piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 1.40 - Śniący


Miejsce, w którym znalazła się po przekroczeniu fioletowej bariery, niewiele różniło się od tego, gdzie przebywał Niall. Wyglądało na to, że wysepka była po prostu trochę mniejsza i bardziej górzysta. Jednak nie to zainteresowało Ellen, kiedy tylko przyzwyczaiła wzrok do nowego natężenia światła i rozejrzała się dokoła.
— Ja… po prostu chcę się stąd wydostać! — usłyszała przerażony, piskliwy głos. — POMOCY! — wrzasnął przenikliwie.
Dziewczyna uznała, że nie mogła tak po prostu stać w miejscu. Rzuciła się biegiem przed siebie, jakby po utwardzonej dróżce, okrążyła krzywą skałę i stanęła oko w oko z potworem, którego widziała jeszcze w Kręgu.
Istota stworzona z płynnej lawy, z bezosobowym pyskiem posiadającym tylko parę ognistych ślepi, z chudymi, pazurzastymi łapami. W twarz Strażniczki uderzył buchający od istoty żar, demon zarzęził gardłowo i skierował się posuwistymi ruchami do nowej zdobyczy, zostawiając poprzednią ofiarę.
Której Ellen, prawdę mówiąc, nadal nie widziała. Jednak w tej chwili musiała skupić się na czymś zgoła innym.
W pierwszym odruchu na widok demona Couslandka odskoczyła w tył, po czym obejrzała się przez ramię, otwierając usta, by zawołać Alistaira. Ale nagle zamarła na szeroko rozstawionych nogach, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń rozciągającą się dokoła.
Bo nikogo tam nie było.
Chyba po raz pierwszy w życiu została sama z kłopotami, bezbronna i bezradna. Zawsze ktoś był, czy rodzice, czy Gilmore, czy Shegar, czy Duncan – a potem właśnie Alistair. Przy nim czuła się tak, jakby nie mogło stać się nic złego, jakby to wszystko stanowiło tylko niewinną grę. Ale jego tu nie było.
Natomiast demon był.
Przeniosła wzrok na istotę i uniknęła jej ataku, rzuciwszy się gwałtownie w bok. Nagle nie wiedziała, co zrobić, jak walczyć, czy powinna uciekać, czy raczej przyjąć postawę ofensywną, czy miała jakiekolwiek szanse, czy właściwie jeszcze pamiętała, jak posługiwać się bronią. Nowoodkryte uzależnienie od drugiej osoby nie dość, że ją przeraziło, to jeszcze zirytowało. Nie mogła polegać tylko na innych, nie mogła im zostawiać wszystkiego, musiała sama działać, brać za siebie odpowiedzialność, musiała w końcu dorosnąć.
Uskoczyła przed kolejnym ciosem, nie spuszczając wzroku z demona i jednocześnie sięgając do schowanych w osłonkach sztyletów. Dobyła je lekkim ruchem, zacisnęła dłonie na rękojeściach i rzuciła się w przód, wprost w istotę. Tuż przed nią przyhamowała, wbijając pięty w pomarańczową ziemię, machnęła prawym ostrzem i z fascynacją obserwowała, jak metal zagłębia się w ognistym ciele, a potwór piszczy, wymachując chuderlawymi łapskami. Niestety nie udało się jej go zabić, musiała się znowu uchylić, jednak ta niespodziewana reakcja na kontakt z metalem kazała Strażniczce przeanalizować to, gdzie się znajdowała i z kim walczyła.
Była w Pustce. Pustka to domena duchów i demonów. Do Pustki udawali się ludzie, śniąc. Do Pustki świadomie wchodzili magowie. Pustkę definiowały uczucia, myśli i wspomnienia, jednak kształtować ją mogli tylko jej mieszkańcy. Pustkę od świata materialnego oddzielała Zasłona.
Świat materialny… Skoro Pustkę definiowały rzeczy ulotne i zmienne, taka też była ona. Natomiast świat, w którym żyli ludzie, pozostawał stały. To musiało przerażać demony, które przeszły przez Zasłonę. Zresztą Alistair coś o tym mówił. Zatem kontakt z rzeczą materialną, pochodzącą ze stałego świata, była w Pustce dla demonów bardzo nieprzyjemny. Zatem… Uśmiechnęła się dziko, patrząc na sztylet i obracając go przy tym w dłoni.
Tym razem była już pewna tego, co należało zrobić, by pozbyć się uciążliwego wroga. Starała się pozostawać poza zasięgiem pazurzastych łap i jednocześnie dźgać ogniste ciało tyle razy, ile tylko zdoła. Mina nieco jej zrzedła, gdy poraniony oraz doprowadzony na granicę wytrzymałości demon zionął w nią gorącym płomieniem. Zdołała się w ostatniej chwili rzucić na ziemię i osłonić głowę rękoma. Tylko czubek jej sztyletu został lekko osmalony.
Po kilku następnych ciosach istota wreszcie zarzęziła ciężko, jej ciało zafalowało na boki, a potem gruchnęła całym ciężarem na spękaną ziemię, zapadając się w nią. Strażniczka z trudem złapała oddech i spojrzała w miejsce, w którym przed chwilą znajdował się wróg. Pytanie brzmiało, czy demon naprawdę zginął, czy tylko postanowił uciec, nie chcąc ryzykować życiem. Żałowała, że tak mało wiedziała o magii i Pustce, że nigdy nie zgłębiała tej wiedzy i niczego o tym nie czytała. Teraz przydałyby się choć podstawowe informacje o klasyfikacji demonów.
Zaraz po tym, jak istota zniknęła – czy nawet zginęła – dziewczyna rozejrzała się dokoła, szukając tego, kto wołał pomocy. Nikogo nie dostrzegła, więc postanowiła ruszyć w przód; może uciekł przerażony za kamień i teraz się tam kulił? W końcu właśnie uratowała komuś życie, dobrze byłoby mieć pewność, że tej osobie nic się nie stało.
Przeszła ledwie trzy kroki, gdy usłyszała obok siebie niepewny, piskliwy głosik, za sprawą którego rozejrzała się spłoszona.
— Dziękuję! — zawołał nieznajomy. — Ale… dla mnie jest już za późno.
Ellen coś tknęło, zmarszczyła czoło i spuściła wzrok na ziemię, by ujrzeć… wpatrującą się w nią mysz.
— Zabij Yevenę, demonicę, która tu rządzi. Chroni swego pana, Gnuśność — wytłumaczyła, łapiąc gwałtowne wdechy, jakby brakowało jej sił, by dalej mówić.
Ellen uklękła przy myszy, wpatrując się w nią w zdumieniu.
— Istnieją pewne drzwi! Drzwi, które widzą tylko demony… — wyszeptał gryzoń i zachwiał się na krótkich łapkach. — Klucz do nich musi znajdować się w innej sferze — stwierdził i wbił wzrok paciorkowatych oczu w twarz Strażniczki. — Weź moją moc… Ocal pozostałych, którzy są uwięzieni w koszmarach, zabij demony strzegące Gnuśności! Zrób… — zaczął, jednak jego słowa zagłuszył przeciągły pisk.
Mysz raz jeszcze się zachwiała, a potem upadła nieruchomo na ziemię. Ellen wytrzeszczyła oczy.
— Panie Myszo? — spytała niepewnie.
Zwierzątko się nie poruszyło, co naprawdę dziewczynę zmartwiło.
— Panie Myszo, słyszy mnie pan? Halo? — naciskała uparcie i ostrożnie dźgnęła palcem nieduże ciałko.
Ledwie dotknęła ciemnobrązowego futerka, całą nią wstrząsnął dreszcz. Na moment zdrętwiała, otwierając szeroko oczy, a potem jęknęła i podkuliła pod siebie nogi, obejmując głowę ramionami i zwijając się na pomarańczowej ziemi w ciasną kulkę. Czuła się tak, jakby miała zaraz zwymiotować, zrobiło się jej paskudnie słabo, świat zawirował przed oczami, a ciało stało się słabe, niemal bezwładne.
Nagle to wszystko zniknęło. Niepewnie uchyliła powieki i popatrzyła bez zrozumienia przed siebie. Po myszy nie było już śladu, została zupełnie sama w tej części Pustki. Usiadła skołowana na ziemi, kiwając się nieznacznie i marszcząc w skupieniu czoło. Próbowała odtworzyć w pamięci słowa stworzonka.
Yevena… kolejny demon. Chroniła Gnuśność, zatem broniła drogi do centralnej wyspy. Czy na każdej z tych pięciu części Pustki znajdował się taki demon? Pewnie tak.
Drzwi widziane tylko przez demony…? I co mogła z tym fantem zrobić? Niewiele. W końcu była człowiekiem. Ale jaka moc? O co chodziło tej… myszy? Podniosła się z ciężkim westchnieniem i rozejrzała się dokoła, szukając drogi powrotnej do Nialla.
Ale przejścia pod łukiem już nie było.
Zmarszczyła zaniepokojona czoło i znowu potoczyła wzrokiem wokół, szukając innego sposobu, by dostać się do maga oraz opowiedzieć mu o tym, czego doświadczyła. Niestety wszędzie widziała tylko wzgórza, krzywe budowle i dziwne rośliny, dalej rozciągała się pustka, gdzieś dostrzegła ciemne budynki, ale nie skupiła się na nich. Zauważyła niedużą norkę przy jednym z głazów.
Podeszła szybkim krokiem do szczeliny i uklękła przed nią, pochylając się tak, by zajrzeć do środka. Najpierw wydało się jej, że wewnątrz panowały idealne ciemności, jednak po chwili intensywnego wpatrywania się w mrok dostrzegła błysk światła. Uniosła brwi, niemal wpychając nos do norki, kiedy mocniej się pochyliła, i westchnęła ciężko, rozdmuchując sypką ziemię. Jak mogła się tam dostać? Nie widziała innej drogi, by wrócić do Nialla, ale problemem nadal pozostawała jej wielkość.
Usiadła zrezygnowana i raz jeszcze westchnęła ciężko, przeciągając dłonią po twarzy. To co dalej? Może powinna zacząć kopać, gdyby jej się poszczęściło, przekopałaby się na drugą stronę i wydostałaby się z tej wysepki. Ale nie miała tyle czasu, zresztą ziemia zdawała się naprawdę twarda. Ellen uderzyła ze złością dłonią zaciśniętą w pięść o glebę, sycząc przez zęby przekleństwo.
Chwila, mysz mówiła o mocy. Miała ją od niej wziąć, przyjąć, cokolwiek to znaczyło. Więc może to by pomogło? Cmoknęła zdenerwowana i uniosła rękę tak, jakby była magiem, który szykował się do przywołania kuli światła. Zapatrzyła się na wyciągnięte w górę palce, marszcząc w skupieniu czoło. I co dalej? Zaklęcie, formułki, tajemne gesty? Boję się, pomyślała z niejakim zaskoczeniem, czując piekące w oczy łzy, gdy wspominała towarzyszy, którzy ciągle ją wspierali, chronili, pomagali.
Tak bardzo by chciała móc usiąść teraz obok Alistaira, westchnąć ciężko i oprzeć głowę o jego ramię, tak po prostu, żeby poczuć się bezpieczniej.
— Chcę stąd wyjść. Chcę się stąd wydostać. Proszę, jeśli jest jakiś sposób, muszę go poznać. Pomóż mi, kimkolwiek byłeś i cokolwiek mi ofiarowałeś. Muszę — wyszeptała zdławionym głosem, zaraz przygryzając wargę.
Gdyby mogła być trochę mniejsza. Gdyby tylko dała radę wejść do tej norki…
I nagle poczuła, zupełnie niespodziewanie i całkowicie nieadekwatnie do sytuacji, łaskotki. Coś ją gilgotało po całym ciele, jakby wpadła do beczki z pierzem. Zachichotała cicho, próbując się pozbyć tego wrażenia poprzez poprawianie zbroi oraz drapanie się tam, gdzie mogła, by po minucie odkryć, że cały świat stał się wielki, ona mała – a przynajmniej mniejsza niż zawsze – i w dodatku nie sięgała rękoma do nóg.
Stwórco jedyny!, wrzasnęła w myślach, gdy spuściła głowę i spojrzała na siebie. Prawdopodobnie, gdyby tylko mogła, powiedziałaby to na głos, jednak z jej gardła wydobył się tylko zdenerwowany pisk.
Nigdy nie sądziła, że przekona się, jak to jest być myszą. Nigdy nie sądziła, że skończy w Pustce, uwięziona przez demona gnuśności, i będzie zmieniała się w różne gryzonie. Nawet ogon miała!
To tylko sen. Tylko głupi sen. Wejdę do norki, wyjdę z niej, wydostanę siebie oraz towarzyszy z Pustki, a potem wszystko wróci do normy i po prostu uratujemy Krąg. Ellen, bądź silna, to nic takiego, powtarzała sobie w myślach, niepewnie i chwiejnie idąc na czterech małych łapkach do norki.
Wślizgnęła się w otwór i ruszyła lekkim truchtem przez wydrążone korytarze w kierunku światła, próbując opanować niekontrolowane piśnięcia oraz niepokorny ogon. Kiedy w końcu wydostała się na zewnątrz, spróbowała ocenić sytuację, w jakiej się znalazła. Cóż, trzeba przyznać, że z takiej perspektywy cały świat wyglądał inaczej i bardzo dziwnie, więc nie potrafiła ocenić, czy dalej była na tej samej wyspie, czy może udało się jej przejść na inną.
Skupiła się na tym, by wrócić do poprzedniego kształtu, do własnego ciała. Zacisnęła z całej siły ślepka, w myślach powtarzając prośbę w nadziei, że to pomoże. Kiedy znów niepewnie uchyliła powieki, odkryła, że siedziała na ziemi w ludzkiej formie, świat wrócił do naturalnych rozmiarów, a przed nią migotała kolejna fioletowa bariera. Podniosła się z cichym stęknięciem, radośnie utrzymując równowagę tylko na dwóch nogach, po czym ruszyła chwiejnym krokiem do przejścia, mając cichą nadzieję, że zaprowadzi ją do Nialla.
Wpół drogi na chwilę przystanęła, patrząc na odległą wyspę, na której wznosiły się niewyraźne kontury budowli. Wyglądało to jak miasto – bardzo ciemne miasto. Zastanowiła się, co to też mogło być, po czym uniosła wysoko brwi w niedowierzaniu. Czyżby patrzyła na Czarne Miasto? Dawną siedzibę samego Stwórcy?
Jeszcze chwilę tak stała nieruchomo, potem westchnęła i skierowała się do przejścia. Miała ważniejsze rzeczy na głowie niż dociekanie, czy na tamtej wyspie mieszkał Stwórca. Musiała dotrzeć do towarzyszy, uratować przyjaciół, nie pozwolić, by zginęli przez jej głupotę i słabość.
Znów zawiodła. Ale tym razem zdoła wszystko naprawić.
Wyciągnęła rękę i włożyła ją w fioletowe światło, bez wahania przekraczając ulotną granicę i stawiając krok w pustej przestrzeni.

Z prawdziwą ulgą odkryła, że kawałek dalej dostrzega sylwetkę Nialla. Odetchnęła głęboko, wciąż czując się co najmniej skołowana tym, czego doświadczyła – nie co dzień zostawało się gryzoniem i biegało po ciasnych norkach, przedziwnym sposobem przenosząc się z jednej wiszącej w powietrzu wyspy na drugą. Ostatecznie postanowiła porzucić te rozmyślania i skupić się na aktualnym zadaniu.
Kilka metrów od maga poczuła chłodny powiew na skórze. Zjawisko zaskoczyło ją o tyle, że przecież w Pustce nie było czegoś takiego jak wiatr, powietrze trwało ciężkie oraz nieruchome. Ale miała pewność, że podmuch w nią uderzył. Rozejrzała się zdumiona, próbując zlokalizować prawdopodobne źródło zjawiska, niestety niczego nie dostrzegła. Wzruszyła ramionami i podeszła do Nialla.
— Coś się stało, prawda? — spytał młodzieniec, kiedy dostrzegł zbliżającą się Ellen.
Dziewczyna uniosła brwi, nie do końca rozumiejąc, o co mu mogło chodzić.
— Wyglądasz jakoś inaczej. Co się stało? — powtórzył, marszcząc z zainteresowaniem czoło.
Strażniczka rzuciła okiem za siebie, by sprawdzić, czy przypadkiem nie został jej ogon. Jednak nie, wszystko było w całkowitym porządku, więc znów przeniosła wzrok na Nialla, niepewnie się uśmiechając.
— Zmieniłam się w mysz — odparła, starając się nie myśleć o tym, jak głupio to zabrzmiało.
Ale czarodziej wyraźnie się ożywił.
— Naprawdę? Czy to pomogło? — wyrzucił na wydechu i wbił wzrok w ziemię u swoich stóp, pocierając w zamyśleniu brodę. — Widziałem jakieś norki. Byłaś wystarczająco mała, żeby się przecisnąć? — drążył.
— Myślałam, że już się poddałeś — zauważyła kąśliwie Ellen. — Skąd te emocje?
— Ja… nie wiem — przyznał.
Spojrzał na nią wielkimi oczami.
— Jesteś… dużo odważniejsza ode mnie. Byłem przekonany, że nie można się stąd wydostać… — wymamrotał zszokowany. — Myślisz, że mogłabyś nauczyć się przybierać inne formy? Może udałoby ci się dostać w miejsca, które inaczej były niedostępne — zauważył, uśmiechając się z nadzieją.
Ellen westchnęła ciężko i skinęła głową.
— Postaram się — obiecała i podeszła szybkim krokiem do piedestału, chcąc zobaczyć, co się zmieniło.
Ledwie się doń zbliżyła, kanaliki łączące pierścień ochronny rozświetliły się na złoto, otwierając drogę do czterech kolejnych wysp. Uśmiechnęła się zadowolona, chwilę przyglądając się ciemnym runom i zastanawiając się, którą z nich powinna wybrać.
Wreszcie ostrożnie dotknęła pierwszego symbolu na lewo od wyspy, gdzie się aktualnie znajdowała, i na wszelki wypadek zamknęła oczy.

Kiedy znowu uchyliła powieki, w jej twarz buchnął gorący płomień. Krzyknęła zaskoczona i cofnęła się nerwowo, odsuwając od źródła ognia i osłaniając głowę ramionami. Ledwie jej wzrok przyzwyczaił się do jasności i mogła trochę się rozejrzeć dokoła, przez swąd dymu przebił się znajomy smród. Kaszlnęła cicho, przeczesując palcami włosy i próbując zrozumieć, gdzie się znalazła.
Stała w bibliotecznym pomieszczeniu, regały płonęły równym ogniem, dokoła strzelały iskry, a kartki książek zwęglały się na jej oczach. Wtedy przez równomierny trzask płomieni przebił się niski pomruk, po sali rozniosło się ciche warczenie. Strażniczka z oszołomieniem spojrzała na zbliżające się do niej cztery pomioty.
— Co jest, do cholery? — wychrypiała, odruchowo się cofając.
Cóż, akurat one były ostatnim, czego się tu spodziewała, więc w pierwszej chwili nawet nie pomyślała o dobyciu broni. Zdanie zmieniła, gdy pomiot mający prawdopodobnie przypominać hurloka, a wyglądający trochę bardziej jak alfa genloków, rzucił się na nią z bojowym rykiem.
Pisnęła cicho i chwyciła sztylet, wystawiając go jak halabardę przed siebie. Pomiot nadział się na ostrze, drgnął nerwowo, po czym znieruchomiał. Dziewczyna, nagle obciążona bezwładnym cielskiem potwora, straciła równowagę i wpadła plecami na ścianę, nogą nerwowo strącając trupa z broni. Kiedy tylko się go pozbyła, odkryła, że przez pobliskie drzwi do środka pomieszczenia wpadły kolejne pomioty i nagle zrobił się z nich większy oddział. I, co gorsza, wszystkie ruszyły na nią, potrząsając bronią.
— Jasna cholera! — krzyknęła przerażona i ruszyła biegiem wzdłuż ściany, zastanawiając się, dokąd mogłaby pomiotom uciec.
Nawet gdyby chciała, nie poradziłaby sobie z taką ilością wroga w pojedynkę, dlatego odwrót wydał się jej najrozsądniejszym wyjściem.
Jeszcze nigdy nie czuła takiej ulgi na widok niedużej norki w podłodze. Nie zastanawiała się nawet, jakim cudem w kamiennej posadzce znajdowała się dziura przypominająca otwór wykopany przez mysz w ziemi, po prostu uznała, że taki był porządek rzeczy. A potem z okrzykiem przerażenia dała nura do środka, niemal bezwiednie skupiając się całą sobą na drugiej postaci.
Właściwie to zdziwiła się, kiedy wcale nie przyrżnęła głową w podłogę, tylko miękko wylądowała w norce, zostawiając za sobą pomioty. Poruszyła wąsikami – Stwórco, nigdy się nie przyzwyczaję! – zmarszczyła różowy nosek, a widząc, że jeden z genloków próbował wpakować za nią broń, pisnęła zdenerwowana. Pobiegła podziemnym korytarzem, wciąż jeszcze nie potrafiąc panować nad ogonem.
Wreszcie wydostała się z norki, otrzepała ciemnobrązowe futerko z kurzu i następny krok, jaki postawiła, był już w pozycji wyprostowanej, jak na człowieka przystało. Odetchnęła głęboko, starła ziemię z policzka i rozejrzała się po kamiennym korytarzu, zastanawiając się, gdzie też się znalazła. Tu nie śmierdziało mrocznymi pomiotami, więc istniała szansa, że uniknie kolejnego spotkania z ulubionym wrogiem. Ruszyła przed siebie, z niejaką konsternacją patrząc na ślepą uliczkę, w której się znalazła.
Na całe szczęście od tego korytarza odchodziła jeszcze jedna odnoga, równie krótka i także kończąca się ścianą, ale tam dostrzegła nową norkę. Westchnęła ciężko, nie do końca zadowolona z przymusu kolejnej zmiany formy, zbliżyła się do otworka i dała nura do środka, modląc się w duchu, by to przybieranie postaci myszy niedługo się skończyło.
Tym razem wydostała się do obszernej komnaty pełnej strzelistych kolumn. Tuż nad posadzką unosiły się kłęby śnieżnobiałej mgły, obłoki kotłowały się bez udziału wiatru i obejmowały niewyraźne sylwetki rysujące się dokoła.
Znowu poruszyła wąsikami, zastanawiając się, kto stał za jednym ze słupów, i wsłuchała się w cichy głos niosący się przez powietrze.
— Tak… tak! — szeptał gorączkowo nieznajomy, spoglądając nerwowo na boki. — Muszę być cicho… cii… Nie znajdą mnie tutaj! Nie znajdą! — mamrotał.
Ellen bezwiednie postąpiła krok w przód, przez co wróciła do ludzkiej postaci. Zachwiała się nieznacznie, jednak z tej perspektywy lepiej patrzyło się na otaczający ją świat. Dostrzegła we mgle niewyraźne, półprzezroczyste sylwetki istot, chyba mrocznych pomiotów. Zmarszczyła czoło, nie do końca rozumiejąc, co się tutaj działo.
— Ty! — syknął ukrywający się wojownik, wytykając Ellen palcem.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
— Nie ruszaj się! Usłyszą nas! — zawołał spanikowany.
Strażniczka z fascynacją patrzyła, jak pomioty, drgnąwszy nagle, zaczynają zbliżać się do obcego.
— Oni… Nie! — krzyknął, dobył miecza i ruszył do ataku, rozpaczliwie wymachując ostrzem na lewo i prawo.
Ellen, czując się poniekąd winną, chwyciła własną broń i skoczyła do walki, wspierając przerażonego młodzieńca swoimi zdolnościami. Musiała przyznać, że przy jego wymachiwaniu mieczem we wszystkie strony jej umiejętności były niemal na poziomie mistrzowskim. Ponadto każdy, nawet najmniejszy kontakt pomiotów-duchów z jej bronią kończył się ich rozpłynięciem, dlatego nie walczyli długo, by zwyciężyć.
— Już ich nie ma — wydusił oszołomiony wojownik. — Zrobiłaś to. Zabiłaś ich.
Ellen pomyślała, że on też trochę ich zabił, jednak milczała.
— Ale nie wszystkich. Ich przywódcy kryją się za niezniszczalnymi drzwiami — wyjaśnił, unosząc rękę i wskazując widniejące w przeciwległej ścianie przejście.
Couslandka skinęła powoli głową.
— Daję ci swoją mądrość, pozwoli ci widzieć. A teraz się przebudzę… — westchnął szczęśliwy, dotknął drżącymi palcami czoła dziewczyny, po czym tak po prostu się rozpłynął.
Kiedy zniknął, wstrząsnął nią dojmujący dreszcz, zakręciło się jej w głowie i zachwiała się na drżących nogach, z trudem łapiąc oddech. Przymknęła na chwilę oczy, doprowadzając się do porządku, a gdy znów uchyliła powieki, ujrzała stojący we mgle znajomy piedestał. Uśmiechnęła się ze znużeniem i ruszyła do niego, by przyjrzeć się runom.
Nic nie uległo zmianie, lśniła tylko wyspa, na której rozgrywał się jej sen z Duncanem, pierścień ochronny pozostawał matowy. Ścieżki łączące symbole świeciły się jasno. Po krótkim wahaniu wybrała runę znajdującą się po prawej stronie wyspy Nialla i z przyzwyczajenia zamknęła oczy, czekając na to, co się wydarzy.

Tym razem w twarz nie uderzył jej żaden płomień. Stała w niedużej komnacie z kilkoma regałami książek, powywracanymi oraz połamanymi, z długim stołem, na którym piętrzyły się zupełnie nieprzydatne, popsute przedmioty. Rozejrzała się czujnie, oczekując takiego samego zmasowanego ataku, co w koszmarze wojownika, jednak nic takiego nie miało miejsca. Natomiast do jej nozdrzy dotarł zapach płonącego drewna.
Zmarszczyła czoło i zlokalizowała wzrokiem dwie pary drzwi; jedne znajdowały się za jej plecami, drugie przed nią. Zawahała się z wyborem, przestąpiła z nogi na nogę i niepewnie postawiła krok w przód. Wtedy pułapka koszmaru została uruchomiona.
Drzwi za jej plecami z trzaskiem pękły. Dziewczyna odskoczyła w bok, a do pomieszczenia wdarł się dziki płomień, sięgając ognistymi ramionami po wszystko, do czego tylko mógł. Ellen szeroko otworzyła oczy, patrząc, jak pożar rozprzestrzenia się z zawrotną szybkością, zupełnie inaczej niż w poprzednim śnie. Wreszcie, nim ogień dotarł do drugich drzwi, oprzytomniała i puściła się biegiem w korytarz, próbując uciec przed spaleniem.
Zanadto się nie zdziwiła, kiedy płomienie ruszyły za nią jak psy myśliwskie za tropem zająca, jakby ich jedynym zadaniem było spalenie jej. Zacisnęła zęby, rozpaczliwie przyspieszając, jednak kątem oka dostrzegła pełznące po ścianach palce ognia, powoli i nieubłagalnie zbliżające się do niej. Jeszcze nigdy nie ścigała się z rozszalałym żywiołem, ale też nigdy nie zmieniała się w mysz, więc właściwie była już gotowa na wszystko.
Widok kolejnych drzwi naprawdę ją ucieszył. Z trudem złapała oddech i rzuciła się całym ciałem na deski, nerwowo naciskając klamkę. Wpadła do środka chwilę przed tym, jak ogień wreszcie dopadł do progu. Odetchnęła ciężko, rozglądając się dokoła i usiłując zlokalizować drogę ucieczki. W tym czasie płomienie rozciągnęły się wzdłuż ścian pomieszczenia zupełnie tak, jakby chciały Strażniczkę otoczyć, a potem powoli zaczęły się do niej zbliżać.
Wtedy dziewczyna dostrzegła wąskie przejście prowadzące na schody. Zacisnęła z zacięciem zęby i skoczyła do biegu, rzucając się do szczeliny, mimo że zasłoniły ją już płomienie. Z każdym krokiem coraz bardziej przyspieszała, jakby miała nadzieję, że odbije się od ziemi i przefrunie nad ogniem.
To Pustka, kraina snów, a ja jestem w koszmarze. Wystarczy uwierzyć, zwyczajnie uwierzyć, uwierzyć ponad życie. Muszę im pomóc, muszę ich odnaleźć, muszę go uratować, bo jest jedynym człowiekiem na ziemi, któremu wciąż na mnie zależy. I nie powstrzyma mnie kaprys głupiego demona!
Odbiła się od posadzki, podkuliła nogi, wymachując nimi w powietrzu, i skoczyła nad płomieniami z krzykiem przerażenia. Przy lądowaniu na twardych stopniach osłoniła głowę rękoma, jednak mimo tego uderzyła się boleśnie o kamienie i paskudnie rozcięła wargę. Mlasnęła zdenerwowana, otarła krew z ust i pobiegła stopniami na piętro, nie oglądając się na ścigające ją płomienie, ignorując tańczące na ścianach refleksy.
Pustka czy nie Pustka, krwawię tak jak w świecie materialnym. O tyle dobrze, że odkryłam to już po skoku, a nie przed. Inaczej bym się nie odważyła.
Wpadła do pomieszczenia pełnego najprzeróżniejszych korytarzy i ze zgrozą zrozumiała, że znalazła się w przedziwnym labiryncie. Chwilę stała nieruchomo, zdumiona oraz zszokowana, jednak zaraz usłyszała trzask płomieni i rzuciła się biegiem przed siebie, próbując odszukać wyjście.
Zwykle kiedy chciała wybrać określoną odnogę labiryntu, na drodze stawała jej ściana płomieni i dziewczyna musiała szybko zawracać, by pobiec gdzieś indziej. Lawirowała tak chyba bez końca, aż wreszcie w ślepej uliczce dostrzegła utęsknioną mysią norkę. Odetchnęła zadymionym powietrzem, kaszlnęła i przyspieszyła resztkami sił. Zahamowała z poślizgiem, kucnęła i w postaci myszy wskoczyła pod ziemię. Potruchtała przerażona w głąb tunelu, nie oglądając się za siebie. Po kilku metrach uspokoiła się, złapała równiejszy oddech i spokojniejszym krokiem wygramoliła się z dziury, wychodząc na równą posadzkę.
Ledwie pomyślała o zmianie postaci, stała już na dwóch nogach, chwiejąc się lekko i próbując pozbyć się łaskoczącego wrażenia, jakby wciąż miała wąsy na policzkach. Kiedy przeniosła wzrok przed siebie, odkryła, że niedaleko stał mężczyzna w ciężkiej zbroi templariusza.
— Muszę… opanować gniew — wydyszał, zaciskając dłoń na ciemnobrązowych włosach. — Ale on we mnie kipi… pali mnie! Musisz UMRZEĆ! — krzyknął, celując palcem w Strażniczkę.
— Słucham? — wydusiła, dźgając się kciukiem w klatkę piersiową. — Że niby ja? —Rozejrzała się nerwowo, jednak nie dostrzegła nikogo innego, kto miałby umierać.
Templariusz chwycił wielkie dwuręczne ostrze, krzyknął gniewnie, potrząsając bronią, i ruszył na drobną dziewczynę. Ellen z rosnącym przerażeniem patrzyła, jak skórę mężczyzny pokrywają płomienie, jak cały staje w ogniu i nic mu się od tego nie dzieje. Krzyknęła cicho, uchylając się przed ciosem i zastanawiając się, co powinna zrobić, by nie zabić śniącego oraz go uspokoić. Ostatecznie dobyła broni, by sprawniej blokować ataki, i czekała na okazję, w której mogłaby włożyć rękę w płomienie, uderzyć go płazem ostrza w skroń.
Jednak templariusz długo nie chciał dać jej takiej sposobności i przyjęła na sztylety chyba z trzydzieści uderzeń, nim wreszcie pacnęła mężczyznę po głowie. Syknęła cicho i dmuchnęła na poparzoną rękę, potrząsając nią nerwowo.
— Gniew… słabnie… — wyszeptał zdumiony, przyglądając się płonącym rękom. — Wolność… Weź moc Rhagosa, użyj jej i spal go… spal je wszystkie.
Dziewczyna przestała chuchać na poparzenie i skupiła się na mężczyźnie.
— On broni demona gnuśności, stoi na drodze, która do niego prowadzi. Musisz… zniszczyć drzwi — wydusił, wskazując drżącą ręką kolejne wrota.
Ellen westchnęła cicho.
— Inni śniący, inne moce… jedyny sposób… — jąkał, sięgając do czoła Strażniczki.
Dziewczyna odruchowo cała się napięła, kiedy płomienie dotknęły jej skóry, jednak nie została poparzona. Ogarnęło ją nagłe ciepło; zachwiała się na ugiętych nogach, półprzytomnie patrząc, jak templariusz znika. Odetchnęła głęboko, naciskając palcami na nasadę nosa, i rozejrzała się dokoła. Nie zdziwił jej widok piedestału, zbliżyła się do rzeźby i znów przyjrzała się runom.
Tym razem dotknęła tę tuż za symbolem oznaczającym koszmar, w którym znajdowała się aktualnie. Zanurzyła się w ciemność z przeświadczeniem, że była coraz bliżej celu. Uśmiechnęła się, zamykając oczy.

Tym razem stanęła w pustym korytarzu, zewsząd słysząc stłumione ludzkie głosy. Z doświadczenia wiedziała, że wolała nie poznawać ich właścicieli, dlatego ruszyła przed siebie najciszej, jak tylko potrafiła, modląc się w duchu, by nikt nie odkrył jej obecności. Na całe szczęście wszystkie komnaty były pozamykane, więc nie musiała się obawiać, że ktoś mógłby ją zauważyć. Z usłyszeniem też marne szanse, poruszała się bardzo ostrożnie.
Przystanęła dopiero przy uchylonych drzwiach, przywarła do ściany i ukradkiem zajrzała do pokoju. W środku, na regularnym obwodzie koła, stała czwórka magów. Wszyscy trzymali kostury i kiwali się miarowo.
— Nikomu nie możemy ufać — odezwał się jeden z nich.
Po komnacie przebiegł cichy pomruk aprobaty.
— A szczególnie sobie nawzajem — uściślił inny, unosząc pouczająco palec.
Ellen pomyślała, że każdy koszmar, do którego się dostawała, był coraz bardziej absurdalny.
— Och, rozwiązanie jest takie proste — westchnął trzeci mag, wznosząc rozmarzone spojrzenie do sufitu. — Będziemy ZABIJAĆ! ZABIJEMY wszystkich! — postanowił, opuszczając kostur i celując w jedynego milczącego czarodzieja.
— Cudownie! — zawołał ten, który jako pierwszy zabrał głos, a potem powietrze rozświetliło się od przecinających je zaklęć.
Ellen odwróciła głowę w drugą stronę, przywierając do ściany i czekając, aż wszyscy się nawzajem pozabijają. W każdym śnie był tylko jeden śniący, natomiast demonów ratować nie miała zamiaru.
Gdy wreszcie zaległa cisza, a rozbłyski się skończyły, ostrożnie chwyciła klamkę i na wszelki wypadek zamknęła drzwi komnaty, by nikt przypadkiem nie zauważył jej, jak będzie przechodziła obok. Ruszyła dalej, szukając jakiegokolwiek przejścia, którym miałaby się dostać do śniącego. Korytarz kończył się drzwiami, więc bez wahania do nich podeszła i otworzyła na oścież po to tylko, by w jej twarz buchnął płomień, odgradzając ją od pomieszczenia, które prowadziło na schody na kolejne piętro.
Ellen syknęła gniewnie przez zęby, odruchowo cofając się dwa kroki, i spojrzała bezradna na ogień, zastanawiając się, co teraz. W postaci myszy zapewne nie da rady przejść przez tę przeszkodę… jednak inni śniący również podarowali jej zdolności.
Odtworzyła w myślach wszystkie przebyte do tej pory rozmowy i uznała, że templariusz, z którym niedawno walczyła, mógł podzielić się z nią odpornością na ogień. Westchnęła głęboko, zamknęła oczy i skupiła się na zadaniu. Kiedy niepewnie uchyliła powieki, dostrzegła tańczące na skórze płomienie. Mrugnęła oszołomiona, przyglądając się zjawisku z fascynacją, po czym, bardzo niepewnie, zanurzyła rękę w ogniu. Ku jej całkowitemu zdumieniu nie poczuła właściwie nic, więc raźno przeszła przez całą płomienną barierę, a żywioł nie uczynił jej żadnej krzywdy.
Ledwie ominęła tę niezbyt przyjemną przeszkodę, ogień z jej ciała zniknął, a ona na powrót była zwykłym człowiekiem. Odetchnęła głęboko, przeczesała palcami włosy i ruszyła na schody, rozpoczynając mozolną wspinaczkę na sam szczyt. Kiedy przekroczyła próg następnego pomieszczenia, natrafiła na interesującą scenę. Mag rozpaczliwie bronił się przed dwoma duchownymi Zakonu oraz jednym wielkim golemem, podczas gdy druga kamienna istota leżała nieruchomo na posadzce.
— Pomocy! Proszę! — krzyknął mag, zauważywszy stojącą w progu Ellen.
Strażniczka potrząsnęła głową, przytomniejąc trochę, dobyła sztyletów i rzuciła się do nieszczęsnego mężczyzny, przebijając ciało jednej siostry zakonnej na wylot. Odtrąciła trupa na bok i zajęła się drugim zakonnikiem, odciągając go od maga, natomiast sojusznikowi pozostawiając rozprawienie się z golemem. Nie miała pojęcia, jak się walczyło z tymi wielkimi, kamiennymi podobiznami ludzi.
Kiedy zabiła aktualnego przeciwnika, stanęła u boku maga, atakując golema. I choć ostrza jej broni początkowo tylko krzesały iskry na kamiennym ciele, po chwili zmagań istota zachwiała się, opadła na kolana i gruchnęła na ziemię.
— Dziękuję — wysapał zmęczony mag. — Najwyższy czas, by ten sen się wreszcie skończył. Daję ci swoją siłę — zwrócił się do Ellen, kładąc zimną dłoń na jej czole. — Na niewiele się zda w zetknięciu z demonem, który tu rządzi, ale być może okaże się pomocna w innych sferach — wyjaśnił, uśmiechając się smutno. — Znajdź sposób na zabicie wszystkich demonów, a otworzysz sobie drogę do Gnuśności. — Na chwilę zacisnął dłoń na ramieniu dziewczyny. — Uwolnij nas z tego koszmaru! — zawołał, rozpływając w powietrzu.
Ellen podeszła do piedestału, który właśnie pojawił się w polu jej widzenia, i przyjrzała się wyspom. Powinna odwiedzić teraz ostatnią runę z pierścienia ochronnego, jednak bardziej jej wzrok przyciągał inny symbol. Dlatego bez wahania wybrała wyspę Nialla, przymrużając powieki.
Nadchodzę, Yeveno, pomyślała z zimną satysfakcją, znów zamykając oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz