sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.45 - Pierwszy sojusznik


Irving patrzył na zniszczenia Kręgu przerażony, choć nie chciał po sobie pokazywać zmartwienia. Szli przez zakrwawione korytarze w ciszy, a im niżej schodzili, tym bardziej szarzała twarz pierwszego zaklinacza. Wynne czasami próbowała do niego zagadać, wspominała o tych, którzy przeżyli, czekali pod zatrzaśniętymi metalowymi drzwiami, jednak mężczyzna tylko kiwał półprzytomnie głową, tocząc dokoła spojrzeniem.
Ellen starała się trzymać w pobliżu Alistaira i Leliany, bo nagle poczuła się winna całemu temu zniszczeniu. Wrażenie to potęgował ponury Cullen drepczący na końcu pochodu i wlepiający pełne nienawiści spojrzenia w ludzi idących przed nim. Dziewczyna miała wrażenie, że problemy z templariuszem jeszcze się nie skończyły. Na całe szczęście nie odezwał się do chwili, w której doszli do wielkich metalowych drzwi, po drodze spotykając całe i zdrowe dzieci oraz kilku magów-uczniów.
Ruszyli do zamkniętych wrót, a Irving wystąpił w przód i załomotał w nie pięścią.
— Otwierać! Tu Pierwszy Zaklinacz Irving, chcę się widzieć z Gregorem! — zawołał mocnym głosem. — Jest tu ze mną Szara Straż, która została wpuszczona do wieży, by oczyścić ją z plugawców i magów krwi! — Wlepił w Couslandkę wyczekujące spojrzenie.
Wyczerpana dziewczyna popatrzyła na maga bez zrozumienia.
— Obecna? — zawołała niepewnie.
Leliana zachichotała wesoło i poklepała Ellen po ramieniu, bez zbędnych słów gratulując przyjaciółce błyskotliwej wypowiedzi. Strażniczka nieco urażona wzruszyła ramionami i zaczęła nasłuchiwać odpowiedzi z zewnątrz.
Zapadła dłuższa chwila ciszy, podczas której zebrani zerkali na siebie niepewnie, oczekując jakiejkolwiek reakcji templariuszy. Nagle dało się słyszeć stłumione „otwierać!”, Ellen uśmiechnęła się z ulgą i tak oto wrota stanęły przed nimi otworem, a w samym progu powitał ich Gregor z obnażonym groźnie mieczem.
Na widok pierwszego zaklinacza wyprostował się gwałtownie, chowając broń.
— Irving? — spytał oszołomiony i chwycił ramię maga, delikatnie wprowadzając go do komnaty pełnej templariuszy. — Na oddech Stwórcy, nie spodziewałem się zobaczyć cię jeszcze żywego — przyznał, zatrzymując się w świetle rzucanym przez palącą się lampę.
Templariusze zajęli się uratowanymi magami, podczas gdy Ellen i jej towarzysze wraz z Cullenem oraz Wynne podążyli za komturem i pierwszym zaklinaczem, by uczestniczyć w rozmowie. Strażniczka oparła zmęczona głowę na ramieniu Alistaira i westchnęła ciężko, marząc tylko o tym, żeby się gdzieś położyć. Kiedy cała adrenalina opadła, wyczerpanie dało o sobie znać ze zdwojoną siłą.
— Już po wszystkim, Gregorze — uspokoił templariusza Irving, kładąc bladą dłoń na jego opancerzonym ramieniu.
Komtur wpatrywał się w maga w napięciu, jakby się bał, że ten zaraz upadnie.
— Uldred… nie żyje — dodał, uśmiechając się blado.
— Uldred torturował tych magów — wtrącił lodowatym głosem Cullen. — Miał nadzieję złamać ich wolę i zmienić w plugawce. Nie wiemy, ilu mu uległo — zauważył, wbijając w oczy komtura znaczące spojrzenie.
Ellen aż się rozkaszlała, słuchając słów młodego wojownika. Czyli dalej chciał wyrżnąć w pień wszystkich żywych magów?
— Co takiego? — sapnął równie oburzony Irving, spoglądając na Cullena. — Nie bądź śmieszny!
— To oczywiste, że tak właśnie powie! — zawołał Cullen.
Ellen popatrzyła zdumiona na Alistaira, jakby Strażnik miał coś temu zaradzić.
— Może być magiem krwi! Nie wiesz, co oni zrobili? — rozkręcał się zdenerwowany templariusz. — Nie pozwolę, by to się powtórzyło! — zawołał dobitnie.
Tego już było jednak za dużo dla umęczonego Gregora.
— To ja jestem tutaj dowódcą, nie ty — oznajmił lodowatym głosem.
Ellen przeszła krok w przód, żeby być lepiej widoczną.
— Wydaje mi się, że w Kręgu przywrócony został porządek — odezwała się nieśmiało, uśmiechając się niepewnie.
Irving z wyraźną ulgą odetchnął i posłał Gregorowi blady uśmiech.
— Krąg przetrwa, wyciągniemy z tej tragedii wnioski i staniemy się dzięki niej silniejsi — poparł słowa Strażniczki.
— Odbiliśmy wieżę — zgodził się Gregor. — Zakładam, że Irving ma rację — stwierdził wreszcie i uśmiechnął się cierpko.
— Ale w ich wnętrzu mogą czaić się uśpione demony… — sprzeciwił się z niedowierzaniem Cullen. — Czekają na odpowiedni moment!
Gregor zgromił go zimnym spojrzeniem.
— Dosyć! — ryknął. — Podjąłem już decyzję — oznajmił, by zaraz spojrzeć na Strażników. — Dziękuję. Okazaliście się przyjaciółmi zarówno Kręgu, jak i templariuszy — zwrócił się do nich, skłaniając z szacunkiem głowę.
Ellen przeczesała palcami włosy.
— Trzeba było to zrobić — stwierdziła, nie do końca wiedząc, co mogłaby odpowiedzieć na słowa komtura.
Mężczyzna uśmiechnął się powściągliwie.
— Obiecałem udzielić wam wsparcia, ale teraz, gdy Krąg znów funkcjonuje, moim obowiązkiem jest nadzorować magów — uświadomił im. — Oni będą mogli wam pomóc. Porozmawiajcie z nimi.
— Masz na myśli pierwszego zaklinacza? — zainteresowała się Ellen.
Gregor uśmiechnął się kącikiem ust.
— Tak, Irvinga — potwierdził, wskazując ruchem głowy rozmawiającego z Wynne maga. — Ja zajmę się przeczesywaniem wieży. Możliwe, że są jeszcze jacyś ocaleni. Powinniśmy się nimi jak najlepiej zająć. — Spojrzał na otwarte na oścież wrota, po czym westchnął ciężko. — A teraz wybaczcie — poprosił, skłonił się przed Strażnikami i ruszył energicznym krokiem do stojącego kawałek dalej pierwszego zaklinacza. — Irvingu… dobrze, że wróciłeś — odezwał się do maga, kładąc dłoń na jego ramieniu.
Mężczyzna uśmiechnął się do komtura, poklepując przyjacielsko jego rękę.
— Ach, jestem pewien, że nie minie wiele czasu, nim znów rzucimy się sobie do gardeł — stwierdził rozbawiony.
Gregor skinął głową i, machnąwszy ręką na podwładnych, ruszył w głąb wieży, kładąc dłoń na rękojeści miecza. Kilku innych templariuszy podążyło za komturem.
Ellen westchnęła ciężko, przeciągnęła się z cichym pomrukiem, po czym klepnęła się mocno w policzek, by trochę się obudzić. Popatrzyła z uśmiechem na towarzyszy i skinęła w stronę drzwi prowadzących poza wieżę, uśmiechając się pogodnie.
— Poczekajcie tam chwilę na mnie, porozmawiam z Irvingiem i zaraz stąd idziemy — poprosiła.
Leliana pokiwała głową i pierwsza skierowała się w tamtą stronę, za nią ruszyli pozostali. Shegar podreptał ostatni, popatrzywszy na panią, jednak w końcu zamerdał ogonem i potruchtał za Alistairem.
Strażnik zatrzymał się nieopodal Morrigan, patrząc, jak Ellen ziewa szeroko i kieruje się do prowadzącego rozmowę z Wynne Irvinga. Zmarszczył czoło i zerknął na wiedźmę. Kobieta zdawała się go nie zauważać, więc przez kolejną chwilę milczał, aż wreszcie nie wytrzymał:
— Porozmawiajmy przez chwilę o twojej matce — zaproponował.
Morrigan spojrzała na niego znudzona, po czym przeniosła wzrok przed siebie.
— Wolałabym porozmawiać o twojej — skwitowała głosem przepełnionym kpiną.
Alistair zacisnął zęby i łypnął na wiedźmę.
— Nie ma o czym mówić — stwierdził i wzruszył ramionami. — A poza tym czy przypadkiem twoja matka nie jest straszliwą wiedźmą, która mieszka w lesie? — przypomniał po chwili milczenia.
Morrigan zerknęła na niego z miną, która nie wyrażała choćby grama ciekawości.
— To znacznie bardziej interesujący temat. — Skinął głową.
— Być może dla ciebie — mruknęła, westchnąwszy ciężko.
Skrzyżowała ręce na wysokości piersi i spojrzała na Alistaira z szyderczym uśmiechem.
— Ciebie zainteresowałby nawet mech porastający skały — orzekła.
Strażnik postanowił zignorować uszczypliwość.
— Wiesz, co jest jeszcze bardziej interesujące? — ciągnął niewzruszony, kiwając się z palców na pięty. — Apostaci. Magowie praktykujący poza wieżą. To niezgodne z prawem.
— Przeczytałeś to w jakiejś mądrej księdze? — spytała ze słabo zaaranżowanym przejęciem, ziewnąwszy teatralnie. — Mam nadzieję, że małe literki zanadto cię nie zmęczyły.
— Zawsze możemy porozmawiać o twojej matce — burknął niezadowolony.
Łypnął gniewnie na Morrigan i wbił w Ellen wyczekujące spojrzenie, nie marząc o niczym innym prócz opuszczenia Kręgu.
— Mnie tam bez różnicy — zapewnił.
Tymczasem Ellen doczekała się chwili uwagi ze strony pierwszego zaklinacza. Irving dostrzegł niemal zwalającą się z nóg dziewczynę i zlitował się nad nią, przerywając rozmowę z Wynne.
— Oto jesteśmy, wieża w rozsypce, Krąg praktycznie unicestwiony… ale mogło być przecież dużo, dużo gorzej — zagadnął. — Cieszę się, że w porę się zjawiliście — stwierdził, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Jakby zesłał was sam Stwórca.
— Cieszę się, że mogliśmy pomóc — zapewniła.
Wyprostowała się, skupiła wzrok na Irvingu i splotła ręce na plecach, odsuwając od siebie zmęczenie.
— Z tego, co mówił Gregor, wynika, że przybyliście tutaj w poszukiwaniu sprzymierzeńców — zmienił temat i wskazał czekających pod drzwiami wojowników.
Ellen skinęła głową.
— Możemy przynajmniej udzielić wam wsparcia w walce z mrocznymi pomiotami. Nie po to wyszedłem stąd cało, by paść ofiarą Plagi — stwierdził pogodnie i posłał Strażniczce uśmiech.
— A więc mam twoje słowo? — spróbowała się upewnić.
Irving spojrzał na wyczerpaną dziewczynę z ciepłym błyskiem w oku.
— Masz moje słowo jako pierwszego zaklinacza — odparł z pogodnym uśmiechem. — Krąg przyłączy się do Szarej Straży, stanie do walki u jej boku. — Dotknął prawą ręką lewej strony klatki piersiowej, przysięgając w ten sposób na własne życie.
Ellen uśmiechnęła się szeroko.
— Irvingu, mam do ciebie pewną prośbę — odezwała się niespodziewanie Wynne, delikatnie dotknąwszy ramienia maga.
Mężczyzna spojrzał na czarodziejkę pytająco.
— Pozwól mi przyłączyć się do Szarej Strażniczki — dokończyła kobieta.
Ellen gwałtownie się rozkaszlała, wytrzeszczając oczy.
— Wynne… — wydusił równie oszołomiony mężczyzna. — Jesteś nam tutaj potrzebna. Krąg cię potrzebuje — spróbował uświadomić czarodziejce.
Ona jednak uśmiechnęła się dobrotliwie, kręcąc głową.
— Doceniam to, Irvingu, ale Krąg świetnie da sobie radę beze mnie. Ma przecież ciebie — przypomniała cieplejszym głosem, by zaraz przenieść wzrok na zszokowaną Ellen. — To odważna i zacna kobieta zdolna do wielkich czynów — stwierdziła, przez co Couslandka momentalnie się zarumieniła. — Pomogę w realizacji jej celów, jeśli zechce przyjąć moją pomoc.
— Byłabym zaszczycona, gdybyś zechciała do nas dołączyć, Wynne — odparła zgodnie z prawdą Ellen.
Czuła się bardzo głupio, usłyszawszy tyle pochwał pod swoim adresem. Nigdy by też nie sądziła, że tak poważna i rozsądna kobieta jak Wynne zapragnie jej towarzyszyć.
— Nigdy nie należałaś do tych, co siedzą w wieży, kiedy poza nią czeka przygoda — westchnął ciężko Irving, kręcąc głową ze zrezygnowaną miną.
Czarodziejka uśmiechnęła się szeroko.
— Po co miałabym zostawać, kiedy mogę przydać się gdzieś indziej? — spytała.
Irving przyjrzał się jej w zamyśleniu, gładząc brodę, jakby rozważał wszelkie za i przeciw, po czym znowu westchnął.
— A więc udzielam ci pozwolenia na dołączenie do Szarej Straży — odparł i posłał kobiecie pokrzepiający uśmiech. — Wiedz jednak, że zawsze będzie tu dla ciebie miejsce. — Uniósł palec, po czym zaśmiał się dobrotliwie. — Mamy tu wiele do zrobienia. Czas już na mnie. Wybacz mi, że nie okazałem się lepszym gospodarzem — dodał, słowa kierując do Ellen, po czym skłonił się lekko.
Już miał ruszyć do wieży, kiedy Strażniczka złapała jego ramię.
— Czy magowie Kręgu mogą udać się do Redcliffe, żeby uratować opętane dziecko? — wyrzuciła na wydechu.
— Dziecko jest opętane? — powtórzył, marszcząc czoło w zastanowieniu. — Ale… zabicie demona oznaczałoby także zabicie… — urwał gwałtownie, na jego twarzy pojawiło się zrozumienie. — Chyba że zamierzasz wejść w Pustkę. Tak… tak, grupa magów mogłaby tego dokonać — stwierdził. — Zgromadzę tylu czarodziei, ilu zdołam, i natychmiast ruszymy w drogę — zdecydował. — Stawką jest ludzkie życie.
— Proponuję wyruszyć z samego rana — odezwała się Strażniczka.
Nawet nie wiedziała, kiedy przyzwyczaiła się do roli przywódcy.
— Wszystkim nam przyda się trochę snu, wierzchem do Redcliffe przy forsownym tempie można dojechać w kilka godzin — wyłuszczyła. — Posiadacie wierzchowce? — spytała na wszelki wypadek.
Pierwszy zaklinacz skinął głową.
— Tak, mamy stajnię Kręgu przy karczmie. Zatem zatrzymajcie się w oberży, rano wyruszymy pierwsi i spotkamy się albo na szlaku, albo już w Redcliffe — zdecydował Irving. — Zatem do zobaczenia, muszę wracać do obowiązków — pożegnał się raz jeszcze.
— My też już chodźmy — poprosiła zmęczonym głosem Ellen i ramię w ramię z Wynne podeszła do towarzyszy.
Widząc pytające spojrzenia, wskazała czarodziejkę.
— Wynne będzie podróżować z nami. To już postanowione. A teraz zbierajmy się do gospody, bo zaraz padnę plackiem na twarz — dodała i pierwsza ruszyła schodami w dół, uważając, by się nie potknąć.
Ponieważ w szeregach znów zapanowała przejmująca cisza spowodowana skrajnym zmęczeniem wszystkich, Alistair, któremu aż tak spać się nie chciało, postanowił poszukać towarzystwa u Shegara. Ogar kroczył pełen energii, zupełnie nie przywodząc na myśl psa bojowego. Ale pozory mogły mylić.
— Masz pojęcie, co się tu dzieje? — zagadnął psa, na co mabari uniósł łeb. — Plaga, wojna domowa… — wyliczył z cichym westchnieniem, odchylając głowę. — Zastanawiam się, ile z tego rozumiesz.
Ogar zamerdał ogonem w odpowiedzi i przeniósł wzrok na dalszą część schodów, chyba uznawszy, że temat został zamknięty. Alistair jednak zaczynał rozwijać wypowiedź, zapatrzywszy się na obijającą się o ściany Ellen.
— Jesteśmy bardzo wyjątkowi… — mruknął, uśmiechając się delikatnie, kiedy Leliana ze śmiechem wsparła Strażniczkę. — Mamy do odegrania ważne role. Nawet ty.
Pies zerknął na niego przelotnie.
— Szczególnie ty — poprawił się, uśmiechając się szerzej. — Jesteś mabari. Strzeżesz jednej z najważniejszych osób… — ciągnął, jednak ogar postanowił w tym momencie wtrącić swoje trzy grosze.
Szczeknął krótko i zamerdał ogonem, wlepiając w Strażnika rozochocone spojrzenie. Młodzieniec zamrugał, nie do końca rozumiejąc, o co mogło chodzić zwierzęciu.
— Co takiego? — spytał na wszelki wypadek.
Shegar znów zaszczekał, podskoczył i zbiegł energicznym truchtem kilka stopni niżej, oglądając się na oszołomionego Strażnika. Alistair zmarszczył czoło.
— Chcesz się bawić? — wydusił zdumiony. — Ale ja jeszcze mówię — przypomniał głosem pełnym wyrzutu. — Dlaczego nikt nie chce mnie słuchać? — poskarżył się całemu światu, z tym, że słuchał go chyba tylko sam Stwórca, ponieważ Shegar dogonił Ellen i nikt nie zwracał uwagi na Strażnika.
Wreszcie schody się skończyły, Leliana nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi, ukazując znajdujący się za nimi świat. Wody jeziora Kalenhad skąpane były w srebrnej poświacie wiszącego na ciemnym niebie księżyca, drzewa na przeciwległym brzegu kołysały się miarowo przy podmuchach chłodnego wiatru. Panował niczym niezmącony spokój, cisza, atmosfera odpoczynku.
Ellen stanęła na trawie na drżących nogach, tocząc dokoła pełnym zachwytu spojrzeniem. Nigdy nie sądziła, że zatęskni za tak prostymi widokami, za wiatrem, wodą, drzewami, chłodem, za światłami domostw migoczącymi w oddali. Jej serce przepełniło się wyłącznie radością. Przebiegła kawałek w przód, śmiejąc się głośno, wyrzuciła ręce nad głowę i zakręciła się dokoła własnej osi, zadzierając brodę, by spojrzeć w rozgwieżdżone niebo. W końcu straciła równowagę, postawiła kilka chwiejnych kroków i usiadła na wilgotnej ziemi, łapiąc szybkie, płytkie wdechy. Wciąż cicho chichotała, mimo że cały świat wirował jej przed oczami.
Leliana roześmiała się pogodnie i podbiegła do niej, pomagając jej wstać. Ellen, ledwie odzyskawszy pion, pociągnęła przyjaciółkę do brzegu jeziora, a Shegar pomknął radośnie za nimi. Alistair uśmiechnął się lekko i razem ze Stenem zabrali się do spychania łódki Lissie na płyciznę. Carrolla nigdzie nie było widać, więc wyglądało na to, że obowiązek wiosłowania spadnie na nich.
W tym czasie Ellen opadła na kolana przy brzegu, pochyliła się nad ciemną wodą i zaczęła łapczywie pić, na przemian śmiejąc się i przełykając. Shegar zamerdał ogonem i dołączył do pani, rozchlapując drobne kropelki.
— Piesku! — zawołała ze śmiechem Ellen, ocierając twarz wierzchem dłoni.
Mabari wywalił jęzor, ziając radośnie, kiedy patrzył na panią, i szturchnął nosem jej rękę, wlepiając w roześmiane oczy wzrok mądrych ślepi. Obok nich stała wyprostowana Leliana, oddychając głęboko nocnym powietrzem, i tylko Morrigan oraz Wynne pohamowały entuzjazm, czekając, aż panowie poradzą sobie z łodzią.
— Na pokład! — zawołał Alistair.
Całą grupą weszli do łódki i usadowili się na wydzielonych ławkach. Sten, zabrawszy wiosło Strażnikowi, który nie do końca wiedział, jak się zabrać do żeglugi, odbił od brzegu.
— Nie jesteś takim żółtodziobem, jak sądziłem — odezwał się niespodziewanie qunari, słowa kierując do siedzącej nieopodal Strażniczki.
Ellen uniosła głowę.
— To… zaskakujące — przyznał olbrzym, wiosłując miarowo.
— Eee… — wydusiła elokwentnie Couslandka. — Dziękuję.
Sten zerknął na nią krótko, kącik jego ust drgnął lekko.
— Nie ma za co — odparł spokojnie, kończąc rozmowę.
Strażniczka, czując się bardzo nieswojo, przygarbiła ramiona, objęła szyję Shegara i wtuliła twarz w jego sierść, czekając, aż dotrą do celu. Noc spędzona w gospodzie oznaczała, że dziewczyna po raz pierwszy od niezwykle długiego czasu prześpi się w łóżku. Ta myśl była dla niej niemal abstrakcyjna.
Wreszcie kadłub łódki zaszurał o piaszczyste dno i Leliana radośnie oznajmiła, że czas wysiadać. Ellen ochoczo wyskoczyła na stały ląd, rozejrzała się zadowolona dokoła, po czym, poczekawszy cierpliwie, aż wszyscy jej towarzysze wydostaną się z Lissie, ruszyła energicznym krokiem w stronę karczmy z zamiarem zarezerwowania dla nich pokoi. Jednak im bliżej podchodziła, tym bardziej niepokoił ją fakt, że nigdzie nie widziała ich koni, które, jak powiedział Kester, powinny być uwiązane przy płocie.
Zmarszczyła czoło, zwalniając kroku. Na całe szczęście dostrzegła siedzącego nieopodal wejścia do karczmy przewoźnika. Starszy mężczyzna cierpliwie patroszył ryby przy świetle księżyca, mrucząc coś do siebie w zadumie; przerwał zajęcie, gdy srebrna łuna została przerwana rzucanym przez Ellen cieniem.
Uniósł głowę, po czym zerwał się z miejsca z radosnym okrzykiem.
— Do stu demonów, nie wierzę, żyjecie! — zawołał, rozkładając oblepione łuskami ramiona. — Nie było was trzy dni i już myślałem, że tam żeście poumierali w wieży — wyjaśnił. — Nie martwcie się, wasze konie są w stajni Kręgu za gospodą. No, wszystkie, prócz jednego. Jedna mała bestia nie dała się złapać i pasie się luzem przed budynkiem, nie oddalając się od niego zanadto.
— Dziękuję za fatygę, Kesterze — mruknęła Ellen, przenosząc wzrok w stronę, którą wskazał przewoźnik. — Z samego rana będziemy wyruszać, więc już pozbędziesz się problemu z głowy.
— A tam, żaden problem! — żachnął się Kester. — Cieszę się, że mogłem pomóc — zapewnił, siadając z powrotem na ławce i wracając do patroszenia ryb.
Ellen chwilę obserwowała jego pracę, aż wreszcie westchnęła ciężko.
— Znajdą się jakieś wolne pokoje dla nas? — spytała, wskazując drzwi gospody.
Kester zerknął w tamtą stronę, uniósł brwi, po czym zaśmiał się ochryple.
— W „Rozpuszczonej Księżniczce” niemal zawsze są wolne miejsca — zapewnił szczerze rozbawiony. — Lepiej nie zatrzymywać się tu dłużej niż na jedną noc, naprawdę.
— Nie zatrzymamy się na dłużej, obiecuję — odparła Ellen i gestem kazała pozostałym wejść do budynku, posyłając Kesterowi pogodny uśmiech. — Jeszcze raz dziękuję za pomoc. Miłej nocy — pożegnała się.
Przewoźnik uniósł nóż na do widzenia, nie odrywając wzroku od patroszonej ryby.
W progu Strażniczka na chwilę zatrzymała się i obejrzała na falujące wody jeziora Kalenhad. Przez moment chłonęła idylliczne widok, napawała się chłodnym powietrzem na skórze, potem westchnęła i zamknęła drzwi, wchodząc do pogrążonego w półmroku pomieszczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz