sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.42 - Koszmary


Spodziewała się właściwie wszystkiego. Naprawdę. Po tym, co musiała przejść do tej pory, po tym, co widziała, czego sama doświadczyła we własnym koszmarze, była przekonana, że znów znajdzie się w określonym miejscu. Tymczasem stała na sypkiej, pomarańczowej ziemi, otaczały ją krzywe wzgórza i wyrastające z nich fragmenty budowli, u nóg kołysały się dziwne rośliny. Westchnęła cicho, już chciała obrócić się z powrotem do piedestału i stąd odejść, gdy nagle usłyszała czyjś głos.
Z bijącym dziko sercem przeszła kawałek w przód, obchodząc dokoła szerokie wzniesienie, by ujrzeć stojących za nim ludzi. Choć właściwie nie widziała pary dzieci bawiących się pojedynczymi zabawkami na pomarańczowej glebie ani nawet kobiety stojącej kawałek dalej i uśmiechniętej szeroko.
Widziała tylko jasnowłosego młodzieńca mówiącego coś do towarzyszki, wpatrującego się w nią z ciepłym błyskiem w oku. I choć jej serce ścisnęło się z niepokoju, choć w umyśle powstała myśl, że to może jego rodzina, to może jego dzieci i jego żona, właściwie nie miało to większego znaczenia.
Roześmiała się cicho z niewyobrażalną ulgą, opuszczając napięte przed chwilą ręce wzdłuż ciała, a Alistair, usłyszawszy ją, przeniósł na nią zaskoczone spojrzenie. Wpatrywał się chwilę w drobną postać Couslandki stojącą samotnie pośród pomarańczowych wzgórz, po czym uśmiechnął się szeroko.
— Ellen! — zawołał, postępując krok w jej stronę.
To jedno słowo wystarczyło, by zapomniała o wszelkich wątpliwościach i niepokoju. Roześmiała się, poruszyła bezgłośnie ustami, wymawiając jego imię, po czym rzuciła się biegiem do przyjaciela, wpadając w jego ramiona i przytulając się mocno. Chciała jednocześnie płakać i wciąż się śmiać, czuła nagłe zmęczenie radość, więc po prostu wtulała twarz w jego tors, z trudem łapiąc regularny oddech. Tyle chciała mu powiedzieć, o tej całej Pustce, o demonach, o Duncanie, o koszmarach, o Gnuśności, o jej słabościach, przez chwilę nawet była gotowa opowiedzieć o bijącym szaleńczo sercu.
— Wspaniale znów cię widzieć — mruknął łagodnie, gładząc jej krótkie włosy. — Właśnie o tobie myślałem… co za zbieg okoliczności, prawda? — zauważył rozbawiony, na co Ellen uniosła głowę, odsuwając się od niego ze zdumieniem.
Myślał o mnie?
— To moja siostra, Goldana — przedstawił stojącą obok kobietę, chwytając ramię Strażniczki i obracając ją przodem do siostry.
Ellen zmarszczyła czoło, patrząc na nieznajomą o długich miedzianych włosach sięgających ramion i bladozielonych oczach.
— To są jej dzieci. Nie wszystkie, jest ich tu gdzieś więcej. Wreszcie jesteśmy jedną wielką, szczęśliwą rodziną! — zawołał, uśmiechając się szeroko.
Strażniczka jednak pokręciła głową, cofając się o krok od Goldany.
— Odsuń się od nich, Alistairze, to pułapka — zażądała.
Goldana przyjrzała się jej nieprzychylnie, zaciskając wąskie usta, jednak Strażnik zdawał się tego nie zauważać. Wbił w Ellen zszokowane spojrzenie.
— O czym ty mówisz? — spytał zaniepokojony, marszcząc czoło.
Couslandka otworzyła usta, by wyjaśnić mu, co tu się działo, że to Pustka, że to jego koszmar, że demony pochwyciły go w swoją moc, ale nie zdołała. Nagle z oszołomieniem zrozumiała, że był tu szczęśliwy. Jej sen nie stanowił ucieleśnienia marzeń, bo nie dotyczył straconej rodziny. Gdyby demony dostały się do wspomnienia o Wysokożu… Alistair już by dla niej pewnie nie istniał. Ani Leliana, ani Morrigan, ani Sten, ani Wynne, nikt.
— Cóż, Alistairze, znajoma zostaje na kolację? — wtrąciła z ciepłym uśmiechem Goldana, przekrzywiając głowę.
Młodzieniec momentalnie zapomniał o niepokojących słowach przyjaciółki, chwycił dłonie Ellen i zacisnął na nich palce. Po tak długim czasie przebywania w samej ułudzie ten gest wywołał u Strażniczki przyjemny dreszcz.
— Powiedz, że zostaniesz! — poprosił entuzjastycznie, uśmiechając się szeroko. — Goldana jest wspaniałą kucharką. Może zrobi swoje bakaliowe ciasto — wyrzucił na wydechu, jakby koniecznie chciał zatrzymać Ellen przy sobie. — Zrobisz, prawda? — zwrócił się do siostry.
— Oczywiście, braciszku — odparła czule Goldana. — Dla ciebie wszystko.
Ellen zacisnęła zęby i spojrzała twardo w oczy przyjaciela.
— Nie mogę tu zostać — stwierdziła, postanowiwszy sobie, że nie da się omotać tej atmosferze wzajemnej miłości.
Wysunęła dłonie z uścisku Strażnika, cofając się o krok i ignorując zdumienie na jego twarzy.
— Ty też nie powinieneś, Alistairze — dodała ciszej.
— Zachowujesz się naprawdę dziwnie — mruknął, spoglądając na Ellen niepewnie.
Strażniczka przełknęła tkwiącą w gardle gulę i westchnęła ciężko.
— Zastanów się nad tym — poprosiła, wiedząc, że sam musiał zrozumieć, iż coś było nie tak, iż to pułapka. — Pomyśl, jak tu trafiłeś. Skup się.
Alistair zmrużył podejrzliwie oczy, jednak ostatecznie wzruszył ramionami.
— Dobrze, skoro cię to uszczęśliwi — mruknął przegrany i potarł dłonią nos.
Ellen wlepiła w niego pełne oczekiwania spojrzenie.
— Ja… wszystko jest trochę niewyraźne, to dziwne… — przyznał wreszcie, przeniósł na Strażniczkę zdezorientowany wzrok.
Otworzyła usta, by coś powiedzieć, jednak przerwała jej Goldana:
— Alistairze, chodź, napij się herbaty — zaproponowała.
On jednak potrząsnął głową i machnął ręką, nie odrywając spojrzenia od Ellen.
— Nie, zaczekaj… Pamiętam… wieżę. Krąg… był atakowany — dukał, rozpaczliwie próbując sobie przypomnieć jakiekolwiek szczegóły.
Strażniczka uśmiechnęła się pokrzepiająco.
— Były tam demony. Nie pamiętam więcej — jęknął zdenerwowany, wplatając dłoń w krótkie włosy i zaciskając na nich palce.
— To właśnie wtedy zostaliśmy uwięzieni w Pustce — uzupełniła łagodnie Ellen, mając przemożną ochotę, by chwycić jego rękę i delikatnie ją opuścić. — Nadal tu jesteśmy — wyjaśniła, zataczając ramieniem łuk.
Najwyraźniej widział inne otoczenie w swoim śnie niż ona teraz. Czy gdyby znalazł się w Weisshaupt, demon pokazałby mu to samo, co jej?
— Czy ty… chcesz mi powiedzieć, że to tylko sen? — spytał łamiącym się głosem i potoczył dokoła spojrzeniem. — Ale to jest takie prawdziwe…
— Oczywiście, że jest prawdziwe! — prychnęła Goldana, gromiąc Strażniczkę spojrzeniem.
Couslandka spróbowała to zignorować, nie przerywając kontaktu wzrokowego z Alistairem, jakby tylko to pozwalało mu zachować trzeźwość umysłu.
— Idź się umyć przed kolacją, a ja… — zaczęła kobieta, zwracając się do młodzieńca.
— Coś tu jest nie tak — sprzeciwił się siostrze.
Przytaknęła, czując nieopisaną ulgę w sercu.
— Ja… myślę, że muszę już stąd iść — stwierdził, uśmiechając się do Strażniczki.
Ellen wyciągnęła dłoń do Alistaira. Nie wiedziała, dlaczego, ale myśl, że Strażnik uwierzył jej, nie demonowi, przyprawiała ją o przyjemne ciepło w sercu.
— Chodź ze mną — poprosiła cicho, nawet nie zdając sobie sprawy, że jej głos zmienił brzmienie.
Alistair również się uśmiechnął, nie odrywając od niej wzroku, i sięgnął do jej ręki, chcąc ją ująć. Ramię Goldany odtrąciło dłoń Ellen.
— Nie! – warknęła gniewnie, mrużąc bladozielone oczy. — On jest nasz i wolę, żeby był martwy niż na wolności! — krzyknęła, a potem machnęła ręką, celując w twarz Strażniczki.
Ellen odskoczyła w tył, wytrzeszczając w zdumieniu oczy. Poniekąd spodziewała się, że przyjdzie jej się zmierzyć ze sprzeciwem, jednak mimo to była zaskoczona. W dodatku atakowano tylko ją! Przez to nie zdążyła dobyć broni, a Goldana już chwyciła ją za gardło, unosząc trochę nad ziemię i przyciskając do sypkiej, pomarańczowej skały. Ellen charknęła, z trudem walcząc o oddech, jednak palce demona coraz mocniej się zaciskały. Wreszcie przed oczami Strażniczki pojawiły się ciemne plamy.
Przez kurtynę bólu przedarł się znajomy dźwięk, nacisk na krtań nagle zelżał i Couslandka osunęła się półprzytomna na glebę, kaszląc głośno i łapiąc bolesne oddechy. Zamglonym wzrokiem dostrzegła leżące na ziemi ciało Goldana przebite czymś na wysokości piersi. Dopiero po chwili zrozumiała, że Alistair, dysząc ciężko, trzymał w dłoni zakrwawiony miecz. Wreszcie otrząsnął się z szoku i podbiegł do Ellen, pomagając jej wstać. Z ulgą wsparła się o jego ramiona.
— Goldana…? — wydusił Strażnik. — Ja… nie wierzę. Jak mogłem nie widzieć tego wcześniej? — jęknął zdruzgotany, odwracając wzrok od ciała siostry.
Ellen ostrożnie się wyprostowała i postukała opuszkiem palca w czoło młodzieńca.
— Pewnie demon zrobił ci coś z głową — uznała swobodnym tonem, jednak jej głos zabrzmiał jak ze strasznych opowieści o upiorach.
Kaszlnęła, starając pozbyć się chrypki.
— Tak… Eee, cóż — wydukał Alistair, uśmiechając się krzywo.
Niepewnie zsunął dłonie z jej ramion.
— Postaraj się nie rozpowiadać, jak łatwo było mnie oszukać — poprosił.
Nagle jego kontury zaczęły blaknąć. Ellen krzyknęła zaskoczona.
— Idziemy już? — spytał zdezorientowany, marszcząc czoło. — Zaczekaj, dokąd idziesz? Co się ze mną dzieje? — jęknął, spoglądając na coraz bardziej przezroczyste ręce. — Hej! — zawołał i to było ostatnim, co Ellen od niego usłyszała.
Zamrugała, patrząc oszołomiona w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał, po czym westchnęła ciężko, przeciągając dłonią po twarzy. Pozostawało mieć nadzieję, że po prostu obudził się z koszmaru i był teraz wolny.
Zignorowała uczucie samotności i skierowała się do piedestału, mając zamiar zbadać pozostałe wyspy z pierścienia zewnętrznego. Wybrała następną z kolei, ledwie zerknąwszy na lśniący symbol oznaczający sferę uwolnioną od demona. Zamknęła oczy, modląc się, by trafić na kolejnego z przyjaciół.

Tym razem otoczenie również składało się z pomarańczowej ziemi oraz pomarańczowych wzgórz. Ellen ruszyła przed siebie w celu odszukania śpiącego. Musiała wspiąć się na łagodne zbocze, obejść dokoła coś, co wyglądem przypominało filar, aż wreszcie ujrzała szczyt. Na nim natomiast znajdował się prowizoryczny ołtarz, obok stała siwowłosa Wielebna Matka, na ziemi klęczała inna osoba.
Osoba o krótkich rudych włosach, kształtnej figurze, z zamkniętymi oczami i zmysłowymi ustami szepcącymi modlitwy.
— Błogosławiony, który istnieje przed obliczem Stwórcy. Błogosławiony, który szuka jego przebaczenia — mamrotała, kołysząc się miarowo w przód i w tył.
Ellen poczuła lodowaty dreszcz przebiegający po plecach, kiedy patrzyła na przyjaciółkę. Leliana naprawdę dała się nabrać na taką sztuczkę?
Strażniczka zacisnęła zęby. Nauczona doświadczeniem z koszmaru Alistaira wiedziała, że demony miały nad jej towarzyszami naprawdę wielką moc i najlepiej sprowokować je do ataku, by pokazały prawdziwe oblicze. Ruszyła energicznym krokiem do ołtarza, odepchnęła Wielebną Matkę i złapała Lelianę za ramię, szarpiąc łuczniczkę w górę.
— Teraz naprawdę nie czas na modlitwę — warknęła, wbijając w jasnobłękitne oczy kobiety przeszywające spojrzenie.
Przeżyła głęboki szok, gdy we wzroku Leliany nie dostrzegła nawet cienia zrozumienia, jakby łuczniczka wcale jej nie poznała. Dlatego nie potrafiła protestować, gdy Wielebna Matka odciągała ją od podopiecznej.
— Błagam cię, nie przeszkadzaj jej w medytacji — skarciła Strażniczkę.
— Leliano? — szepnęła, wpatrując się z przestrachem w swoją towarzyszkę.
Łuczniczka zmarszczyła czoło i cofnęła się dwa kroki od Couslandki, jakby uznała, że stwarzała zagrożenie.
— Wielebna Matko, nie wiem, kto to jest — zwróciła się do duchownej drżącym głosem, unikając kontaktu wzrokowego z Ellen.
Strażniczka poczuła, że zaczyna panikować. Zacisnęła dłonie w pięści, próbując się opanować i ostudzić nerwy. Jak to nie wiesz, kim jestem?
— Jesteśmy przyjaciółkami, nie pamiętasz? — niemal jęknęła.
Łuczniczka pokręciła głową z miną taką, jaką ma człowiek, którego ktoś pomyli ze swoim znajomym. Zerknęła na Wielebną Matkę.
— Przykro mi, ale nie wiem, o czym mówisz — powtórzyła uparcie, wciąż kręcąc głową, jakby to mogło przekonać Strażniczkę, żeby odeszła.
— Proszę, nie denerwuj jej — wtrąciła znowu Wielebna Matka, kładąc kościstą rękę na ramieniu Strażniczki. — Ona potrzebuje ciszy i samotności, żeby uspokoić swój umysł i uleczyć serce — wyjaśniła, wbijając w Couslandkę mordercze spojrzenie.
Ellen gwałtownie odtrąciła dłoń staruszki, obrzucając ją gniewnym, pełnym nienawiści wzrokiem. Wycelowała palcem w jej twarz.
— Wiem, czym jesteś, demonie — wysyczała przez zęby.
— Dlaczego mówisz takie rzeczy o Wielebnej Matce? — sprzeciwiła się wzburzona Leliana, wkraczając między kobietę a Ellen.
Strażniczka spojrzała z wyrzutem na przyjaciółkę, niechętnie opuszczając rękę.
— Proszę cię, odejdź — rozkazała twardym głosem łuczniczka, wpatrując się gniewnie w Couslandkę.
— Nie — wycedziła Ellen. — To jest Pustka. Sen.
— Nie wiem, o czym mówisz, a twoje napastowanie jest zupełnie nie na miejscu — warknęła Leliana.
— To jest miejsce spokoju i kontemplacji, a twoje zachowanie jest nieodpowiednie — zagrzmiała Wielebna Matka, prostując się groźnie.
Ellen warknęła na nią cicho.
— Odejdź natychmiast albo będę zmuszona podjąć kroki! — zawołała duchowna.
— Nie odejdę bez Leliany — oznajmiła lodowatym głosem Ellen i tym razem to ona oddzieliła przyjaciółkę od Wielebnej Matki własnym ciałem.
— Pozbędę się ciebie, a wtedy nasza władza nad dziewczyną będzie absolutna! — wrzasnął demon, rzucając się z obłędem na Strażniczkę.
Leliana krzyknęła przy ołtarzu, najwyraźniej zaskoczona zachowaniem sędziwej Wielebnej Matki. Ellen stęknęła, gdy upadła na ziemię, a ciało starej kobiety gruchnęło na nią. Kościste ręce spróbowały wydłubać Couslandce oczy. Dziewczyna szarpnęła głową, podkuliła pod siebie nogi, po czym kopnęła przeciwnika, przerzucając go nad sobą i spuszczając w dół zbocza. Rozległ się wściekły syk, przy którego akompaniamencie Ellen podnosiła się z ziemi, krzywiąc się boleśnie.
Jakież było jej zdziwienie, gdy ujrzała stojącą przed nią Lelianę z uniesionym nad głową wielkim świecznikiem, którym miała zamiar Strażniczkę uderzyć.
— Hej, to ona jest tu demonem! — krzyknęła Couslandka, na oślep wskazując w stronę wroga.
— Padnij! — zawołała Leliana, na co Ellen, długo się nie zastanawiając, rzuciła się z powrotem na ziemię, osłaniając głowę ramionami.
Metalowa ozdoba z wilgotnym trzaskiem wbiła się w czerep demona stojącego tuż za plecami Strażniczki. Łuczniczka odtrąciła cielsko kopnięciem, z trudem łapiąc oddech. Ellen podniosła się, wpatrując się z oszołomieniem w zniszczenia, jakie poczynił cios jej przyjaciółki.
— Stwórco przenajświętszy… — wyszeptała Leliana, ochłonąwszy trochę. — Ona… ona była…
— Trzeba było mnie słuchać — burknęła Couslandka, rozmasowując guza na czole.
— Uch… Mam ciężką głowę, jakbym wybudziła się z okropnego koszmaru — przyznała Leliana, uśmiechając się krzywo, kiedy uciskała opuszkami nasadę nosa. — Zdaje mi się, że mieliśmy… coś do zrobienia. Chodźmy… — zaczęła, nawet wykonując ruch, jakby chciała dokądś pójść, jednak nagle znieruchomiała. — Czekaj, co się ze mną dzieje? — spytała przestraszona.
Ellen tylko w milczeniu obserwowała, jak jej przyjaciółka coraz bardziej znika. Kiedy Strażniczka została sama w koszmarze, uśmiechnęła się blado, odwróciła się tyłem do ołtarza i podeszła do piedestału, by wybrać kolejną wyspę.
Jesteś wolna, Leliano. Mam nadzieję, że nic ci nie jest, pomyślała, dotykając runy.

Tym razem nie musiała szukać, by natrafić na śniącego. Pojawiła się od razu na polu pomarańczowej ziemi i ze zdumieniem odkryła, że otaczały ją nieruchome ciała młodych ludzi oraz elfów, jeszcze właściwie dzieci. Wytrzeszczyła oczy i dopiero po chwili dotarł do niej przepełniony smutkiem, łamiący się głos:
— Niech mi Stwórca przebaczy — szeptała Wynne, spoglądając szklistym wzrokiem po martwych. — Zawiodłam ich wszystkich. Umarli, a ja nie umiałam temu zapobiec.
Ellen potrząsnęła głową i podbiegła do czarodziejki, łapiąc jej łokieć.
— Nie wierz w to, Wynne — sprzeciwiła się.
Kobieta obrzuciła ją gniewnym wzrokiem i wyrwała rękę z uścisku.
— Jak mogę nie wierzyć w to, co widzę, słyszę i czuję? — warknęła i zatoczyła ramieniem łuk. — Śmierć. Nie widzisz jej? Jest wszędzie dokoła.
Ellen przyjrzała się twarzom umarłym, a potem potrząsnęła głową.
— Widzę. Po prostu nie wierzę — stwierdziła spokojnym głosem.
— Dlaczego przetrwałam, jeśli nie po to, żeby im pomóc? Jaki sens ma moje życie, jeśli zawiodłam? — wymamrotała Wynne.
Ellen poczuła lodowaty dreszcz przebiegający po plecach. Ile razy ją samą nawiedzały takie myśli, ile razy pragnęła cofnąć czas, by znów znaleźć się w Wysokożu?
— Pozostaw mnie z moją żałobą. Pochowam ich kości, rozsypię prochy na cztery wiatry i będę ich opłakiwać, aż przyjdzie czas i na mnie — zażądała czarodziejka mocniejszym głosem, który załamał się przy ostatnich słowach.
— Musisz walczyć z tym uczuciem, czymkolwiek ono jest — sprzeciwiła się Ellen.
Czuła się jak kłamca, każąc czarodziejce walczyć z rozpaczą, podczas gdy sama pozwalała, by beznadzieja oraz niechęć do życia ogarniały ją wedle własnej woli.
— Twoje lekceważenie wobec dusz poległych jest całkowicie niestosowne — warknęła Wynne.
Ellen westchnęła ciężko.
— Proszę cię, zastanów się, co tu robisz i dlaczego — jęknęła, załamując ręce.
— Nie wiem, co mi próbujesz powiedzieć. Dlaczego chcesz sprawić mi jeszcze większy ból? — spytała słabo; nagle wyprostowała się, jej błękitne oczy stały się niezwykle lodowate. — A gdzie ty byłaś, gdy to się stało? Zaufałam ci, a ciebie nie było przy mnie.
— Czy to nie jest dostateczny dowód, że coś tu jest nie tak? — zasugerowała.
— Jaki dowód? — mruknęła niepewnie, marszcząc czoło.
— Obiecałam ci pomóc, a jednak jesteś tu sama — wytknęła.
— Wchodziliśmy do wieży… — spróbowała sobie przypomnieć Wynne. — A potem wszędzie wkoło była śmierć. Nie było cię nigdzie, ani śladu. Tylko ja i… to. Ja… nie pamiętam, jak oni zginęli. Wiem tylko, że nie żyją — przyznała ze zdumieniem. — Dlaczego… dlaczego nie pamiętam, jak umarli?
— Bo żyją — szepnęła Ellen, uśmiechając się.
— Zdaje mi się, że mówisz prawdę, ale czuję, że mój umysł jest… zaćmiony — stwierdziła po chwili milczenia. — Być może będzie mi łatwiej myśleć, gdy stąd odejdę.
— To chyba dobry plan — zgodziła się z ulgą Ellen.
— Nie zostawiaj nas, Wynne. Nie chcemy być sami — sprzeciwił się młodzieńczy głos i z ziemi powstało ciało ciemnowłosego elfa.
Strażniczka wytrzeszczyła oczy, czarodziejka natomiast zbladła, cofając się.
— Święty Stwórco! Kysz, potworze! — krzyknęła, sięgając po kostur.
— Zostań, Wynne — nęcił mały mag, wyciągając ramiona do staruszki. — Śpij spokojnie w objęciach ziemi. Nie walcz z tym. Twoje miejsce jest tutaj, z nami.
— N… nie — zaprzeczyła słabo, jednak kiedy Ellen stanęła przy niej ramię w ramię, odnalazła w sobie więcej sił. — Jeszcze nie. Moje zadanie nie zostało wykonane… Moja godzina jeszcze nie wybiła.
— Chodź… chodź, odpocznij — prosił dalej, zbliżając się do nich.
Ellen nie zdążyła niczego zrobić, kiedy Wynne schwyciła kostur, celując nim w zbliżającego się elfa. Jej pomarszczone dłonie drżały, gdy próbowała utrzymać broń wysoko i nie opuścić jej. Wyszeptała zaklęcie, na końcu kostura zebrało się srebrne światło, po czym wystrzelił z niego jasny promień energii. Ugodził demona w pierś i przebił go na wylot. Ellen, patrząc na upadające ciało, pomyślała z ponurym rozbawieniem, że ten sposób był bardziej praktyczny niż jej własne metody. A na pewno szybszy.
— To już koniec? — wychrypiała czarodziejka, niepewnie opuszczając broń.
Strażniczka posłała jej uśmiech i skinęła głową.
— Dzięki niech będą Stwórcy. Zaraz… — mruknęła nagle zaniepokojona, a Ellen, widząc, że i Wynne zaczyna znikać, cofnęła się dwa kroki. — Co to? Dokąd idziesz?
Kiedy dziewczyna została sama wśród pomarańczowej ziemi, westchnęła cicho i jeszcze chwilę stała w ciszy, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie. Potem pokręciła głową, odwróciła się i wróciła do piedestału, by wybrać wyspę.

Sceneria pomarańczowych wzgórz zaczęła ją irytować. Pocieszająca była myśl, że kiedy skończy z tą sferą, pozostaną jeszcze tylko dwie do zbadania – a wciąż nie spotkała Stena, Morrigan i Shegara. Dlatego, słysząc podniesione głosy, wstrzymała oddech i truchtem obiegła pobliskie wzniesienie, by ujrzeć scenę cokolwiek interesującą.
Morrigan, wymachując rękoma, próbowała przegonić drugą kobietę łudząco przypominającą Flemeth. Siwe włosy, zniszczone ubrania, pomarszczona twarz.
Ellen zatrzymała się kilka metrów od nich jak wryta.
— Precz! — krzyczała wiedźma, odtrącając dłonie Flemeth. — Precz stąd! Nie dam się dłużej dręczyć! — warknęła, cofając się o krok.
— To ja, twoja matka… Nie kochasz mnie? — pytała głosem zupełnie niepodobnym do Wiedźmy z Głuszy.
Czarownica zasyczała gniewnie przez zęby.
— Taka z ciebie moja matka jak z mojego małego palca, o, tego — wystawiła przed nos Flemeth palec — królowa Fereldenu. Znam cię, duchu Pustki, nie oszukasz mnie.
— Czy jesteś sprytniejsza od własnej matki? Taką pychę trzeba ukarać! — warknęła Flemeth. — A masz! — zawołała, jej dłoń z plaśnięciem spotkała się z policzkiem Morrigan.
Siła ciosu aż odwróciła głowę czarownicy w drugą stronę. Ellen krzyknęła cicho.
— To za brak szacunku!
— Już lepiej, ale trochę się spóźniłeś, duchu — syknęła Morrigan, prostując się i przenosząc wzrok na oszołomioną Strażniczkę. — To wreszcie ty! Uwolnij mnie od tego dokuczliwego demona! Dość mam tego męczenia!
— W porządku, już idę — westchnęła umęczona Ellen i bez szemrania ruszyła do wiedźmy.
— To dobrze, zabijmy go i możemy ruszać dalej — parsknęła Morrigan i klasnęła w ręce, a po jej palcach przeskoczyły świetliste iskry błyskawicy.
Ellen wyciągnęła energicznym ruchem sztylet z osłonki. Flemeth, nie wiedząc, którym przeciwnikiem zająć się pierwszym, nie zdołała się obronić ani przed atakiem Strażniczki, ani przed ciosem Morrigan. Najpierw ostrze przebiło jej klatkę piersiową, potem ładunek elektryczny wstrząsnął ciałem, zwęglając skórę w swądzie palonego mięsa.
Ellen strąciła trupa ze sztyletu i przeniosła wzrok na Morrigan.
— Najwyższy czas! To było… — zaczęła wiedźma, wykrzywiając usta. — Zaraz! Co to? — warknęła, unosząc dłonie przed twarz, kiedy zaczęła rozpływać się w powietrzu. — Nie, tylko nie to! Nie zgadzam się!
Ellen uśmiechnęła się delikatnie, rozbawiona sprzeciwem kobiety. Wyglądało na to, że dokądkolwiek Morrigan trafi, nie będzie z tego zadowolona. Strażniczka schowała sztylet, potarła ręce, by rozgrzać palce, i podążyła do piedestału, nucąc pod nosem piosenkę zasłyszaną u Leliany.

Tym razem wydawało się, że było jakby ciemniej, jakby był wieczór. Ellen rozejrzała się dokoła, kiedy nagle do jej nosa dotarł zapach dymu. Odruchowo zdrętwiała, gotowa do rzucenia się do ucieczki, jednak wiedziona przeczuciem podreptała kawałek w przód, by natrafić na trzech wielkich qunari. Dwóch siedziało przy czymś, co chyba miało być ogniskiem, ostatni stał. I patrzył na nią. Po chwili wodzenia wzrokiem po niezwykle podobnych do siebie twarzach zrozumiała, że ten stojący to Sten. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało, zbliżając się do towarzysza niepewnym krokiem.
— Shanedan — mruknął cicho i Ellen pomyślała, że chyba ją przywitał, bo jego głos zabrzmiał nawet całkiem ciepło.
— Do kogo mówisz? — zainteresował się jeden z qunari.
— Nie przeszkadzaj temu Stenowi. Chyba twoja kolej gotować? — rzucił drugi, leniwie przeżuwając pajdę chleba.
Ellen popatrzyła na nich wielkimi oczami, przysuwając się bliżej Stena, bo nagle wojownik wydał się jej bardzo bliski.
— Gotować co? W tym zimnym, paskudnym kraju nie ma nic do jedzenia — prychnął w odpowiedzi pierwszy, robiąc naburmuszoną minę.
— Parshaara! — zaklął Sten, obracając się tak, by stanąć za maluteńką Ellen. — Mamy gościa. Zróbcie miejsce przy ogniu — zażądał.
— Kim oni są? — spytała nienaturalnie piskliwym głosem Ellen.
Potrząsnęła zdenerwowana głową, nakazując sobie opamiętanie się.
— To Beresaad, oczywiście. Moi bracia — odparł, wskazując qunari.
— Co to za maleństwo, z którym rozmawiasz? — zagadnął pierwszy wojownik, przekrzywiając z zainteresowaniem głowę. — Widziało pomioty? — drążył, obracając w dłoni wielki nóż.
Dłuższy od stopy Strażniczki.
— Nie przerywaj temu Stenowi, karashok — burknął drugi.
Ellen patrzyła wielkimi oczami na to, co się przed nią rozgrywało, chłonąc zachowanie wojowników Beresaad.
— Jesteśmy tu od wielu dni. Nie ma śladu zagrożenia — zmienił temat pierwszy qunari, odchylając w zamyśleniu głowę. — Raport arishoka był błędny. Nie możemy już wracać?
— Nie — burknął Sten.
Zapadła długa chwila krępującego milczenia. Którą, po pewnym wahaniu, Ellen postanowiła wykorzystać. Chwyciła rękę towarzysza i pociągnęła go, by na nią spojrzał.
— Musimy iść, Stenie — przypomniała łagodnie. — Czeka na nas demon.
— To niech czeka — skwitował wojownik.
— Nakarm go specjałem karashoka, to go wykończy — zaproponował rozbawiony qunari, uśmiechając się pod nosem krzywo.
Ellen poczuła się tak, jakby mówiono do niej w innym języku. Co w sumie niewiele mijało się z prawdą.
— Może lepiej nakarm go ashaadem. To by rozwiązało problem i przy okazji pomogło nam — poprawił towarzysza drugi wojownik.
Ellen spuściła wzrok, nie będąc pewną, czy naprawdę miała do czynienia z demonami.
— To jest sen — odezwał się do Couslandki Sten, jednak na nią nie patrzył. — Nie jestem głupi, Strażniczko. Pamiętam, jak tamtemu karashokowi oderwało głowę — stwierdził, wskazując qunari bawiącego się nożem.
— Cóż, przynajmniej to niewielka strata — skwitował drugi wojownik, uśmiechając się pod nosem.
Ellen pomyślała zszokowana, że może to byli prawdziwi towarzysze Stena.
— Taki z ciebie żartowniś, kadan, że powinieneś występować na rynku z resztą tresowanych małp. Moglibyśmy rzucać ci orzeszki — odgryzł się pierwszy qunari.
— To sen. Dobry sen — westchnął Sten.
— To jest klatka, Stenie. Tak samo jak w Lothering — sprzeciwiła się Strażniczka, przeraziwszy się myślą, że qunari mógłby zostać w Pustce.
— Tutaj, w Lothering czy w Orlais, co za różnica? — rzucił zdenerwowany. — Daleko od domu. Jedno miejsce podobne do drugiego.
— Żołnierze z Beresaad nie marnują czasy na sny — spróbowała znów, wlepiając błagalne spojrzenie w twarz Stena.
— Masz rację — zgodził się cicho. — Ale nie jestem już Beresaad. Jestem nikim.
— Musisz złożyć raport arishokowi — jęknęła zdesperowana Ellen, używając określenia, które usłyszała w rozmowie i zgadywała, że był to ktoś bardzo ważny.
Sten zapatrzył się na nią zdumiony, a potem powoli skinął głową.
— Masz rację — powtórzył bardziej przegrany. — I… jestem im winien zwycięstwo — mruknął, przenosząc wzrok na qunari.
Wojownicy nagle zerwali się na równe nogi, jakby deklaracja Stena ich przeraziła.
— Co to? Opuszczasz nas? — spytał zdenerwowany ten, który wydawał się rządzić w tej niewielkiej grupie.
Sten przemilczał to pytanie, patrząc na nich twardym wzrokiem.
— Nie możesz odejść z posterunku — dołączył się bawiący się nożem qunari.
— Zejdźcie z drogi — zażądał Sten, łapiąc ramię Ellen i popychając ją nadzwyczaj delikatnie w stronę piedestału. — Nie chcę widzieć waszej śmierci po raz drugi.
I, kiedy Strażniczka już myślała, że dojdzie do walki, dowódca qunari nagle złapał ramię towarzysza i pokiwał głową, cofając się, jakby dawał Stenowi pozwolenie na odejście.
— Nie zatrzymujmy tego Stena. Kiedyś wróci — stwierdził, uśmiechnął się i obaj rozpłynęli się bez słowa, po prostu uwalniając ich spod swojej mocy.
— Coś nie daje mi spokoju. Chciałbym stąd odejść — mruknął Sten, spoglądając na Strażniczkę.
Couslandka westchnęła zdumiona, pomyślawszy, że spotkali dusze umarłych przyjaciół qunari.
— Nie! Znowu jakieś sztuczki! — zawołał wojownik, dlatego Ellen poderwała głowę i spojrzała na rozpływającego się w powietrzu qunari. — Co się dzieje? — spytał, znikając zupełnie i zostawiając Strażniczkę samą w tej sferze.
Dziewczyna uśmiechnęła się blado pod nosem i ruszyła do piedestału, by wybrać się na ostatnią wyspę. Miała nieśmiałą nadzieję, że odszuka tam Shegara.

Wcale się nie pomyliła, jej ogar leżał zwinięty w kłębek na pomarańczowej ziemi i kręcił się z rozkosznymi pomrukami we śnie, marszcząc czarny nos. Ellen z łagodnym, kochającym uśmiechem uklękła przy przyjacielu i pogładziła złotą sierść.
— Obudź się, leniwy psiaku! — mruknęła ciepło i potrząsnęła wielkim ogarem, na co Shegar sapnął głośno, obracając się na drugi bok, żeby uwolnić się od obecności Strażniczki.
Ellen energiczniej szarpnęła jego łapą, aż wreszcie mabari szczeknął leniwie, otworzył ślepia, a na widok pani zamerdał ogonem. Zerwał się z miejsca, otrzepał sierść, wywalił jęzor, gdy nagle znieruchomiał, nastawił ucho, odwrócił się i odbiegł.
— Shegar? Shegar! — krzyknęła w ślad za psem, zdjęta nagłym przerażeniem.
Ale zrozumiała, że on też odszedł tak jak wszyscy jej przyjaciele.
I teraz została tylko centralna wyspa.
Z sercem tłukącym się dziko w piersi wróciła do piedestału, przyjrzała się świecącym się runom, po czym niepewnie dotknęła symbolu centralnej sfery, zaciskając z całej siły powieki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz