sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.44 - Uldred


Nie napotkali już żadnych demonów czy plugawców, przemierzali puste, zniszczone komnaty w ciszy, próbując wymazać z pamięci koszmar Pustki. Ale sceny wciąż wracały, przynajmniej do Ellen, nękały ją, niechciane obrazy oplatały umysł, spowalniając myślenie. Nie mogła pozbyć się wspomnienia zabójstwa Duncana – choć był to tylko demon – nie mogła pozbyć się wspomnienia towarzyszy Stena – którzy dawali jej nadzieję na odszukanie pewnego dnia rodziny – nie mogła pozbyć się wspomnienia Nialla – który został pożarty przez Gnuśność.
Szła za Wynne niemal nieświadoma tego, co się wokół niej działo, mijała martwe ciała oraz zakrwawione ściany, nawet nie patrząc na nie, starała się skupić na aktualnym zadaniu, jednak nie potrafiła. Gdyby przybyli wcześniej, gdyby lepiej sobie radziła, gdyby tylko, wtedy Niall mógłby dalej żyć. Czuła się winna, że zginął, czuła się winna kolejnej śmierci, a świadomość, że winna będzie jeszcze wielu innym zgonom, sprawiała, iż nie chciała dalej iść.
Dotarli do kolejnych drzwi. Wynne zatrzymała się przed nimi, przestąpiła z nogi na nogę i obejrzała się przez ramię na towarzyszy. Ten pełen bólu oraz przerażenia wzrok sprawił, że Ellen wyrwała się ze szponów otumanienia i popatrzyła na kobietę trzeźwiej niż dotychczas.
— Za tą komnatą znajdziemy schody prowadzące do ostatniego piętra wieży — oznajmiła czarodziejka, zaciskając drżące ręce na kosturze.
Strażniczka skinęła głową, nie do końca wiedząc, do czego kobieta zmierzała.
— Znajduje się tam sala Katorgi — dodała.
Ellen wyprostowała się, rozpoznając znajome słowo. Alistair mówił o Katordze, że to sprawdzian dla magów, przypominał ich Dołączenie.
— Zatem chodźmy. Nadszedł już czas, by wszystko zakończyć — oznajmiła, uśmiechnęła się blado, po czym wyminęła Wynne i pchnęła drzwi, wkraczając do niedużego pomieszczenia.
Uderzył w nią zapach śmierci oraz starej krwi. Przystanęła, oślepiona jaskrawym światłem, i zamruczała przekleństwo, próbując rozeznać się w otoczeniu. W kącie pokoju leżał stos zakrwawionych ludzkich ciał – Strażniczka wytrzeszczyła oszołomiona oczy i cofnęła się dwa kroki, z trudem łapiąc oddech. Tyle ofiar… Zlokalizowała źródło jaskrawego światła i z mieszanymi uczuciami spojrzała na klęczącego na zakrwawionej posadzce młodzieńca w zbroi templariusza. Dłonie trzymał splecione jak do modlitwy, kołysał się miarowo, jego krótkie, kręcone, brązowe włosy pokrywały grube skrzepy krwi.
Ellen wciągnęła ze świstem powietrze, przyglądając się półprzezroczystej kopule, która więziła wojownika; promieniowało od niej jasnoróżowe światło. Strażniczka machnęła na towarzyszy i ruszyła nerwowo do uwięzionego, chcąc go uwolnić. Ledwie się zbliżyli, poderwał głowę i wbił pełen obłędu wzrok w ich twarze. Na żuchwie miał meszek zarostu, tak samo jak i pod nosem, skóra była brudna oraz pokryta cienką siateczką zagojonych niedawno skaleczeń.
— Znów ta sztuczka? — spytał wściekły, podnosząc się z posadzki i celując palcem w oszołomioną Ellen, która stanęła wpół kroku. — Wiem, czym jesteś. Nic z tego. Pozostanę silny — warknął, wpatrując się z nienawiścią w dziewczynę.
— Nic ci nie jest? — spytała ostrożnie, postępując krok w stronę templariusza, jednak czyjaś ciepła dłoń zatrzymała ją w miejscu.
Strażniczka spojrzała na Wynne, unosząc brwi. Czarodziejka uśmiechnęła się smutno, przenosząc wzrok na przerażonego templariusza.
— Chłopak jest wyczerpany. A ta klatka… nigdy czegoś takiego nie widziałam — stwierdziła, przyglądając się kopule.
Potem znów skupiła się na młodzieńcu.
— Spokojnie, Cullenie. Nadeszła pomoc — zwróciła się do niego ciepłym głosem.
— Dość tych wizji — warknął wojownik, cofając się. — Jeśli jest w was coś z ludzi… zabijcie mnie i zakończcie tę grę — poprosił słabszym głosem, odwracając wzrok.
— On majaczy — mruknęła cicho Leliana. — Był torturowany… Prawdopodobnie nie dostawał ani jedzenia, ani wody. To widać — dodała, spojrzała przelotnie na Ellen, a kiedy Couslandka przytaknęła, łuczniczka sięgnęła do własnej torby i wyciągnęła z niej mały bukłak na wodę.
Ruszyła w stronę bariery lekkim krokiem, uśmiechając się pokrzepiająco.
— Proszę, mam tu manierkę…
— Nie dotykaj mnie! — wrzasnął Cullen, nim Leliana zbliżyła się do kopuły.
Łuczniczka zatrzymała się jak wryta.
— Trzymaj się z daleka! — zażądał, celując w nią drżącym palcem. — Plugawi magowie krwi… mieszają mi w głowie… Nie dam się złamać! — jęknął, wbijając palce w skronie. — Prędzej umrę.
— Uspokój się — poprosiła Ellen. — Jesteś już bezpieczny.
— Cisza! — krzyknął templariusz, przerywając Couslandce. — Nie zamierzam słuchać tego, co mówisz. A teraz odejdźcie!
Ellen przestąpiła z nogi na nogę i wymieniła spojrzenie z Alistairem, niepewna, co właściwie powinni zrobić.
— Wciąż tu jesteście? — jęknął nagle Cullen, otworzywszy oczy.
Strażniczka wzruszyła ramionami, spoglądając na wojownika.
— Jak dotąd to zawsze działało. A teraz zamykam oczy i kiedy je otwieram, wy wciąż tu jesteście — wymamrotał zdruzgotany.
— Istniejemy naprawdę i jesteśmy tu po to, by ci pomóc — wyjaśniła.
— Nie wiń mnie za to, że jestem ostrożny — poprosił umęczonym głosem i przeciągnął dłonią po twarzy. — Te głosy… obrazy… takie prawdziwe… — wymamrotał bez ładu i składu. — Przysłał was Gregor? Jak… jak się tutaj dostaliście?
— Tak, przysłał nas Gregor — odparła, uśmiechając się śmielej.
Widząc ostrzejsze spojrzenie Wynne, podrapała się po głowie.
— W pewnym sensie — uściśliła zakłopotana.
— Dobrze… Zabijcie Uldreda. — Cullen wlepił w oczy Couslandki zdesperowane spojrzenie. — Zabijcie ich wszystkich za to, co zrobili. Zamknęli nas w klatkach jak zwierzęta… Szukali sposobu, żeby nas złamać — opowiedział zachrypniętym głosem. — Tylko ja się ostałem. Niektórych zamienili w… potwory. A ja nic nie mogłem na to poradzić. — Spuścił głowę, wlepiając zdruzgotane spojrzenie w posadzkę.
Ellen westchnęła cicho, rozumiejąc, jak czuł się templariusz, jednak nie było czasu na roztkliwianie się nad ofiarami. Teraz należało ratować tych, którzy wciąż walczyli o życie.
— Gdzie jest Irving i pozostali magowie? — spytała.
— Jacy pozostali? O czym ty mówisz? — prychnął zdenerwowany Cullen.
Ellen popatrzyła na niego zbita z tropu, otworzyła usta i zająknęła się.
— O Irvingu oraz innych magach, którzy walczyli przeciwko Uldredowi — sprecyzowała zirytowana Wynne. — Gdzie oni są?
— W komnacie Katorgi. — Cullen przeniósł wzrok na drzwi wieńczące schody. — Dochodzące stamtąd odgłosy… Och, Stwórco — szepnął, odwracając spojrzenie.
Strażniczka pobladła i wbiła wzrok w Wynne.
— Musimy się pospieszyć — oznajmiła czarodziejka, zaciskając dłonie w pięści. — Są w śmiertelnym niebezpieczeństwie, jestem tego pewna.
— Nie zdołacie ich ocalić — zaprzeczył Cullen, kręcąc głową. — Nie wiecie, czym się stali. — Podszedł do kopuły i zapatrzył się na stojących kawałek dalej wojowników.
— Nie możemy tak po prostu ich wszystkich zabić — zauważyła Ellen.
— Zostali otoczeni przez magów krwi, którzy swymi nikczemnymi palcami oplatają umysły i plugawią myśli — ciągnął uparcie, jego oczy pociemniały od furii.
— Jego nienawiść względem magów jest tak intensywna… — mruknął oszołomiony Alistair, kręcąc głową. — Wciąż ma świeżo w pamięci obrazy śmierci swych przyjaciół.
— Musicie położyć temu kres, natychmiast, nim będzie za późno — powtórzył Cullen, podchodząc jeszcze bliżej, tak, że jego nos niemal dotykał magicznej klatki.
Ellen zadrżała pod naporem jego spojrzenia i uciekła wzrokiem w bok, walcząc z własnymi myślami. Z jednej strony młodzieniec miał rację, ale z drugiej… czy zabicie wszystkich naprawdę będzie odpowiednim wyjściem?
 Nie da się naprawić krzywdy jeszcze większym złem”.
Słowa Alistaira wypowiedziane jeszcze w Redcliffe pojawiły się w jej głowie, i nagle znała odpowiedź na wszystkie pytania. Wiedziała, co należało zrobić. Uniosła wzrok na Cullena z delikatnym uśmiechem.
— Chcę ocalić każdego, kogo da się uratować — oznajmiła.
Templariusz pobladł, zszokowany jej słowami, potem jego twarz spurpurowiała ze złości. Strażniczka dałaby sobie rękę uciąć, że gdyby nie kopuła, chwyciłby ją za kołnierz, podniósł nad ziemię i wytrząsł porządnie jak szmacianą lalkę.
— Czy naprawdę zdołasz kogokolwiek ocalić, podejmując takie ryzyko? — spytał zagniewany. — Aby położyć kres temu koszmarowi, aby upewnić się, że nie przeżyje żaden plugawiec czy mag krwi, musicie wszystkich zabić — uznał.
Dziewczyna znów się zawahała. Jaki wybór będzie dobry, jaki zły? Jak jeden człowiek może decydować o losach tysięcy? Kieruję się własnymi uczuciami i prawami moralnymi, podczas gdy dla kogoś innego moje czyny będą bluźnierstwem albo głupotą. I jak tu wybrać dla całego narodu, dla całego świata?
— Nie mogę podjąć decyzji, póki nie przekonam się, co się dzieje — mruknęła wreszcie, nie patrząc na Cullena.
Wynne rzuciła dziewczynie zszokowane spojrzenie. Ellen spróbowała to zignorować.
— Decyzja należy do ciebie, ale błagam, żebyś rozważyła moja słowa — jęknął zdenerwowany Cullen. — Nie da się rozpoznać maleficarum na pierwszy rzut oka. Nawet jeden może wpłynąć na umysł króla albo wielkiego kapłana.
Ellen przygryzła wargę.
Ale w takim razie powinnam też zabić Wynne oraz Morrigan. I tego maga z szafy. I małe dzieci w komnacie. I uczniów Kręgu. Wszystkich, którzy jakoś przeżyli, przeciwstawili się magom krwi i demonom. To nie jest sprawiedliwość. To pójście drogą na skróty.
— Nie chcę mieć na rękach krwi niewinnych ofiar — oznajmiła i tym razem jej głos zabrzmiał pewnie.
Wyprostowała się i bez strachu spojrzała w oczy Cullena.
— Jestem po prostu gotów stawić czoło bolesnej prawdzie, którą ty ignorujesz — warknął rozwścieczony, gniewnie łypiąc na Strażniczkę. — Ale co mogę zrobić? Jak widzisz, nie jestem w stanie bezpośrednio wpływać na wasze czyny, choć chciałbym osobiście zająć się magami.
Może to i lepiej, że siedzisz w tej klatce, pomyślała Ellen.
— Wrócimy po ciebie, kiedy Uldred będzie martwy — oznajmiła.
— Moja klatka jest dziełem Uldreda… lub jednego z jego magów — stwierdził niechętnie. — Kiedy padną martwi, odzyskam wolność.
Ellen uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco, ruchem dłoni pokazując towarzyszom, by skierowali się do schodów.
— Zachowaj ostrożność — poprosiła templariusza, podążając za pozostałymi. — Niedługo to wszystko się skończy — obiecała, po czym odwróciła wzrok na plecy Morrigan, która szła kawałek przed nią.
Shegar wcisnął nos pod dłoń pani, merdając ogonem.
— Nikt mnie nigdy nie słucha, aż jest już za późno — poskarżył się niezadowolony Cullen. — Niech Stwórca spojrzy na was łaskawym okiem. Mam nadzieję, że twoja litość nie doprowadzi do naszej zagłady — zawołał za wojownikami.
Ja też mam taką nadzieję, pomyślała Ellen, wchodząc na pierwsze stopnie i kierując się do sali Katorgi. Przełknęła głośno ślinę.

Komnata była wybudowana na planie koła, nie znajdowały się w niej żadne przedmioty oprócz niedużego piedestału na środku, który od razu przywołał w Ellen złe wspomnienia. Przez witrażowe okna wlewało się światło zachodzącego słońca; Strażniczka ze zgrozą pomyślała, że musieli tu spędzić co najmniej dwadzieścia cztery godziny. Jednak te wszystkie odczucia zniknęły, gdy ujrzała to, co działo się kawałek dalej.
Pod jednym z filarów kuliło się pięciu skrępowanych magów, z czego jeden z nich wyglądał na zdecydowanie starszego, ze srebrną brodą oraz równie jasnymi włosami. Rozpaczliwie próbowali się uwolnić, podczas gdy nieopodal piedestału stał inny mężczyzna. Łysy, z orlim nosem, blady i splamiony krwią, uśmiechający się z obłędem do pochwyconego w niewidzialne kajdany jasnowłosego maga. Tuż obok niego stały dwa wielkie plugawce – spoglądały na tortury, którym poddawano młodego czarodzieja.
Kiedy kolejny wrzask pełen bólu przebrzmiał w komnacie, mag złapał brodę ofiary.
— Czy przyjmujesz dar, który ci oferuję? — spytał zimnym, przenikającym do szpiku kości głosem.
Młodzieniec pokiwał głową, a wtedy kajdany znikły, i padł półprzytomny na ziemię. Mężczyzna wraz z dwoma plugawcami cofnęli się, stanęli ramię, po czym nagle wyciągnęli ręce nad ciało młodego czarodzieja. Wstrząsnęły nim potężne drgawki, z ust potoczyła się spieniona ślina. Wywrócił oczami i zacharczał, podczas gdy jego skóra wybrzuszała się, pękała, bulgotała, kiedy powoli się zmieniał, zniekształcał, od jego twarzy płatami odpadał naskórek, by zaraz zawinąć się w górę i stworzyć przedziwne zgrubienia.
Ellen zatkała sobie usta dłonią, żeby nie zwymiotować, kiedy patrzyła na przemienianie człowieka w plugawca. Po chwili bestia stanęła obok dwóch sobie podobnych, popatrzyła ludzkim okiem na zebranych i przestała przypominać przerażonego młodzieńca.
Strażniczka nie wytrzymała, wyrwała w przód, gotowa zaatakować łysego mężczyznę gołymi rękoma, jednak Alistair mocno złapał jej ramiona i powstrzymał od tego. Szarpnęła się bez przekonania i z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że po jej policzkach staczały się łzy.
Tę nagłą szamotaninę usłyszał łysy mag i odwrócił się do wojowników.
— Ach… co my tu mamy? — spytał, spoglądając na Strażników z zainteresowaniem.
Nagle w Ellen uderzyło wspomnienie, niby mało istotne, a jednak tak wyraźne… Narada tuż przed bitwą w Ostagarze, rozmowa o jej oraz Alistaira roli na Wieży Ishal, łysy mężczyzna występuje w przód i proponuje własne rozwiązanie, Wielebna Matka się sprzeciwia, Loghain ucina dyskusję.
To był on. To był Uldred.
— Intruzi. Witajcie — mówił tymczasem mag, rozkładając serdecznie ramiona. — Chcecie przyłączyć się do… zabawy? — zaproponował, uśmiechając się dziko.
Ellen uwolniła się z uścisku Alistaira i stanęła prosto, zadzierając brodę.
— Zakładam, że to ty jesteś Uldred — stwierdziła nad wyraz lodowatym głosem.
— Och. Cóż za spostrzegawczość — zakpił Uldred i skupił się na drżącej od furii Ellen. — Fakt, że wciąż żyjesz, robi naprawdę spore wrażenie — oznajmił beztrosko. — Niestety to oznacza, że zabiliście moje sługi. Ale cóż, lepiej, że zginęli, służąc lepszym od siebie, niż mieliby żyć z koszmarną odpowiedzialnością bycia niezależnym.
Usta Ellen wykrzywiły się w kpiącym grymasie.
— Tak mi przykro — rzuciła prześmiewczo. — Jesteś zły, że zabiłam twoich sługusów?
Uldred popatrzył na nią, niezbyt przejęty szyderstwem.
— Nie musimy skupiać się na tym, kto kogo zabił — oświadczył wielkodusznie. — Nasza współpraca na tym ucierpi — uznał.
Strażniczka prychnęła rozwścieczona, oszołomiona naiwnością maga.
— Nie może być mowy o żadnej współpracy — uświadomiła mu. — Jesteś plugawcem.
— Mag jest ledwie formą larwalną — sprzeciwił się z dobrodusznym rozbawieniem Uldred, patrząc na Ellen jak na małą dziewczynkę. — Wasz Zakon nas szkaluje, nazywa plugawcami, podczas gdy my osiągnęliśmy pełnię naszego potencjału! — zawołał rozentuzjazmowany, wyrzucając ramiona nad głowę.
Zaraz wskazał palcem szarpiących się z pętami magów.
— Popatrz na nich. Zakon zdołał ich przekonać do swych racji. Odmawiają sobie rozkoszy zostania czymś wspaniałym — opowiedział z pasją.
— Jesteś szaleńcem! — wykrzyknęła Wynne. — W tym, czym się stałeś, nie ma nic wspaniałego, Uldredzie! — warknęła.
— Uldred? — powtórzył rozbawiony. — Jego już nie ma. Jestem Uldredem, a zarazem nim nie jestem. Stałem się czymś więcej — wyjaśnił radośnie i spojrzał na wściekłą czarodziejkę. — Mógłbym ofiarować ci ten dar, Wynne. Tobie i pozostałym magom. Byłoby dużo łatwiej, gdybyście zechcieli go dobrowolnie przyjąć. Ale niektórzy ludzie potrafią być tacy uparci — westchnął ciężko.
— Cieszę się, że tak wielu z nich zdecydowało się ci przeciwstawić — prychnęła Ellen, odważnie postępując krok w przód.
— A co im to dało? — rzucił i parsknął krótkim, pozbawionym wesołości śmiechem. — I tak wygrałem — oznajmił. — Po mojej stronie jest nawet pierwszy zaklinacz, czyż nie… Irvingu? — zwrócił się do jednego z porwanych magów.
Ellen pomyślała, że mówił do tego z bujną brodą, który drgał nerwowo tak, jakby dostał ataku padaczki.
— Co mu zrobiłeś?! — wrzasnęła Wynne, ruszając w przód.
Zatrzymały ją ramiona Ellen oraz Leliany, obie panie zgodnie pociągnęły czarodziejkę w tył, ratując przed heroicznym samobójstwem.
— Powstrzymaj go… — wychrypiał niespodziewanie Irving.
Wszyscy, łącznie z Uldredem, zastygli, nasłuchując.
— On… szykuje armię. On… zniszczy templariuszy i… — dukał z trudem, wciąż wstrząsany drgawkami.
— Żeby tak na mnie naskarżyć? — przerwał mu Uldred i zacmokał zdenerwowany. — Chytry z ciebie lis, Irvingu — stwierdził, uśmiechając się szeroko, po czym przeniósł porozumiewawczy wzrok na zdruzgotaną Ellen. — A już myślałem, że zaczął się zmieniać.
— Ni… nigdy — odparł słabo pierwszy zaklinacz.
— Dość już powiedziałeś, Irvingu — uznał mag.
Znów skupił się na drżącej od złości Strażniczce, uśmiechając się.
— On w końcu zacznie mi służyć. Ty także — zapewnił ją.
— Nie, nic z tego — stwierdziła, kręcąc głową. — Prędzej umrę.
— Szkoda byłoby cię zabijać — orzekł w zamyśleniu, pocierając gładką brodę palcami. — Twój potencjał w połączeniu z napędzającą go mocą demona uczyniłby cię istotą niemożliwą do powstrzymania.
Ellen poczuła dreszcz obrzydzenia na plecach.
— Mogę to zrobić, mogę dać ci moc i nowe życie — zapewnił ją.
— Nie brzmi to zachęcająco — stwierdziła, wykrzywiając śmiesznie usta.
Uldred popatrzył na nią chłodniejszym wzrokiem, prostując się dumnie.
— Nie sądzę, żeby twoje zdanie miało jakiekolwiek znaczenie — uświadomił jej z zimnym uśmieszkiem. — Taką podjąłem decyzję i tak się stanie. Walcz, jeśli musisz. Dzięki temu moje zwycięstwo będzie miało jeszcze słodszy smak — uznał i cofnął się kilka kroków, rozkładając ręce, a całe jego ciało rozświetliło się dziwnie.
Ellen, podobnie jak jej przyjaciele, chwyciła broń, gotowa do odparcia ataku. Nim jednak ruszyła z szarżą, ktoś złapał jej ramię i przytrzymał, nachylając się nad jej uchem.
— Nie zapomnij o Litanii — przypomniała Wynne, łypiąc na rzucającego zaklęcie mężczyznę. — Uniemożliwi Uldredowi kontrolowanie magów i pozwoli nam wygrać tę walkę — wyjaśniła, po czym odsunęła się, zostawiając Ellen z niezbyt mądrą miną.
— Hej, ale jak mam tego użyć?! — zawołała.
Niespodziewanie cała posadzka zatrzęsła się i Strażniczka wylądowała na kamieniach, zapominając o pytaniu. Na środku komnaty wznosiła się istota wzrostu ogra – o ile właściwie nie większa – z masywnym ciałem pokrytym odstającymi, ostrymi, amarantowymi łuskami. Szerokie ramiona zwieńczone były czymś na kształt nierozwiniętych skrzydeł, zrogowaciałych, wąskich oraz ostrych. Ślepi niemal nie było widać w okrągłym pozbawionym inteligencji pysku, w paszczy znajdowały się potrójne rzędy małych zębów przypominających igły.
— Stwórco jedyny, co to jest?! — wrzasnęła Leliana i dopiero głos przyjaciółki otrzeźwił oszołomioną Strażniczkę.
Zerwała się na równe nogi, złapała sztylety i oszacowała sytuację. W ich stronę zmierzały trzy plugawce, jednak największym problemem niewątpliwie była istota, w którą zmienił się Uldred. Należało ponadto chronić magów, a ponieważ nie zostało już ani trochę czasu na przekazywanie sobie z rąk do rąk Litanii, powinna stać w pobliżu uwięzionych.
— Alistair, Sten, Leliana, zajmijcie się plugawcami! — krzyknęła. — Wynne, osłaniaj nas, Morrigan, zajmij się tą przerośniętą górą smoczego łajna, Shegar, zostań przy mnie! — wydała rozkazy.
Zaraz musiała uciekać w bok, kiedy wielka pięść istoty gruchnęła o posadzkę w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą stała. Gwizdnęła na ogara i puściła się biegiem do magów, zastanawiając się, jak Litania działała. Zatrzymała się przed uwięzionymi czarodziejami, posłała im pokrzepiający uśmiech, starając się nie zwracać uwagi na pobladłe z przerażenia twarze, po czym skoczyła w przód, by zaatakować istotę. Shegar ruszył zaraz u jej boku, ujadając wściekle i z mściwą satysfakcją rzucając się na łuskowate cielsko stwora.
Sekwencja walki była bardzo podobna do zmagań z ogrem. Ellen przemykała między nogami potwora, unikając ciosów potężnych łap i dźgając sztyletami wszędzie, gdzie popadło. Całe szczęście, że Morrigan wspierała ją czarami, bo niekiedy istota okazywała się sprytniejsza od przerażonej dziewczyny i niemal chwytała ją w żelazny uścisk. Wtedy jej ramię pokrywało się grubą warstwą lodu, a Strażniczka wymykała się z pułapki.
Kilkanaście minut później dołączyli do niej również Sten oraz Alistair, i od razu poczuła się pewniej. Pewność siebie jednak zniknęła, gdy stwór nagle wyciągnął łapę do skulonych magów, a jego ślepia rozszerzyły się gwałtownie.
— Przyjmujecie dar, który wam oferuję? — zawarczał basowym głosem, jego szponiaste palce rozżarzyły się złotym światłem.
Ellen zdrętwiała, wpatrując się w powstający czar jak zahipnotyzowana.
Litania! — wrzasnęła Wynne, sprawiając, że Couslandka drgnęła nerwowo i skoczyła w tył, zatrzymując się przed czarodziejami.
— Jak mam tego, kurwa mać, użyć?! — ryknęła w odpowiedzi, wyszarpując z torby lśniący zwój i unosząc go nad głowę jak tarczę.
W momencie, w którym zaklęcie przemiany zderzyło się z pergaminem Litanii, dziewczyna usłyszała znajomy głos mówiący zgoła dziwne wyrazy:
— Esta regratum uma c’ombre.
Kiedy otworzyła zamknięte na chwilę oczy, zrozumiała, że to był jej głos i to ona wyrecytowała nieznane słowa.
Nim szok zdążył minąć, Litania rozświetliła się jaskrawym błękitnym światłem, a nitki zaklęcia Uldreda po prostu rozerwały się i rozpłynęły w powietrzu. Potem coś w Ellen uderzyło, straciła dech i potoczyła się po posadzce, przyciskając magiczny zwój do piersi.
— Wstawaj — usłyszała przy uchu nerwowy szept, ktoś złapał ją za łokieć i szarpnął w górę, więc, cała obolała i roztrzęsiona, stanęła prosto, odsuwając od siebie Litanię.
Leliana posłała jej delikatny uśmiech.
— Uratowałaś ich. Jakoś — mruknęła łuczniczka, spoglądając na magów.
Ellen, widząc, w jaką furię wpadł Uldred, gdy użyła Litanii, uśmiechnęła się krzywo.
— Może plugawcami nie zostaną, ale jak tak dalej pójdzie, to będą rozdeptani — podsumowała, wielkimi oczami obserwując, jak Alistair, Sten i Shegar nerwowo uskakują przed szerokimi stopami potwora.
— Ellen! — krzyknęła niespodziewanie Morrigan. — Potrzebuję ran, zrańcie go dotkliwie! — zawołała.
Dziewczyna skinęła głową, klepnęła Lelianę po ramieniu i wskazała łeb Uldreda.
— Celuj w ślepia — poprosiła, a potem poderwała z ziemi upuszczone sztylety i rzuciła się biegiem do istoty. — Razem! — wrzasnęła do pozostałych wojowników. — Jednocześnie, na mój sygnał! — sprecyzowała, hamując z poślizgiem, kiedy wielka stopa niemal ją zmiażdżyła.
W dalszym ciągu uskakiwali przed ciosami Uldreda, starając się nie zostać zmiecionym z powierzchni ziemi którąś z wielkich kończyn, a Alistair oraz Sten zaczęli coraz bardziej nerwowo zerkać na Ellen. Strażniczka uparcie milczała, nasłuchując jakiegokolwiek znaku od Morrigan. Udawała, że nie dostrzegała zaniepokojonych spojrzeń towarzyszy, z kamienną miną uchylała się przed każdym ciosem.
Aż wreszcie wiedźma się odezwała:
— Ellen! — wrzasnęła.
Strażniczka potrzebowała ułamka sekundy, by znaleźć się przy Uldredzie.
— Teraz! — ryknęła, wbijając broń najgłębiej, jak tylko mogła.
Alistair i Sten poszli w jej ślady, a gdy stwór zawył przeraźliwie, wyrwali oręż z cielska, rozrywając je brutalnie. Krew chlusnęła na posadzkę, pozbawiając Ellen równowagi, jednak ktoś ją podtrzymał i postawił do pionu tak, jakby była piórkiem. Strażniczka popatrzyła z wdzięcznością na Stena.
Rozległo się ciche klaśnięcie od strony Morrigan i zapadła przejmująca cisza. Kiedy Ellen myślała już, że nic się nie stanie, nagle cielsko potwora wybuchło od środka, rozrywając się na tysiące mięsnych kawałków. Couslandka wrzasnęła przerażona, osłaniając głowę przed deszczem krwawych fragmentów i wytrzeszczając oczy na zadowoloną z siebie wiedźmę. Wolała nie dociekać, jak tego dokonała.
Leliana jako pierwsza ruszyła do uwięzionych magów, by przy pomocy grotu strzały sprawnie porozcinać więzy, którymi byli skrępowani. Ellen podeszła chwiejnym krokiem do pierwszego zaklinacza i podała mu rękę. Z jego miny poznała, że nie do końca wiedział, co działo się przez kilkadziesiąt ostatnich minut.
Walka trwała co najmniej godzinę, za oknami słońce już zniknęło za horyzontem.
— Stwórco — stęknął, pocierając skronie. — Jestem już na to za stary — stwierdził.
Ellen nieznacznie uniosła kąciki ust i cofnęła się krok od mężczyzny.
— Irving! — krzyknęła przerażona Wynne, jej kostur z głuchym hukiem upadł na posadzkę, a ona ruszyła biegiem do pierwszego zaklinacza, by troskliwie przytrzymać jego ramiona. — Nic ci nie jest? — spytała, wpatrując się w twarz starca z napięciem.
— By… bywało lepiej — przyznał całkiem pogodnie jak na aktualną sytuację, z ulgą wspierając się na czarodziejce. — Ale cieszę się, że żyję. Przypuszczam, że to dzięki tobie, Wynne — dodał, uśmiechając się blado, jednak jego oczy zabłysły młodzieńczo. — Mam rację?
— Nie byłam sama — zaprzeczyła i przeszła w bok tak, by odsłonić pierwszemu zaklinaczowi stojących kawałek dalej Strażników.
Leliana uśmiechnęła się szeroko i pomachała do Irvinga, podczas gdy Ellen z niezwykłym zapałem próbowała pozbyć się krwi z twarzy.
— Otrzymałam pomoc — uściśliła kobieta z rozbawieniem w głosie, na co Strażniczka stanęła prosto, przestając maltretować nieszczęsną ranę.
— Krąg ma wobec was wszystkich dług, którego nigdy nie zdoła spłacić — stwierdził ze szczerą wdzięcznością Irving, uśmiechając się słabo.
Delikatnie uwolnił się z ramion Wynne i, kuśtykając, ruszył do schodów prowadzących na niższe piętra.
— Chodźcie, templariusze czekają. Powiemy im, że wieża znów jest nasza — zdecydował, a pozostali uwięzieni magowie powstawali i ruszyli za pierwszym zaklinaczem.
— Dobrze więc, prowadź — zgodziła się Ellen, pozwoliwszy czynić honory gospodarzowi.
Skinęła na towarzyszy i podreptała za mężczyzną.
— Musicie sprowadzić mnie po schodach… — stęknął Irving, więc Strażniczka do niego doskoczyła i go podparła. — Ach, szlag by trafił tego, kto uparł się, by siedzibą Kręgu uczynić wieżę — zaklął, mozolnie schodząc na pierwsze stopnie.
Ellen popatrzyła zdumiona na mężczyznę, po czym nagle parsknęła głośnym, pełnym ulgi oraz szczęścia śmiechem. Irving spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem, podczas gdy Strażniczka wciąż się śmiała, pozbywając się całego napięcia, przerażenia i stresu.
Już było dobrze. Już wszystko skończone. Nie musiała się bać, wykonali swoje zadanie. I była pewna, że nigdy nie zapomni tych dni spędzonych w Kręgu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz