sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.48 - Zamkowe blanki


Dzień był pogodny, słońce jasno świeciło na idealnie błękitnym niebie, bardzo rzadko przysłaniały je puszyste obłoki leniwie płynące po firmamencie. Wiał lekki, ciepły wiatr, wprawiał liście rosnących w oddali drzew w ruch, ich szum docierał niemal do strzeżonych bram zamku. Podmuchy podrywały w powietrze sypką czerwonawą ziemię. Nieopodal mostu świergotały ukryte przed oczami rycerzy ptaki, wody jeziora Kalenhad falowały, a wszystkie te dźwięki, złączone ze sobą, uspokajały. Stojący na warcie ludzie sir Pertha zastygli z półprzymkniętymi oczami, oddychali głęboko, lekko się uśmiechali, chłonąc uczucie bezpieczeństwa.
Od interwencji Szarej Straży demon nie dał o sobie znać. Owszem, nadal tkwił w Connorze, jednak od potyczki w głównej sali w zamku Redcliffe nikt chłopca nie widział. Lady Izolda zapewniała, że jej syn był bezpieczny i że nie miał zamiaru już nikogo krzywdzić. Teraz – zapewne chwilowo – jedynym zmartwieniem banna Teagana, który został, by pilnować ziem brata, była długa nieobecność Szarych Strażników. Powinni już dawno powrócić z magami mogącymi ocalić chłopca, podczas gdy zbliżał się piąty dzień ich nieobecności.
Wtedy w oddali rozległ się dudniący dźwięk, ziemia pod nogami rycerzy zadrżała, nad czerwonawym wzgórzem zasłaniającym zakręt drogi pojawiła się chmura rudopomarańczowego pyłu. Mężczyźni wymienili spojrzenia, dobywając mieczy i szykując się do walki – czyżby żywe trupy jednak wróciły? Ale dlaczego nadchodziły z północy? I jakim cudem poruszały się tak szybko?
Nim wojownicy zdążyli podjąć jakąkolwiek decyzję, zza zakrętu wyłonili się pędzący pełnym galopem jeźdźcy. Było ich ponad dziesięciu, jechali wprost do bram zamku Redcliffe i nie wyglądało na to, żeby planowali zwolnić, wciąż utrzymywali energiczne tempo. Rycerze skinęli krótko głowami, zgadzając się ze sobą w milczeniu; kimkolwiek przybysze byli, nie mogli wjechać w ten sposób na most ani na dziedziniec, stwarzali zagrożenie dla mieszkańców oraz dla samego arla.
— Stać! — ryknął jeden ze strażników, wystąpiwszy w przód i uniósłszy ręce.
Ze strony jeźdźców nie dostrzegł żadnej reakcji, konie dalej pędziły jak oszalałe, wzbijając w powietrze coraz więcej kurzu.
Niespodziewanie do uszu rycerzy dobiegł okrzyk:
— Zwolnij, na oddech Stwórcy, bo ich staranujesz!
Ellen rozpaczliwie odchyliła się na grzbiecie swojej niepokornej klaczy, ściągając wodze i zapierając się z przodu w strzemionach, byle tylko wierzchowiec raczył zwolnić. Taika jednak, urażona tymi próbami osadzenia jej w miejscu, szarpnęła łbem z taką siłą, że wyrwała Strażniczce rzemienie z rąk. Dziewczyna wrzasnęła przestraszona, kiedy straciła równowagę, rozpaczliwie złapała grzywę Dzikiej i pochyliła się nad szyją, zrozumiawszy, że tę oto potyczkę przegrała.
— Ellen?! — Rozległo się za plecami Couslandki.
Strażniczka miała zamiar odpowiedzieć – mniej lub bardziej składnie – jednak głos uwiązł jej w gardle, kiedy zobaczyła, że rycerze ustawiają się na środku przejścia i unoszą miecze, by przy próbie przełamania barykady z rozpędu koń nadział się piersią na ostrza.
W dziewczynie momentalnie odżyła ochota na poszukiwanie wodzy i wrzeszczenie na Dziką, żeby z łaski swojej raczyła zwolnić, bo się wszyscy pozabijają. Nic to nie dało.
— Taaaikaaa! — wrzasnęła, już wiedząc, że niczego nie wskóra i pozostawało tylko czekać na wynik tej samobójczej szarży.
Podejrzewała, że w najlepszym przypadku wyląduje głową w jeziorze Kalenhad.
Klacz kilka metrów przed rycerzami przyspieszyła – co, jak Ellen jeszcze przed chwilą myślała, było niemożliwe – stuliła uszy i wyciągnęła szyję. Chwilę potem tętent kopyt Dzikiej urwał się, Strażniczką szarpnęło i poleciała na szyję, wokół której oplotła ciasno ramiona, a potem spojrzała w dół.
Podejrzewała, że wyraz jej twarzy był równie zdumiony, co mina dwóch rycerzy, nad którymi Taika najzwyczajniej w świecie przeskoczyła, nie musnąwszy kopytami wystawionych mieczy. Dzika wylądowała z głuchym stuknięciem kopyt o kamienie na moście, przysiadła na zadzie, a potem ruszyła dalej galopem, nawet nie obejrzawszy się na pozostałe konie.
Kiedy przemknęły jak wystrzelone z procy przez cały most i wpadły na dziedziniec, Taika zaryła czterema kopytami w utwardzoną ziemię placu i zahamowała ostro. Tym razem Ellen nie przeleciała bezwładnie przez szyję wierzchowca, utrzymała się na nim. Ledwie klacz znieruchomiała na ułamek sekundy, zaraz wspięła się, dochodząc niemal do pionu i rżąc donośnie, jakby obwieszczała mieszkańcom zamku – a przede wszystkim demonowi – że wrócili. Teraz Ellen pisnęła przestraszona i znów uwiesiła się na szyi Dzikiej, nie chcąc gruchnąć na plecy z jej grzbietu.
Gdy wreszcie zsunęła się ze swojego wierzchowca, miała ochotę paść na twarz i nie wstawać przez najbliższą godzinę.
— Nigdy więcej tak nie rób — wysapała do zadowolonej z siebie Taiki, opierając się na jej kłębie.
Dzika łypnęła groźnie, jednak ostatecznie zgodziła się, by dziewczyna złapała równowagę z jej pomocą, i spuściła łeb, oddychając szybko po długim galopie.
— Nigdy — powtórzyła Ellen.
Po krótkiej chwili nadjechali także jej towarzysze oraz magowie Kręgu – ci drudzy nie zawracali sobie głowy spektakularnym wtargnięciem Szarej Strażniczki do zamku Redcliffe. Kiedy tylko zsiedli z koni, ruszyli do głównych drzwi, niosąc pod pachami skórzane torby. Przyjaciele Ellen zajęli się rozsiodływaniem wierzchowców oraz czekaniem na rozkaz do wejścia do budynku. Wtedy wszystkich dogonił zadyszany Shegar, podszedł na ugiętych łapach do pani i legł wyczerpany na ziemię.
Zanosiło się, że po tym biegu nigdzie się nie ruszy.
— Co to było? — spytał zdenerwowany Alistair, podprowadziwszy Kreoisa do ignorującej wszystkich Taiki oraz Couslandki.
Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo, próbując opanować drżenie nóg.
— Niesamowite! — zawołała Leliana, zeskakując z grzbietu Tallona. — To było wspaniałe! Jakbyście dostały skrzydeł!
— Strażniczką tak tąpnęło w tym locie, że określenie „jakby dostała skrzydeł” jest obraźliwe dla ptaków — wtrąciła Morrigan, kończąc ściąganie ogłowia Entaine.
Ellen rzuciła jej niezadowolone spojrzenie, po czym wzruszyła ramionami.
— Zanim wyruszyliśmy, powiedziałam jej, że trzeba się pospieszyć. Chyba wzięła sobie moje słowa bardzo do serca — wytłumaczyła bezradnie.
Alistair mruknął coś o wyważaniu drzwi oraz tratowaniu zamkowych strażników.
— Chodźmy do środka, Irving pewnie już czeka — zauważyła Wynne, wskazując schody prowadzące do głównych wrót.
Ellen pokiwała głową i uśmiechnęła się do wszystkich, gestem pokazując, by poszli za nią.Ruszyła energicznie do celu, nie oglądając się za siebie.
Drżenie kolan niemal minęło.

— Ach! Tu jesteście — usłyszała, kiedy tylko przekroczyła próg głównej sali, a za nią weszli jej towarzysze.
Rozejrzała się zdezorientowana, by przy palenisku ujrzeć wszystkich magów, banna Teagana, arlessę Izoldę oraz uśmiechniętego do niej Irvinga.
— Przynieśliśmy lyrium i rozpoczęliśmy przygotowania do rytuału — stwierdził, wskazując czarodziei.
Teagan posłał jej uśmiech, kołysząc się na piętach ze zdenerwowania. Ellen skinęła bannowi głową, zaraz znów skupiając uwagę na pierwszym zaklinaczu.
— Możemy zaczynać.
— Więc tylko jedna osoba może przejść? — spytała dla pewności, idąc za Irvingiem w głąb pomieszczenia.
Starzec pokiwał głową i zatrzymał się nieopodal pozostałych magów.
— Tak. W tej chwili nie wystarczy nam lyrium, żeby wysłać więcej niż jednego maga w Pustkę — wytłumaczył, uśmiechając się.
Strażniczka przytaknęła w zamyśleniu i jeszcze raz omiotła spojrzeniem wszystkich obecnych. Przy jednym ze stołów dostrzegła skulonego na ławie Jowana, wpatrywał się w splecione na blacie dłonie. Dziewczyna zmarszczyła czoło.
— Macie jakieś rady na ostatnią chwilę? — rzuciła, ledwie spojrzawszy na cierpliwie czekającego Irvinga.
— Wiele zależy od rodzaju demona — stwierdził mężczyzna.
Ellen przytaknęła z roztargnieniem – o tym zdążyła się już przekonać.
— Ten wygląda na ducha chciwości i pożądania, jednego z potężniejszych w hierarchii. Prawdopodobnie będzie nakłaniał do rozmowy i spróbuje skusić propozycją — ostrzegł, unosząc pouczająco palec.
Strażniczka odwróciła wzrok od zgarbionego Jowana i spojrzała na pierwszego zaklinacza.
— Nie można się na nią godzić. Dobijanie targu z demonami zawsze źle się kończy. — Rzucił Ellen pytające spojrzenie.
— Bierzmy się do dzieła — zdecydowała z westchnieniem.
— Cieszę się, że wybraliśmy tę drogę — odezwał się nieśmiało Alistair, uśmiechając się do Couslandki.
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, by po chwili unieść kąciki ust.
— To naprawdę najlepsze rozwiązanie.
— Dobrze — wtrącił Irving i rozłożył ramiona, wodząc wzrokiem po twarzach zebranych, przede wszystkim po towarzyszach Ellen. — Kto wejdzie w Pustkę?
Dziewczyna się zasępiła i przygryzła paznokieć kciuka, zapatrzywszy się w kamienną posadzkę. Przez jej twarz przebiegł ledwie widoczny cień, na czole pojawiła się zmarszczka. Zaniepokojony tym zachowaniem Strażniczki Teagan przestąpił z nogi na nogę i odkaszlnął kilkakrotnie, oczekując konkretnej odpowiedzi.
Wreszcie Ellen uniosła głowę i uśmiechnęła się zadowolona, patrząc na Irvinga.
— Jowan pójdzie — zdecydowała beztrosko.
— Słucham? — wydusiła Wynne, podczas gdy bann zanosił się kaszlem, a Izolda bladła niezdrowo.
Również Jowan poderwał głowę i spojrzał oszołomiony na Strażniczkę.
— Co? Ja? — wymamrotał, a kiedy Ellen skinęła z uśmiechem głową, zmarszczył czoło. — Jesteś pewna? — spytał, jednak jego oblicze rozjaśniła nieśmiała nadzieja.
— Wpuścić maga krwi do Pustki, aby stawił czoło demonowi? — warknął ostrym głosem Irving, jego krzaczaste brwi zbiegły się nad nasadą nosa.
Jowan zgarbił ramiona i zrobił się mniejszy, uciekając wzrokiem w bok.
— A co, jeśli przejmie nad demonem kontrolę? — rzucił gniewnie pierwszy zaklinacz.
— Jowan ma szansę odkupić swoje winy — odparła Ellen, po czym uśmiechnęła się do skulonego na ławie młodzieńca i podeszła do niego, podając mu dłoń, by pomóc wstać.
— Moim zdaniem zbyt łatwo obdarzasz ludzi zaufaniem, ale zrobię, o co prosisz — stwierdził Irving, ostrym spojrzeniem obserwując, jak Jowan chwyta rękę Strażniczki i podnosi się.
Dziewczyna mrugnęła do niego i poprowadziła do magów, zdając się w ogóle nie przejmować słowami Irvinga. Wiedziała, że postawiła pierwszego zaklinacza w niezręcznej sytuacji – miał dług nie do spłacenia wobec niej oraz jej towarzyszy, a ona prosiła go o rzeczy kłócące się z jego zasadami moralnymi… ale chciała dać szansę Jowanowi.
— Postaram się. Obiecuję — wyszeptał młodzieniec, kiedy Ellen zostawiała go z magami, by mógł wziąć udział w rytuale i przejść do Pustki.
Słysząc jego słowa, odwróciła się z powrotem i posłała mu promienny uśmiech.
— Wiem, Jowanie — mruknęła, po czym dołączyła do towarzyszy, na ich pełne niedowierzania spojrzenia odpowiadając wzruszeniem ramionami.
Kiedy odwróciła się do paleniska, by obserwować rytuał, rozpoczęto już plecenie zaklęcia. Magowie wraz z Irvingiem intonowali niezrozumiałe dla Ellen słowa, choć była przekonana, że wielokrotnie słyszała to brzmienie. Po chwili sobie przypomniała – taki sam akcent miała Wynne, Morrigan i nawet Alistair, kiedy używali magii.
Czarodzieje stali w okręgu wokół nieruchomego Jowana. Młodzieniec miał zamknięte oczy i wyglądał tak, jakby na coś czekał. Kiedy magowie unieśli ramiona, zaczynając wykonywać bliżej nieokreślone gesty, wokół Jowana zebrały się wiązki błękitnej energii, zaczęły go oplatać oraz świecić coraz mocniej, aż wreszcie blask wypełnił całą komnatę, oślepiając na chwilę Ellen i jej towarzyszy.
Gdy tylko poświata zelżała, dziewczyna przetarła oczy i rozejrzała się dokoła, chcąc dostrzec zmiany, jakie zaszły w otoczeniu. Magowie podtrzymywali bezwładne ciało Jowana; delikatnie posadzili go na jednej z ław, kilku usiadło przy młodzieńcu, a Irving skinął Strażniczce głową, dając do zrozumienia, że wszystko było pod kontrolą.
Dziewczyna westchnęła cicho, uśmiechnęła się i poszukała odpowiedniego miejsca, na którym mogłaby usiąść.
— Co was zatrzymało? — usłyszała zniżony głos Teagana i przeniosła na niego spojrzenie, uśmiechając się z zakłopotaniem.
Mężczyzna wskazał boczne drzwi, którymi kilka dni temu udała się w głąb zamku i dzięki temu odnalazła gabinet arla, a ona skinęła głową i ruszyła w tamtą stronę. Pozostali jej towarzysze siadali, by odpocząć po wyczerpującej podróży oraz poczekać na wynik potyczki, której nie mogli stoczyć osobiście.
— Krąg miał poważne kłopoty — odparła, kiedy oboje znaleźli się w pustym korytarzu.
Teagan wsparł się plecami na ścianie i posłał jej pytające spojrzenie, więc, westchnąwszy ciężko, rozwinęła wątek:
— Wieża została opanowana przez demony oraz plugawce, bo Uldred przerwał Zasłonę i… to długa historia — skwitowała, wzruszając ramionami.
Mężczyzna uśmiechnął się ze zrozumieniem.
— Udało nam się opanować sytuację i wyruszyliśmy najszybciej, jak to tylko było możliwe — zapewniła. — A co w Redcliffe? Sytuacja uspokoiła się choć trochę?
— Demon nie zaatakował wioski ani razu od waszego odjazdu. Nie wiem, czy czekał, aż sytuacja się ustabilizuje, czy może zbierał siły na potężniejsze uderzenie — przyznał, wbijając zasępiony wzrok w posadzkę. — Nie wiem też, czy cieszyć się, czy może martwić. Jak myślisz… czy jak demon zostanie unicestwiony, Eamon przeżyje? Pod warunkiem, że ten mag krwi w ogóle pozbędzie się tej istoty — dodał gorzko i wbił w Strażniczkę pełne wyrzutu spojrzenie.
Ellen zacisnęła usta.
— Jowan z pewnością zrobi wszystko, co w jego mocy. Bardzo żałuje swoich win, a ja myślę, że powinien dostać szansę zadość uczynienia temu, czego się dopuścił — stwierdziła spokojnie. — Od wyjazdu stąd do powrotu z członkami Kręgu wielokrotnie miałam do czynienia z magami krwi. Moja decyzja była ryzykowna, jednak postaraj się mi zaufać. —  Odwróciła wzrok.
Innym maleficarum nie dała możliwości odkupienia win – ale oni stwarzali zagrożenie dla Kręgu od wewnątrz. Gdyby pozwoliła im uciec, zapewne naraziłaby wiele tysięcy istnień. A tak, chociaż wciąż ryzykowała, to na mniejszą skalę.
I czuła, że Jowan naprawdę chciał dobrze. Pragnęła, by chciał dobrze. Całym sercem.
— Rozumiem — mruknął powoli Teagan i skinął głową. — Nie będę się kłócił, zresztą już wszedł do Pustki, więc nie ma drogi odwrotu. — Machnął ręką w stronę drzwi, które przed chwilą zamknął. — Mam nadzieję, że się nie pomyliłaś — stwierdził ciszej.
— Ja również — odparła i uśmiechnęła się, by po chwili spuścić wzrok.
Zapanowała między nimi niezręczna, pełna napięcia cisza. Ellen czuła zawisłe w powietrzu oskarżenia pod jej adresem oraz wątpliwości względem jej czynów. Nagle zaczęła się bać, że Jowan jednak zdradzi, nie zrobi tego, co powinien, zbrata się z demonem i wyrządzi więcej szkód.
Westchnęła.
— Którędy można dostać się na zamkowe blanki? — spytała niespodziewanie.
Podświadomie wybrała to miejsce na ukrycie się przed całym światem – zawsze tam uciekała, kiedy rzeczywistość Wysokoża ją przytłaczała. Choć w porównaniu do tej tutaj była lekka niczym gołębie piórko.
— Musisz wejść po tych schodach — zaczął Teagan i pokazał palcem przejście za plecami Strażniczki. — Potem w korytarzu na piętrze pójść kawałek prosto i wybrać niewielkie drzwi po lewej stronie. Trafisz tamtędy na blanki — opisał i uśmiechnął się lekko. — Mam rozumieć, że tam będzie trzeba cię szukać, kiedy Jowan wróci z Pustki? — spytał.
— Byłabym bardzo wdzięczna — odparła, ruszając we wskazanym kierunku. — I dziękuję za wskazówki — dodała, uśmiechając się z zakłopotaniem. — Po prostu muszę odpocząć od wszystkiego, trochę odsapnąć, poukładać myśli — zaczęła się tłumaczyć, samej do końca nie wiedząc, dlaczego czuła się winna.
— Rozumiem. Każdy kiedyś musi to zrobić — stwierdził z łagodnym uśmiechem.
Ellen skinęła z wdzięcznością głową, odwróciła się do banna plecami i ruszyła w półmrok schodów, nie oglądając się na Teagana.
— Dokąd poszła? — rozległo się od drzwi, za którymi zostawili magów oraz towarzyszy Strażniczki.
Mężczyzna obejrzał się na podchodzącego do niego Alistaira i uśmiechnął się lekko.
— Na blanki. Powiedziała, że musi pomyśleć — odparł spokojnie.
Kątem oka dostrzegł, jak Strażnik kiwa wolno głową.
— Kiedy to wszystko się uspokoi, koniecznie musimy pójść na dobre piwo i porozmawiać, prawda? — Teagan zagadnął dawnego wychowanka Eamona i mrugnął do zaskoczonego młodzieńca.
Po chwili Alistair uśmiechnął się szeroko i przytaknął.
— Bez dwóch zdań. Dużo czasu minęło od naszej ostatniej szczerej rozmowy — stwierdził, jednak zaraz znów spojrzał na schody.
Teagan westchnął z rozbawieniem i poklepał Strażnika po ramieniu, wskazując przejście, w którym zniknęła Ellen.
— Nie czaj się tak, tylko tam idź, skoro chcesz — zaproponował, pokiwał ze zrozumieniem głową, kiedy Alistair rzucił mu zdumione spojrzenie, po czym zawrócił, kierując się do głównej sali.
Może młodzieniec myślał, że nie widać, jak bardzo męczyła go niewiedza względem tego, co Ellen chciała robić na blankach, jednak Teagan to dostrzegł. I zauważył przy okazji wiele innych rzeczy, o których nie chciał na razie Strażnikowi mówić. Bo chyba było jeszcze na to za wcześnie.
Alistair westchnął ciężko, odprowadzając spojrzeniem wychodzącego banna. Potem oparł się plecami o ścianę i zapatrzył się na schody, jakby były jego największym wrogiem. Skrzyżował ręce na torsie, po czym pogrążył się w myślach.

Na blankach wiał mocniejszy oraz nieco chłodniejszy wiatr niż przy ziemi. Kiedy tylko wyszła z klatki schodowej, szarpnął jej krótkimi włosami, mierzwiąc je i plącząc. Odgarnęła ciemne kosmyki z twarzy, by cokolwiek widzieć, i odetchnęła głęboko pełną piersią, czując spływający na nią spokój. Przymknęła na chwilę oczy, rozkoszując się gwizdem żywiołu wśród murów zamku oraz dziwnym ukojeniem, które nagle ją ogarnęło, jakby dopiero w tym miejscu mogła zrzucić z siebie wszelkie troski.
Ruszyła w stronę muru, uśmiechając się pod nosem i wodząc wzrokiem po rozciągających się u stóp zamku okolicach. Domki Redcliffe nagle stały się śmiesznie małe, a korony drzew zamieniły się w falujący, ciemnozielony dywan. Przez chwilę zdawało się jej, że w oddali dostrzegała blade kontury wieży Kręgu, jednak uznała, iż to tylko złudzenie optyczne, i z powrotem skupiła się na wiosce.
Widziała sylwetki kręcących się ludzi, mieszkańcy ciężko pracowali, by odbudować domostwa oraz życie, zajmowali się własnymi drobnymi sprawami, zwyczajnymi sprawami, do których ona zawsze tęskniła. Z cichym westchnieniem wsparła się na murze i zsunęła nogi w pustą przestrzeń, siadając na zimnych kamieniach. Zacisnęła zęby i odważnie spojrzała w dół, na przerażająco odległą ziemię. Z trudem zwalczyła zawroty głowy.
Od dziecka cierpiała na lęk wysokości, bała się wchodzić na drabiny oraz przechodzić przez mosty nad głębokimi parowami. Leczyła się z tego poprzez siadanie na blankach i uparte patrzenie w dół, poprzez wspinanie się na jak najwyższe drzewa, co doprowadzało jej ojca – oraz matkę – do szału. Zwłaszcza kiedy wracała cała w liściach, robakach, gałązkach, z obdartymi łokciami i kolanami. Ale uśmiechnięta.
Wreszcie przywykła do przerażającej ją wysokości i spokojniej spojrzała przed siebie, sunąc wzrokiem po błękitnym niebie. Zamachała nogami jak mała dziewczynka, wracając wspomnieniami do domu, przeszłości, wszystkiego, co teraz zdawało się być zupełnie innym życiem. Pamiętała swoje marzenia o wielkich bitwach, o chwale jako wojowniczka, o zwycięstwach… ale kiedy myślała o tym przez pryzmat tego, co przeżyła, uznała, że było to głupie, niedojrzałe oraz dziecinne.
Każde zwycięstwo okupuje niewinna krew, cierpienie i śmierć, nie ma chwały, jest tylko radość z kolejnych godzin życia, z nowej szansy, z tego, że samemu się nie zginęło.
Nie wiedziała, ile tak siedziała, jak długo czuła nieprzyjemny chłód oraz nieznacznie drżała, jednak nie chciała jeszcze wracać. W tym miejscu, tak wysoko nad ziemią, wreszcie uwolniła się od problemów i zmartwień, chociaż na chwilę. Dopiero tu zrozumiała, że już nigdy nie spełni swojego marzenia – życia jak normalni Fereldeńczycy, z normalnymi problemami, z normalnymi dniami. Była córką teyrna, była jedną z ostatnich Szarych Strażników w ojczyźnie, a przed nią stała Plaga.
I musiała ją pokonać.
— Ellen? — usłyszała cichy głos.
Przeszył ją dreszcz strachu; nie spodziewała się, że ktoś tu za nią przyjdzie. Obejrzała się przez ramię, by ujrzeć stojącego kawałek dalej Alistaira. Wpatrywał się w nią uważnie, jakby się bał, że nagle mu ucieknie. Z lekko zmarszczonym czołem, z troską w oczach, wiatr szarpał jego krótkimi złocistymi włosami, zostawiając je w jeszcze większym nieładzie.
Posłała mu niepewny uśmiech, by zaraz znów odwrócić twarz do widoków rozciągających się wokół zamku. Na chwilę przed oczami stanęło jej wspomnienie, kiedy wraz z sir Gilmorem przesiadywała na blankach, rozmawiając cicho i skarżąc się na swój nieszczęsny los.
Ale tamten los był wspaniały, teraz wiedziała, że gdyby zdawała sobie sprawę z przyszłości, nie narzekałaby na problemy dworskiego życia. Na szukanie dla niej męża, lekcje fechtunku, wścibską Nianię i gadatliwego Aldousa.
— Cicho tu, prawda? — mruknęła, wsłuchując się w jego wolne kroki.
Podszedł do niej i przerzucił nogi na drugą stronę muru, by usiąść obok. Zerknęła krótko na Strażnika, on jednak wpatrywał się w dal, gdzieś ponad linię horyzontu. Uśmiechnęła się blado i spojrzała w rozciągającą się pod ich stopami drogę.
— Cicho. I zimno. Przeziębisz się — odparł zniżonym głosem.
Ellen pomyślała, że coś się tu zmieniło, kiedy przyszedł, ale nie potrafiła określić co. Zamachała nogami i uśmiechnęła się szerzej, splatając palce obu dłoni ze sobą.
— Nie. Często tak przesiadywałam w domu, przyzwyczaiłam się — uspokoiła go, jednak pod koniec wypowiedzi jej głos się załamał.
Zamknęła oczy i zagryzła mocno wargę, próbując się opanować. Nie było czasu na chwile słabości, dlaczego kiedy tylko myślała o przeszłości, radziła sobie z tym, a gdy próbowała wypowiedzieć wspomnienia na głos, przegrywała walkę?
— No tak — westchnął cicho, spojrzawszy na nią krótko.
Oparł się na szerzej rozstawionych na kamieniach rękach.
— Ja wolałem psiarnie. Ogary nigdy mnie nie wyganiały, nie patrzyły na mnie krzywo, nie śmiały się ze mnie… i nie były lady Izoldą. — Wykrzywił śmiesznie twarz, najwyraźniej próbując naśladować wyniosłe oblicze żony arla.
Ellen popatrzyła na niego dużymi oczami, by zaraz się roześmiać.
— Kiedy tak pomyślę o moich problemach, czuję się żałosna. O tych dawnych — przyznała cicho i uśmiechnęła się smutno. — Miałeś o wiele gorzej ode mnie, a byłeś dzielniejszy oraz odważniejszy. Ja byłam… po prostu rozpieszczoną córką szlachciców — orzekła. — Na blanki uciekałam przed potencjalnymi kandydatami na narzeczonych, przed matką, kiedy chciała mnie zabrać na jakiś bal, przed Nianią, jak chciała mi umyć włosy… ale to gdy byłam małą dziewczynką! — zapewniła pospiesznie, zerknąwszy na słuchającego jej z uwagą Alistaira.
Strażnik uśmiechnął się szeroko i skinął głową.
— Albo jak przerażała mnie przyszłość — dodała ciszej. — Nigdy nie chciałam na zawsze dać się zamknąć w murach jakiegoś zamku, a jednocześnie bałam się poczynić krok poza znajome tereny Wysokoża. Chciałam być nieustraszoną wojowniczką, podczas gdy mój przyjaciel aż do naszego ostatniego treningu bez trudu mnie wywracał. Nigdy nie chciałam wychodzić za mąż, ale mimo to skrycie marzyłam o prawdziwej miłości. I jak to wszystko mnie przytłaczało, uciekałam na zamkowe mury, siadałam w ciszy i wyobrażałam sobie, że jestem zwykłym człowiekiem. Naiwne, prawda? — rzuciła i zaśmiała się nerwowo, jednak oczy zapiekły ją boleśnie, a gardło ścisnęło się nieprzyjemnie.
— Nie mniej naiwne niż chowanie się wśród cuchnących ogarów — zauważył spokojnie i delikatnie dźgnął ją palcem w policzek, przez co spojrzała na niego zaskoczona.
Uśmiechnął się łagodnie.
— Poza tym czy taka zepsuta córeczka teyrna znalazłaby uznanie w oczach Duncana? Po prostu wtedy nie było wojny. Wtedy nie było Plagi. Życie toczyło się tak, jak powinno. A potem nadeszła wojna i Plaga, i nowe życie, i twoje stare problemy stały się nagle śmieszne — wyjaśnił i znów spojrzał przed siebie.
Westchnęła ciężko, jej oddech zadrżał na wietrze.
— Wtedy miałam rodzinę. A potem wszyscy zostali zamordowani — wyszeptała i przygryzła mocno wargę, by powstrzymać szloch.
Jednak łzy stoczyły się po jej policzkach i skapnęły na wiszące w powietrzu nogi, zostawiając na skórzanej zbroi ciemniejsze, okrągłe plamki. Alistair spojrzał na nią przestraszony, po czym rozejrzał się dokoła, jakby szukał pomocy. W tym czasie próbowała się uspokoić, opanować narastające w gardle łkanie.
— Na niektóre rzeczy po prostu nie mamy wpływu, jakkolwiek płytko i oklepanie to teraz zabrzmi — mruknął Strażnik i ostrożnie, bardzo niepewnie, jakby się bał, że stanie się coś złego, objął ją ramieniem, posyłając nieśmiały uśmiech.
Spojrzała załzawionymi oczami w jego łagodną twarz, jej warga zadrżała, a potem dziewczyna rozszlochała się w głos i wtuliła się w niego, pozwalając mu gładzić krótkie włosy i mruczeć uspokajające słowa. Tęskniła za bliskością oraz ciepłem. Tęskniła za całą rodziną. Tęskniła za Gilmorem.
Czasami porównywała gwardzistę do Strażnika, zastanawiała się, czy okazali się podobni, co stało się takie samo w łączących ich relacjach. Ale teraz wiedziała, że jakkolwiek dobrze by się nie dogadywała z Alistairem, Gilmore nigdy nim nie był. Nie był pogodnym, troskliwym młodzieńcem, z którym połączyła ją przedziwna więź, zupełnie inna przyjaźń niż ta, która istniała między nią oraz gwardzistą. Wiedziała też, że nikt inny nie będzie dla niej tak bliski, jak bliski stał się Alistair.
Czymkolwiek ta bliskość w istocie była.
Jeszcze długo siedzieli w ciszy – kiedy płakała i kiedy już się uspokoiła. Milczeli, bo wszystko, co miało zostać powiedziane, powiedziane zostało, a to, co pominęli, nie było jeszcze ubrane w odpowiednie słowa. Po prostu siedzieli, wsłuchując się w gwizdanie wiatru. Do chwili, w której przyszedł bann Teagan i nie obwieścił, że Irving przewiduje rychły powrót Jowana z Pustki. Wtedy wstali i, desperacko próbując udawać, że wszystko w porządku, ruszyli do mężczyzny, nie patrząc na siebie.
Ale Strażniczka czuła się dziwnie spokojniejsza po tym, co powiedziała Alistairowi. I po tym, co on powiedział jej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz