sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.47 - Ścierwojad


Strażniczka obudziła się godzinę po wschodzie słońca, kiedy poranne promienie zatańczyły na jej twarzy, wyrywając ze spokojnego snu pozbawionego cuchnących pomiotów. Świadomość, że tej nocy nie miała do czynienia z tymi potworami, sprawiła, że dobry humor jej nie opuszczał. Chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit i próbując sobie przypomnieć wszystko z poprzedniego dnia. Z poprzednich kilku dni.
Zatem lada moment wyruszą do Redcliffe. Podróż niewątpliwie będzie szybka, Ellen nie miała złudzeń, że dotrą na miejsce jeszcze przed zachodem. Connor potrzebował pomocy, magowie byli gotowi do opuszczenia Zasłony dla czarodzieja, który miałby pozbyć się demona.
Z cichym westchnieniem obróciła się na bok, by spojrzeć na zieleniące się za oknem drzewa. Uśmiechnęła się do siebie, obserwując skaczącego po gałęzi srebrnopiórego ptaszka, a do jej umysłu wkradły się późniejsze wspomnienia, początkowo nieco zamglone pokrywającą je zasłoną wypitego piwa. Potem nabrały ostrości i z całą wyrazistością ujrzała wyraz oczu Alistaira, kiedy stali w jego pokoju, rozmawiając półgłosami. Poczuła dreszcz na plecach, skuliła się pod kołdrą.
Nieopodal jej łóżka rozległo się ciche piśnięcie, w polu widzenia pojawił się wielki łeb Shegara. Pies polizał policzek Ellen, a dziewczyna zaśmiała się nerwowo, próbując odsunąć od siebie pysk przyjaciela. Otarła twarz ze śliny, przewracając się z powrotem na plecy, żeby ogar nie mógł już do niej sięgnąć bez wchodzenia na materac.
— Już, już wstaję — westchnęła, pocierając oczy, by się rozbudzić.
Zamruczała cicho, przeciągając się, po czym zeszła z łóżka, niemal się z niego sturlawszy, i rozejrzała się za zbroją. Zostawiła ją na krześle przy stole. Ubierając się, pozwoliła płynąć myślom swobodnie, by zatrzymywały się na wszystkim, co ją otaczało, a jednocześnie by nie dotyczyły niczego. Z niezwykle lekką poprzez ten zabieg głową wyszła z pokoju, zawoławszy wylegującego się na podłodze Shegara. Przekręciła klucz w zamku i ruszyła na parter, postanowiwszy, że zajmie się budzeniem, jeśli jej przyjaciele nie wstaną z własnej woli.
W pomieszczeniu panowała cisza. Było pusto, jeśli nie liczyć stojących w półmroku poranka krzeseł i stołów oraz, oczywiście, sprzątającego leniwie ladę karczmarza. Ellen posłała mężczyźnie uśmiech, gdy tylko uniósł na nią wzrok, i zaraz ruszyła w jego stronę, okręcając klucz z ciężkim brelokiem na palcu wskazującym. Oddała właścicielowi przybytku przedmiot, przywołała do siebie węszącego pod jednym ze stołów Shegara, po czym raz jeszcze się uśmiechnęła.
— Czy jest szansa na zjedzenie szybkiego i ciepłego śniadania? — zagadnęła przyjaźnie, opierając się łokciami na ladzie.
Karczmarz popatrzył na nią przeciągle, jakby się nad tym zastanawiał, po czym pokiwał głową i powrócił do polerowania drewna sfatygowaną szmatką. Ellen uśmiechnęła się trochę zakłopotana, nie będąc pewną, czy mężczyzna właśnie przyjął zamówienie, czy nie.
— Dla dziewięciu osób — uściśliła, świadomie wliczając Shegara.
— Będzie gotowe za trzydzieści minut — odparł spokojnie ciemnowłosy gospodarz.
Ellen westchnęła cicho i rozejrzała się po gospodzie, zastanawiając się, co miałaby robić sama przez ten czas przy stole. Wreszcie nie wytrzymała ciszy:
— Dlaczego nazwa tej gospody to „Rozpuszczona Księżniczka”? — spytała.
Potrzeba utrzymania dialogu przeważyła, a to było jedynym, co przyszło jej w tamtej chwili na myśl. Uśmiechnęła się zachęcająco.
— To pomysł mego ojca — odparł mężczyzna, westchnąwszy ciężko.
Strażniczka skinęła krótko głową, dając znać, że słuchała z uwagą.
— Prowadził gospodę przede mną i nazwał ją tak na cześć mojej siostry. Była jego małą księżniczką — wyjaśnił i machnął szmatą w powietrzu. — Księżniczka uznała, że wieś jest dla niej zbyt nudna, i przeniosła się do Denerim. „Bardziej tam wytwornie”, mówiła — ciągnął opowieść i powrócił do polerowania lady. — Cóż, znaleziono ją martwą w jakimś zaułku, ograbioną ze wszystkich świecidełek, które ojciec kupił jej za swoje ciężko zarobione pieniądze — skwitował z kwaśnym uśmiechem. — Serce mego ojca nie wytrzymało i wkrótce umarł. Matka przestała jeść, a ja odziedziczyłem zmagającą się z kłopotami gospodę. Nazwa została. Taka oto historia. — Wzruszył ramionami, wrzucił szmatę do miski z brudną wodą, po czym wskazał kciukiem drzwi za swoimi plecami. — Przygotuję wam to śniadanie.
Ellen spojrzała skonsternowana za mężczyzną. Był to nad wyraz błyskawiczny odwrót – najwyraźniej poruszyła temat bardziej bolesny, niż na to wyglądało. Westchnęła ciężko, zmierzwiła dłonią krótkie włosy i skierowała się do jednego z większych stołów, by zająć przy nim miejsce. Shegar zamerdał ogonem i podreptał z wywalonym jęzorem za panią.
Od chwili, w której usiadła na krześle i rozłożyła się wyczerpana na blacie, minęło piętnaście minut. Mabari zdążył przysnąć pod stołem i teraz uroczo pochrapywał, nawet dziewczynę dopadło znużenie – choć w końcu niedawno się obudziła. Jednak wydarzenia z wieży Kręgu Maginów bardzo ją wyczerpały.
Przytomność umysłu odzyskała dopiero w chwili, w której coś obok stuknęło. Razem z Shegarem podskoczyła jak oparzona; ogar warknął krótko, a ona spojrzała na wsuwającego się pod stół z krzesłem z kamienną miną Stena. Qunari zerknął na zdezorientowaną Strażniczkę, by zaraz skinąć krótko głową. Ellen niepewnie odwzajemniła powitanie.
Oprócz Stena nikt jeszcze nie zszedł na śniadanie, dlatego dziewczyna wpatrywała się w zamyśleniu w spokojną twarz olbrzyma, próbując skupić myśli na czekającej ich podróży. Jednak one, jak na złość, wymykały się i rozbiegały w przeróżne strony – tym razem zaprzątało ją wymyślanie wszelkich możliwych powodów, dla których qunari nie mógł wrócić do domu.
Wreszcie niewiedza zirytowała ją do tego stopnia, że cmoknęła głośno i uderzyła dłonią w blat, zwracając na siebie uwagę Stena.
— Powiesz mi teraz, dlaczego zostałeś uwięziony? — zagadnęła.
— Sam się uwięziłem — mruknął, łypnąwszy na nią groźnie.
Odniosła niejasne wrażenie, że qunari mówił jej to tylko dlatego, iż była w Pustce, widziała to, co on, poznała jego dawne życie.
— Jak z pewnością wiesz, słaby umysł jest śmiertelnym wrogiem — dodał.
Tak. Doskonale wiedziała, jakim wrogiem był słaby umysł. Spuściła na chwilę wzrok, znów od nowa przeżywając płonięcie posiadłości, opuszczenie rodziców oraz przyjaciół, stopniowe odkrywanie trupów wśród zgliszczy. Zadrżała i spróbowała odgonić od siebie wspomnienie – udało się dopiero po chwili zmagań, w ciągu której Sten cierpliwie czekał. Nie odezwał się, po prostu obserwował.
— Co się właściwie stało? — mruknęła, przenosząc wzrok na qunari.
— Mówiłem ci już, że wysłano mnie tu. Zresztą nie mnie jednego — przypomniał suchym głosem. — Przybyłem do waszego kraju z siedmioma Beresaad, aby wyjaśnić kwestię Plagi — sprecyzował.
Strażniczka skinęła krótko głową i wciągnęła powietrze, kiedy dotarł do niej delikatny zapach tostów oraz jajecznicy. Ślina napłynęła jej do ust.
— Przemierzaliśmy fereldeńską prowincję bez przeszkód, nie widząc zagrożenia. Aż do tej nocy, kiedy rozbiliśmy obóz nieopodal jeziora Kalenhad — urwał, jego spojrzenie powędrowało do okna.
Strażniczka popatrzyła w tę samą stronę i bardzo powoli dotarło do niej, że oni właśnie teraz znajdowali się nad jeziorem Kalenhad. Zadrżała, wyobrażając sobie, ile wspomnień musiało dręczyć Stena w tym miejscu.
— Nadeszły ze wszystkich stron: z ziemi pod naszymi stopami, z nieba nad nami, nawet nasze cienie skrywały kolejne pomioty. Widziałem, jak umiera ostatni z tych potworów, lecz było za późno. Padłem — wyznał cichym głosem.
— Coś podobnego przytrafiło mi się pod Ostagarem — przyznała i uniosła wzrok, by napotkać pełne zrozumienia spojrzenie qunari.
— Słyszałem historie o Ostagarze — stwierdził, kiwając w zamyśleniu głową.
Ellen z ponurym rozbawieniem pomyślała, że oprócz niego niewiele osób w Fereldenie zadawało sobie sprawę, co tak naprawdę się tam stało.
— Wasz kith stawił czoło wrogowi, gdy inni uciekli. Trudno było się spodziewać więcej — orzekł.
Strażniczka zmarszczyła czoło. Kith? Mówił o Cailanie czy o Duncanie? A może kith oznaczał jeden oddział? Nie miała pojęcia, jednak nie chciała też pytać.
— Nie wiem, ile czasu spędziłem na pobojowisku — wrócił do przerwanego wątku, splatając olbrzymie ręce na blacie stołu. — Nie wiem też, jak znaleźli mnie wieśniacy. Wiem tylko, że gdy doszedłem do siebie, nie byłem już pośród braci. I nie miałem w ręku mego miecza — dodał zdławionym głosem.
— Pewnie upuściłeś go na polu bitwy — zasugerowała z lekkim uśmiechem.
Nie zrozumiała, skąd w jego spojrzeniu wzięło się tyle bólu.
— Być może — zgodził się niechętnie, nie patrząc na nią. — Szukałem go, a gdy nie znalazłem, spytałem moich dobroczyńców, co się z nim stało — opowiedział krótko i zamilkł, zasępiając się.
— A potem? — nacisnęła.
W końcu, przynajmniej tak mówiła Leliana, został uwięziony za morderstwo.
— Zabiłem ich. Gołymi rękoma — udzielił precyzyjnej odpowiedzi, która na chwilę odebrała dziewczynie dech.
Spojrzała na Stena wielkimi, niedowierzającymi oczami, rozdziawiając usta. Qunari wolno pokiwał głową.
— Tak — potwierdził jej nieme pytanie. — Wiedziałem, że nie mają miecza. Nie mieli też powodu kłamać. Spanikowałem. Wybiłem ich — przyznał tonem pełnym skruchy.
— To tylko przedmiot Stenie — spróbowała wytłumaczyć, ledwie oddychając. — Zawsze możesz zdobyć nowy miecz.
— Czy wasz lud nie ma dusz, jakie znamy? — spytał z niedowierzaniem, prostując się groźnie na krześle.
Ellen skuliła się, wlepiając w niego spojrzenie.
— To dla was bardzo wygodne — skwitował, domyśliwszy się odpowiedzi. — Ten miecz wykuto wyłącznie dla mojej ręki. Nosiłem go, odkąd wstąpiłem do Beresaad. Miałem władać nim aż do śmierci w walce za mój lud — wyjaśnił pokrótce. — Nawet gdybym zdołał przemierzyć Ferelden i Tevinter bez szwanku i sam dostarczył raport arishokowi, zostałbym zabity na miejscu przez kaarn. Byłbym dla nich dezerterem, kimś bez duszy — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Żaden żołnierz nie odrzuca miecza, jeśli jest w stanie walczyć.
— Nie mogłeś go poszukać? — spytała zdumiona.
Spojrzała na olbrzyma, opanowała nerwy oraz początkowy strach. Qunari przyglądał się jej długą chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, po czym westchnął cicho.
— Gdybym wiedział, gdzie się znajduje, już miałbym go w ręku — zauważył.
Ellen zmarszczyła czoło.
— Gdzie walczyliście z pomiotami? — drążyła, mając nadzieję, że Sten sprecyzuje miejsce, w którym odbyła się walka.
Kątem oka dostrzegła wychodzącego z kuchni karczmarza. Mężczyzna w ramionach niósł cztery parujące porcje śniadaniowe składające się z dwóch plastrów bekonu, trzech sadzonych jajek i dwóch kromek tostów.
— W pobliżu jeziora Kalenhad — powtórzył uparcie qunari, przyglądając się Strażniczce podejrzliwie.
Gdy gospodarz postawił przed nimi talerze, a pozostałe przy wolnych miejscach i wrócił do kuchni po następne, Ellen ściągnęła jedno naczynie i postawiła je pod nosem Shegara. Ogar od razu zabrał się do pałaszowania śniadania.
— Nie martw się, znajdziemy go — pocieszyła Stena, uśmiechając się pogodnie.
Qunari jeszcze chwilę przyglądał się jej podejrzliwie, po czym sięgnął po rozłożone na środku stołu sztućce.
— Może to i puste słowa, ale… naprawdę dziękuję — mruknął, skinął jej głową i zabrał się do jedzenia, kończąc rozmowę.
Ellen jeszcze chwilę siedziała z uśmiechem na twarzy, wpatrując się bezmyślnie w talerz, po czym szturchnęła Shegara. Mabari uniósł łeb i spojrzał na nią, merdając ogonem.
— Kochanie, obudź pozostałych — poprosiła ogara.
Pies podniósł się, otrzepał sierść z kurzu i potruchtał na piętro.
Ellen i Sten przez chwilę jedli w ciszy, nasłuchując oburzonych okrzyków dobiegających z części dla gości, po czym Strażniczka, westchnąwszy ciężko, spojrzała w zamyśleniu na qunari.
— Byłbyś w stanie trafić z powrotem do tego miejsca? — zagadnęła, grzebiąc widelcem w posiłku.
— Całkiem możliwe — odparł powoli, przerywając na chwilę jedzenie. — Jednak nie wiem, w którą stronę należy się udać — przyznał, po czym wrócił do śniadania, słysząc kroki na schodach.
Pierwsza do pomieszczenia zeszła Leliana, tuż za nią dreptała zaspana Wynne. Obie były nieprzyzwoicie potargane, łuczniczka miała w dodatku coś na policzku, jakby… Ellen uśmiechnęła się z rozbawieniem i wycelowała widelcem w przyjaciółkę.
— Masz jeszcze ślinę na twarzy, koło prawego ucha — uświadomiła dziewczynę.
Leliana wydała z siebie niepokojący dźwięk i, siadając do stołu, zaczęła nerwowo wycierać wilgoć ze skóry. Ellen zachichotała cicho i wsadziła sobie do ust kromkę.
— Nie sądziłam, że macie takie brutalne pobudki — mruknęła rozbawiona Wynne, próbując doprowadzić siwe włosy do jakiegokolwiek porządku.
Ostatecznie się poddała i usiadła na krześle, by zająć się śniadaniem. Strażniczka uśmiechnęła się szeroko i uchyliła się przed ciosem ze strony łuczniczki.
SHEGAR! — Dobiegło od strony schodów.
Ellen nie wytrzymała, parsknęła gromkim śmiechem, wyobraziwszy sobie minę Alistaira przygniecionego przez jej psa. Chwilę później rozległ się tupot stóp i ze schodów zbiegł bardzo zdenerwowany Strażnik, przeklinając gniewnie, na czym świat stoi. Couslandka spojrzała na niego przelotnie i zabrała się do skubania resztek śniadania, czekając na wybuch albo wyrzuty.
Chociaż, prawdę mówiąc, zupełnie nie wiedziała, jak powinni się zachowywać po wczorajszej nocy. To właściwie nie było nic takiego… a jednak bała się spojrzeć mu w oczy.
— Dobra, obudzenie nas za pomocą swojego psa jest jeszcze wybaczalne — stwierdził młodzieniec, ocierając twarz ze śliny.
Ellen zerknęła na niego i ze smutkiem odkryła, że na jej talerzu nie zostało już nic, czemu mogłaby poświęcić całą uwagę. Dlatego spojrzała na Strażnika. Widok jego wilgotnych, potarganych włosów doprowadził do krótkiego parsknięcia zduszonym śmiechem. Alistair skrzywił się.
— Tak, jasne, bardzo śmieszne — burknął. — Chodzi mi o to, że Shegar raczej nie przeżyje spotkania z Morrigan — dokończył i przysunął sobie talerz.
— Ojej — mruknęła Strażniczka.
Zerwała się jak oparzona z krzesła, posłała towarzyszom nerwowy uśmiech, po czym pomknęła niczym strzała po schodach, przeskakując po trzy, cztery stopnie mimo krótkich nóg. Dopadła do pokoju wiedźmy w idealnym momencie, by zobaczyć siedzącą ze zrezygnowaniem na łóżku rozczochraną Morrigan z Shegarem na kolanach zapamiętale liżącym nieszczęsną kobietę po twarzy.
Ellen przez chwilę zastanawiała się, co powinna zrobić, jednak kiedy padło na nią mordercze spojrzenie wiedźmy, znieruchomiała, czekając na karę. Albo śmierć.
— Weź. Tego. Kundla — zażądała przerażająco spokojnie Morrigan.
Ellen przełknęła ślinę i poklepała się w udo, na co pies zeskoczył z wiedźmy, ciągnąc za sobą jej kołdrę. Uwolnił się z pościeli i podbiegł do pani. Strażniczka uśmiechnęła się niewinnie, wypchnąwszy ogara nogą za drzwi, podczas gdy wiedźma z nieodgadnioną miną wycierała sobie twarz ze śliny.
— Zastanawiam się, czy unicestwić cię już teraz, czy może poczekać, aż poradzimy sobie z Plagą — wyznała, spoglądając na Couslandkę.
Dziewczyna zaśmiała się nerwowo.
— Zdecydowanie jestem za poczekaniem — stwierdziła.
Dostała poduszką wiedźmy w twarz z taką siłą, że aż się zachwiała.
— Wyjdź stąd, póki jeszcze nie wymyśliłam, których kończyn pozbawić cię najpierw — warknęła gniewnie Morrigan.
Ellen potulnie oddała właścicielce poduszkę i czmychnęła z pokoju. Pospiesznie zbiegła do karczmy, gdzie pozostali jedli śniadanie, i klepnęła Stena w ramię.
— Zbierajmy się — poprosiła olbrzyma i cmoknęła na Shegara.
Ogar podniósł się z ciężkim stęknięciem i podreptał do wyjścia. Sten spojrzał na Strażniczkę, potem skinął głową i skierował się na schody do swojego pokoju, by nałożyć otrzymaną od Bodahna zbroję.
— A wy dokąd? — spytał Alistair, uniósłszy głowę znad talerza.
Ellen uśmiechnęła się nerwowo, powoli cofając się do drzwi. Shegar zamerdał ogonem, obserwując panią i czekając, aż dziewczyna go wypuści.
— Musimy coś załatwić. Dogonimy was na trakcie. Jak tylko zjecie, zbierajcie się i jedźcie. Wynne, masz jakiegoś wierzchowca? — zwróciła się do czarodziejki.
Kobieta skinęła z łagodnym uśmiechem głową i przełknęła kęs, nim odpowiedziała:
— Tak, znajdzie się jeden. Nie musisz się martwić — zapewniła Strażniczkę.
Ellen pożegnała się z przyjaciółmi i wyszła z „Rozpuszczonej Księżniczki”, poprosiwszy, by przekazano Stenowi, że znajdzie ją pod stajnią.
Leliana pomachała Strażniczce, po czym znów pochyliła się nad talerzem. Z rosnącym zdumieniem obserwowała kątem oka, jak Alistair wstaje z miejsca obok Wynne i przesiada się wraz z talerzem, by znaleźć się obok łuczniczki.
Kobieta spojrzała na młodzieńca, przełknąwszy kawałek jajka.
— Więc jesteś kobietą, Leliano, tak? — zagadnął od niechcenia.
Na schodach pojawiła się Morrigan i z miny wiedźmy dało się wywnioskować, że błyskawiczny odwrót Ellen oraz Shegara był jak najbardziej uzasadniony.
Tymczasem Leliana zakrztusiła się tostem, wytrzeszczając oczy, i dopiero po kilku sekundach zdołała złapać przyzwoity wdech. Spojrzała na zmieszanego Alistaira, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała.
— Doprawdy! — zawołała teatralnie zdumiona.
Morrigan rzuciła jej lodowate spojrzenie, zabrała śniadanie i rzuciła talerz na oddalony od reszty stolik, by tam w spokoju zjeść.
— To ci dopiero. Jak to się stało? — kpiła dalej łuczniczka, samej do końca nie wiedząc, czy poczuła się urażona, czy ją to rozbawiło.
Alistair zignorował jej słowa, bawiąc się widelcem.
— Potrzebuję rady — wyznał ciszej, żeby nikt go nie usłyszał.
Łuczniczka zmarszczyła czoło i spuściła z tonu, wietrząc w powietrzu poważną rozmowę. Zgarbiła się, by jej ucho znalazło się mniej więcej na wysokości jego twarzy.
— Co mam zrobić… — ciągnął dzielnie, coraz energiczniej wywijając widelcem. — Jeśli uważam pewną kobietę za kogoś wyjątkowego i… — brnął.
Jednak Leliana nie dała mu dokończyć. Uśmiechnęła się szeroko.
— Chcesz zdobyć jej względy? — przerwała mu. — To posłuchaj tej rady — rozkazała, nim zdążył zareagować. — Nie powinieneś kwestionować jej kobiecości — oznajmiła dobitnie.
Przed oczami stanęła jej idąca Ellen, która nagle potyka się spektakularnie i zarywa nosem w ziemię. Cóż, w takich przypadkach trudno było nie kwestionować dość chwiejnej kobiecości Strażniczki, jednak z pewnością jemu nie wolno było tego robić. Bo chodziło o Ellen, prawda? O, niech tylko spróbuje powiedzieć kiedyś, że nie o Ellen mu chodziło, a już na zawsze zapamięta uroczą łuczniczkę z drużyny.
— Ach tak — skwitował bez najmniejszego entuzjazmu. — Cenna uwaga. — Uśmiechnął się tak krzywo, że wyglądał, jakby mu wrzucili szczypawice za koszulę.
— Dlaczego pytasz? — zagadnęła niby od niechcenia, doskonale zdając sobie sprawę, że Wynne przyglądała im się z zainteresowaniem.
Odprowadziła wzrokiem wychodzącego uzbrojonego Stena, po czym znów wbiła spojrzenie w Alistaira.
— Boisz się, że wszystko nie potoczy się samo? — domyśliła się.
Biorąc pod uwagę wasze rozgarnięcie, szanse na to są bardzo duże, przemknęło jej przez głowę.
— A czemu miałoby pójść dobrze, skoro zadaję kobietom pytania o płeć? — warknął i łypnął na Lelianę morderczym wzrokiem.
— To ci tylko dodaje uroku, Alistairze — spróbowała go pocieszyć. — Zachowujesz się trochę niezręcznie. To bardzo ujmujące — zapewniła.
Rzeczywiście często rozładowywał napięcie komentarzami i był zabawny. Oraz uroczy, kiedy się rumienił. Uśmiechnęła się, patrząc na szkarłatne policzki towarzysza.
— Więc powinienem być niezręczny? — spytał, unosząc brwi i posyłając jej bardzo jednoznaczne spojrzenie mówiące „jesteś idiotką”. — A nie kazałaś mi przypadkiem tak nie robić? — przypomniał, uśmiechając się krzywo.
Łuczniczka poczuła się pokonana na całej linii. Udało się jej do tej pory zeswatać kilkanaście par, ale w tym momencie przegrała z kretesem. Jęknęła teatralnie, opuściła głowę na blat stołu i okryła się ramionami. Wynne poruszyła się niespokojnie, wystraszona jej nagłym zrywem.
— Bądź sobą — wyjęczała Leliana i łypnęła na oszołomionego Alistaira. — Wiesz, jak to robić, prawda?
Strażnik skrzywił się z niezadowoleniem i odsunął od siebie talerz.
— Dobrze. Zapomnij, że o coś pytałem — stwierdził nad wyraz chłodnym głosem, rzucił podchodzącemu karczmarzowi dziesięć srebrników i machnął ramieniem, wskazując wyjście z karczmy. — Zbierajmy się i ruszajmy, magowie wychodzą na brzeg — zakomenderował, pokazując przez okno schodzących na ląd czarodziei.
Morrigan wstała, mrucząc pod nosem nieprzyjemny komentarz, podczas gdy młodzieniec ruszył do drzwi. Wynne pomogła wstać Lelianie. Łuczniczka westchnęła ciężko.
— Czarno to widzę, oj czarno… — mruknęła, chwytając postawiony pod ścianą łuk.
Podążyła za pozostałymi do wyjścia.

Ellen wraz z Shegarem skierowała się do miejsca, w którym zgodnie ze słowami Kestera powinien znajdować się poszukiwany przez nią budynek. Odnalazła go względnie szybko – generalnie stało się tak za sprawą ciemnogniadej klaczy pasącej się na trawie rosnącej przed prostopadłościanem stajni.
Ellen westchnęła ciężko, ni to z rozbawieniem, ni to ze znużeniem, rozpoznawszy niesforną towarzyszkę podróży, po czym zacmokała głośno, by uprzedzić zwierzę o tym, że się do niego zbliżała. Taika uniosła łeb, słysząc drażniący dźwięk, zastrzygła drobnymi uszami, a na widok Strażniczki parsknęła głośno, sprawiając przez chwilę wrażenie zadowolonej z widoku dziewczyny. Potem zazgrzytała zębami, machnęła ze świstem ogonem i ostentacyjnie odwróciła się zadem do zdumionej Ellen, powracając do przerwanego zajęcia.
Couslandka wymieniła spojrzenie z Shegarem i ruszyła do klaczy, zastanawiając się, czy Dzika zaraz ją wykatapultuje do jeziora Kalenhad, czy poczeka, aż Strażniczka poczuje się złudnie bezpiecznie.
— Cześć, moja piękna — zagadnęła Taikę.
Klacz łypnęła groźnie na dziewczynę, jednak chwilowo nie podjęła żadnych kroków do zmiecenia jej z powierzchni ziemi, co Ellen uznała za dobry znak. Pogładziła smukłą szyję, uśmiechając się szeroko.
— Wyruszamy dziś w drogę, wiesz? — zamruczała, przeczesując palcami czarną grzywę. — Najpierw pojedziemy po miecz Stena, potem z powrotem do Redcliffe, żeby pomóc Connorowi — opowiadała, bezwiednie zataczając dłonią koła na szyi wierzchowca.
Taika nieco się rozluźniła, przestała łypać na Couslandkę i najwyraźniej postanowiła jej wybaczyć wszelkie winy.
— Strażniczko, zbieraj się, pozostali niedługo mogą wyruszyć — rzucił nadchodzący od strony karczmy Sten.
Ellen podskoczyła jak oparzona, nie spodziewając się tak błyskawicznego przybycia qunari. Dzika stuliła uszy, łypiąc na zmierzającego do stajni olbrzyma.
— Jasne, już — odparła i ruszyła do niedużej przybudówki obok budynku, która zapewne pełniła rolę siodlarni.
W środku roznosił się intensywny zapach skór oraz specjalnych past, którymi konserwowano rząd. Ellen lekko zakręciło się w głowie, gdy tak stała w progu i zastanawiała się, które rzeczy należały do niej. Wreszcie rozpoznała koc Taiki, siodło oraz ogłowie, wzięła wszystko i, omal nie zabiwszy się o kręcącego się pod nogami Shegara, wyszła na świeże powietrze akurat w chwili, by zobaczyć Stena wyprowadzającego ze stajni Escalara.
Podczas gdy ona szykowała Dziką do drogi, qunari zdążył osiodłać swojego rosłego ogiera w przeciągu zaledwie kilku minut. Ellen spojrzała skonsternowana na siedzącego na grzbiecie karosza olbrzyma, kiedy sama wciąż jeszcze podciągała popręg. Widząc ponaglający wzrok towarzysza, uśmiechnęła się i nerwowo dokończyła przygotowania do drogi. Sprawdziła jeszcze, czy wzięła wszystko z gospody, wsunęła stopę w strzemię i przerzuciła nogę nad grzbietem klaczy.
Z zaskoczeniem zdała sobie sprawę z faktu, że coraz lepiej szła jej jazda konna i że obcowanie z tymi zwierzętami stawało się dla niej niemal chlebem powszednim. A potem, nim doszła do jakichkolwiek wniosków, odezwał się Sten:
— Którędy teraz? — spytał, opierając się na przednim łęku siodła i spoglądając bez większych emocji na Ellen głaszczącą Dziką.
Dziewczyna zastanowiła się nad słowami towarzysza, postukała palcem wskazującym w brodę, po czym odwróciła głowę na północ, w stronę wieży.           
— Żeby dotrzeć do Fereldenu drogą lądową, musieliście przebyć Orlais, które znajduje się na zachodzie — zaczęła snuć przypuszczenia, wodząc dłonią wzdłuż niewidzialnych dróg i granic, które pojawiały się tylko przed jej oczami.
Sten skinął krótko głową.
— W takim razie powinniśmy pojechać wzdłuż zachodniego brzegu jeziora na północ. Prędzej czy później dostrzeżesz znajome widoki, a wtedy znajdziemy miejsce potyczki oraz twój miecz — orzekła, uśmiechnęła się promiennie i pogoniła Taikę do energicznego kłusa.
We trójkę – Strażniczka, qunari i mabari – zagłębili się między drzewa otaczające jezioro Kalenhad od zachodu, po chwili znikając na ledwie widocznym trakcie wydeptanym w krótkiej trawie.

Poszukiwania zajęły im godzinę. Nieoceniona okazała się pomoc Shegara, który z prawdziwym poświęceniem próbował wywęszyć w okolicy jakikolwiek znajomy zapach mogący świadczyć o obecności Stena. Ostatecznie kierunek podróży określiła Ellen, wyczuwszy w powietrzu – czy nawet bardziej we własnym umyśle – subtelną obecność pomiotów. Pojechali we wskazaną przez nią stronę, mimo że qunari początkowo rzucał jej podejrzliwe spojrzenia. Po dziesięciu minutach sam stwierdził, że poznawał te okolice.
Tak oto znaleźli się na polanie, gdzie poległ oddział Beresaad. Wiatr hulał po trawie poszarpanymi szczątkami niemożliwymi do zidentyfikowania. Pod trzema brzozami leżała większość ciał, teraz składająca się tylko z kości i powiewających poszarpanych szmat. Przy drzewach, wśród poległych, stał siwowłosy mężczyzna, rozglądając się z niezadowoleniem. Nosił łachmany, cały był brudny, w dłoni trzymał coś, czego Ellen wolała nie rozpoznawać.
Strażniczka zacisnęła usta i podjechała do ścierwojada.
— Zjeżdżaj! — warknął, przyciskając obronnym gestem zdobycz do piersi. — Byłem tu pierwszy!
— Nie widziałeś tu gdzieś porzuconego miecza, co? — zagadnęła beztrosko i rozejrzała się dokoła, by utwierdzić się w przekonaniu, że żaden oręż już tu nie leżał.
— A co, chcesz jakiś kupić? — zainteresował się, uśmiechając się bezzębnymi ustami.
Ellen przyłożyła łydkę do boku Taiki, na co klacz, o dziwo posłusznie, przesunęła się w bok, odsłaniając nadjeżdżającego Stena. Dzika parsknęła z zadowoleniem, kiedy mężczyzna pobladł.
— Nie, ale mój duży, wściekły kolega chce — odparła dziewczęcym głosem Ellen i wskazała ponurego Stena, który zatrzymał Escalara kawałek dalej, niż stała Taika.
— Ach… naprawdę? Cóż… no… — zająknął się kilkakrotnie mężczyzna, wykręcając sobie palce. — Widzisz, chętnie bym wam jakiś sprzedał, ale sam… eee… żadnego nie mam — przyznał, spuszczając głowę. — Znalazłem jednak kawałek rękawicy, której wilki nie poszarpały do końca! — rozochocił się nagle.
Taika stuliła uszy i cofnęła się krok od materiału.
— Przynajmniej myślę, że to rękawica — dodał mniej pewnie.
Zaraz po prostu wyrzucił ją zrezygnowany za siebie.
— Wiem. Nie przypominaj mi. Dałem się wyrolować — stwierdził z ciężkim westchnieniem. — Znałem tego, który był tu przede mną. Sprzedał mi to miejsce. Mówił, że znalazł olbrzymy i różne dziwaczne kosztowności. Nie wspomniał o tym, że zabrał stąd wszystko oprócz ziemi i kości — poskarżył się. — Nazywa się Faryn. Chytry mały drań, jeśli pytać mnie o zdanie. O które nie spytałaś. Ale i tak ci powiedziałem — skwitował rozbawiony własnym żartem.
— Gdzie on teraz jest? — spytała krótko.
Ścierwojad zamachał rękoma, niezbyt precyzyjnie określając kierunek.
— Mówił, że jedzie do Orzammaru. Pewnie już tam dotarł — stwierdził, na co twarz Ellen spochmurniała.
Orzammar? To daleko. W górach. Najpierw muszą załatwić sprawy z Redcliffe i dopiero potem udadzą się do krasnoludzkiego miasta.
— Jeśli go znajdziesz, powiedz mu, że to ja cię nasłałem! — zawołał ścierwojad, kiedy Strażniczka delikatnie zawróciła Taikę i uniosła rękę w geście pożegnania. — Zeszcza się ze strachu. — Zachichotał ochryple.
Kiedy Sten zrównał z nią Escalara, uśmiechnęła się do milczącego olbrzyma. Cóż, nie tak to sobie wyobrażała, sytuacja się poważnie skomplikowała. Miała nadzieję odnaleźć ten miecz nad jeziorem i jak najszybciej uspokoić sumienie qunari.
— Do Orzammaru wybierzemy się, jak tylko skończymy z Redcliffe — zagadnęła Stena, przekrzywiając głowę.
Qunari spojrzał na nią, oczekując dalszych słów.
— Nie poddam się tak łatwo, Stenie. Odzyskamy twój miecz. Prędzej czy później — dodała, posyłając olbrzymowi pokrzepiający uśmiech.
Qunari skinął z wdzięcznością głową i oboje przenieśli wzrok na drogę, którą wracali w okolice wieży Kręgu Maginów, by stamtąd bez przeszkód ruszyć za towarzyszami.
Po pół godzinie energicznego kłusa, kiedy szczyt monumentalnej budowli zakołysał się nad koronami drzew, Sten wreszcie się odezwał, choć temat miecza wyraźnie porzucił:
— Mam pytanie — stwierdził.
Gdy Ellen spojrzała na niego wyczekująco, kontynuował:
— W jaki sposób położysz kres Pladze?
Dziewczynę zatkało. Do tej pory nie myślała nad technicznym aspektem unicestwiania pomiotów oraz arcydemona, chwilowo skupiała się na zażegnaniu wojny domowej, zebraniu wojsk i przeżyciu. Westchnęła ciężko.
— Planowałam poprosić grzecznie pomioty, żeby sobie poszły — odparła pogodnie i uśmiechnęła się do qunari.
Kamienne spojrzenie olbrzyma szybko zgasiło jej entuzjazm i niespodziewanie poczuła się jak idiotka.
— Jeśli chcesz pokonać arcydemona za pomocą dowcipu, powinnaś poćwiczyć. Zdecydowanie — orzekł spokojnie. — Mówisz, że jesteś Szarą Strażniczką. Słyszałem różne opowieści o tym zakonie — zmienił temat, znów spoglądając przed siebie.
— Co takiego słyszałeś? — zachęciła go.
— To podobno wspaniali stratedzy i niezrównani wojownicy — odparł, zerknąwszy na nią przelotnie bez większego zainteresowania.
Zza drzew wyłoniła się „Rozpuszczona Księżniczka” oraz brzeg jeziora.
— Na razie nie robi to na mnie wrażenia — skwitował sucho.
Ellen poczuła, że jej gardło ściska się od tłumionej złości. Zgrzytnęła zębami i ściągnęła wodze Taiki, przygotowując się do przyspieszenia.
— Nie jestem tu po to, by robić na tobie dobre wrażenie — stwierdziła zimnym głosem, nie patrząc na qunari.
— To akurat widzę — zgodził się z nią. — Właściwie to nie wiadomo jeszcze, po co tak naprawdę tu jesteś. — Skinął głową.
Dziewczyna zacisnęła dłonie.
— W drogę, wojowniku. Musimy dogonić towarzyszy — rzuciła rozkazującym tonem, spojrzała na qunari, po czym lekko pochyliła się nad szyją klaczy i cmoknęła cicho.
Taika zastrzygła uszami, parsknęła głośno, a po chwili już galopowała energicznie między drzewami, zostawiając wolniejszego Escalara w tyle. Ellen ani razu się nie obejrzała, czując nieprzyjemną gulę w gardle, jednak wiedziała, że qunari wciąż był tuż za nią, bo słyszała tętent kopyt.
Po prostu czuła, że Sten miał rację. I to, zupełnie nagle, bardzo ją bolało.

Dogonili pozostałych po półtora godzinie szybkiego galopu. Towarzysze mieli akurat krótką przerwę, więc również Taika i Escalar mogli odpocząć, podczas gdy Irving przedstawiał towarzyszących mu magów. Ellen grzecznie przywitała się ze wszystkimi, jednak nawet nie próbowała zapamiętać ich imion.
Do Redcliffe pozostało im jeszcze kilka godzin drogi, dlatego po chwili wrócili na wierzchowce i ruszyli dalej sporej wielkości grupą, wzbijając na trakcie kłęby kurzu. Ellen, zagadnąwszy Wynne, na jakim koniu jechała, nieco zgłupiała, słysząc imię ogiera o ciemnobrązowej sierści oraz srebrnej grzywie. Prezentował się wspaniale, jednak nie potrafiłaby wymówić jego przydomku.
Wynne cierpliwie tłumaczyła, że wierzchowiec zwał się Altrivaire, jednak Ellen uznała, że będzie go wołać Alti. Podejrzewała, że nie tylko ona przerzuci się na to zdrobnienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz