sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.41 - Demony sfer


Ledwie znalazła się na wyspie Nialla, od razu ruszyła energicznym krokiem w stronę przeciwną do piedestału, w miejsce, gdzie poczuła na skórze powiew wiatru. Już wtedy podejrzewała, że coś tam musiało być, ale teraz zaczęła rozumieć. Mysz mówiła o niewidzialnych drzwiach, za którymi kryła się Yevena, natomiast jeden ze śpiących powiedział, że oddawał moc pozwalającą widzieć. Dlatego postanowiła to sprawdzić i raz na zawsze pozbyć się demona.
— Dokąd ty…? — zaczął Niall, oszołomiony tym, że Ellen po prostu śmignęła mu niemal biegiem przed nosem, nawet nie zerknąwszy na niego.
Dopiero kiedy się odezwał, spojrzała w jego stronę i potrząsnęła głową.
— Muszę coś sprawdzić. Stój dalej i udawaj, że nie istniejesz — poprosiła, machnąwszy niedbale ręką, i spróbowała zlokalizować miejsce, w którym jej skórę łaskotał delikatny powiew.
Chwilę pokręciła się w miejscu, aż wreszcie wybrała najlepszy punkt strategiczny i obróciła się twarzą do miejsca, skąd wiatr zdawał się wydobywać.
— Co ty robisz? — pytał uparcie Niall, przydreptawszy kawałek do Ellen.
Dziewczyna postanowiła zignorować maga, skupiając się wyłącznie na tym, co chciała zrobić. Zobaczyć drzwi. Mogłyby być nawet bardzo małe, ale żeby były. Zobaczyć, móc dotknąć, użyć ich. Po prostu…
— Ty… ty jesteś przezroczysta! — zawołał przerażony Niall, dlatego Strażniczka otworzyła oczy i rozejrzała się dokoła.
Na pozór nic się nie zmieniło, tylko jej ciało wyblakło, kontury się zatarły i widziała prześwitującą przez swoją rękę pomarańczową ziemię. Jednak po zmianie w płonącego człowieka oraz piszczącą mysz już niewiele mogło ją zdziwić. Popatrzyła w stronę, gdzie powinny znajdować się demoniczne drzwi.
Wydała z siebie okrzyk triumfu na widok zawieszonych w powietrzu wrót. Czyli mysz miała rację, teraz mogła iść i zabić Yevenę! Klasnęła bezgłośnie w ręce, zadowolona z poczynionego odkrycia, i podeszła do drzwi, nie dotykając stopami ziemi. Wyciągnęła dłoń do ciężkiej, czarnej klamki, ale znowu przeszkodził Niall:
— Co widzisz? — spytał podekscytowany.
Ellen westchnęła ciężko i obejrzała się na maga.
— Drzwi. Niall, proszę, przestań mi przeszkadzać, zaraz wrócę — mruknęła i, nie czekając na odpowiedź, otworzyła przejście.
Wkroczyła w jasne światło. Już nawet nie czuła strachu przed spotkaniem z demonem, miała tego wszystkiego dość i z radością stawiłaby czoła nawet dziesiątce istot Pustki.
Gdy tylko zeskoczyła z progu i zawisła kawałek nad ziemią, jej myśli powędrowały do ludzkiej formy, jaką chciała teraz z powrotem przybrać. Podczas podróży po koszmarach nabrała już wprawy w przemienianiu się i tym razem nastąpiło to błyskawicznie. Usłyszała wściekły wrzask, uniosła wzrok i ujrzała pędzącą w jej stronę demonicę.
Wyglądała dokładnie tak jak istota, z którą musieli się mierzyć w Kręgu w obronie opętanego templariusza. Sine ciało pokryte ciemnymi plamami, purpurowy płomień zamiast włosów, krzywe rogi na łbie i zaledwie opaska na biodrach, nie wspominając już o kozich nogach. Nim Ellen zdążyła sobie uświadomić, że tym razem demon był w Pustce, gdzie posiadał większą siłę, Yevena cisnęła w Strażniczkę pierwszą falą drżącej, fioletowej energii.
Dziewczyna rzuciła się w przód tygrysim skokiem, upadła ciężko na ziemię, przekoziołkowała i usiadła z bolesnym stęknięciem. Zanim jednak doszła do siebie po spektakularnym uniku, demonica już do niej dopadła, chwyciła szponiastą łapą szyję i podniosła Strażniczkę zupełnie tak, jakby ważyła tyle, co piórko.
Ellen zarzęziła cicho, nie mogąc złapać oddechu, wbiła paznokcie w rękę demonicy i kopnęła nogami w powietrzu, trafiając istotę w klatkę piersiową. Yevena syknęła gniewnie i odsunęła się od Couslandki, zmuszona do puszczenia dziewczyny. Ellen złapała oddech i skoczyła w przód, wpadając z rozpędu na istotę oraz przewalając ją na ziemię. Przygwoździła ją swoim ciężarem do podłoża, chwyciła drżącymi rękoma jeden ze sztyletów i bezlitośnie wbiła ostrze w czoło demona, nie zastanowiwszy się, czy to odniesie jakiekolwiek skutki.
Odniosło.
Yevena krzyknęła boleśnie, poderwała ręce, wymachując nimi dziko, po czym znieruchomiała, wiotczejąc. Couslandka jeszcze chwilę siedziała na istocie, dysząc ciężko, potem powoli z niej zeszła, wyciągając sztylet z czaszki. Strzepnęła z niego coś, co znajdowało się w głowie demona, po czym przyjrzała się trupowi. Uznawszy, że chyba naprawdę nie żyła, niepewnie skierowała się z powrotem do niewidocznych chwilowo drzwi, co i rusz zerkając za siebie.
Ale Yevena się nie poruszyła, więc Ellen przybrała postać ducha i wkroczyła w światło sączące się z przejścia, wracając do Nialla.
Na wyspie maga została zbombardowana tysiącem pytań i z trudem przedarła się przez nie do piedestału, by zobaczyć, jakie zmiany na nim zaszły. Kiedy podchodziła do rzeźby, jeszcze kończyła zawiłe tłumaczenie, jakim cudem potrafiła stać się przezroczysta.
— Tak, na każdej wyspie są śniący. Nie, trzeba im pomóc, żeby coś otrzymać. Tak, odnalazłam większość. Nie, na jednej wyspie mnie nie było — mruczała, odpowiadając posłusznie, ale kiedy pochyliła się nad piedestałem, zamilkła, obserwując runy.
Symbol oznaczający wyspę Nialla rozświetlił się na srebrno, dokładnie tak jak znak przypasowany do sfery jej koszmaru. Z fascynacją patrzyła, jak trzy zamknięte drogi odchodzące od tej wyspy otwierają się, zmieniając kolor na złoty. Miała częściowe dojście do centralnej wyspy oraz częściowe dojście do dwóch sfer z zewnętrznego kręgu. Zmarszczyła czoło, zastanawiając się, co się tam znajdowało, jednak uznała, że zbada to wtedy, kiedy już żaden demon nie będzie na nią czyhał na wewnętrznym pierścieniu ochronnym.
Przeprosiła Nialla, uśmiechnęła się do niego i obiecała, że niedługo wszystko się skończy. Potem wybrała koszmar, w którym zaatakowały ją pomioty, i na wszelki wypadek zamknęła oczy, niepewna, co zastanie na wyspie.

Znalazła się z powrotem w komnacie wypełnionej mgłą, stanęła bezradna i rozejrzała się dokoła, zastanawiając się, co powinna zrobić. Śniący wspominał coś o niezniszczalnych drzwiach, za którymi znajdował się demon. Wreszcie dostrzegła w ścianie masywne wrota – ruszyła w ich stronę nerwowym krokiem i naiwnie złapała za klamkę, sprawdzając, czy przypadkiem ktoś zapomniał je zamknąć. Niestety były zatrzaśnięte na cztery spusty.
Cofnęła się kilka kroków i w zamyśleniu potarła brodę, próbując wpaść na genialny pomysł, za sprawą którego zdołałaby się przedostać do środka. Przypomniała sobie śniącego maga uwięzionego w pokręconej wieży Kręgu, gdzie wszyscy czarodzieje się nawzajem zabijali. Wspominał coś o tym, że dał jej swoją siłę… ale, szczerze mówiąc, nie wyglądał na specjalnie silnego.
Westchnęła ciężko i przejechała dłonią po twarzy. Nie pozostawało nic innego, jak po prostu spróbować. Inaczej nigdy się nie przekona i będzie tak sterczała, aż demon gnuśności wyssie z jej ciała życie. Wzdrygnęła się na tę myśl, po czym zamknęła oczy. Najpierw poczuła się tak, jakby ktoś założył jej na ramiona wielką płytową zbroję, potem doznała wrażenia, że skórę porastały łuski. Uchyliła powieki i spojrzała na siebie.
Świat wydawał się nieco mniejszy, komnata nie aż tak rozległa, natomiast jej ciało zamieniło się w kamień. Po chwili zrozumiała, że zmieniła się w coś na kształt golema. Niepewnie uniosła masywne dłonie, podejrzliwie poruszyła palcami, a upewniwszy się, że nadal miała całkowitą swobodę w mięśniach, uśmiechnęła się zadowolona – dokładniej uśmiechnęła się w myślach, ponieważ jej usta pozostały sztywne – i rozejrzała się z zamiarem zlokalizowania sposobu na wywarzenie drzwi.
Nie poradziłaby sobie gołymi rękoma, dlatego chciała użyć czegoś innego, jak kłody albo głazu… ale niczego takiego nie było. Wspaniale, pomyślała kwaśno, spuszczając wzrok na podłogę. Wtedy coś ją tknęło – przestąpiła z nogi na nogę i znów uśmiechnęła się bez udziału ust. No tak, posadzka jest kamienna!, skwitowała radośnie, ochoczo potarła dłonie, by zaraz zamknąć je w pięści i gruchnąć potężnie o podłoże.
Podłoga zaczęła pękać, a przy każdym uderzeniu powstały coraz głębsze szczeliny, aż wreszcie Ellen mogła wsunąć w nie palce i wyjąć z posadzki wielki kawał kamienia. Przytrzymała go w nieznacznie drżących ramionach, oszołomiona faktem, że nosiła podłogę, po czym cisnęła głazem w drzwi. Rozległ się gromki huk, trzask pękających desek oraz tumult upadającego na ziemię kamienia. Strażniczka osłoniła twarz rękoma i ze zdumieniem zauważyła, że przybrała z powrotem ludzką formę. Kaszlnęła kilka razy, machnęła dłonią przed twarzą, rozganiając kurz, i niepewnie ruszyła do otwartego przejścia, uważając, by nie dać się zaskoczyć demonowi.
Pomijając fakt, że takiego wtargnięcia nie sposób nie zauważyć.
Przeszła po gruzach roztrzaskanych drzwi, wślizgnęła się do komnaty i rozejrzała się po niej uważnie, mrużąc oczy. Pierwszym, co dostrzegła, był stojący na środku okrągłego, pustego pomieszczenia piedestał. Potem posadzka nagle zadrżała, pozbawiając ją równowagi, i Ellen aż usiadła, rozglądając się w panice.
W jej stronę biegł najzwyklejszy w świecie rosły ogr. Z jego rozdziawionej paszczy kapała ślina, rogi nosiły zaschnięte ślady krwi, wielkie łapska zacisnął w pięści i wbił wzrok rybich oczu w kulącą się na podłodze dziewczynę. Ostatnim razem Ellen widziała tego pomiota w Wieży Ishal i bynajmniej wspomnienia te nie należały do najprzyjemniejszych. Poza tym wtedy był Alistair. Oraz Shegar. To oni walczyli, ona tylko skakała dokoła, starając się pomóc.
Zaczęła się nerwowo cofać na czworaka pod ścianę, z trudem łapiąc oddech i nie potrafiąc oderwać wzroku od mordy zbliżającego się ogra. Z zaskoczeniem poczuła cisnące się do oczu łzy, nie była w stanie ruszyć się w jakąkolwiek stronę. Tylko przywarła plecami do zimnego kamienia, oddychając świszcząco przez zaciśnięte zęby.
Tak bardzo chciała zawołać Alistaira, tak bardzo chciała, żeby pojawił się tu Shegar, tak bardzo nie chciała być sama, gdy wspomnienia napierały z brutalną siłą. Ale była sama. I przed oczami widziała tylko młodzieńca powalającego na Wieży Ishal ogra, jak wbijał miecz w łeb potwora, zdeterminowany, broniąc siebie oraz towarzyszącej mu Strażniczki. Z trudem złapała oddech.
Kiedy zaciśnięte w pięści łapska ogra runęły na posadzkę, gdzie siedziała, jej już nie było. Prześlizgnęła się między wielkimi nogami pomiota i przeturlała się po posadzce. Była od niego zwinniejsza i szybsza, na pewno też sprytniejsza, musiało się udać. Nie walczyła przecież dla siebie, walczyła dla wszystkich!
Stanęła wyprostowana, z dobytymi sztyletami, z determinacją w spojrzeniu. Zacisnęła zęby, nie obracając się za siebie, nasłuchując kroków potwora. Kiedy kolejny cios spadł na posadzkę, gdzie była, już znajdowała się kawałek dalej. Pamiętała, jak Alistair poradził sobie z ogrem, w myślach od nowa i od nowa odtwarzała całą sekwencję, próbując wpoić ją we własne ciało. Dlatego nawet nie zauważyła, gdy nagle zaczęła tańczyć między kończynami pomiota, wirując wśród jego ataków i tnąc sztyletami ciemnofioletowe ciało. Nie zauważała też skapującej na nią gęstej posoki, nie zauważała własnego, coraz bardziej nierównego oddechu, nie zauważała rozjeżdżających się w krwi nóg.
Obudziła się z tego dopiero w chwili, w której odbiła się od posadzki i skoczyła na klatkę piersiową ogra, wbijając w jego ciało oba sztylety. Uderzyła w potwora z taką siłą, że stracił równowagę i zachwiał się na wielkich nogach, poraniony oraz zakrwawiony. Raz jeszcze dźgnęła bronią, wciskając ją aż po rękojeść pod skórę.
Gdy cielsko grzmotnęło bezwładne na posadzkę, wbiła sztylet w sam środek czoła ogra, dokładnie tak, jak zrobiła to Yevenie. I znieruchomiała, dysząc ciężko i drżąc z przerażenia.
Zsunęła się z trupa na chwiejnych nogach, zatoczyła się w tył i musiała oprzeć się na ścianie, by odzyskać równowagę. Łapczywie łapała oddech, wpatrując się wielkimi oczami w pokonanego wroga. Sama. Sama zabiła ogra. Wielkiego mrocznego pomiota, który paraliżował ją swoim widokiem, przy którym była taka niewielka. Zabiła go. Tak po prostu. I nawet nie zauważyła, kiedy to zrobiła!
Wreszcie otrząsnęła się z szoku, wymamrotała pod nosem przekleństwo, po czym skierowała się na drżących nogach do piedestału, modląc się, by ta walka wystarczyła do otwarcia następnych przejść. Wsparła się rękoma na kamiennym blacie i zamglonym wzrokiem omiotła wyspy.
Ścieżka do centralnej wyspy otworzyła się i teraz pozostawały jeszcze tylko trzy zamknięte. Ponadto mogła się też dostać na jedną ze sfer zewnętrznego kręgu, jednak postanowiła sobie, że najpierw upora się ze wszystkimi demonami. Dotknęła kolejnej runy znajdującej się pod tą, która właśnie rozświetliła się dzięki zabiciu ogra, i zamknęła oczy.

Znów znalazła się w komnacie, gdzie walczyła wraz z magiem z duchownymi oraz golemem. Rozejrzała się dokoła, jednak nie zauważywszy niczego niepokojącego, ruszyła szybkim krokiem w stronę schodów, by wspiąć się na kolejne piętro wieży. Miała cichą nadzieję, że demon nie okaże się wyjątkowo trudnym przeciwnikiem i uwinie się z nim szybko. Może to tylko złudne wrażenie, ale im dłużej przebywała w Pustce, tym większe zmęczenie ją dopadało, tym bardziej chciała się położyć i zdrzemnąć. Ale nie zamierzała do tego dopuścić, parła uparcie naprzód, przeskakując po dwa stopnie, kiedy biegła na piętro.
Musiała przemierzyć dwie komnaty pełne zniszczonych regałów na książki, by wreszcie trafić do niedużego, pustego pomieszczenia. Zatrzymała się zdyszana na środku pokoju, rozglądając się bezradnie dokoła. W zasięgu jej wzroku nie znajdowała się żadna mysia dziura, nie było żadnych drzwi, trafiła do ślepego zaułka. Spróbowała uspokoić bicie serca i przeszła się wzdłuż ścian, sprawdzając, czy przypadkiem nie poczuje na skórze chłodnego powiewu. Tak też się stało – w jednym z narożników coś delikatnie owiało jej ciało, przez co zatrzymała się i skupiła na tym, że chciałaby ujrzeć ukryte przejście.
Chwilę potem zmaterializowały się przed nią drzwi, więc bez wahania chwyciła ciemną klamkę i ją nacisnęła, otwierając przejście. Wkroczyła w jasny korytarz, goniona myślą, że każdy demon przybliżał ją do wydostania się z Pustki. Z trudem powstrzymywała się od ruszenia biegiem, pamiętając, że teraz nawet nie dotykała stopami ziemi, tylko płynęła w powietrzu.
Kiedy zeskoczyła z powrotem na mocną podłogę następnej komnaty, momentalnie przybrała ludzką postać i odetchnęła głęboko. Potem uniosła głowę, rozglądając się dokoła uważnie, by zlokalizować demona. Stał pod przeciwległą ścianą, kołysząc się na powykręcanych nogach i łypiąc na nią inteligentnym okiem.
Nie spodziewała się ujrzeć wiernego odwzorowania ziemskiego plugawca, ale też nie zamierzała dać się więcej zaskoczyć. Chwyciła sztylety, uśmiechnęła się lodowato i zakręciła ostrzami młynka w powietrzu.
— Znudziłam się już wami, demony. Czas to zakończyć — stwierdziła i skoczyła do ataku.
Kilkakrotnie już miała okazję stawać do walki z plugawcami, dlatego do tego przeciwnika podeszła z chłodnym dystansem, gotowa na wszelkie niespodzianki. W myślach wciąż powtarzała sobie, że wraz z oczyszczeniem tej wyspy na pierścieniu pozostaną tylko dwie sfery demonów, a potem będzie mogła poszukać przyjaciół. Zacisnęła zęby i zaatakowała z nową mocą.
Trzeba przyznać, że ta potyczka była zdecydowanie łatwiejsza niż mierzenie się z demonem-ogrem. Pewnie dlatego, że jej psychika nie buntowała się do tego stopnia i ciało mogło sprawnie reagować na wszelkie bodźce. Raz tylko pazury plugawca niemal sięgnęły jej twarzy, jednak musiały się zadowolić zazgrzytaniem na naramienniku, kiedy Strażniczka odskoczyła w tył.
Gdy ciemna, cuchnąca ciecz wylewająca się z ran demona niemal zalała komnatę, Ellen pomyślała, że to cholerstwo było niezwykle wytrzymałe. Dźgała oraz cięła, a to nie chciało znikać, pojękiwało tylko i wznawiało czynny opór ze swojej strony, co zaczęło dziewczynę irytować. Ponieważ nauczyła się już, że sztylet w oku to nieprzyjemna sprawa, wzięła szeroki zamach i cisnęła bronią wprost w ślepie plugawca.
Demon wrzasnął wysokim głosem, najpierw zaczynając wymachiwać łapami, co Strażniczka wykorzystała do wbicia drugiej broni tam, gdzie powinno być gardło istoty, i rozprucia jej jak lnianego worka. Czymkolwiek była ciecz w plugawcu, wylała się chyba cała na posadzkę, a zdegustowana Ellen zmarszczyła nos i odskoczyła w tył. Z zadowoleniem patrzyła, jak jej wróg upada na ziemię, podrygując chwilę, jednak wreszcie nieruchomieje.
Otarła nadgarstkiem pot z czoła i skierowała się do piedestału z zamiarem zbadania znajdujących się na nim run. Uznała, że najpierw wróci do koszmaru płonącej wieży, ponieważ znała go najlepiej, a na piątej wyspie jej jeszcze nie było. Pochyliła się nad symbolami, z radosnym uśmiechem obserwując zachodzące zmiany.
Runa oznaczająca sen, w którym była aktualnie, rozświetliła się tak jak jej poprzedniczki, tym samym otwierając trzy przejścia – do centralnej wyspy oraz do dwóch innych z pierścienia zewnętrznego. Odetchnęła w duchu, schowała broń i dotknęła palcami symbolu oznaczającego sen z pożarem, zamykając oczy.

Tak jak przypuszczała, znalazła się w tym samym miejscu, w którym zostawiła śpiącego. Rozejrzała się raz jeszcze po komnacie, po czym skierowała się między kolumnami do widniejących w ścianie drzwi. Przeczucie mówiło jej, że będą niechętne do jakiejkolwiek współpracy, ale na wszelki wypadek sprawdziła, czy przypadkiem by się dobrowolnie nie otworzyły. Po upewnieniu się, że nic w życiu nie było proste, westchnęła jeszcze ciężej niż przed chwilą i cofnęła się kilka kroków.
Przymknęła oczy, skupiając się na kamiennej postaci – prawdopodobnie postaci golema, jednak trudno było orzec, nie widząc samej siebie. Gdy dostrzegła kamienne łuski na skórze, skrzywiła się bez udziału twarzy, zacisnęła dłonie w pięści i uderzyła nimi w posadzkę, mając nadzieję powtórzyć ten sam manewr, co z koszmaru z pomiotami.
Udało się; dźwignęła z cichym stęknięciem głaz, nieco się zachwiała, a potem rzuciła wielgachnym kruszcem w drzwi. Rozległ się huk, trzask, w powietrze wzbił się kurz, więc Ellen, z powrotem w ludzkiej postaci, kaszlnęła kilka razy, odganiając dłonią pył. Ruszyła po gruzach, zeskoczyła na równą posadzkę i wcale się nie zdziwiła, kiedy ze ścian nagle spełzły gorące płomienie i pomknęły w jej stronę. W pierwszym odruchu postanowiła rzucić się do ucieczki, w drugim zastanowiła się nad swoimi możliwościami, a w trzecim ruszyła biegiem do następnych drzwi, nerwowo kontrolując odległość ognia.
Mogłaby przybrać postać ognistego człowieka, ale nie była pewna, co czekało ją za kolejnym przejściem, więc wolała po prostu nie ryzykować. Nacisnęła klamkę, naparła na nią całym ciałem i wpadła do następnego pokoju, momentalnie zatrzaskując za sobą przejście. Stanęła oko w oko z ognistym demonem gniewu.
Skrzywiła się śmiesznie, patrząc na istotę i odtwarzając w pamięci walkę z innym przedstawicielem tego gatunku na wyspie Nialla. Odetchnęła głębiej, chwyciła sztylety i ruszyła do potwora na ugiętych nogach, gotowa do uniku. Myśl o ostatniej wyspie, która została do oczyszczenia, dodawała jej sił. Tak bardzo chciała się stąd wydostać, tak bardzo chciała się uwolnić, znów być wśród przyjaciół, oddychać lodowatym powietrzem Fereldenu, siedzieć przed trzaskającym ogniskiem, słuchać nucenia Leliany i jeść kolację przygotowaną przez Alistaira. Prawdę mówiąc, tęskniła nawet za swoją niesforną klaczą. Po prostu pragnęła wrócić do rzeczywistości, uwolnić się spod władzy demona.
Atakowała z rosnącą złością, coraz zajadlej, coraz silniej, myśląc tylko o tym, by pozbyć się wroga, otworzyć sobie drogę do centralnej części Pustki i do zewnętrznego pierścienia, by zniszczyć kolejną istotę, która kiedyś mogłaby opętać nieszczęsnego maga. Choć demon często wysyłał w jej stronę strumienie ognia, przed każdym jak do tej pory udało się jej uciec, każdej kuli płomieni uniknąć i zawsze zadawała jeszcze jeden cios, jeszcze dotkliwszy, jeszcze głębszy.
I kolejne cięcie, może setne, może ledwie dwudzieste, ostatecznie powaliło istotę, która upadła na posadzkę, po czym zapadła się w nią, wymachując łapą, jakby chciała się czegoś schwycić. Ellen z trudem złapała oddech, odchylając głowę, a potem uderzyła w nią piękna myśl – ostatnia wyspa! Uchyliła powieki, zacisnęła usta i skoczyła do piedestału, chowając po drodze sztylety do osłonek na plecach.
Z wewnętrznego pierścienia pozostała już tylko jedna matowa runa, wszystkie inne świeciły jasno. I to ona blokowała dostępu do dwóch ostatnich wysp z zewnętrznego pierścienia oraz do centralnej sfery Gnuśności. Strażniczka przymrużyła oczy, chwilę zastanawiając się, co mogło na nią czekać w ostatnim koszmarze, po czym dotknęła runy i pozwoliła ogarnąć się ciemności.

Jedno musiała przyznać – w tak dziwnym śnie jeszcze się do tej pory nie znalazła. Owszem, w całej Pustce otoczenie falowało, było zmienne do chwili, w której nie spojrzała w określony punkt, dopóki własną myślą nie zdefiniowała, co chciała widzieć, ale ruchoma podłoga oraz równie ruchliwe ściany to było zdecydowanie za dużo.
Ruszyła przed siebie chwiejnym krokiem, mając zamiar odnaleźć wśród komnat i korytarzy śniącego – lub od razu demona. Często traciła równowagę i musiała wesprzeć się na czymś względnie stabilnym, by nie upaść na posadzkę, jednak udało się jej dotrzeć do drzwi i opuścić pomieszczenie. Korytarz był długi oraz prosty na pierwszy rzut oka, ale jak tylko przekroczyła próg, momentalnie zaczął falować i wyginać się wedle własnego uznania. Ellen ze zgrozą pomyślała, że koszmar zdawał się niszczyć sam od środka; przełknęła ślinę i przyspieszyła, woląc uporać się ze wszystkim, zanim wyspa zniknie z Pustki.
Okazało się, że oprócz drzwi do komnaty, z której wyszła, w ścianach nie było żadnych innych przejść. Zatrzymała się sfrustrowana na końcu korytarza, cmokając z irytacją i rozglądając się nerwowo. Wreszcie, przypomniawszy sobie, że w Pustce sytuacje bez wyjścia zwykle dawało się rozwiązać, zamknęła oczy, przywołując w myślach prośbę o ujrzeniu niewidzialnych drzwi. I tak, jak przewidziała, jej ciało stało się przezroczyste, a w kącie dostrzegła unoszące się nad krzywą posadzką przejście. Położyła dłoń na klamce, nacisnęła ją i wkroczyła w korytarz; w jej głowie kołatała się tylko jedna myśl: ostatnia wyspa, ostatnia wyspa!
Znalazła się w kolejnym pomieszczeniu, wciągnęła powietrze i zrozumiała z zaskoczeniem, że komnata wypełniona była zapachem… dymu. Zmarszczyła czoło, rozglądając się, jednak pokój stał pusty i tylko przed nią znajdowały się jedne drzwi, wprost zapraszające, by przez nie przejść. Postąpiła więc krok w przód i znowu tego pożałowała.
Nagle spod ścian powstały wysokie, dzikie płomienie, strzeliły ochoczo w górę, a potem rzuciły się w jej stronę jak wygłodniałe wilki, trzaskając głośno. Pisnęła przestraszona i uznała, że ucieczka przed ogniem nie miała sensu – zwłaszcza że zasłonił już jedyną drogę ucieczki. Zamknęła oczy, błagając w myślach, by zdążyć na czas zmienić formę.
Kiedy znów odważyła się uchylić powieki, stała w samym środku pożaru, płomienie oplatały jej ciało, jednak nie czyniły żadnej krzywdy. Odetchnęła głęboko z ulgą i ruszyła na drżących nogach do drzwi, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że zaraz zostanie poparzona. Jednak nic takiego się nie stało, a ona w jednym kawałku dotarła do drzwi. Nacisnęła klamkę i wydostała się z płonącej komnaty, wchodząc do zdecydowanie mniejszego pomieszczenia. Jak tylko zamknęła przejście, łagodny ogień zniknął z jej skóry i na powrót stała w ludzkiej formie, patrząc w zamyśleniu na wielkie – i prawdopodobnie nie do otworzenia – drzwi.
Nie pozostało nic innego, jak po prostu po raz kolejny zmienić postać, tym razem na golema. Zamknęła oczy, wyszeptała w myślach prośbę, choć nie była na tym już tak bardzo skupiona jak do tej pory, teraz jej umysł uciekał w stronę przyjaciół, do towarzyszy, których mogła lada moment odzyskać. Właściwie nie myślała o tym, że uderzała kamiennymi ramionami w posadzkę, rozłupując ją, że chwytała głaz i rzucała nim w drzwi, po prostu to robiła, natomiast z zastanowienia wyrwał ją dopiero gromki huk niszczonych desek. Wzdrygnęła się, odetchnęła głęboko, po czym wskoczyła do następnej komnaty.
Zatrzymała się oszołomiona, patrząc wielkimi oczami na leżące na posadzce ciało mężczyzny. Wyglądało na to, że tym razem się spóźniła – śniący z tego koszmaru został unicestwiony przez własny sen. Nad nim pochylała się płomiennogłowa demonica pożądania. Uniosła wzrok na oniemiałą Ellen, uśmiechnęła się kącikiem ust i cofnęła się trzy kroki od ofiary, przyglądając się Strażniczce.
— Złap mnie, jeśli potrafisz! — krzyknęła, po czym skoczyła do biegu. — Wiem, że tego pragniesz! — Nagle jakby się skurczyła, a w następnej chwili sina mysz o płomiennej czuprynie na niedużym łebku w podskokach ruszyła do norki w rogu pomieszczenia.
Szok na twarzy Ellen pogłębiał się z każdą sekundą.
— Gra jeszcze się nie skończyła, śmiertelniczko! — rozbrzmiało po całej komnacie, potem słowa zagłuszył śmiech i gryzoń zniknął w otworze.
— O nie, nie uciekniesz mi — wysyczała Strażniczka, zacisnęła zęby i rzuciła się biegiem za demonem.
Tuż przed norką przyhamowała, niemal nie zastanawiając się nad tym, co robiła, przymknęła powieki, potem w postaci niedużej myszy pomknęła korytarzami, wciąż nie potrafiąc opanować wyrywających się z jej gardziołka pisków.
Kiedy wydostała się na powierzchnię i stanęła wyprostowana jako człowiek, nie zdążyła się nawet rozejrzeć, a już coś piekącego uderzyło ją w brzuch. Siła ataku cisnęła nią o ścianę i wgniotła boleśnie w kamienie, wyciskając z płuc całe powietrze wraz z zaskoczonym jęknięciem. Potem, słysząc w uszach kpiący śmiech demonicy, osunęła się na posadzkę, kaszląc głośno i próbując przywrócić spojrzeniu ostrość.
Z trudem podniosła się na chwiejnych nogach, wbiła wzrok w istotę, sięgając po sztylet. Gdy skoczyła w stronę wroga, demon machnięciem dłoni posłał do niej kolejną falę purpurowej energii, jednak Ellen była już na to gotowa. Dała nura w przód, przeturlała się kawałek, potem znów się zerwała i zaatakowała. Ostrze cięło sine ciało, rozległ się wściekły wrzask i pazury demonicy rozorały ramię Strażniczki do krwi. Couslandka uśmiechnęła się pod nosem, znów skoczyła do ataku, nieustępliwie spychając istotę w stronę ściany i nie dając jej szansy na przyjęcie postawy ofensywnej.
Z niezwykłą przyjemnością wbiła jeden ze sztyletów w brzuch demona, przeciągnęła nim w górę, rozpruwając istotę jak upolowaną sarnę, by drugim ostrzem pozbawić ją łba. Głowa demonicy potoczyła się po posadzce, a Ellen zatoczyła się w tył, z trudem łapiąc powietrze. I nagle coś do niej dotarło.
To była ostatnia wyspa!
Otarła krew z twarzy, zaśmiała się cicho i podbiegła do piedestału, który pojawił się w komnacie wraz ze śmiercią demonicy. Pochyliła się nad blatem, przyjrzała się świecącym runom oraz otwartym drogom do wszystkich wysp, łącznie z tą centralną należącą do Gnuśności, po czym wybrała sferę znajdującą się tuż obok jej własnego koszmaru.
Tym razem naprawdę nie miała najmniejszego pojęcia, co ją czekało na miejscu, kiedy zamykała oczy. Jednak nawet niepewność nie mogła zetrzeć uśmiechu z jej ust.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz