sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 1.49 - Demon Connora


Jowan westchnął zdumiony, kiedy po otworzeniu oczu ujrzał znajome otoczenie Pustki. Już od dłuższego czasu nie przechodził świadomie przez Zasłonę, więc w pierwszej chwili tylko patrzył na okolicę wielkimi oczami, próbując uspokoić oddech.
Przestraszył się. Bał się, że wszystko mogło źle pójść, że Irving mógł się nie zgodzić na prośbę Strażniczki, że zamiast wpuścić go do Pustki, spowoduje jego śmierć. Ale nic takiego nie miało miejsca i stał teraz na spękanej pomarańczowej ziemi. Wyspę, na której przebywał, pokrywały wielkie wzgórza oraz powyginane konary starych, ciemnych drzew. Jowan westchnął raz jeszcze i ruszył w przód, chcąc odnaleźć jakąkolwiek poszlakę, dzięki której mógłby trafić na Connora – czy raczej demona chłopca. Biedny mały Connor.
Uszedł zaledwie kilka metrów, gdy nagle został otoczony przez półprzezroczyste zjawy. W pierwszym odruchu chciał się przed nimi bronić, ostatecznie nawet uciec, jednak szybko zdał sobie sprawę, że postaci go nie widziały, a przynajmniej nie rozpoznawały. Kręciły się bez celu wokół niego i po drodze, wchodziły do różnych zakamarków zupełnie tak, jakby czegoś szukały.
Jowan zmarszczył czoło, przyglądając się im uważnie. Jeśli się nie mylił, to właśnie patrzył… na dziesiątki duchów arla Eamona oraz małego Connora! Mag potrząsnął głową i ruszył przed siebie wśród podobizn brodatego zarządcy Redcliffe oraz jego małego syna, przechodząc przez zjawy jak przez powietrze.
— Czy to ty, Connorze? — rozbrzmiał zatroskany, przestraszony głos arla.
Jowan znów przystanął, nasłuchując. Nie był pewien, czy mówiły to zjawy, czy prawdziwy Eamon, jednak przyprawiło go to o gęsią skórkę.
— Słyszę cię! Już idę! — dodał niewidzialny mężczyzna i jedna ze zjaw zerwała się do biegu, po czym, uderzywszy we wzgórze, rozprysła się na półprzezroczyste krople.
Jowan ruszył dalej, zachowując czujność.
— Ojcze! — krzyknął spłoszony głosik Connora, a mag znów mimowolnie się zatrzymał. — Gdzie jesteś?!
Jowan potrząsnął głową i ruszył przed siebie, zdecydowawszy, że nie będzie już zwracał uwagi na głosy, bo inaczej spędzi w Pustce zbyt dużo czasu. Wtedy magowie mogliby uznać, że zdradził, i go zabić.
— Jest tam kto? — odezwał się z bardzo daleka arl Eamon.
Młodzieniec uparcie parł na przód, od czasu do czasu próbując odsunąć zjawy ze swojej drogi, jednak nic to nie dawało. W końcu zaczął przenikać przez nie tak, jakby nie istniały.
— Halo?
— Nie rozumiem! — pisnął blisko Connor, aż Jowan drgnął nerwowo.
Zacisnął zdenerwowany zęby i przyspieszył kroku. Przed nim pojawiło się wzgórze oraz jego łagodne zbocze, po którym można było wspiąć się na szczyt.  
— Tak tu zimno. Chcę do domu! — poskarżył się zostawiony w tyle chłopiec.
Błogosławiony, który istniejesz pod wzrokiem Stwórcy… — rozpoczął modlitwę Eamon.
Mag usłyszał tylko ten wers Pieśni Światła, jednak nawet on wystarczył, by przeszył go kolejny dreszcz. Całe to miejsce przypominało pułapkę z opowieści starych bajarzy.
— Proszę, ojcze! — jęknął załamany Connor. — Chcę ci tylko pomóc!
Mag postawił pierwszy krok na zboczu i zaczął mozolnie wspinać się na szczyt.
— Przeklęta ciemność! — wściekł się Eamon.
Młodzieniec ponownie się wzdrygnął i przeklął w myślach nadwrażliwość. Zbliżał się do celu – w głębi szczytu dostrzegł zdeformowaną imitację dziecięcego pokoju, zatem mogła się tam znajdować uwięziona dusza.
— Czemu nic nie widzę?
Ledwie podszedł bliżej, ujrzał stojącego bezradnie arla Eamona. Mężczyzna wyglądał dokładnie tak, jak Jowan go zapamiętał – o zatroskanym obliczu, ze srebrnymi włosami sięgającymi połowy szyi oraz gęstą, całkiem długą brodą o tym samym kolorze. Nieco przygarbiony, z podkrążonymi brązowymi oczami, wyraźnie zmęczony wszystkim, co go spotkało. Jak tylko dostrzegł idącego w jego stronę maga, nieco się ożywił i wbił w niego przenikliwe spojrzenie.
— Ty tam! — zawołał, wytykając Jowana palcem. — Widziałeś mojego syna? Ja… ja go słyszę, ale nie mogę odnaleźć — przyznał zgnębionym głosem, zaczynając chodzić w tę i z powrotem po małym azylu.
Jowan zatrzymał się, cierpliwie czekając, aż arl się uspokoi.
— Ta przeklęta mgła sprawia, że kręcę się w kółko! — warknął wściekły arl.
— Eee… arlu Eamonie? — zagadnął niepewnie mag, czując, że jego serce zaczyna się tłuc w piersi ze strachu.
W końcu otruł mężczyznę, to było niewybaczalne.
— Pamiętasz mnie? — spytał, uśmiechając się nieśmiało.
Eamon spojrzał na niego uważniej i zmarszczył czoło.
— To ty! — wykrzyknął nagle. — Zdrajca!
Mag westchnął ciężko.
— Wygląda na to, że pamiętasz — skwitował z ponurym rozbawieniem.
— Nie zbliżaj się do mego syna! Nie zbliżaj się! — warczał Eamon. — Connorze, musimy uciekać! Gdzie… gdzie jesteś?! — wrzasnął, jednak nikt mu nie odpowiedział.
Jowan uznał, że nie było sensu dalej prowadzić tej rozmowy, bo Eamon nie wyglądał na kogoś, kto zamierzał odpowiadać na pytania, a już tym bardziej mu zaufać. Młodzieniec odwrócił się i zaczął szukać przejścia łączącego go z dalszymi wyspami tej sfery, by móc dostać się do demona.
Te istoty zawsze otaczały się siecią wysp oraz pułapek, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo. Im bardziej skomplikowana była taka siatka i im więcej przeszkód stawało na drodze potencjalnego uwięzionego, tym potężniejszy był demon. Jowan miał cichą nadzieję, że, choć stawiał czoła demonowi pożądania, to należał on do tych trochę słabszych.
Po kilku minutach bezcelowego kręcenia się po wzgórzu wreszcie dostrzegł skrupulatnie ukryte przejście. Uśmiechnął się do siebie i skierował w tamtą stronę kroki, bez wahania zbliżając się do półprzezroczystej fioletowej zasłony wiszącej w łuku stworzonym przez stary korzeń drzewa. Pewnie wsunął w nią rękę, a potem całe ciało, wchodząc w przejście pomiędzy wyspami.
Szkolenie odbyte w Kręgu Maginów nauczyło go wiele, między innymi właśnie zasad poruszania się w Pustce oraz korzystania z tego, co to miejsce oferowało.

Znalazł się na niewielkiej wyspie, na której była tylko jedna ścieżyna. Nie widział tu żadnych zagubionych zjaw, więc spokojniejszy – bo nie przenikał przez żadnych ludzi – ruszył przed siebie, trzymając na wszelki wypadek dłoń na rękojeści noża. Od pewnego czasu zawsze nosił go przy sobie, często się przydawał. Uśmiechnął się krzywo do wspomnień i zaczął wspinać się na łagodne wzniesienie, pamiętając, że wszystko, co będzie próbowało go zatrzymać, było wrogiem i należało to zniszczyć.
Stanął w groteskowej imitacji dziecięcego pokoju, a wśród wrośniętych w pomarańczową ziemię przedmiotów, zabawek, ubrań, niekoniecznie w odpowiednią stronę, znajdował się mały Connor. Jowan zwątpił w to, czy chłopiec był kolejnym demonem – w końcu przed chwilą spotkał prawdziwego zagubionego arla, może teraz widział także jego syna? Zatrzymał się przed Connorem i ostrożnie się uśmiechnął.
— Kim jesteś? — spytał zdenerwowany chłopiec. — Czy to przez ciebie ojciec jest chory? — drążył.
Jowan, mimo że bardzo chciał, nie zdołał powstrzymać nerwowego drgnięcia brwi oraz zaciśnięcia ust.
— Powiedz mi! — zażądał Connor. — Natychmiast!
— W… witaj, Connorze — wydusił młodzieniec, przełknąwszy ślinę. — Jestem tu, żeby pomóc twojemu ojcu… — zaczął zgodnie z prawdą.
— Nie! — wrzasnął. — Jesteś tu, by skrzywdzić ojca! Wiem to! Nie pozwolę ci!
A potem stało się coś, czego mag od początku się spodziewał, jednak wolał naiwnie uwierzyć, że stał przed prawdziwym Connorem.
Chłopiec wpadł w drgawki, jego skóra zaczęła się wybrzuszać i pękać, z ust potoczyła się spieniona ślina. Jowan zacisnął zęby, zabraniając sobie interweniować – to nie był Connor, to nie był prawdziwy Connor, tylko ohydny demon! Gdy mag powiedział to sobie drugi raz z rzędu, dziecko padło na kolana, wspierając się rękoma i opuszczając głowę.
Kiedy znów ją uniosło, na Jowana patrzył najzwyklejszy w świecie demon pożądania. Czarne usta wykrzywiły się w przebiegłym uśmieszku, istota podniosła się z ziemi. Mag instynktownie odskoczył w tył, dobywając nieodłącznego noża. Obrócił drobną broń w ręku i wbił ostrze w wewnętrzną stronę dłoni. Patrzył, jak krew ścieka po skórze, spełza po nadgarstkach, a na końcu opada na pomarańczową, sypką ziemię.
Poczuł, jak wypełnia go dobrze znana, nieco przerażająca siła, moc, której się bał, która go brzydziła oraz jednocześnie fascynowała. Uniósł wzrok na zbliżającego się demona. Nie musiał wypowiadać zaklęcia na głos, by magia zaklęta w krwi go usłuchała. Najpierw oplotła wyciągniętą w przód rękę, a potem rzuciła się do demonicy i owinęła się wokół jej ciała, szczelnie zaciskając się na sinofioletowej skórze.
Jowan warknął pod nosem krótkie polecenie, na co krew wyparowała z sykiem, nadpalając ciało istoty, która zawyła przeraźliwie. Skoczyła do maga, by rozszarpać go gołymi rękoma. Demony bardzo nie lubiły, kiedy używało się przeciw nim magii krwi. Jowan jednak był szybszy. Oparzenia okazały się wystarczająco dotkliwe, by posoka wypłynęła z ran, a wtedy młodzieniec dokończył zaklęcie. Choć w świecie materialnym wszystko odbyłoby się bardziej widowiskowo, finał był taki sam – demon padł na kolana, wpatrując się w przestrzeń, po czym uderzył twarzą w ziemię i znieruchomiał. Zaraz rozpłynął się w czeluściach Pustki.
Jowan, zadowolony z uzyskanego efektu, sprawdził, czy przypadkiem w okolicy nie ukrywało się żadne przejście. Upewniwszy się, że niczego nie przegapił, zawrócił, kierując się z powrotem do portalu, którym dostał się na tę wyspę. Pierwsza zasada Pustki mówiła, że jeśli na wyspie było inne przejście oprócz tego, którym dostano się do sfery, wtedy poprzednie z pewnością zniknie. Druga natomiast głosiła, że jeśli innego nie było, należało wrócić tym pierwszym. Z tym, że nigdy nie trafiało się do tego samego miejsca.
Mag wsunął rękę w fioletową zasłonę i wkroczył w nieznane, ściskając w dłoni rękojeść noża, na którego ostrzu zaczęła już zasychać krew.

Ta wyspa znów zapełniona była kręcącymi się bez celu zjawami. Postaci arla Eamona oraz małego Connora błąkały się po okolicy, wzajemnie się szukając i nawołując. Jowan zacisnął zęby i ruszył w sam środek zbiorowiska, czując nieprzyjemne dreszcze na plecach, kiedy przechodził przez półprzezroczystych ludzi tak, jakby ich nie było. Starał się nie zwracać uwagi na zrozpaczone głosy rozbrzmiewające to dalej, to bliżej.
— To ty! — wrzasnął Connor, a mag znowu się wzdrygnął i machnięciem dłoni rozwiał cień chłopca plączący się pod jego nogami. — To przez ciebie ojciec jest chory! — rzucił oskarżenie.
Jowan już go nie słuchał. Dostrzegł za wzgórzem kolejną imitację dziecięcego pokoju i to tam skierował kroki.
— Jestem martwy? — wyszeptał zdruzgotany arl Eamon, jego głos zabrzmiał bardzo ochryple. — Śnię? — mruknął. — Nic z tego nie rozumiem.
Mag dotarł do podnóża wzgórza i teraz pozostawało tylko obejść wzniesienie.
— Pomogę mu! — wołał Connor. — Nie zatrzymasz mnie! Wyjdź stąd! Musisz wyjść! — zawodził.
Jowan nie wiedział już, czy słuchał głosu demona, czy prawdziwego chłopca, który naprawdę chciał uratować ojca. Potrząsnął zirytowany głową i wkroczył do podobizny dziecięcego pokoiku, gdzie żadne zjawy się nie zapuszczały. Na środku pomieszczenia stał nie kto inny, a kolejny Connor.
Na widok Jowana zmarszczył czoło i uniósł ręce, potrząsając z niezadowoleniem głową. Mag zatrzymał się, zaciskając dłoń na rękojeści noża i czekając na nawet najdrobniejszy sygnał do rozpoczęcia walki. W myślach rozpaczliwie poszukiwał jakiegokolwiek zaklęcia, które pozwoliłoby mu pozbyć się demona.
— Czemu wciąż robisz mi krzywdę?! — zawołał Connor i tupnął nogą.
Jowan zachował kamienną minę, patrząc na demona ze spokojem.
— Czemu próbujesz mnie powstrzymać?!
— Nie musimy walczyć — zauważył łagodnie, chcąc uspokoić istotę.
Duchy Pustki, które wpadły w gniew, bywały naprawdę uciążliwymi wrogami, dlatego wolał stawiać czoła opanowanemu.
— Chcę tylko ocalić Connora i arla Eamona — wyjaśnił cierpliwie.
Demon zmrużył oczy.
— Nie będę z tobą rozmawiał! — wrzasnął chłopiec.
Jowan skrzywił się brzydko, przewidziawszy, że tak to się skończy.
— Intruz! Wyrzucę cię stąd! — zawołał Connor.
W następnej chwili skoczył do maga z powrotem w prawdziwej postaci – postaci demona pożądania. Jowan zdołał się uchylić, jednak łapsko istoty wytrąciło mu nóż z dłoni i w ten sposób pozbawiło źródła magii krwi. Młodzieniec zaklął przez zęby i zaczął się cofać, szykując się do kolejnego ataku. Musiał przypomnieć sobie skuteczne zaklęcie, którego mógłby użyć przy pomocy naturalnych zasobów lyrium w organizmie.
W chwili, kiedy demon skoczył z sykiem do jego gardła, przypomniał sobie. Gest był niemal podświadomy, wszystko pamiętał tak, jakby korzystał z tego jeszcze wczoraj. Nawet zaklęcie samo uformowało się na jego ustach, a wtedy od istoty oddzieliła go ściana ognia – płomienie rzuciły się na stworzenie Pustki jak wygłodniałe psy, ledwie potwór ich dotknął. Strawiły sinofioletowe ciało w oka mgnieniu, nie pozostawiając po nim najmniejszego śladu.
— Cóż, nie chciałeś rozmawiać — skwitował, schylił się po upuszczony nóż i skierował się na poszukiwania kolejnego przejścia.
Jak na razie pokonał dwóch strażników prawdziwego demona; ile jeszcze go czekało? Tego nie wiedział, ale był pewien, że przedrze się przez ich szeregi bez względu na ilość oraz moc. Był coś winien arlowi Eamonowi i Connorowi. Oraz tej Szarej Strażniczce, która w niego uwierzyła. Jak jej było? Ellen? Bodajże. Był im winien zwycięstwo.
Po chwili kręcenia się po wyspie zawrócił do poprzedniego przejścia, by wejść do kolejnej sfery. Miał cichą nadzieję, że będzie to już ostatnia i znajdzie tam prawdziwego wroga. Przekroczył zasłonę z zacięciem, niezmiennie zaciskając dłoń na nożu.

Wyspa znów była zupełnie pusta, a i szukać długo demona nie musiał, bo czekał na niego tuż za zakrętem. Mały Connor spojrzał z wyrzutem w twarz maga, jego usta wykrzywiły się, drobne dłonie zacisnęły się w pięści. Młodzieniec był już przygotowany na wszelkie ataki i porządnie nimi zirytowany.
— Ojciec błądzi, szuka mnie, uwięziony w mojej pajęczynie — wycedził Connor. — Tak powinno być. Dlaczego się w to mieszasz? — spytał z wyrzutem.
— Wyrządziłem już dość zła, by teraz się cofnąć. Odsuń się i przepuść mnie do swojej pani, a wtedy może cię oszczędzę — warknął Jowan i postąpił krok w przód.
Demon zastąpił mu drogę i pokręcił głową.
— Nie, czas już na ciebie — stwierdził spokojnie i uniósł ramiona, szykując się do zmiany postaci.
Jowan zaklął przez zaciśnięte zęby i wyjął nóż.
— Nie nalegaj, bo inaczej źle skończysz — syknęła istota.
W następnej sekundzie na ziemi stał kolejny demon pożądania, wpatrując się przeszywającymi, złotymi ślepiami w zastygłą w skupieniu twarz Jowana. Uśmiechnął się przebiegle czarnymi ustami i ruszył do maga. Młodzieniec rozciął całe ramię aż po nadgarstek, krew skapnęła na pomarańczową ziemię, po czym, zupełnie jak rozwścieczone węże, pomknęła do nóg demona, by opleść je niczym wzrastające na pniu drzewa pędy.
Jowan uśmiechnął się dziko i odsunął nóż od ręki, by zakrwawioną dłonią wykonać kilka krótkich, mało skomplikowanych gestów. Istota szarpnęła się i machnęła łapskami, by dosięgnąć Jowana, jednak chybiła. Mag w tym czasie skończył plecenie zaklęcia. Krew przylgnęła do ciała demona z taką siłą, że po chwili zaczęła wrastać w skórę i dostawać się do wnętrza istoty, czemu towarzyszyły bolesne wrzaski potwora.
Gdy posoka już całkowicie wsiąkła, Jowan uniósł rękę i, zginając palce tak, jakby były szponami, przesunął dłonią po własnej klatce piersiowej – a demon, chcąc czy nie, zrobił to samo, z tym, że on rozerwał swoje ciało. Istota zaryczała wściekle, podczas gdy mag szykował się do zadania ostatecznego ciosu. Chwycił się za gardło, wbijając paznokcie w skórę, a gdy potwór zrobił to samo, powarkując ze złości oraz niemocy, młodzieniec szarpnął ręką, jakby rozrywał sobie krtań.
Demon natomiast poderżnął sobie gardło własnymi pazurami, zacharczał głucho, a potem opadł nieruchomy na ziemię.
— Dlatego właśnie nie należy mnie zatrzymywać — warknął Jowan, przestępując nad ciałem wroga.
Przeszedł kilka kroków w przód, po czym gwałtownie się zachwiał i opadł na kolana, ledwie łapiąc oddech. Cóż, zużył na to zaklęcie dużo krwi i najwyraźniej będzie musiał chwilę poczekać, żeby nabrać sił przed ostateczną walką. Albo przed następnym strażnikiem.
— Szlag by to trafił — wycedził przez zaciśnięte z bólu zęby, z trudem wstał i powlókł się do widniejącego przed nim przejścia, szykując się do następnej potyczki.

Znalazł się na, prawdopodobnie, najmniejszej wyspie całej sfery. A to oznaczało, że stał na progu dominium poszukiwanego demona pożądania. Miejsce było w kształcie koła o średnicy nie większej niż piętnaście metrów. Na obwodzie wznosiły się poszarpane pomarańczowe wzgórza, natomiast na samym środku ziemi znajdował się kamienny plac imitujący rytualne sale ze starożytnego Imperium Tevinter.
Jowan odważnie ruszył przed siebie i wkroczył na okrągłą posadzkę. W tym samym momencie zmaterializował się przed nim prawdziwy demon pożądania. Choć niewiele różnił się od istot, z którymi mag miał do tej pory styczność, czuć było od niego aurę potęgi. Spojrzał z zainteresowaniem na młodzieńca i uśmiechnął się, przekrzywiając rogatą głowę.
— Dobrze więc, koniec sztuczek — stwierdziła demonica.
Mag zmrużył oczy.
— Spotykamy się teraz twarzą w twarz. Widzisz moją prawdziwą postać i stoisz w mej domenie — oznajmiła, uśmiechając się szeroko. — To tutaj jestem najpotężniejsza, a jednak nie mam ochoty mierzyć się z tobą — przyznała, jej spojrzenie przesunęło się po zakrwawionym nożu. — A i ty nie powinieneś być tak chętny, by zmierzyć się ze mną. Może zamiast tego porozmawiamy?
Jowan od razu przypomniał sobie wszystkie lekcje z czasów, kiedy był uczniem Kręgu. Zaklinacze mówili, że nie wolno słuchać demonów ani wdawać się z nimi w długie rozmowy. Przypomniał sobie wątpiącego w niego Irvinga oraz pełne zaufania spojrzenie tej Szarej Strażniczki.
Mimo że głos demona był przyjemny oraz nęcący, nawet przez chwilę nie zastanawiał się nad tym, czy rozważyć tę propozycję.
— Dano mi szansę zrobić dla odmiany coś dobrego — oznajmił, prostując się i zadzierając brodę.
Demonica zmrużyła oczy, zaciskając ostre jak igły zęby.
— Nie zamierzam z tego zrezygnować. — Uniósł nóż.
— Cóż, przykro — skwitowała i wydęła czarne usta, cofając się dwa kroki. — Dobrze, chcesz potyczki, a więc ją dostaniesz. Zobaczymy, czy twoja moc równa się twojej bezczelności, istoto.
Jowan bardziej wyczuł, niż zobaczył falę energii, która została wysłana w jego stronę. Odruchowo odskoczył w bok, i przygotował pierwsze zaklęcie, jakie tylko przyszło mu na myśl. Nie użył do niego krwi, a zapasów lyrium, jednak zadziałało z tą samą piorunującą skutecznością. W powietrzu niemal znikąd zmaterializowały się ciężkie, ciemne kamienie, które, uformowawszy wielką pięść, pomknęły do demonicy i ugodziły ją w brzuch, odrzucając kawałek dalej.
Kiedy Jowan podbiegł w przód, gotując się do kontynuowania potyczki, istota podniosła się z mrocznym śmiechem, a potem… zniknęła. Pojawiła się znów na obwodzie okrągłego placu – dziesięć kopii demonicy roześmiało się niskim głosem, wbijając w niego wyczekujące spojrzenia. Jowan zaklął siarczyście pod nosem, po czym raz jeszcze rozciął dłoń, by, machnąwszy ręką, chlapnąć krwią na kamienie. Szkarłatne krople rozprysły się na posadzce, a mag zamknął oczy, szukając w posoce zaklętej energii.
— Wskaż mi — wyszeptał.
Po chwili uchylił powieki i rozejrzał się dokoła, by ujrzeć, jak krew podrywa się z ziemi i frunie wprost do demona stojącego kawałek przed połową okręgu. Uśmiechnął się pod nosem i klasnął w dłonie, rozmazując wyciekającą z rany szkarłatną ciecz. Nogi istoty zostały uwięzione pod grubą warstwą lodu, wszystkie podobizny zniknęły. Demonica szarpnęła się, próbując się uwolnić. Jowan, wykorzystawszy jej dezorientację, rzucił się biegiem do przeciwniczki i pchnął ją w pierś nożem, zagłębiając ostrze aż po drobną rękojeść.
Demonica zdrętwiała, zacharczała, po czym stała się nagle wiotka i opadła ociężale na jego ramię. Zdążył tylko wyrwać broń ze śmiertelnej rany, kiedy wyspa zaczęła się rozpadać w zastraszającym tempie. Runął w pustą przestrzeń, uśmiechając się z zadowoleniem.

— Wraca — obwieścił Irving, kiedy Ellen kończyła zataczanie kolejnego koła w głównej sali zamku Redcliffe.
Dziewczyna przystanęła, próbując nakierować myśli na właściwy tor, i skinęła głową, ruszając do pierwszego zaklinacza oraz pozostałych magów.
Od chwili, w której Teagan zawołał ją i Alistaira do komnaty, minęło półtora godziny, a Jowan nie dał żadnego znaku życia. Strażniczka, oszacowawszy czas na podstawie słońca, stwierdziła, że nie tak dawno temu minęło południe. Zaczęła poważnie martwić się o młodego maga. Powinien już dawno wrócić… prawda? Cóż, może spędziła w Pustce niemal cały dzień, ale wtedy była opętana, nie weszła tam z własnej woli.
Przysypiającą na ławie Lelianę szturchnęła Wynne, na co łuczniczka podskoczyła, otworzyła oczy i ziewnęła szeroko, przeciągając się. Ellen posłała jej krótki uśmiech i poklepała Shegara po łbie, kiedy pies przyczłapał do niej. Chwilę temu wkroczył do zamku, najwyraźniej uznawszy, że towarzystwo koni go nie bawiło. Morrigan, siedząca w dalszej części sali, wyraźnie się ożywiła i wyciągnęła szyję, by lepiej widzieć nieprzytomnego Jowana. Alistair podszedł do banna Teagana i mruknął coś do niego, jednak zbyt cicho, by Ellen mogła to usłyszeć. Strażnik zerknął na Izoldę, po czym skupił uwagę na magu krwi. Tylko Stena nie zainteresowało to, co się działo. Siedział dalej z kamienną miną i patrzył spokojnie przed siebie z założonymi na torsie rękoma.
Wtedy Jowan drgnął. Ruch był subtelny, tylko skurcz dłoni, nieznaczne zgięcie palców, jednak zebrani to wychwycili. Pochylili się nad magiem, w napięciu czekając, aż otworzy oczy. Powracanie młodzieńca do świata materialnego zajęło dziesięć minut, podczas których Izolda zaczęła kląć, a Teagan przestępował z nogi na nogę. Tylko Irving wpatrywał się skamieniały w dawnego podopiecznego, marszcząc czoło.
Wreszcie Jowan uniósł powieki, skrzywił się, kiedy w oczy zakłuło go światło sączące się od kinkietów na ścianach. Poruszył głową i z ciężkim westchnieniem usiadł prosto na ławie, by lepiej wszystkich widzieć.
— I co?! — wybuchła Izolda, wlepiając w maga natarczywe spojrzenie. — Co z demonem?! — warknęła, jednak nic więcej nie zrobiła, kiedy Teagan położył dłoń na jej łokciu, powstrzymując od szarpnięcia młodzieńcem.
— Nie żyje — obwieścił zachrypniętym głosem Jowan i spróbował wstać.
Kiedy się zachwiał, Ellen złapała jego ramię i delikatnie go podtrzymała.
— Zabiłem go — powtórzył mag i uśmiechnął się delikatnie.
— To dobrze — szepnęła z ulgą Strażniczka i uniosła kąciki ust, zapominając o wątpliwościach. — Jak się czujesz? — spytała i skinęła na Wynne.
Czarodziejka podniosła się z ławy i ruszyła do Ellen odprowadzana radosnym uśmiechem Leliany.
— Trochę zmęczony. Było kilka wysp ochronnych — mruknął, jednak spojrzał na Strażniczkę tak, jakby chciał prosić, żeby nie pytała, o czym mówił.
— Ile? Nie wiem, jaka jest ich standardowa liczba, ale podejrzewam, że dwanaście to całkiem sporo — dodała żartobliwie, podtrzymując młodzieńca, kiedy Wynne mamrotała pod nosem zaklęcia przywracające energię.
— Dwanaście? — powtórzył zdumiony Jowan.
Strażniczka uśmiechnęła się z rozbawieniem.
— Nie, ten demon miał trzy — odparł wreszcie.
— Idę do syna — zakomunikowała ostrym głosem Izolda i wyminęła wszystkich, rzucając się do drzwi prowadzących na korytarz.
Ellen pokiwała głową, odprowadziła kobietę wzrokiem, a potem spojrzała na Teagana.
— Jeśli wszystko jest pod kontrolą, muszę obwieścić w Redcliffe, że należy przygotować ceremonie pogrzebowe dla poległych — mruknął bann, uśmiechnął się do zebranych i skierował kroki do wyjścia. — Zobaczymy się za jakąś godzinę — rzucił przez ramię.
— Skoro demon został unicestwiony, my musimy wracać do Kręgu. Każda para rąk jest ważna przy odbudowie — odezwał się Irving.
Dziewczyna znów przytaknęła.
— Dziękujemy za pomoc — mruknęła, siłą sadzając młodego maga na ławie i przytrzymując go za ramię, żeby nie próbował na razie wstawać.
Alistair usiadł z ciężkim westchnieniem obok Leliany i przetarł twarz.
— Przekaż bannowi Teaganowi nasze kondolencje względem zmarłych i wyrazy szacunku. Do zobaczenia — pożegnał się Pierwszy Zaklinacz Irving, skinął zebranym głową, po czym wraz z pozostałymi magami ruszył do głównych drzwi.
Nagle w sali zapanowała przejmująca cisza, w komnacie zostali tylko towarzysze Ellen, Strażniczka oraz mag krwi. Leliana westchnęła głośno i zabębniła palcami w blat stołu.
— No i wszyscy poszli — skwitowała i uśmiechnęła się do Couslandki.
Dziewczyna skinęła głową, by zaraz przenieść wzrok na Jowana. Młodzieniec zerknął na nią krótko, unosząc nieznacznie brwi.
— Naprawdę pokonałeś demona, prawda? — spytała na wszelki wypadek.
— Tak. Naprawdę. Byłem to winien arlowi… i Connorowi. Zabiłem demona — powtórzył cierpliwie i posłał Strażniczce zmęczony uśmiech.
Przytaknęła krótko i usiadła wygodniej na ławie.
— Ma ktoś karty? — spytała i odchyliła głowę, by spojrzeć na siedzących przy stole przyjaciół.
Czas oczekiwania na powrót banna Teagana spędzili na grze w popularną wśród dzieci karcianą zabawę. Wybór zajęcia uzależniony był od faktu, że Leliana znała same skomplikowane gry, Alistair kilka, w których grało się za pieniądze, Wynne nie znała prawie żadnej, a Ellen tylko szybkościowe. Wspólnym elementem łączącym ich zdolności była dziecinna rozgrywka o nazwie „Szybki Mabari”. Do zabawy nie przyłączył się ani Sten, ani Morrigan, ani Jowan.
Z tym, że ten ostatni z pogodnym uśmiechem obserwował zmagania wojowników, kiedy ze śmiechem grali w najprostszą na świecie grę.

3 komentarze:

  1. Oh, ojej. A ja zawsze go zabijałam.. No cóż, taki fail.
    Jestem dopiero tutaj i dalej nadrabiam, także tego! Jeszcze trochę i będę na bieżąco. Komentowałabym każdy rozdział, ale czytam raczej na telefonie, a po prostu nienawidzę pisać na nim czegokolwiek, co nie jest smsem albo szybką notatką z pomysłem an rozdział.
    Cóż, pomijając oczywisty fakt, że genialnie piszesz (serio, jestem zachwycona) to chciałabym ci baaardzo podziękować. Znalazłam twojego bloga i zatęskniłam za Dragon Age. Zaczęłam więc od początku ogrywać całą serię i na nowo zakochałam się w caaałym uniwersum tak bardzo, że postanowiłam pisać fanfika. I wiesz co? Okazało się, że to był idealny lek na moją blokadę twórczą.
    Moja wena wróciła i teraz tylko siedzę i piszę, i znowu sprawia mi to taką radość, jak kiedyś. Pomyślałam sobie "cholera, trzeba tak było od razu!". Szkoda, że nie zaczęłam czytać wcześniej...
    No! Tak czy inaczej, dziękuję bardzo! Przyczyniłaś się do powrotu mojej weny twórczej i nie siedzę już bezczynnie całymi dniami (po ponad roku bywa to męczące)
    Co do bloga samego w sobie... hmmm.
    Ellen jest spoko, ale chyba nigdy nie zrozumiem tego powszechnego uwielbienia dla Alistaira xD Znaczy jasne, jest słodkim misiem pysiem i w ogóle, ale... nie xD
    Ja tam zawsze byłam, jestem i będę team Zevran haha xD Alistaira i resztę przeleciałam raz, dla achievementów, a potem tylko Zev i Zev... xP
    Szaleję za jego akcentem, rozumiesz chyba co mam na myśli?? xD
    Enyłej, jak już mówiłam: nie ogarniam waszego (fanek) uwielbienia dla Alistaira. Jako bff? Jasne! Zawsze, przy każdej rozgrywce. Ale nic więcej. Jest zbyt... ciapowaty xD
    Był rozdział, nie pamiętam który dokładnie, gdzie Leliana zaczęła komplementować włosy Ellen. Przez chwilę miałam na twarzy niezłego wtfa, bo jeśli dobrze pamiętam to ostatnim razem skończyło się to na romansie z Rudą xD
    Ale wybrnęłaś. Chyba.
    Już wiem, że w next będzie Zevran, bo sprawdziłam wcześniej. Także w przyszłych rozdziałach, jeśli tylko sie pojawi, możesz spodziewać się fangirlingu i ogólnego uwielbienia dla niego. Przynajmniej z mojej strony.
    PS. nie rozumiem czemu tu nie ma komentarzy?? czy polski fandom Dragon Age jest tak nieliczny? czy może już obumarł? nie wiem.
    Tak, czy inaczej wpadnij do mnie, jak znajdziesz czas. Dopiero zaczynam po dłuuugiej przerwie, zobaczymy czy dam radę dociągnąć do końca i napisać kontynuację (już zaplanowałam... xD)
    http://sarren-mahariel.blogspot.com/
    (mam nadzieję, że dwóch facetów cię nie odstrasza?? ._.)
    sorki za błędy! weny i dużo czasu na pisanie!
    pozdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ellen ma na tyle kolorową moralność, że czasami robi rzeczy litościwe, a czasami bardzo mało litościwe, toteż i Jowan się uchował. ^^
      Nie martw się, cieszy mnie, że w ogóle dałaś o sobie znać. Czasami tu pusto i głucho, a chociaż wiem, że prawdopodobnie z jeden cichy czytelnik istnieje, dobrze niekiedy usłyszeć coś w krótkim chociaż komciu. A że twój krótki nie jest... :D
      Dziękuję za komplement - chociaż mój skrzętnie skrywany perfekcjonizm płacze nad początkowymi rozdziałami. Z drugiej strony godzę się z nimi z całą swoją pokorą, bo są swoistym przeglądem mojego literackiego progressu - zaczynałam to pisać w gimnazjum, a teraz jestem na studiach. Im dalej w las, tym tekst powinien być lżejszy w odbiorze, obiecuję!
      Cieszę się, że mogłam pomóc. Szara niekiedy też dla mnie jest odblokowaniem po pisaniu autorskich tekstów, które czasami potrafią znużyć (tam się trzeba starać, goddamit). Wygląda na to, że tak to już jest z tym fikiem, że pomaga na blokady twórcze!
      Niestety, w Origins grałam wyłącznie w polskim dubbingu, gdzie z gracją wykolejonego pendolino pozbawili wszystkie postaci jakichkolwiek akcentów. Niemniej, chociaż mam trochę głosowy fetysz, to i niekoniecznie cisnę na swoje osobiste preferencje, kiedy opisuję jakikolwiek romans. ^^ Ellen nie potrzebuje i nie umiałaby się odnaleźć z Zevranem u boku, za to dodaje jej mnóstwo pewności siebie jako kumpel. Co, mam nadzieję, trochę udało mi się przemycić. Alistair był z nią w najtrudniejszych chwilach i pomagał się wygrzebać z różnych załamań - o czym bodaj też jeszcze będzie...? Generalnie Ellen, ze swoim temperamentem oraz historią, potrzebuje kogoś, kto nie boi się uczuć. Zevran pod tym względem zdecydowanie ma problem i ucieka się do nieodpowiedzialności, by wszystko zatuszować. Ellen nie jest w stanie naprawiać jego, kiedy sama potrzebuje naprawy.
      Hmm, nigdy mi się nie zdarzyło, żeby Leliana odczytała zamiary Ellen jako romansowe. A z Ellen przechodziłam Początek spokojnie z sześć razy (nie pytaj, historia zawiera wiele kasowanych save'ów oraz wiele bólu). Zawsze była rozmowa o włosach, nigdy nie prowadziła do romansów czy scen zazdrości. Może Ellen i Leliana to takie urodzone BFF?
      Nie ma sprawy, sama też przepadam za Zevranem, więc chętnie usłyszę, co myślisz o sposobie, w jaki go przedstawiłam. Mam nadzieję, że niczego nie zepsułam, byłaby niezła wieś! :D
      Komentarzy nie ma przede wszystkim dlatego, że lwia część tekstu była przenoszona na Blogspota z Onetu. Wklejałam je hurtem, więc nikt tego nie czytał, a tym bardziej nie komciał. Inna sprawa to taka, że pod moim pisaniem zawsze niezła posucha, nie mam szczęścia do czytelników. :D
      Nie odstrasza - ale to już kwestia przedstawienia relacji. Mnie ogółem odstraszają historie oparte stricte na romansie, bo chociaż jestem beznadziejną fanką romansów, nie umiem ich znieść na pierwszym planie. Raczej lubię je w formie wzbogacenia postaci niż oparcia postaci w całości na samym aspekcie macanko-ruchanka.
      Niemniej, jak mnie już okres świąteczny przeżuje i wypluje, pewnie zerknę!

      Usuń
    2. Hej ja sama mam aktualnie chyba z 8 saveów, więc doskonale rozumiem xD no ale bądźmy szczere - takich gier nie da przejść się raz i odstawić w kąt xD
      Ohhh na polskim dubningu D: moje kondolencje. Serio. Jak tylko usłyszałam głos Zevrana -
      Pottera to się przeraziłam xD wgl spartolili robotę, odnoszę wrażenie że w naszej wersji wszystko jest takie creepy i bez emocji...
      Ha, no widzisz. Może jakoś dialog inaczej poprowadziłam ale nim się obejrzałam - wylądowałam w jej namiocie xD ofkors nie bezpośrednio po gadce o włosach, no ale jednak. Takie moje szczęście haha. Jak się staram, to dupa, a jak ją zlewam to prawie że samami wskakuje do lłóżka. I weź tu kobiety zrozum... *wzdycha*

      Usuń