sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.46 - Moralny dylemat


Ogień jasno płonął na palenisku w prywatnej sypialni arla Denerim. Loghain stał tuż przed kominkiem, przeglądając z nieobecną miną trzymane w ręku papiery dotyczące sojuszu z kilkoma mniejszymi bannorstwami. Plotki, które obiegły kraj, zaczęły go niepokoić. Ale to niemożliwe, by ktoś był w stanie podburzać szlachtę przeciw niemu. Eamon był śmiertelnie chory, Szara Straż została unicestwiona, Anora stała po jego stronie. Westchnął ciężko i zmrużył podkrążone oczy, starając się skupić na czytanych dokumentach.
Drzwi cicho skrzypnęły, za plecami teyrna rozległy się ostrożne kroki i mężczyzna obejrzał się przez ramię, marszcząc czoło. Widząc znajomą twarz o szczurzym wyrazie oraz rozbiegane brązowe oczy, znów stanął tyłem do przybysza, pozornie ignorując jego niezapowiedzianą wizytę.
— Przynoszę wieści, panie — odezwał się arl Howe, kłaniając się przed regentem królowej.
Loghain machnął dłonią, dając przyzwolenie na kontynuowanie wypowiedzi.
— Bannowie domagają się, byś zrezygnował z korony. Mówi się, że zbierają swe wojska, tak samo jak twoi sojusznicy — ciągnął Howe, wpatrując się świdrującym wzrokiem w plecy władcy.
Loghain nieznacznie zmarszczył czoło, słuchając słów arla.
— Zdaje się, że dojdzie jednak do wojny domowej mimo Plagi — wysnuł własne wnioski mężczyzna. — To… niefortunne.
Loghain przytaknął w zamyśleniu, na dobre odrywając wzrok od papierzysk i zapatrując się w buzujące płomienie.
— Mam również interesujący raport — odezwał się znów Howe, tym razem prostując się jak struna. — Okazuje się, że pewna grupa Szarych Strażników zbiegła spod Ostagaru. Jak tego dokonali, nie wiem, występują jednak przeciw tobie — opowiedział.
Loghain zdrętwiał. A więc jednak. Obawy były słuszne. Ale którzy? Którzy z tych parszywych zdrajców umknęli śmierci?
— Podjąłem już pewne kroki. Jeśli pozwolisz, panie… — wtrącił Howe, zgiął się wpół i dwornie zatoczył ramieniem półkole, przechodząc kilka kroków w bok.
Do komnaty wkroczył niewysoki, jednak niewątpliwie umięśniony elf. Jego ruchy były pewne siebie, spoglądał na wszystkich bystrym wzrokiem brązowych oczu. Miał mocno opaloną skórę, lewą skroń zdobił tatuaż składający się z dwóch falistych linii ułożonych tuż obok siebie, ciągnących się od czoła aż do połowy policzka, poniżej szpiczastego ucha. Długie blond włosy rozpuścił, sięgały ramion, tylko dwa kosmyki po obu stronach głowy zaplótł w cienkie warkoczyki, które spotykały się z tyłu. Uśmiechnął się nonszalancko i dwornie ukłonił.
— Antivańskie Kruki przesyłają pozdrowienia — przywitał się, unosząc znacząco brwi, kiedy patrzył na obracającego się do niego regenta.
Loghain zmarszczył czoło, patrząc na elfa z niezadowoleniem.
— Skrytobójca? — spytał nieprzekonany, zerknąwszy krótko na Howe’a.
Arl momentalnie się ukłonił.
— Z Szarą Strażą mogą się mierzyć tylko najlepsi — uświadomił Loghainowi, unosząc na niego rozbiegany wzrok wodnistych oczu.
Ciszę przerwał delikatnie zachrypnięty, a jednocześnie całkowicie szczery śmiech elfa. Skrytobójca odchylił na chwilę głowę i nagle dźwięk się urwał. Spojrzał z niepokojącym błyskiem w oku na teyrna, rozciągając usta w kpiącym uśmiechu.
— I najdrożsi — uzupełnił nonszalancko.
— Po prostu to załatw — warknął gniewnie Loghain, łypnął raz jeszcze na elfa, po czym obrócił się tyłem do podwładnych, wbijając wzrok w studiowane przed chwilą dokumenty.
Mężczyźni ukłonili się i w ciszy opuścili komnatę.

W karczmie nie było zbyt wielu klientów. Tak po prawdzie przy okrągłych stolikach nie siedział nikt inny oprócz Bodahna sączącego piwo z wielkiego kufla. Stojący za ladą karczmarz łypał na krasnoluda, zapewne czekając, aż ostatni klient łaskawie uda się do pokoju. Jednak zanosiło się na to, że tej nocy gospodarz spędzi w pracy jeszcze długie godziny – na widok wkraczających do pomieszczenia Strażników Bodahn zerwał się z miejsca, szeroko rozkładając ramiona.
— Na Kamień, wreszcie się zjawiliście! — zawołał, lawirując między krzesłami.
Gdy dotarł do Ellen, chwycił ją w imadło swoich ramion i porządnie wyklepał plecy, aż biedna stęknęła głucho, wytrzeszczając oczy.
— Dobrze was widzieć, Strażnicy! — stwierdził radośnie, odsuwając się od dziewczyny i patrząc na wszystkich z zadowoleniem.
— Ciebie również, Bodahnie — zapewnił Alistair, uśmiechając się z rozbawieniem na widok miny Couslandki.
Ellen popatrzyła na niego wciąż wielkimi oczami i z trudem się wyprostowała.
— Z samego rana wyruszymy do Redcliffe, Bodahnie — oznajmiła.
Krasnolud pokiwał głową z mądrą miną, jednak, nim zdążyła powiedzieć coś więcej, klasnął w ręce.
— Plany najlepiej się snuje przy kuflu dobrego piwa! — orzekł tonem znawcy i popchnął stojące najbliżej niego Ellen i Lelianę do stolika, gestem zapraszając wszystkich, by usiedli.
Uczynili to naprawdę niemal wszyscy, bo Morrigan ostentacyjnie wybrała miejsce w kącie sali, spoglądając beznamiętnym wzrokiem przed siebie.
— Dobrodzieju, kolejka dla wszystkich! Na mój koszt! — zarządził Bodahn.
Ellen znów otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale teraz też jej przerwano:
— Zarezerwowałem też dla was pokoje, więc nie musicie martwić się formalnościami — uspokoił ich, uśmiechając się szeroko.
— Ale przecież… — zaczęła zdruzgotana Strażniczka, starając się nie dać poznać po sobie ogromu ulgi, jaką odczuła, gdy to usłyszała.
Za późno przypomniała sobie, że nie dysponowali wystarczającą ilością funduszy, by zostać na noc w cywilizowanym miejscu.
— Strażniczko, nie martw się pieniędzmi. Kupiec i przedsiębiorca Bodahn Feddic ma ich zawsze pod dostatkiem i chętnie wspiera swoich przyjaciół! — zawołał gromko i wziął zamach na plecy Ellen.
Couslandka jednak uchyliła się, przez co oberwał Alistair, aż uderzył w blat stołu, kładąc się na nim. Leliana zachichotała cicho.
— Zatem jutro z samego rana wyruszamy do Redcliffe, jednak obawiam się, że zostaniesz w tyle — podjęła przerwany wątek Strażniczka, uśmiechnąwszy się szeroko do mamroczącego przekleństwa młodzieńca. — Nie będziemy podróżować tak jak do tej pory, całą odległość przebędziemy galopem, więc możesz zostać w tyle. Jednak na miejscu zaczekamy na ciebie i wspólnie ruszymy dalej — obiecała i przysunęła do siebie wielki kufel.
Bodahn podał karczmarzowi zapłatę, gdy wszyscy otrzymali trunek.
— Żadna wielka tragedia — skwitował spokojnie i usączył trochę piwa. — Muszę przyznać, że na postoje wybieracie same mało zatłoczone miejsca — poskarżył się nagle. — Zdołałem się tylko dowiedzieć, że Lothering zostało zrównane z ziemią przez pomioty — oznajmił smutniej, spuszczając wzrok.
Ellen zacisnęła dłoń na rączce kufla i gwałtownie uniosła naczynie do ust, wypijając za jednym razem niemal pół jego zawartości. Leliana, Alistair i Bodahn zapatrzyli się na nią z oszołomieniem.
— Przeklęte szkarady! — warknęła, odstawiając kufel z donośnym hukiem na blat, aż Morrigan w swoim kącie nieznacznie podskoczyła.
Strażnik westchnął cicho i kciukiem starł pianę spod nosa Ellen, na co zdumiona dziewczyna spurpurowiała na twarzy.
— A widzisz, Strażniczko, jak się nie ma mocnej głowy, to nie wolno tyle na raz pić, bo od razu uderzy w czerep — oznajmił Bodahn.
Leliana zachichotała mimo woli, podczas gdy Couslandka starała się ukryć twarz przed oczami towarzyszy za kuflem.
— No nic to. — Bodahn podniósł się, dopiwszy piwo. — Pójdę się położyć. Spotkamy się w Redcliffe, tak? — Kiedy Strażnicy skinęli głowami, krasnolud westchnął głęboko. — Zatem dobrej nocy — pożyczył zebranym i podreptał w stronę schodów prowadzących do części dla gości. — Ach, pokoje od jeden do pięciu — zawołał przez ramię i ruszył w górę, znikając wojownikom z oczu.
— Możesz spać ze mną — zaproponowała Leliana, przenosząc wzrok na Wynne.
Czarodziejka uśmiechnęła się z wdzięcznością i skinęła głową.
— Ellen pewnie też by cię chętnie przygarnęła, ale jej łóżko zostało zarezerwowane przez Shegara. Tylko z nim je dzieli. — Zachichotała łuczniczka.
— Och, to był długi dzień — zgodziła się Wynne, westchnąwszy ciężko. — Odpoczynek… odpoczynek byłby mile widziany.
Strażniczka spojrzała na nią uważnie.
— Dobrze się czujesz? — spytała z troską, patrząc, jak Wynne podnosi się, by udać się do jednego z pokoi.
Czarodziejka posłała dziewczynie uspokajający uśmiech.
— Tak… tak, oczywiście — zapewniła ją, wspierając się na krześle. — Jestem tylko trochę… zmęczona. Jak pewnie zauważyłaś, młoda już nie jestem.
— Założę się, że w tych starych kościach znajdzie się jeszcze trochę życia — rzuciła przyjaźnie Ellen.
Polubiła czarodziejkę i wolałaby, żeby kobieta została w Kręgu, niż narażała się na niebezpieczeństwo przy słabym zdrowiu.
— Dziękuję. To bardzo miło z twojej strony — mruknęła, ziewnąwszy szeroko. — Ale, szczerzę mówiąc, to nie wiem, ile lat mi jeszcze zostało. Żyję już tak długo… — Westchnęła ciężko i zapatrzyła się w dal. — Zawsze jest jednak wciąż coś do zrobienia. Myślę, że będę się cieszyć, kiedy już… skończę — stwierdziła, ruszając wolnym krokiem w kierunku schodów.
— Jestem pewna, że będzie żyć jeszcze wiele lat — zawołała za nią Ellen.
Wynne uniosła dłoń, jednak już nie oglądała się za siebie.
— Och, nie wiem. Naprawdę nie wiem — odpowiedziała, wchodząc na pierwszy stopień. — Pójdę do pokoju drugiego, Leliano.
Ellen westchnęła i obróciła głowę, by zagadać do tych, którzy jeszcze zostali przy stole, jednak w tym momencie Sten i Alistair podnieśli się, by ruszyć do własnych pokoi. Strażnika obserwowała ich z rozdziawionymi ustami, oburzona faktem, że po raz pierwszy mogli sobie razem posiedzieć w gospodzie jak cywilizowani ludzie, a oni po prostu szli spać. Sten pożegnał dwie panie skinięciem głowy, Alistair natomiast, przechodząc obok naburmuszonej Ellen, rozczochrał jej włosy, pochylając się nad nią.
— Tylko nie siedźcie zbyt długo — poprosił cicho, posłał Strażniczce ciepły uśmiech i podążył za znikającym na schodach qunarim.
Dziewczyna mruknęła pod nosem i znów zatopiła usta w piwie.
— Czy… — zaczęła nieśmiało Leliana, spoglądając do wnętrza kufla.
Strażniczka rzuciła jej zainteresowane spojrzenie.
— Mówiłam ci, że podoba mi się, jak układasz włosy? — spytała niepewnie łuczniczka, uśmiechając się do Ellen.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i ostrożnie dotknęła ciemnych kosmyków.
— Moja fryzura? — spróbowała się upewnić, choć w jej skromnym mniemaniu fryzurą nie można było tego nazwać.
Brązowe kłaki sterczące we wszystkie strony – to prędzej.
— Podoba ci się? – wydusiła, na co Leliana skinęła głową z uśmiechem. — Dziękuję — mruknęła zakłopotana Couslandka, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.
Nigdy nie rozmawiała z innymi dziewczynami w jej – lub prawie w jej – wieku, takie tematy były dla niej obce. A jednak dobrze się jej gawędziło z Lelianą, jakby znały się od dawna. Żałowała, że nie miała takiej przyjaciółki w Wysokożu.
— Pasują ci — stwierdziła łuczniczka.
Dziewczyna odruchowo przygładziła odstające kosmyki.
— Prosta fryzura, nie taka, jakie nosiło się w Orlais — ciągnęła myśl, opierając brodę na splecionych dłoniach i spoglądając w zamyśleniu na zaciekawioną Strażniczkę. — Nie mogły się obejść bez wstążek, kwiatków, klejnotów… Pamiętam taki rok, gdy szczytem mody były pióra — zaczęła opowieść. — Lady Elise uznała, że musi prześcignąć wszystkie damy i, słowo daję, zaczęła nosić w swojej olbrzymiej fryzurze żywe, śpiewające ptaki. Ćwierkanie było nawet urocze, ale musisz zdać sobie sprawę, że małe, przerażone ptaszki miewają często kłopoty żołądkowe — dodała i mrugnęła do wytrzeszczającej oczy Ellen.
— Dobry Stwórco! — zawołała Strażniczka, krztusząc się piwem.
Leliana wychyliła się przez blat i poklepała ją po plecach, uśmiechając się szeroko, podczas gdy Couslandka na zmianę chichotała oraz czkała.
— Tak… Wyobrażasz sobie na pewno, jak wyglądała pod koniec wieczoru — dorzuciła Leliana, na co Ellen parsknęła gromkim śmiechem, niezdrowo się rumieniąc.
Uznała tym samym, że wystarczy jej piwa jak na jeden wieczór i odsunęła od siebie kufel, wciąż chichocząc.
— Ale chciałam ci powiedzieć coś miłego po prostu — zmieniła temat łuczniczka, uśmiechając się z zakłopotaniem. — Wybacz. Czasem gadam od rzeczy. Chodzi mi o to, że… — urwała, zawieszając głos. — Dobrze mi się z tobą rozmawia. Czuję, że mogę mówić, co chcę, a ty mnie za to nie osądzisz — sprecyzowała.
— Nawet lubię twoje schodzenie z tematu — przyznała Strażniczka.
Leliana miała niezwykły dar porywania słuchacza i wprost nie dało się jej nie słuchać z zapartym tchem.
Łuczniczka uśmiechnęła się szeroko.
— Widzisz? O tym mówię — stwierdziła ze śmiechem. — Wspaniale się z tobą rozmawia. Od dawna nie spotkałam kogoś, kto byłby mi tak bliski. Naprawdę cenię twoje towarzystwo — dodała ciszej, jakby zawstydzona tym, co postanowiła wyznać.
Ellen jednak uśmiechnęła się i sięgnęła przez stół do ręki kobiety, kładąc na niej dłoń.
— Jesteś bezcenną przyjaciółką, Leliano — zapewniła.
Naprawdę tak myślała. Po tym wszystkim, co się przytrafiło, bratnia dusza była nieoceniona.
— Dziękuję. Jestem zaszczycona, że tak myślisz — odparła Leliana, delikatnie ujmując dłoń Ellen.
Strażniczka roześmiała się i pokręciła głową, wznosząc oczy do sufitu.
— Jaki tam zaszczyt, daj spokój — parsknęła, prostując się.
Łuczniczka wzruszyła ramionami, obserwując Couslandkę z rozbawieniem, podczas gdy Ellen opierała się na krześle.
— Nigdy nie miałam takiej prawdziwej przyjaciółki w domu, więc właściwie nie wiem, o czym się powinno z nimi rozmawiać — przyznała z rozbawieniem dziewczyna i przeciągnęła dłonią po twarzy. — Chyba czas się zbierać, co? — rzuciła.
— Tak, już późno — zgodziła się łuczniczka.
Podniosła się i poczekała chwilę, aż również Ellen dźwignie się z krzesła.
— Dobrej nocy, do jutra — pożegnała się, po czym skierowała się do schodów.
Couslandka rozejrzała się po pomieszczeniu, odruchowo sprawdzając, czy czegoś nie zostawiła, gdy dostrzegła siedzącą samotnie Morrigan. Westchnęła cicho, przyglądając się wiedźmie, chwilę zastanawiała się nad tym, jak bardzo była zmęczona, po czym ruszyła do kobiety, by przysiąść się do niej. Morrigan uniosła kąciki ust, dostrzegłszy ją, i usiadła prosto.
Choć Strażniczka ceniła sobie ciszę, która potrafiła między nimi dwiema zapaść, teraz postanowiła zagadać, by wiedźma nie poczuła się odtrącona – choć z pewnością by się tak nie poczuła, gdyby Couslandka poszła prosto do pokoju.
— Jak nauczyłaś się zmieniać postać? — zadała najbardziej nurtujące ją pytanie.
Morrigan uśmiechnęła się z rozbawieniem.
— Nie urodziłam się taka — uzmysłowiła Strażniczce. — To zdolność Flemeth, której nauczyłam się, mieszkając w Głuszy przez wiele lat — odparła. — Chasyndzi opowiadają historie o wiedźmach, mówiąc, że przybieramy postaci zwierząt, by obserwować ich z ukrycia — przytoczyła ludowe podanie, uśmiechając się pod nosem. — Gdy dziecko pozostanie samo, bez opieki plemienia, wtedy atakujemy, zabierając wrzeszczącego malca do swej kryjówki, żeby go później pożreć. Bardzo zabawna bajka — skwitowała z kpiną.
— Ale to tylko legenda, prawda? — spytała nieco drżącym głosem Ellen i przełknęła ślinę, wyobrażając sobie wielkiego wilka zaciągającego dziecko do nory.
— Tak zakładam — odparła Morrigan, co wcale nie uspokoiło dziewczyny. — Moja matka chodziła po Głuszy o wiele dłużej ode mnie — zauważyła i uśmiechnęła się delikatnie. — Jakie mam podstawy twierdzić, co robiła w przeszłości, a czego nie? — rzuciła w powietrze i oparła się łokciami o blat stołu. — Dlaczego pytasz? Chcesz dowiedzieć się czegoś konkretnego?
— Nigdy nie słyszałam o takiej magii — przyznała Couslandka.
Może to i lepiej, bo gdyby wiedziała, że czarodzieje i wiedźmy mogli zmieniać się w zwierzęta, żyłaby w ciągłym strachu, iż była obserwowana.
— Nie? — zdziwiła się Morrigan. — Chodzą o niej słuchy w odległych zakątkach świata — wyjaśniła, przekrzywiając głowę. — Istnieją tradycje magii poza Kręgiem, niezależnie od tego, co ci wmawiano.
Ellen ze zdumieniem odkryła, że Morrigan nie była już taka chłodna i odległa.
— Niektóre z tych tradycji są naprawdę stare i przekazuje się je w ścisłej tajemnicy z pokolenia na pokolenie. Fanatycy Zakonu wytępiliby wszystkich praktykujących, gdyby tylko mogli, lecz traf chciał, że niektórzy wciąż żyją. Należy do nich moja matka — skwitowała wiedźma, unosząc kącik ust w lekkim uśmiechu.
Ellen pokiwała w zadumie głową.
— To dobrze – stwierdziła. — Takie tradycje trzeba zachować.
W końcu gdyby nie Flemeth, ona i Alistair już by zginęli, a tak zostali uratowani i mogli pomóc Fereldenowi.
— Dziwię się, że tak sądzisz — odparła szczerze Morrigan, przyglądając się Ellen uważnie, jakby myślała, że dziewczyna kłamała. — W każdym razie miło to słyszeć.
— Dużo czasu spędzasz jako zwierzę? — drążyła Couslandka.
— Bywały takie noce, gdy czułam zew Głuszy — przyznała kobieta, kiwając wolno głową. — Spoglądasz na otaczający cię świat i zdaje ci się, że znasz go dobrze — zaczęła, uśmiechając się pod nosem. — Ja wąchałam go jako wilk, słuchałam jako kot i przemykałam przez cienie, których istnienia nawet nie podejrzewałaś.
Ellen poczuła dreszcz na plecach.
— Lecz moje życie jest życiem człowieka. Nie mam złudzeń, że jest inaczej — skwitowała, prostując się na krześle.
— A jak traktują cię inne zwierzęta, gdy się przemienisz? — ciągnęła przepytywanie Strażniczka.
— Nie uciekają ode mnie. Wydaje im się, że jestem taka jak każde z ich gatunku. — Uśmiechnęła się lekko, widząc blask entuzjazmu w oczach Couslandki. — Nie mam jednak pojęcia, co o mnie myślą. Tak jak ja jestem człowiekiem, niezależnie od postaci, tak one pozostają zwierzętami. Nie potrafią więc mówić, nawet gdybym zapytała — wyjaśniła.
— Czy możesz również przyjąć postać innego człowieka?
— Postać zwierzęcia jest inna od mojej. Można obserwować takie stworzenie, nauczyć się ruszać i myśleć jak ono. Z czasem pozwala to stać się takim samym — wyjaśniła. — Obserwując innego człowieka, niczego się nie nauczę — zauważyła. — Już jestem taka jak oni. Więc nie, moja ludzka postać jest jedyną, którą posiadam.
Strażniczka ziewnęła szeroko, co na chwilę przerwało rozmowę.
— Nie mam więcej pytań — ogłosiła wszem i wobec, posyłając Morrigan uśmiech.
— Naprawdę? — rzuciła trochę kpiącym głosem Morrigan, jednak kiedy Ellen wywróciła rozbawiona oczami, porzuciła ten ton. — Masz już jakieś zdanie na temat moich zdolności? Czy jestem nienaturalnym plugawcem, którego należy spalić?
— Sądzę, że twoje zdolności są bardzo przydatne — skwitowała Ellen, wspominając walkę w Kręgu.
— Bardzo praktyczne podejście — uznała zaskoczona wiedźma. — Rozsądniejsze od każdego mężczyzny, z którym rozmawiałam — dodała kpiącym głosem i podniosła się z miejsca, zasuwając za sobą krzesło. — Jednak jest już wystarczająco późno. Obie potrzebujemy snu, a jutro rano wyruszamy.
— Racja, zbierajmy się — zgodziła się Strażniczka i również wstała.
W tym momencie jej torba wypakowana po brzegi grubym tomem obiła się o stół. Couslandka wyjęła księgę, zaraz wyciągając ją w stronę Morrigan.
— Poczekaj — poprosiła i postukała palcem w okładkę. — Natrafiłam na to w Kręgu i odniosłam dziwne wrażenie, że to cię zainteresuje — stwierdziła.
— Co? Znalazłaś grimuar Flemeth? — wydusiła, biorąc tomiszcze do ręki. — Od kiedy dowiedzieliśmy się o sytuacji wieży magów, zastanawiałam się, czy da się go odzyskać — przyznała zafascynowana, sunąc dłonią po czarnej okładce. — Lecz nie zdążyłam z tobą porozmawiać. Na szczęście udało ci się go odnaleźć bez mojej pomocy. Jestem ci wdzięczna. Zaraz zacznę studiować księgę — zapewniła.
— Proszę bardzo — wydukała, wzruszając bezradnie ramionami.
— Nie mam zamiaru zmarnować szansy nauczenia się więcej, niż chciałaby Flemeth — stwierdziła dobitnie Morrigan. — To będzie ciekawe. — Uśmiechnęła się złowieszczo pod nosem. — Dobrej nocy, Ellen — pożegnała Strażniczkę i ruszyła do schodów.
— Dobrej nocy — odparła cicho, uśmiechnęła się i podążyła w tę samą stronę, próbując sobie przypomnieć, jak to było spać w normalnym łóżku.

Jednak nie zasnęła. Bardzo się cieszyła z powodu świeżej pościeli, miękkiego materaca, puchowej poduszki oraz pochrapującego w nogach łóżka Shegara, ale nie mogła zasnąć. Najpierw przewracała się z boku na bok, a kiedy mabari warknął na nią niezadowolony, usiadła na materacu. Odgarnęła poczochrane włosy z twarzy i zapatrzyła się na plamę księżycowego światła na kołdrze.
Nie dawała jej spokoju świadomość leżącego niedaleko amuletu Alistaira. Przed zaśnięciem, kiedy przebierała się w luźną lnianą koszulę oraz sfatygowane spodnie, wyjęła go z torby i odłożyła na blat stołu. Teraz odbijał promienie księżyca i drażnił jej myśli.
Ellen czuła wyrzuty sumienia, że nadal nie wręczyła przyjacielowi ostatniej pamiątki po matce. Wynikało to pewnie z tego, że misja w Kręgu Maginów uświadomiła jej, jak szybko oraz niespodziewanie każde z nich mogło zginąć. Gdyby miało mu się coś tak nagle stać i nie dowiedziałby się o niczym, nie dostał najcenniejszej dla niego na świecie rzeczy… Westchnęła ciężko, ukrywając twarz w dłoniach.
Ale co miałaby mu powiedzieć? Jak mu wręczyć ten amulet? Teraz, w środku nocy? Pójść do jego pokoju i władować mu się do łóżka, żeby go obudzić? Czy poczekać do rana i dopiero mu to dać? Tylko wtedy będą pozostali, to byłoby jeszcze bardziej niezręczne niż skakanie po śpiącym Strażniku. Przygryzła wargę, tłumiąc zirytowany jęk w gardle. Co miała zrobić? Może w ogóle wyrzucić amulet przez okno?
Tę myśl błyskawicznie odrzuciła, potrząsając głową.
— Sheeegaaaar! — jęknęła, wyciągając się w przód i kładąc się na śpiącym mabari.
Ogar sapnął, jednak pozwolił pani użalać się nad sobą na jego grzbiecie.
— Dlaczego ty śpisz, kiedy ja przeżywam takie męki? — poskarżyła się, obejmując szyję psa.
Shegar machnął od niechcenia ogonem, nawet nie otworzywszy ślepi. Ellen zastygła, patrząc w zamyśleniu na cienie tańczące na ścianie przy drzwiach.
I kiedy biedny pies już myślał, że będzie mógł w spokoju spać, Strażniczka zerwała się z miejsca. Zsunęła nogi z łóżka, stając na chłodnej podłodze.
— Idę tam. Grzej mi miejsce — poprosiła, doskakując do stołu.
Przyjrzała się amuletowi, po czym wzięła i zacisnęła na nim palce, uśmiechając się lekko. Teraz albo nigdy, już postanowione. Rzuciła jeszcze okiem na Shegara, a widząc, że pies z lubością rozwalił się na całym łóżku, uśmiechnęła się rozbawiona i ruszyła na bosaka do drzwi.
Zanim trafiła pierwszy raz tego wieczoru do pokoju, spotkała siedzącego na korytarzu Bodahna. Krasnolud wielkodusznie rozdzielał wszystkim klucze, żeby nikt nie władował się nikomu w niezręcznym momencie przez drzwi, i choć kiedy Ellen nadeszła, on już spał, zaraz się obudził i dał jej pokój z numerem pięć. Krótko powiedział, kto gdzie spał, gdyby Strażniczka chciała robić rano pobudkę, po czym podniósł się z krzesła i wrócił do własnego pokoju, mrucząc coś o zarwanych nocach.
Dlatego teraz Ellen bez wahania skierowała się ciemnym korytarzem do pomieszczenia z numerem trzy, niemal wstrzymując oddech, żeby nikogo nie obudzić. Czuła się tak, jakby zamierzała zrobić coś nielegalnego, podczas gdy po prostu planowała oddać przyjacielowi jego własność.
Z nietęgą miną stanęła naprzeciw poszukiwanych drzwi, spojrzała na klamkę i nie ruszyła się z miejsca nawet o krok. Wreszcie zmusiła się, by podejść kawałek w przód, jednak zamiast zapukać czy po prostu wejść, z ciężkim westchnieniem wsparła czoło na twardych deskach, zamykając oczy. Starała się ułożyć w głowie wszystkie możliwe scenariusze wydarzeń, wszystkie reakcje, którymi mógłby ją zaskoczyć, każdą odpowiedź na jego pytania, i poczuła, że to ją przerosło.
Może powinna zawrócić? Ale z drugiej strony czego tak bardzo się bała? Da mu amulet, pożyczy dobrej nocy i sobie pójdzie. Przecież to nic zobowiązującego, po prostu zwykłe koleżeństwo. W końcu skoro znalazła, postanowiła oddać, a że tak późno… Po prostu mu powie, że…
Oparcie na czole nagle zniknęło, dziewczyna zamachała rękoma, pozbawiona równowagi, wytrzeszczyła oczy na podłogę skąpaną w księżycowym blasku, potem z donośnym hukiem i zduszonym okrzykiem wylądowała na deskach, uderzając się boleśnie.
— Ellen? — usłyszała nad sobą niedowierzający szept i przekręciła głowę tak, by zobaczyć stojącego obok Alistaira.
Młodzieniec wpatrywał się w rozciągniętą na podłodze dziewczynę wielkimi oczami, chyba nie do końca wiedząc, co się właśnie stało. Wreszcie oprzytomniał i ukląkł przy niej, pomagając jej wstać.
— Nic ci nie jest? — spytał zatroskany, przytrzymując ją, kiedy się zachwiała.
Pokiwała głową, po czym spojrzała skonsternowana na Alistaira. I z przerażeniem odkryła, że Strażnik nie miał koszuli. Nie wiedziała dlaczego, ale odwrócenie wzroku od jego torsu kosztowało ją dużo wysiłku. Jak tylko wszystko się powiodło, wbiła spojrzenie we własne stopy, próbując sobie przypomnieć, dlaczego tu przyszła i legła mu do nóg.
— Usłyszałem jakieś stuknięcie do drzwi, jednak nie sądziłem, że wpadniesz z tak niezapowiedzianą wizytą — przyznał Alistair.
Ellen pomyślała ze złością, że miała za twarde czoło, po czym wzięła głęboki wdech, powoli unosząc wzrok, by spojrzeć na Strażnika. Niepewnie sięgnęła do jego ręki, delikatnie ją ujęła i uniosła trochę wyżej, by znalazła się w świetle księżyca. Ignorując oszołomienie Alistaira, wsunęła mu między palce amulet.
Młodzieniec zmarszczył mocniej czoło i pochylił się nad tym, co mu dała.
— Ja… bo… widzisz… tak jakby… — dukała w międzyczasie Ellen niezwykle zachrypniętym głosem, jednak cała przemowa, jaką sobie przygotowała, gdzieś natychmiastowo uleciała z jej głowy.
Więc nieco się ograniczyła:
— Masz — stwierdziła i uciekła wzrokiem w bok.
— To… — zaczął cicho. — To amulet mojej matki. Bez wątpienia — wyszeptał, z czułością sunąc palcami po metalu.
Ellen nagle przeszył dreszcz, nawiedziła ją dziwna myśl, więc cofnęła się o krok.
— Ale dlaczego nie jest zniszczony? — mruknął, zupełnie nieświadomy tego, co się działo w głowie biednej dziewczyny. — Skąd go masz?
— Był w zamku w Redcliffe, w gabinecie — wychrypiała i bardzo zdumiała ją ilość słów, których użyła w tej wypowiedzi.
— Aaa — westchnął, jakby to wszystko tłumaczyło. — W gabinecie arla? — spróbował się upewnić.
Ona tylko skinęła głową jak kukiełka.
— Musiał go więc… znaleźć zaraz po tym, jak rzuciłem nim o ścianę — uznał w zamyśleniu, przeczesując palcami wolnej ręki potargane włosy. — Naprawił go i zatrzymał? Nie rozumiem — zdenerwował się, zaciskając dłoń na amulecie. — Dlaczego to zrobił? — spytał łamiącym się głosem, przenosząc pełen nadziei wzrok na Ellen.
Dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało, nie mogąc opanować gorąca oblewającego jej twarz, kiedy Alistair na nią patrzył.
— Może znaczysz dla niego więcej, niż ci się zdaje — zasugerowała cicho.
Okazało się, że to wcale nie było takie straszne.
— Chyba masz rację — zgodził się wciąż oszołomiony. — Nigdy tak naprawdę nie rozmawialiśmy, a potem odszedłem tak nagle… Dziękuję — zmienił koncepcję wypowiedzi i uśmiechnął się szeroko do Ellen.
Temperatura w pokoju wzrosła jeszcze bardziej, prawda?
— Naprawdę. Ja… myślałem, że straciłem go przez własną głupotę. Będę musiał pomówić o tym z Eamonem, jeśli wyzdrowieje. To znaczy kiedy — poprawił się momentalnie. — Kiedy wyzdrowieje. Szkoda, że dostaję go dopiero teraz — westchnął ciężko, a potem nagle spojrzał na Ellen zupełnie inaczej niż dotychczas, na jego ustach pojawił się całkowicie inny uśmiech.
Dziewczynę przeszył dreszcz.
— Pamiętasz, jak o tym wspominałem? — spytał z niedowierzaniem.
Strażniczka skinęła głową.
— O rany. Przyzwyczaiłem się już do tego, że ludzie mnie nie słuchają — stwierdził rozbawiony.
— Oczywiście, że pamiętam — prychnęła zdenerwowana, jednak nie wytrzymała naporu spojrzenia Strażnika.
Uciekła wzrokiem w bok, zaciskając usta, kiedy bardziej się zarumieniła. Na szczęście było dość ciemno i nie mógł tego zobaczyć.
— Czy to ta scena, w której rozbrzmiewa muzyka i zaczynamy tańczyć? — rzucił żartobliwie. — Bo ja jestem gotowy. Gdzie minstrele? — Rozejrzał się.
Ellen uznała, że jak na jedną noc miała dość wrażeń.
— Wybacz, ale ja gotowa nie jestem — zaczęła się bronić, unosząc ręce przed klatkę piersiową. — Ani nie uczesana, ani tym bardziej nie ubrana. Kto to widział, żeby córka teyrna tańczyła w starej lnianej koszuli z następcą tronu? — dodała.
Alistair uśmiechnął się szeroko.
— Dla mnie zawsze wyglądasz olśniewająco — zapewnił, nim właściwie pomyślał, i po tych słowach zapadła między nimi niezręczna cisza.
Ellen wytrzeszczyła oczy, purpurowiejąc na twarzy, on się wyraźnie zmieszał, uciekając spojrzeniem w bok, i ostatecznie nikt nie miał pomysłu na ratowanie sytuacji.
Bo właściwie z czego było trzeba ją ratować? Do dziewczyny powoli dotarło, że to nie był żart, ale skoro nie żart, to… musiało być szczere.
— Mimo to taki ubiór ani mnie, ani tobie nie przystoi — stwierdziła z zakłopotanym uśmiechem, cofając się w stronę drzwi. — Choć w twoim przypadku to raczej brak ubioru ci nie przystoi — uściśliła, znów opuściwszy wzrok, więc zamknęła oczy i obróciła się do wyjścia, unosząc ręce. — Innym razem potańczymy, obiecuję! — zawołała i ruszyła pospiesznie przez korytarz, zostawiając uśmiechniętego Alistaira w pomieszczeniu.
Do własnego pokoju wpadła jak burza, zamknęła drzwi i rzuciła się jak dzika do łóżka. Zdezorientowany tym wtargnięciem Shegar w ostatniej chwili uciekł z jej miejsca i sekundę później Ellen już wsuwała się pod kołdrę, układając głowę na poduszce. Światło księżyca oblewało deski pokoju, zahaczając również o szkarłatną twarz dziewczyny. Strażniczka skuliła się na swoim miejscu, przygryzając kciuka, kiedy wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w rozjaśnioną promieniami podłogę.
Nagle uśmiechnęła się do siebie, na początku bardzo nieśmiało, by zaraz uśmiech stał się szeroki i bardzo szczęśliwy. Zamknęła oczy, niemal natychmiast zasypiając z rozanielonym wyrazem twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz