jednak znów spojrzała w niebo, zobaczyła je przed sobą. Zmarszczyła czoło. Była prawie pewna, że… Ale gdy obejrzała się za siebie, znów się tam znajdowało. Serce zatrzepotało w piersi, utrudniając nabranie wdechu.
Może nie powinna patrzeć w niebo. Może lepiej udawać, że niczego na górze nie było. Westchnęła, kuląc ramiona, i podjęła marsz.
Coś gdzieś musiała znaleźć. Może kogoś. Przecież jej towarzysze się nie rozpłynęli w powietrzu, prawda?
— Kim jesteś?
Ellen drgnęła. Odwróciła się gwałtownie, szukając spojrzeniem źródła głosu – ale dopiero kiedy spojrzała niżej, dostrzegła mówiącego. Na ziemi siedział chłopak. Miał niezdrowo bladą twarz, przez co jego niebieskie oczy wyglądały trochę upiornie. Wpatrywał się w nią uporczywie, z ponurą miną, zaciskając usta.
— Skąd się tu wzięłaś? — dodał. — Jesteś demonem?
Ellen cofnęła się o krok.
— Ja? — wykrztusiła.
Demonem? Dlaczego wziąłby ją za demona?
Przyjrzała mu się uważniej. Miał na sobie pogniecioną, sfatygowaną togę maga. Znalazła kogoś z Kręgu? Właściwie istota, którą spotkali, pilnowała czegoś. Kogoś. Ellen myślała, że to zwłoki, ale może…?
— Nie… — Chłopak pokręcił głową. — Widzę, że nim nie jesteś. Jesteś taka jak ja. Gratuluję wydostania się z pułapki.
O czym on, na oddech Stwórcy, w ogóle mówił?
— Pułapki? — powtórzyła niepewnie.
— Każdego, kto tu trafia, demon chwyta w pułapkę snu, z którego – jak sądzi – nikt się nie zdoła uwolnić — wytłumaczył spokojnym, dość monotonnym głosem. — Też myślałem, że udało mi się uciec, ale krążyłem tylko bez końca po tych pustych, szarych pomieszczeniach.
Demon? Pułapka ze snu?
Ellen zadarła głowę pomimo wcześniejszego postanowienia i obróciła się dokoła własnej osi. Obraz wyspy, na której stała, nieznacznie zafalował.
Czy to… czy to była Pustka?
— Kim jesteś? — mruknęła, wracając spojrzeniem do maga.
Zobaczyła na jego ustach krzywy, zgaszony uśmiech. Wzruszył ramionami i oparł plecy o pomarańczowy głaz.
— Na imię mi Niall — westchnął. — Próbowałem ocalić Krąg, gdy natrafiłem na demona gnuśności. Przypuszczam, że mamy podobne doświadczenia.
Demon gnuśności? Naprawdę padła ofiarą czegoś takiego? Jakim w ogóle cudem? Myślała, że demony mogły robić dziwne rzeczy wyłącznie z magami. Czyli była opętana? Chyba nie. Skoro wyrwała się z pułapki.
Może nie powinna o tym myśleć. Może powinna skupić się na czymś innym, udając, że wszystko miała pod kontrolą.
— Niall? — powtórzyła, obracając się do maga. — Owain o tobie wspominał.
Niall skinął głową – ale odwrócił wzrok. Ellen widziała, że zaczął nerwowo rozcierać ręce, jakby rozmawiali na niewygodny temat.
— Owain bardzo mi pomógł — przyznał zgaszonym głosem. — Chyba nigdy nie zdołam mu się odwdzięczyć. Naszą bronią przeciwko dominacji magów krwi była Litania. Ale teraz jest już za późno. Wszyscy zginęli…
Wszyscy? Chyba mówił o magach, z którymi podjął się ratowania Kręgu. Pewnie widział, jak demony ich rozszarpywały. Albo może w jakiś bliżej nieznany Ellen sposób udało im się zginąć w Pustce.
Ale skoro wyrwała się z tamtego snu, musiała istnieć droga, żeby wyrwać się stąd. Zwłaszcza że to miejsce wyglądało na mniej strzeżone. Tak jakby.
Ellen zmarszczyła czoło, mimowolnie się rozglądając. Może w takim razie Duncan, który ją zaatakował, był jej wyobraźnią? Albo… demonem? Czy demony mogły zrobić coś takiego, przybrać czyjś kształt? Skoro Morrigan potrafiła zamienić się w niedźwiedzia – i to nie w Pustce – dlaczego nie?
— Jest jeszcze nadzieja, prawda? — mruknęła.
Nadzieja, że szlag ich nie trafi, zanim czegoś nie wymyślą.
— To miejsce pozbawia cię wszystkiego — żachnął się Niall. — Nadziei, uczuć, życia…
To nie brzmiało przyjemnie. Może dlatego Niall był taki blady? Pustka powoli wysysała z niego siły. Ale to przecież tylko świat snów, tak? Wyrwanie się stąd nie mogło przekraczać ich możliwości. Nie mogło być trudniejsze niż Ostagar.
— Znajdziemy z tego jakieś wyjście — stwierdziła twardo.
Niall pokręcił głową. Nie patrzył na nią, na jego twarzy malowało się rozgoryczenie.
— Nie, stąd nie sposób się wydostać — westchnął. — Możesz sądzić, że istnieje wyjście, ale mylisz się. Widzisz tamten piedestał?
Ellen prześlizgnęła się spojrzeniem po jego wyciągniętej ręce i obróciła się w stronę, którą wskazywał. Najpierw nie zobaczyła niczego konkretnego – tylko więcej dziwnego, pomarańczowego świata o zielonkawym niebie. W końcu jednak to dostrzegła. Drobną kamienną rzeźbę ukrytą wśród jaskrawych głazów. Niezbyt wysoką, przypominającą tablicę na chudej, krzywej podpórce.
— Widzę — mruknęła.
— Zbadałem widoczne na nim runy. — Ręka Nialla opadła jakby bez sił. — Oznaczają wyspy znajdujące się w dominium maga gnuśności.
Ellen zerknęła na niego z ukosa. To brzmiało… gorzej. Nie wiedziała, że demony miały królestwa w Pustce. Ale każde królestwo dało się, prędzej czy później, podbić.
Ruszyła do piedestału, zostawiając Nialla za sobą. Pochyliła się nad kamienną tablicą – żarzyły się na niej drobne kamyki. Czy raczej żarzył się jeden. Ellen przesunęła po nim palcami. Wyglądał ładnie. Inne kamienie układały się w kilka pierścieni, połączonych między sobą cienkimi nićmi.
— Sam demon znajduje się na centralnej wyspie, ale jest ona niedostępna — odezwał się Niall, lekko podnosząc głos. — Pięć wysp leżących wokół składa się na pierścień ochronny. Kiedy to ustaliłem, myślałem, że gdzieś mnie to zaprowadzi.
Ellen przyjrzała się wyspom, o których mówił. Rzeczywiście, łączyły się z jednym kamykiem na środku tablicy. Poza tym po zewnętrznej stronie, na jednym łuku z tym błyszczącym, znajdowało się ich jeszcze więcej. Niall chyba o nich nie wspominał.
— Udałem się więc na każdą z pięciu wysp, ale moje nadzieje okazały się płonne — westchnął Niall. — Zawsze pojawia się jakaś przeszkoda. Już widzisz ścieżkę, ale nie zdołasz na nią wejść. Jej istnienie będzie cię dręczyć i doprowadzi do szaleństwa.
Ellen zmarszczyła czoło. Skoro dało się zobaczyć tę ścieżkę, na pewno dało się na nią wejść. Choćby miała rozebrać Pustkę kamień po kamieniu – nie zamierzała tu siedzieć i czekać na cud. Albo śmierć. Zwłaszcza że nie chodziło tylko o nią.
Cofnęła się pół kroku, obracając do siedzącego w ciszy Nialla. Wyglądał nieco żałośnie, skulony przy kamieniu, zgarbiony i posępny.
— Czy moi towarzysze mogą być na którejś z tych wysp? — spytała, ruchem głowy wskazując piedestał.
Musiała ich odnaleźć. Upewnić się, że nic im się nie stało. Pamiętała ich gasnące głosy i rozpaczliwą prośbę Wynne – żeby się nie poddawała. Że demon mógł ich pozabijać. Czyli pozostawało jej tylko przeć przed siebie. Aż do skutku. Póki nie wygra – albo zginie.
— Ja… nie wiem — westchnął Niall.
Ellen widziała, że przechylił głowę. W jego oczach pojawił się blask – może zaczął się zastanawiać, jak się stąd wydostać? Lepiej późno niż wcale. Krąg nadal nie został uratowany. Ani Redcliffe. Ani Ferelden.
Wszystko było na jej głowie. Nawet w Pustce.
Prawie się uśmiechnęła na tę myśl.
— Jest wielu śniących — wymamrotał Niall, znów zapatrzywszy się na swoje dłonie. — Być może dotrzesz do nich, udając się na poszczególne wyspy… jeśli ci się poszczęści.
Szczęście to coś, czego Ellen nie miała w nadmiarze. Czego nie miała wcale. To jednak jeszcze jej nie powstrzymało od robienia głupot.
— Co wiesz na temat demona gnuśności? — spytała.
— Niewiele. — Niall wzruszył ramionami. — Nie można powiedzieć, byśmy byli przyjaciółmi. Demony mają swoje hierarchie. Grają we własne gierki, a śmiertelnicy są dla nich… pionkami albo tylko żetonami do zapłaty.
Och, jak miło.
Ellen zmarszczyła czoło. Cóż, w takim razie musiała zagrać z nimi, prawda? Nie wiedziała jeszcze jak – ale miała swoją broń, była uparta i na pewno nie zamierzała grzać miejsca obok Nialla.
— Demon, który nas tu przetrzymuje, włada prawdopodobnie całą tą częścią Pustki. — Niall zatoczył łuk ramieniem. — Łatwo nas nie wypuści, o ile w ogóle…
Czyli byli w kolejnej pułapce. Może każdy ten kamyk – każda wyspa – to pułapka? W takim razie trzeba wszystkie rozbroić. Po kolei.
— Warto spróbować. — Tym razem to Ellen wzruszyła ramionami. — Nie zamierzam bezczynnie czekać na śmierć.
Niall przechylił głowę. Przypatrywał się jej przez nieznośnie długą chwilę, jego niebieskie oczy utkwiły nieruchomo w jej twarzy. Ellen wytrzymała to spojrzenie. Nawet udało jej się wojowniczo zmarszczyć czoło.
— Nic nie osłabia twego ducha, co? — zamruczał Niall. — Nie wiem, czy cię podziwiać, czy ci współczuć.
Najlepiej pomóc, ale to chyba go przerastało. Nie wyobrażała sobie, jak ktoś taki zdecydował się na ratowanie Kręgu. Może jego zachowanie powodowało uwięzienie w Pustce? Może w normalnym świecie byłby bardziej znośny?
Ellen podparła się pod boki i rozejrzała dokoła. Poza piedestałem widziała trochę wzgórz, fragment ruin – to chyba kawałek wieży sterczał z pomarańczowej ziemi – dziwne rośliny i… Zmarszczyła czoło. Czy to był jakiś portal?
Wyglądał na wrośnięty w ziemię i skały, ale nie pokazywał bezkresu zielonkawego nieba – trochę przypominał lustro. W którym odbijała się inna okolica niż ta, w której Ellen utknęła z Niallem.
Prawdopodobnie przejście nim było głupotą. W tej sytuacji jednak nic nie było dostatecznie głupie, żeby tego nie robić.
— Jeszcze tu wrócę — zastrzegła.
Ruszyła do portalu stanowczym krokiem, zanim zdążyła się zawahać. Cokolwiek czekało po drugiej stronie, musiała być gotowa. Może wystarczyło założyć, że tu mogło wydarzyć się wszystko – więc nic nie powinno jej zaskoczyć.
— Nie przejmuj się mną — usłyszała zgaszony głos Nialla.
Oczywiście, że nie zamierzała. Skoro nie chciał pomóc, nie widziała problemu, żeby zostawić go przy tym cholernym pomarańczowym kamieniu. Nawet jeśli był magiem i siłą rzeczy wiedział więcej o Pustce niż ona.
Zatrzymała się przed lśniącą taflą – nie zobaczyła w niej swojego odbicia. Przed nią rozciągała się kolejna pomarańczowa wyspa, z której wzgórz wystawało więcej fragmentów ruin. Trochę przypominało to bagna Głuszy Korcari – tyle że suche i jaskrawe. Ellen nabrała głębokiego wdechu.
Zanurzyła dłoń w przyjemnie chłodnej, łaskoczącej tafli. Nie nadszedł ból. Nic strasznego się nie stało. Wstrzymawszy oddech, wślizgnęła się w nią cała.
Byle do przodu. Byle ciągle do przodu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz